Do księgarń trafi niedługo polskie wydanie książki The Anxious Generation (przekład ukaże się pod tytułem Niespokojne pokolenie) autorstwa Jonathana Haidta. W Stanach Zjednoczonych z miejsca stała się ona bestsellerem, a autor odbył z nią długie tournée po mediach. Porusza ona niezwykle ważny temat wzrostu odnotowywanych problemów zdrowia psychicznego wśród dzieci, młodzieży i młodych dorosłych. Źródeł tego wzrostu autor upatruje w upowszechnianiu się smartfonów oraz mediów społecznościowych – w szczególności w ich dominacji w okresie dzieciństwa i dorastania oraz w stylu życia pokolenia Z (tzw. zoomerów, Gen Z – dla krajów anglosaskich typową cezurą jest tu urodzenie się po 1995 r.).
Książka jest napisana przystępnym i zaangażowanym stylem, co czyni ją atrakcyjną w odbiorze nie tylko dla osób zajmujących się profesjonalnie dziećmi i młodzieżą, ale także dla wszystkich, którym ich zdrowie psychiczne i dobrostan leżą na sercu. Zanim jednak odniesiemy się do treści tej publikacji, warto zauważyć, że to nie pierwszy raz, gdy tezy jej autora stały się przedmiotem rozpalonych dyskusji wykraczających poza uniwersytet.
Przeciwko „rozpieszczonemu umysłowi”
Szersza publika poznała Haidta dzięki bestsellerowym książkom: Hipoteza szczęścia. Odnaleźć nadzieję w klasycznej mądrości – z 2006 r. (polskie wydanie: 2022 r.); oraz Prawy umysł. Dlaczego dobrych ludzi dzieli religia i polityka? – z 2013 r. (polskie wydanie: 2014 r.). Jego twórczość składa się na interesujący obraz łączący naukę z pewnego rodzaju aktywizmem społecznym i – tak modnym w ostatnich latach – poradnictwem psychologicznym.
Niemałe znaczenie ma tu też pozycja Haidta w spektrum ideowym w aktualnych sporach politycznych.
Jonathan Haidt sam przez lata zaliczał się do amerykańskiej centrolewicy czy liberałów, jako zwolennik Partii Demokratycznej. Z czasem jednak wyrażał sporo krytycyzmu względem tego stronnictwa. Głównie za nadmierną koncentrację na sprawiedliwości zamiast na innych wartościach moralno-politycznych, takich jak autorytet, świętość itp. To akurat wynikało z jego specyficznej teorii emocjonalnych fundamentów moralności, opisanej w książce Prawy umysł. Przekonywał w niej, że kluczowe wartości społeczne wywodzą się z emocji podstawowych. Troska wyrasta ze współczucia, sprawiedliwość ze złości (na sprawców przestępstw), wolność z przekory, autorytet ze strachu, a świętość z emocji wstrętu (jako ewolucyjnego mechanizmu ochrony przed zatruciem ciała). Wszystkie one mają oddawać pełne spektrum ludzkich potrzeb i mechanizmów adaptacji, które tak jak obecne są w populacji, tak powinny być reprezentowane w polityce, zaś działania demokratów miałyby od nich abstrahować, jeśli wręcz ich nie lekceważyć. Z tego względu Haidt zaczął być uznawany za sojusznika konserwatystów w ich walce z „poprawnością polityczną” (współcześnie raczej mówi się o tzw. „kulturze woke”). W 2015 r. stał się nawet liderem ruchu pod nazwą Heterodox Academy, który miał na celu dbanie o różnorodność ideologiczną wśród kadry uniwersyteckiej, ograniczenie dominacji zwolenników sprawiedliwości społecznej i Partii Demokratycznej na kampusach uczelni.
Doceniając generalnie dobre intencje Haidta (ideowa różnorodność jest istotna dla intelektualnej debaty i rozwoju), warto jednak odnotować, że był to okres, w którym amerykańscy konserwatyści z własnego wyboru coraz wyraźniej wykluczali się poza nawias konsensu naukowego.
