Subskrybuj
W.G. Sebald w 1999 r. fot. BE&W
Dr hab., prof. UAM, pracownik Instytutu Filologii Germańskiej, eseista i tłumacz. Wydał m.in. Laboratorium antropofikcji (2014) oraz Zwrot przez współczesną. Pryzmaty (2020)

Czas (na) Sebalda

W.G. Sebald był jednym z autorów jasno widzących dziś i nieodległe jutro literatury: przełamywanie kolejnych murów milczenia, przemierzanie pamięci, postępującą fuzję gatunków. Co przynosi jego pierwsza biografia?

Nie, bo właśnie, właśnie, literatura ma przed sobą
przyszłość, literatura i historia, stwierdził Augusto
Guerra, niech pan weźmie pod uwagę biografie, przedtem
nie było ani podaży, ani popytu na biografie, a dziś
wszyscy czytają wyłącznie biografie.

Roberto Bolaño, 2666 (tłum. K. Okrasko, J.W. Rajter)

 

O przyszłości literatury będzie jeszcze mowa, natomiast niesłychana poczytność biografii jest rzeczywiście zastanawiająca. I nie jest to bynajmniej popularność aż tak świeżej daty. W pracy poświęconej narodzinom kosmopolitycznej kultury w Europie znajdziemy informację, że „romantyczny kult twórczego geniuszu był wpisany w europejską kulturę od XVIII wieku, ale pod koniec XIX wieku stał się częścią marketingu sztuki w kulturze, w której odnoszących sukcesy pisarzy, artystów i muzyków traktowano niczym bożyszcza, a media prześwietlały ich biografie w poszukiwaniu przyczyn kreatywności. Owo zainteresowanie życiem prywatnym oraz osobowością artysty zaczęło także obejmować kanonicznych twórców z przeszłości. Mnożyły się biografie wybitnych artystów, pisarzy oraz kompozytorów i pod koniec XIX wieku ten gatunek zajmował jedną z wiodących pozycji na rynku”[1]. Nie stracił jej także na początku XXI w., choć nieco inaczej rozkłada się dziś akcenty. Z marszu przychodzi mi do głowy co najmniej kilka wydanych tego roku (w Polsce czy za granicą) biografii interesujących mnie twórców – Philipa Rotha, Fernanda Pessoi, Zygmunta Baumana, Waltera Gropiusa i Bronisława Malinowskiego. Wszystkie wzmiankowane opracowania to jednak kolejne elementy krótkiego jeszcze lub długiego już warkocza danej biograficznej komety; osobną kategorię stanowią książki inicjujące dopiero biograficzną sztafetę. Należy do nich wydana ledwie dwa miesiące temu pierwsza – „długo oczekiwana”, informuje wydawca – biografia poświęcona Winfriedowi Georgowi Sebaldowi, znanemu lepiej jako W.G. Sebald.

Milczenie, przemów

Podszedłem do książki Carole Angier (autorki wcześniejszych biografii Jean Rhys i Prima Leviego) z ciekawością, ale i trochę nieufnie. Bo choć Sebald nie był wprawdzie najbardziej skrytym pośród współczesnych pisarzy (jak pisał niegdyś Elias Canetti o Robercie Walserze), to należał on jednak, podobnie jak wielu bohaterów jego książek, do osób z natury raczej niechętnie mówiących o sobie. Stąd też zapewne nasza stosunkowo skąpa jeszcze do niedawna wiedza biograficzna, i to mimo 20 lat, które już niebawem upłyną od jego tragicznej śmierci. W wydanej w ubiegłym roku rozbudowanej monografii poświęconej pisarzowi jego najbardziej chyba dziś rzutki znawca (notabene były doktorant), Uwe Schütte, przyznaje „okolicznościom życia” Sebalda równo 60 stron, notując, że jest to – obok zestawienia chronologicznego z opublikowanego przed ponad dekadą kompendium Saturn’s Moons – najobszerniejsza tymczasem prezentacja na odnośny temat[2]. Carole Angier ponad dziesięciokrotnie pomnaża liczbę stronic poświęconych dotychczas rekonstrukcji życia pisarza. Wybrać wycofaną raczej postać na bohatera biografii to pierwsze niemałe wyzwanie, nie stracić animuszu w obliczu konsekwentnego milczenia żony i nieobecności córki – kolejne[3], rozpisać swoją opowieść na ponad 600 stronach – jeszcze jedno. Stąd ciekawość, ale i nieufność.

Za charakterystycznie znaczący uznać można tytuł książki (podkradziony, jak wyznaje autorka, jednemu z uniwersyteckich kolegów pisarza). Speak, Silence, a więc w nawiązaniu do wspomnień Nabokova, jednej z ulubionych lektur Sebalda – Milczenie, przemów. Tego rodzaju życzeniowe zaklęcie zdaje się formułować z jednej strony sama autorka, która w obliczu braku możliwości osobistego skonsultowania nie tylko bohatera książki, lecz także jego najbliżej rodziny, osnuwa biograficzną opowieść wokół niejako pustego – milczącego – centrum. Z drugiej strony tytułowe słowa korespondują oczywiście także z dewizą twórczą samego Sebalda, który literaturę pojmował przecież właśnie jako „próbę restytucji”, a więc przywracania pamięci tego, co zapomniane, wymazane czy też pominięte celowym milczeniem. Ze szczególną siłą powracają w jego twórczości zwłaszcza dwa wydarzenia spowite w dzieciństwie i młodości konsekwentną „zmową milczenia” (AS 5, 196).

Sploty losu

Winfried Georg Sebald urodził się 18 maja 1944 r. w liczącej około tysiąca mieszkańców wsi Wertach w niemieckich Alpach, tuż przy granicy z Austrią.

Z imionami nadanymi mu przez rodziców zawsze będzie miał kłopot: staroświecki i tradycyjny Winfried zbyt mocno kojarzy mu się z opresyjną próbą unarodowienia nawet tego, co najbardziej prywatne; z kolei Georg, drugie imię otrzymane po ojcu (i dziadku ze strony ojca), konotuje od samego początku nieprosty stosunek do mężczyzny, który pojawia się w życiu ówczesnego dziecka niespodziewanie – jako żołnierz Wehrmachtu zostaje zwolniony z francuskiej niewoli i wraca do domu dopiero w 1947 r.[4]  – i także w  późniejszych latach będzie pozostawał kimś na poły obcym.

Z idyllicznym światem alpejskiej wioski kontrastują oglądane w owym czasie podczas niedalekich podróży ruiny miast, które każą dziecku z takim właśnie niezwykłym widokiem kojarzyć miasta jako takie. Nikt nic na ten temat zarazem nie mówi; oto pierwsze założycielskie przemilczenie. W roku 1952 rodzina przenosi się na stałe do nieodległego, ale nieco większego miasteczka Sonthofen. W  tutejszej szkole podstawowej silnie wpłynie na Sebe, jak go wówczas nazywają przyjaciele, nauczyciel Armin Müller, który kilka dekad później stanie się pierwowzorem Paula Bereytera z książki Wyjechali. Prawdziwa bliskość łączy jednak w  tym czasie małego Winfrieda z dziadkiem ze strony matki, Josefem Engelhoferem, który wpoi mu pasję do natury i XIX-wiecznych autorów (z Gottfriedem Kellerem i Adalbertem Stifterem na czele). Śmierć dziadka będzie dla dwunastolatka pierwszą konfrontacją z  niepojmowalną stratą. Rozpoczętą w Sonthofen naukę chłopiec kontynuuje w szkole w Oberstdorfie, gdzie siedem lat później zda maturę (jego szkolnym kolegą będzie tutaj m.in. późniejszy artysta Jan Peter Tripp). Podczas jednej z lekcji prawdopodobnie w roku 1962 Sebald zobaczy tu wyreżyserowany tuż po wojnie przez Billy’ego Wildera film Młyny śmierci – traktujący o nazistowskich obozach koncentracyjnych – który wywrze na nim niezatarte wrażenie, po raz pierwszy uzmysławiając mu skalę systematycznej Zagłady i bezmiar odgrodzonej milczeniem najbliższej przeszłości; oto zasadnicze przemilczenie drugie.