Chodzi tu w szczególności o negowanie najnowszego dorobku badań np. w kwestii zmian klimatycznych czy obstawanie przy przestarzałych i fałszywych teoriach łączących iloraz inteligencji (IQ) i rasę czy płeć.
Przykładowo konserwatywni komentatorzy (w tym ekonomiści o prawicowych inklinacjach) w swojej krytyce programów pomocy społecznej często powoływali się na bardzo problematyczną książkę The Bell Curve (Krzywa Bella), która wprost podkreśla próżność pomocy pewnym grupom etnicznym, przekonując, że to genetyka skazuje je na niską pozycję socjoekonomiczną. Sam Haidt najpewniej nie popiera tych stanowisk odległych od konsensu naukowego. Ale zdaje się nie doceniać, jak antynaukowa i nieempatyczna retoryka przywództwa Partii Republikańskiej zwyczajnie odstręcza badaczy i nauczycieli akademickich od tego stronnictwa.
Tym samym Haidt, prócz tego, że nie stroni od śmiałych publicystycznie tez, to w anglosaskich sporach polityczno-kulturowych stara się balansować na centrystycznych pozycjach i tym samym, z pozycji dość tradycjonalistycznych (i niekoniecznie dobrze wyważonych), krytykować „ekscesy sprawiedliwości społecznej”. Ten szerszy kontekst aktywności intelektualnej Haidta powinien być znany czytelnikom, by mogli oni adekwatnie interpretować to, jak prezentuje on stan wiedzy naukowej – z jakiego klucza interpretacyjnego korzysta.
Pewien sojusz z konserwatyzmem widać także w tym, jak krytykował ideę „bezpiecznych przestrzeni” (safe space) na uniwersytetach oraz praktyki „ostrzeżeń o problematycznych treściach” (content warning), na zajęciach – tj. treściach, które np. mogą wybudzać osobiste traumy u studentów (doświadczenia gwałtu itp.). W tym duchu napisał razem z Gregiem Lukianoffem książkę Rozpieszczony umysł. Jak dobre intencje i złe idee skazują pokolenia na porażkę (2018 r., polskie wydanie 2023 r.). Autorzy twierdzą w niej, że dzieci są „antykruche” – tj. dla prawidłowego rozwoju potrzebują wyzwań, trudności, a nawet porażek, po to by przygotować się do samodzielności i być bardziej odpornymi. Publikacja ta stanowi więc pewne preludium do książki o „niespokojnym pokoleniu”.
Wielkie przeprogramowanie
Autor otwiera The Anxious Generation bardzo wymowną analogią. To historia przedsiębiorcy technologicznego, który transportuje dzieci z naszej planety, aby dorastały na Marsie, bez zgody rodziców czy opiekunów. Dzieci te dojrzewają w zupełnie innych warunkach niż te, które my znamy i w których ludzie żyli i ewoluowali na Ziemi. Ta analogia pokazuje, w jego przekonaniu, powagę sytuacji, w której nasze dzieci od najmłodszych lat dorastają, znajdując się w ciągłej ekspozycji na smartfony i media społecznościowe. W jego opinii technologie te odciskają na rozwoju dzieci równie poważne piętno jak życie w niskiej grawitacji i w narażeniu na promieniowanie kosmiczne.
W przeszłości dzieciństwo polegało na rozwoju w oparciu o tradycyjną zabawę, gry i eksplorację otaczającego realnego, fizycznego i społecznego świata.
Rozwój dzieci opierał się na interakcjach w rodzinie, grupie rówieśniczej, w społeczności, w świecie realnym (IRL – ang. in real life, „w realnym życiu”). Teraz dzieci wychowują się w świecie „bezcielesnych sieci wirtualnych”. Haidt twierdzi, że to właśnie dorastanie w wirtualnym świecie jest głównie odpowiedzialne za narastanie lęku, stanu anomii (czyli dezorientacji i bezcelowości) oraz poczucia samotności u młodych ludzi. Dzieciństwo „oparte na smartfonie” – czyli odejście od „tradycyjnych” gier i zabaw – jest zdaniem Haidta „katastrofalnym błędem”. Nazywa je „wielkim przeprogramowaniem” (the great rewiring) mózgów dzieci i przekonuje, że od początków II dekady XXI w. jest ono głównym powodem gwałtownego wzrostu zaburzeń psychicznych i samobójstw wśród nastolatków. Apeluje, aby jak najszybciej zakończyć ten „niekontrolowany eksperyment” i „ściągnąć dzieci na Ziemię”.