###banner###

W roku 1963 Sebald wyjeżdża na studia germanistyki i anglistyki najpierw do Fryburga Bryzgowijskiego, następnie do Fryburga we francuskojęzycznej Szwajcarii (po części ze względu na mieszkającą tam wówczas starszą siostrę). To w owym czasie rozpoczyna się już mająca trwać właściwie całe życie „obsesyjna wojna partyzancka”, jak nazywa ją Angier (AS 302 n.), ze zinstytucjonalizowaną germanistyką niemiecką. Sebald zarzuca jej, podobnie jak czyni to zresztą także ogólniej w stosunku do niemieckich uniwersytetów, brak uczciwego zmierzenia się z brunatną przeszłością i wyciągnięcia z niej wniosków prowadzących do koniecznych przewartościowań. Studentem jest Cocky – bo taki zadzierzysty przydomek nosi w tym czasie (ze względu na rolę w jednej ze sztuk Eugene’a O’Neilla) – raczej przeciętnym, nie potrafi chyba wykrzesać z siebie entuzjazmu dla tematów leżących poza jego zainteresowaniami, za to angażuje się w wydawanie studenckiego pisma literackiego i działa aktywnie w grupie teatralnej. To wówczas powstaje także, o czym mało kto wie, jego pierwsza nieopublikowana nigdy autobiograficzna powieść. W 1966 r. otrzymuje stopień licencjata na podstawie pracy o Carlu Sternheimie i dzięki wstawiennictwu jednego z profesorów stara się z powodzeniem o stanowisko lektora na uniwersytecie w Manchesterze (nie tylko ze względu na awersję do klimatu społecznego panującego ówcześnie w Republice Federalnej, lecz także, co nie mniej istotne, z uwagi na chęć zmiany nie najlepszej sytuacji finansowej), gdzie niebawem dołączy do niego także poślubiona w roku 1967 żona. Już w Anglii Sebald przygotuje pracę magisterską – na podstawie licencjatu – która, ogłoszona później w renomowanym wydawnictwie (co podobnie jak dziś było rzadkim precedensem), będzie pierwszą akademicką pracą autora, uwyraźniającą już charakterystyczne cechy także jego późniejszych literaturoznawczych opracowań: eseistyczny charakter wywodów, radykalne nierzadko opinie, nieortodoksyjne podejście do źródeł, nietracenie czasu na jałowe potwierdzanie znajomości literatury przedmiotu[5]. W roku 1970 – po krótkiej pracy jako nauczyciel w Sankt Gallen i (ponownie) w Manchesterze – Sebald przyjmuje stanowisko wykładowcy na Uniwersytecie Anglii Wschodniej w Norwich. Tutaj doktoryzuje się w 1973 r. na podstawie (znów kontrowersyjnej, rzecz jasna) pracy o Alfredzie Döblinie, tutaj będzie także obserwował z goryczą nadchodzące neoliberalne reformy zabijające skutecznie przyjemność pracy umysłowej poprzez uporczywe próby skwantyfikowania wszystkich jej wymiernych i niewymiernych efektów. Złożenie w 1986 r. na uniwersytecie w Hamburgu habilitacji – zbioru szkiców o literaturze austriackiej pt. Opis nieszczęścia[6] – pomyślane jest głównie jako decyzja strategiczna na wypadek konieczności powrotu do Niemiec, do czego jednak nigdy nie dochodzi. W roku 1988 Sebald otrzymuje stanowisko profesora na uniwersytecie w Norwich; wykładowcą – literatury niemieckiej i europejskiej, później także creative writing – jest podobno świetnym, jak wspomina większość byłych studentów, choć surowym i idiosynkratycznym.

Warto pamiętać, że właściwie aż do tego czasu tylko nieliczni znajomi Maxa – takim imieniem posługiwał się w nie tylko w kontaktach prywatnych, lecz czasem nawet przy oficjalnych okazjach od połowy lat 60. (i Angier podaje niezawodnie kilka wchodzących w grę wyjaśnień tej decyzji) – wiedzą o jego ambicjach literackich, pozostali uważają go za po prostu nieco ekscentrycznego, nader inteligentnego, ale raczej mało przystępnego akademika. Pierwszą książką Sebalda w ściśle literackim sensie jest opublikowany szczęśliwym trafem (po wielu wcześniejszych odmowach) poemat Nach der Natur (tytuł o co najmniej dwojakim znaczeniu: „Według / Z natury” i „Po naturze”) z 1988 r. – znajoma redaktorka podsunęła manuskrypt austriackiemu pisarzowi Christophowi Ransmayrowi, a ten z kolei zarekomendował go entuzjastycznie Hansowi Magnusowi Enzensbergerowi, który wydał go w redagowanej przez siebie serii „Die Andere Bibliothek” wydawnictwa Eichborn. W roku 1990 ukazuje się z kolei pierwsza książka właściwie „Sebaldowska”, czyli Czuję. Zawrót głowy, przynosząca cztery miniatury narracyjno-eseistyczne i zawierająca już główne wyróżniki pisarstwa autora (które znajdziemy także w jego kolejnych pracach literackich), a zatem, na płaszczyźnie tematycznej, wędrówkę tropem asocjacyjnych zbieżności w poszukiwaniu głębszych prawidłowości, zaś na płaszczyźnie kompozycyjnej kolaż nieokreślonego rodzaju prozy i nieostrych zazwyczaj fotografii oraz perspektywę zawieszoną na granicy pomiędzy reportażową relacją z  podróży, autofikcyjnym esejem i fikcją literacką. Tę książkę odnotowali w Niemczech jednak tylko nieliczni koneserzy, szerszą rozpoznawalność przyniosła autorowi dopiero kolejna, zbiór Wyjechali z 1992 r., czyli „cztery długie opowiadania”, jak informuje do dziś dopisek w oryginale, na temat czterech wybranych losów ludzi potrąconych czy rozjechanych przez walec XX-wiecznej niemieckiej historii.

To od opublikowanego w 1996 r. angielskiego wydania tej książki pt. The Emigrants – i emfatycznej rekomendacji Susan Sontag – rozpoczęła się błyskawiczna odtąd właściwie kariera Sebalda, już niemal w tym samym roku plasująca go (w przestrzeni międzynarodowej, bo wciąż niekoniecznie jeszcze niemieckiej) pośród „najważniejszych”, „najciekawszych” etc. współczesnych autorów.

Jednym z powodów (choć nie najistotniejszym) owej przyśpieszonej recepcji było utożsamienie opisywanych przez Sebalda losów z losami niemieckich Żydów. Sam autor próbował wprawdzie niuansować własny punkt widzenia, mówiąc ogólniej o tragicznie meandrujących ludzkich losach, które w XX  w. oczywiście tożsame są często z losami żydowskimi, zwracając jednak uwagę na fakt, który będzie z czasem źródłem głosów krytycznych: dla niemal żadnej z  jego postaci żydowskość jako taka nie jest najbardziej istotnym punktem odniesienia (co jednak nie znaczy, że nie uznają jej za taką inni, zwłaszcza opresyjne władze).

W roku 1995 ukazują się Pierścienie Saturna, medytacyjno-metafizyczna „angielska pielgrzymka” przez wrzosowiska wschodniej Anglii, ale właściwie także, w szerszym ujęciu, przez przestrzeń i czas. W tym okresie autor pracuje nad „projektem korsykańskim”, który jednak ostatecznie zarzuci (zręby niepowstałej książki ukażą się w 2003 r. w wydanym pośmiertnie tomie Campo Santo) i zostaje członkiem Niemieckiej Akademii Języka i Literatury, co oznacza jego częściową przynajmniej symboliczną akceptację w  kraju urodzenia. Awersem niespodziewanej sławy jest coraz większa niezależność – także finansowa – rewersem zaś poczucie utraty prywatności i natłok niezbyt mu miłych obowiązków (w rodzaju uczestnictwa w promocyjnych tournée itd.). Kiedy jednak dwa lata później wygłasza w  Zurychu prowokacyjnie (jakżeby inaczej) pomyślane wykłady Wojna powietrzna i literatura, jest już autorem, którego słowa spotykają się z  szerokim i  żywym oddźwiękiem. W roku 1999 umiera ojciec pisarza oraz nasilają się jego trwające już od wielu lat kłopoty z sercem i ze wzrokiem. Równocześnie przypadkiem  – jednym z  tych tak często opisywanych przez Sebalda znaczących przypadków – odnawia on w tym czasie znajomość z sympatią z młodości. Dwa ostatnie lata Sebalda Angier przedstawia – także ze względu na ową relację – jako, mimo przeciążającej organizm pracy i ustawicznej ucieczki przed uciążliwymi splendorami, bardzo szczęśliwy okres życia pisarza. Opublikowaną w 2001 r. ostatnią książkę, Austerlitz, można uznać za piątą, dopełniającą cztery wcześniejsze, opowieść z cyklu Wyjechali, rozbudowaną w tym wypadku do rozmiarów obszernej powieści. Zarówno wydanie oryginalne, jak i późniejszy zaledwie o kilka miesięcy przekład angielski, spotykają się z owacyjnym bez mała przyjęciem. Zewsząd sypią się nagrody i stypendia, wszystkie twórcze drogi zdają się naraz stać przed pisarzem otworem. Cóż z tego, skoro, jak to gdzieś ujął Borges, los „(taka jest nazwa, którą nadajemy nieskończonemu i bezustannemu działaniu tysięcy splatających i rozplatających się spraw) rozwiązał to jednak w inny sposób” (przeł. A. Sobol-Jurczykowski). Angier wielokrotnie wspomina o czasem nieco ryzykownej, częściej raczej zwyczajnie rozkojarzonej jeździe samochodowej Sebalda, w wyniku której nie raz otarł się on o poważny wypadek – 14 grudnia 2001 r. nie skończyło się jednak na otarciu, pisarz zginął w zderzeniu swojego samochodu z ciężarówką, na trasie niedaleko domu (siedząca obok kierowcy córka została poważnie ranna). Po przeprowadzonej autopsji za najbardziej prawdopodobną przyczynę kolizji uznano atak serca.