Co się popsuło w pokoleniu Z?
Haidt opisuje początek i naturę zjawiska szybkiego i niekontrolowanego przypływu fali lęku, depresji, samookaleczeń i samobójstw wśród dzieci przede wszystkim w krajach anglosaskich, a także w innych częściach świata. Zwraca uwagę, że pogorszenie zdrowia psychicznego w USA dotknęło w większym stopniu dziewczęta. Między 2010 a 2020 r. nastąpił u nich wzrost samookaleczeń o 188%, a samobójstw o 167%. W tym kontekście przywołuje – dotyczące tego samego okresu – statystyki pokazujące gwałtowny spadek spędzania wolnego czasu (leisuretime) opartego na tradycyjnej zabawie i aktywności na podwórku, placu zabaw, w parku, co jest wyraźnie skorelowane ze znaczącym wzrostem jego spędzania przed komputerem, tabletem i smartfonem.
W przypadku pokolenia Z komunikowanie się, życie towarzyskie i relacje interpersonalne w większości przeniosły się do świata wirtualnego, właśnie za pośrednictwem nowoczesnych technologii.
Z jednej strony oferują one wiele możliwości edukacyjnych i rozwijają umiejętności cyfrowe, ale z drugiej strony istotnie zmniejszają aktywność fizyczną i ograniczają interakcje społeczne w realnym świecie. Autor twierdzi, że funkcjonowanie i rozwijanie się w takim wirtualnym środowisku wiąże się z ryzykiem deprywacji podstawowych potrzeb społecznych i fizjologicznych, skutkując problemami ze snem, z uczeniem się, z uwagą i koncentracją, oraz poważnie zwiększa ryzyko uzależnień. Zwraca uwagę na spadek u młodzieży poziomu empatii i poczucia więzi (ze sobą, z innymi i ze światem) oraz wzrost niezadowolenia z siebie i z życia. Wniosek nasuwa się sam: to nowoczesna technologia podniosła falę zaburzeń psychicznych wśród nastolatków.
Haidt (w nawiązaniu do swojej poprzedniej książki) zastrzega, że te trendy mają swoje początki w latach 90., czyli jeszcze przed nadejściem ery smartfonów – w rosnącym lęku i nadopiekuńczości rodziców. Na tym gruncie smartfony zaczęły służyć do monitorowania i kontrolowania dziecka i wzmocniły bariery w nabywaniu przez dzieci samodzielności. Utrudniły dzieciom uczenie się, poznawanie, eksplorację, rozwijanie realnych kompetencji społecznych – począwszy od podejmowania i oceny ryzyka, negocjowania i rozwiązywania konfliktów, praktykowania norm kulturowych po zachowania związane z dorastaniem, budowaniem przyjaźni, zakochaniem się i randkowaniem. Autor zaznacza, że zmieniły się też społeczne wzorce do naśladowania dla młodzieży. Media społecznościowe na świecznik wyniosły niewielką grupę młodych „idealnych” influencerek i influencerów, promujących ekstremalne i nierealne wizje kobiecości czy męskości.
Opisuje również szczegółowo szkody w rozwoju i w zdrowiu młodych ludzi wynikające z „dzieciństwa opartego na smartfonie”. Haidt przedstawia badania pokazujące związek intensywnego korzystania z mediów społecznościowych, szczególnie korzystania z nich w sposób problematyczny (problematic social media use) z występowaniem zaburzeń w zdrowiu psychicznym u nastolatków. Wyjaśnia, że wizualnie zorientowane media społecznościowe (selfie) działają jak „socjometr”, prowadząc do ciągłego porównywania się z innymi. To szczególnie dotkliwie uderza w dorastające dziewczęta, które są bardziej wrażliwe na porównania wizualne i „społecznie oczekiwany perfekcjonizm”. Badania pokazują, że (w porównaniu z chłopcami) mają one dużo bardziej zaniżoną samoocenę (obraz własnego ciała). Kobiety są bardziej podatne na socjogenne zaburzenia psychiczne (tj. wywołane bardziej wpływem społecznym niż innymi czynnikami). Z kolei mężczyznom internet ułatwił stalkowanie dziewcząt i młodych kobiet. Social media zapewniają bowiem różnorodne i dające większą bezkarność narzędzia zachowań dewiacyjnych i cyberprzemocy.