Prawo do fikcjonalizacji życia

Biografia Carole Angier zbudowana jest tradycyjnie, chronologicznie i linearnie, w rozdziałach obejmujących kolejne kilkuletnie interwały czasowe. W przyjętej zasadzie konstrukcyjnej uwyraźnia się – jak to zazwyczaj nieuniknione w wypadku literatury sekundarnej – przeciwieństwo względem principiów twórczych samego pisarza: podczas gdy ten systematycznie redukuje i zagęszcza, biografka amplifikuje i rozrzedza. Nie jest to zarzut – literatura jest tutaj punktem wyjścia, nie dojścia – lecz jedynie wstępna obserwacja.

Pierwszej połowie życia Sebalda autorka poświęca znacznie więcej miejsca niż latom późniejszym, co tłumaczy się m.in. malejącą chęcią kolejnych rozmówców do dzielenia się z nią istotnymi informacjami. Przy okazji ustalania okoliczności jednego z silnie depresyjnych okresów życia pisarza w latach 80. Angier wspomina, że spośród „setek osób”, z którymi rozmawiała na ten temat, tylko dwie skłonne były do dłuższych wypowiedzi (AS 322). Inaczej rzecz ma się w odniesieniu do lat wcześniejszych: nie tylko czas dzieciństwa i dorastania Sebalda, lecz także środowisko społeczne, z którego wywodzą się jego rodzice, biografka opisuje nader sumiennie, korzystając – podobnie jak na mniejszą skalę będzie to robić także w pozostałych partiach książki – m.in. ze wspomnień dwóch sióstr pisarza, starszej od niego Gertrud i młodszej Beate. Dowiadujemy się tutaj niemało nie tylko o rodzinie Sebalda, lecz także o rodzinach jego zarówno bliższych, jak i niekiedy dalszych ówczesnych przyjaciół i znajomych. Kto lubi takie – dopełniane reprodukcjami zdjęć, niskiej jakości wszakże (to akurat typowe również dla autora) – przeglądanie familijnych albumów, znajdzie tu niejedną cenną ciekawostkę, kto jednak chciałby skupić się przede wszystkim na pisarzu, może poczuć się miejscami nieco zagubiony. Niekiedy odczuwalna bywa także pewna asymetria informacyjna: podczas gdy niektóre kwestie przygodne i nie najistotniejsze omawiane są bardzo obszernie, inne, jakkolwiek bezsprzecznie znaczące, muszą pozostać w  zawieszeniu i niedopowiedzeniu.

Autorka zaznacza na wstępie – i  powtórzy to potem jeszcze tu i ówdzie – że jej książka nie ma być literaturoznawczą monografią pisarza, lecz nakierowaną na poszukiwanie faktualnej prawdy prezentacją jego życia. Rozpoczyna jednak od wielostronicowego analitycznego skontrastowania postaci Henry’ego Selwyna, bohatera pierwszego opowiadania z tomu Wyjechali, oraz jego pierwowzoru, Philipa Rhoadesa Bucktona. Powtórzy ten zabieg później także w  odniesieniu do pozostałych postaci ze wspomnianej książki, to jest Ambrosa Adelwartha, Paula Bereytera i Maxa Ferbera; przeanalizuje również pod tym kątem szkic Il ritorno in patria z książki Czuję. Zawrót głowy. W konwersacyjnym tonie przytacza w odnośnych ustępach rozmowy z członkami rodzin osób, na których Sebald wzorował swoich bohaterów, powtarza też podróż do rodzinnej wioski pisarza i notuje poirytowane sprostowania faktycznych czy rzekomych przeinaczeń. Te partie książki, problematyzujące w założeniu poetologiczną zasadę twórczą Sebalda – rozmywanie granicy pomiędzy faktem a  fikcją literacką, przejmowanie cudzych wspomnień, najczęściej bez uzyskania zgody zainteresowanych, i formowanie z nich własnych quasi-dokumentalnych opowieści – mają niewątpliwy filologiczny walor poznawczy, jednak w nagromadzeniu rozspajają niekiedy główny wywód. Nie jest także całkiem jasne, czemu właściwie w swojej szczegółowości tutaj służą  – być może byłyby lepszym dopełnieniem książki niż jednym z jej trzonowych elementów – poza tym, że skłaniają one autorkę do postawienia (więcej niż raz) zarówno sobie, jak i czytelnikom tyleż nieprostych i niewygodnych, co ważkich pytań o autorskie prawo do częściowej fikcjonalizacji życia również żyjących czasem jeszcze osób, fikcjonalizacji na tyle nieznacznej, że pozwala to zainteresowanym rozpoznać czytelne pierwowzory, i zarazem na tyle znaczącej, że wprowadza to zamęt co do innych dotyczących ich faktów – i rodzi poczucie utraty, po raz wtóry, własnego losu. Pewnym wyjaśnieniem, dlaczego autorka poświęca tym kwestiom – nie zawsze związanym wprost z  tematem książki  – aż tak wiele miejsca, jest fakt, że, jak przyznaje, sama nie potrafi dojść z  nimi do ładu.

Z  jednej strony zaświadcza o odczuwanej niezmiennie emocjonalnej prawdziwości dzieła Sebalda, z drugiej – zastanawia się, czy wybrana metoda artystyczna nie może stanowić czasem punktu oparcia dla – nawet – negacjonistów i rewizjonistów Zagłady (gdy np. okazuje się, że elementy literackich biografii rzekomych niemieckich Żydów przejęte zostały z  życiorysów nieżydowskich angielskich i niemieckich znajomych pisarza).

Angier nie aprobuje wielu wątpliwych etycznie, jak uważa, pisarskich decyzji Sebalda, ale ostatecznie nie wpływa to znacząco na jej podziw dla jego dzieła. Uczciwie przyznaje, że gdy rozważa wszystkie te kwestie, ogarnia ją często zawrót głowy – i że chyba przyjdzie jej pozostać z ową nierozstrzygalnością.

Czytanie literatury, czytanie biografii

Niedobrze byłoby dla przyszłości literatury, gdyby zamiast dzieł zaczęto czytać głównie biografie ich twórców. Sebald był jednym z autorów jasno widzących w swoim czasie ówczesne dziś i nieodległe jutro literatury (o pozamerkantylnych ambicjach): przełamywanie kolejnych murów milczenia, przemierzanie pamięci, postępującą fuzję gatunków, odesłanie do lamusa wyraziście zarysowanej fabuły, narastającą potrzebę deklaratywnej defikcjonalizacji fikcji w  celu jej recepcyjnego uwierzytelnienia. Do tych wyczuwalnych wektorów zmian dodał dopracowany przez siebie hiperrealizm obserwacyjny, wielowarstwowo filtrowaną narrację i  awangardowy wręcz w  celowej anachroniczności język odlewany w scalanych w mniejsze i większe całości formach literackich. Literatura była dla niego – wbrew rozmyślnie wywoływanemu wrażeniu wcale nie różnił się w tym względzie od większości innych twórców  – przestrzenią umożliwiającą inscenizowanie prawdy opartej na tyleż respektowaniu faktów, co swobodzie ich zestrajania gwoli pochwycenia (przychodzi na myśl Nabokov z siatką na motyle) uniwersalnie przenikliwych rozpoznań. Wszystkie jego książki są do siebie bardzo podobne, zarazem jednak każda z nich jest inna, wykracza poza wcześniejsze w poszukiwaniu nowej przestrzeni ekspresji. O tym wszystkim Carole Angier nie pisze akurat nazbyt wiele, ale, bądźmy uczciwi, nie jest to także jej celem.

Jej zainteresowanie pisarzem narodziło się z przejęcia poruszanymi przezeń tematami. Angier nie ukrywa swojego emocjonalnego stosunku do literatury Sebalda (i z rzadka tylko, zwłaszcza jednak pod koniec książki, ta afektywna dyspozycja zwodzi autorkę na zbyteczne manowce koturnowej mitologizacji). Jako córka żydowskich uchodźców z Wiednia, jako zapamiętała czytelniczka pierwszej godziny już w połowie lat 90. przeprowadziła z pisarzem wywiad zatytułowany znamiennie Kim jest W.G. Sebald?[7] . Jak się miało potem okazać, autor przemycił w nim, co było jego zwyczajem, wiele niekoniecznie zgodnych z faktami informacji. Kolejne ćwierć wieku, oto nasuwająca się pointa, zabrało Angier opracowanie sprostowania i wypracowanie pełniejszej odpowiedzi na postawione wówczas tytułowe pytanie. Poza dotarciem do wielu nieznanych wcześniej cząstkowych faktów dotyczących życia pisarza i osadzeniem ich w ramach potoczystej opowieści, biografka zwraca uwagę na liczne kwestie, które od dawna już są i zapewne zawsze pozostaną przedmiotem rozważań i sporów. Znamienna wydaje się nieco zaskakująca – i nieznana wcześniej  – uniwersalna skłonność autora do konfabulowania, do mieszania faktów i fikcji nie tylko w twórczości literackiej, lecz także niekiedy w  szkicach krytycznoliterackich, a nawet w kontaktach prywatnych. Oczywiście, zapewne także w tym można by doszukiwać się jakiejś wyższej konsekwencji, nie byłoby to jednak szczególnie przekonujące, podobnie jak trudno znaleźć dobre wytłumaczenie dla przejmowania bez stosownej adnotacji fragmentów życia innych (główną dostarczycielką faktów z  życia powieściowego Jacques’a Austerlitza była, dajmy na to, Susi Bechhöfer, do śmierci niepogodzona z takim wykorzystaniem jej wspomnień) czy znaczących niekiedy partii cudzych książek (co nosi czasem, rzadko wprawdzie, niemniej jednak, znamiona plagiatu). Powstała w efekcie biografia jest rzetelna i zajmująca, niedemaskatorska, choć autorka nie tylko opisuje skrupulatnie koleje życia pisarza, lecz tropi także literackie odkształcenia faktów, i niehagiograficzna, mimo że nie skrywa sympatii dla swojego bohatera i podziwu dla jego dzieła. I jeszcze jedno: choć żaden wychodzący poza suche fakty i daty opis czyjegokolwiek życia nie może pozostać dyskretny, to może być jednak delikatny; i tak jest właśnie w tym wypadku. Zarówno częste wzmianki o domniemanych homoerotycznych inklinacjach pisarza, jak i spekulacje na temat nękającego go chorobliwego przygnębienia czy też relacja z nieformalnego zażyłego związku z nieoczekiwanie ponownie odnalezioną przyjaciółką sprzed lat pozostają utrzymane w tonie oszczędnym i taktownym. Tym także tłumaczy się być może, poza względami natury prawnej, nieco jednak zaskakujący brak informacji o najbliższej rodzinie autora.

Ze względu na objętość i szczegółowość Speak, Silence to książka raczej dla przynajmniej średniozaawansowanych, nie dopiero początkujących czytelników Sebalda. Lektura urealnia postać autora, uświadamia także, jakie były pobudki jego pisarstwa (warte podkreślenia jest zwłaszcza uwyraźnienie Janusowego oblicza formacyjnej lekcji zniszczenia i przemilczenia), jakie węzłowe punkty decydowały o jego życiu i jak wątpliwe etyczne konsekwencje miewały niekiedy jego istotne poetologiczne (i empatyczne) wybory. I choć niedobrze byłoby dla przyszłości literatury, gdyby zamiast dzieł zaczęto czytać głównie biografie ich twórców, nie byłoby również dobrze, gdyby dzieła miano brać za wytwory niematerialnych duchów. Skoro zatem w sposób nieunikniony musiał przyjść w końcu czas na wzięcie pod biograficzną lupę także Sebalda – a sama autorka świetnie zdaje sobie sprawę, jak bardzo by on sobie tego nie życzył – to książkę Carole Angier można uznać za całkiem dobry początek.

—

Carole Angier

Speak, Silence. In Search of W.G. Sebald

Bloomsbury Circus, London et al. 2021, s. 640

 

[1] O. Figes, Europejczycy. Początki kosmopolitycznej kultury, tłum. Ł. Błaszczyk, P. Sajewicz, Warszawa 2021, s. 470.

[2] Por. U. Schütte, W.G. Sebald. Leben und literarisches Werk, Berlin, Boston 2020, s. 4.

[3] Żonie, Ute Sebald, Angier dziękuje w ostatnich słowach jako pierwszej i tej, „która nie życzyła sobie ze mną rozmawiać, ale nie rzucała mi też kłód pod nogi”. Por. C. Angier, Speak, Silence. In Search of W.G. Sebald, London et al. 2021, s. 451 (dalej jako AS z numerem strony). Z kolei urodzona w 1972 r. córka Sebalda nie zostaje nawet nigdzie – kwestia osobliwej dyskrecji? – nazwana z imienia (choć imię to, Anna, nie jest akurat żadną tajemnicą i pojawia się w co najmniej jednej z książek pisarza).

[4] Urodzony w 1911 r. Georg Sebald nie był zaprzysięgłym nazistą (nie należał nawet do NSDAP) i nie dosłużył się wysokiej rangi w niemieckiej armii – podczas agresji na Polskę był prawdopodobnie kierowcą, zaś w późniejszym czasie był także nie żołnierzem frontowym, lecz członkiem obsługi technicznej – ale doskonale uosabiał typ „zwyczajnego Niemca”, który awansował społecznie dzięki Hitlerowi i do końca nie wypowiedział mu swojej lojalności. Kiedy ok. roku 2000 Sebald rozmyślał nad tzw. Weltkriegsprojekt, projektem literackim osadzonym w I poł. XX w. i łączącym m.in. elementy historii własnej rodziny w kontekście dwóch wojen światowych, przypadek własnego ojca miał stać się (obok dwóch innych) charakterystycznym exemplum umożliwiającym głębsze zrozumienie fenomenu narodowego socjalizmu.

[5] Jakkolwiek jednak zdarzało się Sebaldowi tu i ówdzie (rzadko!) naginać fakty także w pracach naukowych – z jednego listu otrzymanego od Theodora W. Adorno zrobić dwa, nie uwzględnić niepasujących do danej tezy materiałów albo przemilczeć wykorzystane źródło – to, niezależnie od ogólnej oceny, należy podkreślić, że celem takich niechwalebnych metod nie była nigdy „alternatywizacja” faktów, lecz (jedynie?) wyostrzenie własnej argumentacji, zaś pobudką do takich działań był także sceptyczny nieco stosunek do często tylko markowanej naukowości nauk o literaturze. Pisarstwo krytycznoliterackie było dla Sebalda niemal od samego początku (choć w narastającym natężeniu) raczej możliwością realizacji impulsu twórczego za pomocą dostępnych mu form pisarskich niż czymkolwiek innym.

[6] Wydany w języku polskim zbiór pod tym samym tytułem jest wyborem szkiców z trzech eseistycznych tomów pisarza. Por. W.G. Sebald, Opis nieszczęścia, tłum. M. Łukasiewicz, Wrocław 2019. Nb. nie tylko tę, lecz wszystkie książki Sebalda przejęzyczyła na polski – doskonale – Małgorzata Łukasiewicz

[7] Por. C. Angier, Who is W.G. Sebald?, w: L.S. Schwartz, The Emergence of Memory. Conversations with W.G. Sebald, New York et al. 2007, s. 63–75.

Artykuł pojawił się w numerze: Przyjemność w czasie niepokoju