Haidt twierdzi, że „wielkie przeprogramowanie” przyczynia się nie tylko do wzrostu szkód zdrowotnych w okresie adolescencji, ale również do licznych „niepowodzeń na starcie”, czyli we wchodzeniu w dorosłość.
Dzieli się też własnym doświadczeniem z „życia opartego na smartfonie”, które spowodowało regres jego duchowości i pogorszenie dobrostanu. W pokonaniu tego kryzysu pomogły mu uniwersalne, dostępne dla każdego praktyki duchowe, m.in. medytacja, ćwiczenie wdzięczności, joga, spacery i kontakt z naturą.
Recepta na dzieciństwo w smartfonie
Co możemy i co należy zrobić „tu i teraz”, aby zredukować ryzyko szkód nie tylko w zdrowiu i dobrostanie samych nastolatków, ale również w ich rodzinach, szkołach i społecznościach lokalnych? Haidt podkreśla, że skuteczna ochrona przed zagrożeniem jest możliwa, jeśli działania będą koordynowane i prowadzone wspólnie na wszystkich poziomach, we wszystkich środowiskach – ze strony władz (legislacja), firm technologicznych (wdrożenia), szkół i rodziców (edukacja).
Przykładem takich dobrych praktyk jest prawo uchwalone w Wielkiej Brytanii, które wymaga traktowania małoletnich w internecie w inny sposób niż dorosłych. Autor domaga się wobec firm technologicznych bardziej rygorystycznych zasad monitorowania treści oraz obowiązku uwzględnienia (weryfikowania) wieku użytkowników przy projektowaniu platform i algorytmów. Oczekuje lepszych instrumentów kontroli rodzicielskiej (możliwości oznaczania telefonów i komputerów dzieci jako urządzeń, które nie powinny być obsługiwane przez witryny z limitem wiekowym). Są to jednak rekomendacje nieco niejasne, ponieważ obok nich zaleca osłabienie zjawiska nadopiekuńczości wobec dzieci – tyle że w realnym świecie. Szkoły powinny być miejscami wolnymi od smartfonów i oferować warunki fizyczne oraz przestrzenne zachęcające do swobodnych gier i wspólnego spędzania czasu uczniów na przerwach. Sam budynek i jego otoczenie muszą mieć przestrzenie do gier i zabaw, z miejscami do spotkań, rozmów i wspólnych posiłków.
Warto odnotować, że takie działania, jako dobre praktyki promocji zdrowia psychicznego, są rekomendowane przez sieć Schools for Health in Europe Network Foundation (Szkół Promujących Zdrowie w Europie).
Haidt szczególną uwagę poświęca rodzicom i opiekunom. Używa tu metafory stawania się lepszym „ogrodnikiem”, który tworzy sprzyjające warunki i przestrzeń do swobodnego doświadczania, uczenia się i rozwoju. Przeciwstawia ją wizji bycia lepszym „cieślą”, który próbuje bezpośrednio wpływać na swoje dziecko i kształtować je według własnego zamysłu. Promuje styl wychowania oparty na wspólnym ustalaniu i egzekwowaniu zasad, budowaniu relacji budowanych na zaufaniu i wzajemnym szacunku, kosztem zmniejszenia nadzoru i kontroli ze strony dorosłych. Określa dzieci jako „antykruche” – przekonując, że podejmowanie ryzyka, mierzenie się z wyzwaniami, doświadczanie błędów i porażek, wypróbowywanie różnych strategii radzenia sobie jest czymś, co je wzmacnia, uodparnia, rozwija i uczy samodzielności. W tym kontekście Haidt zaleca też osłabienie nadopiekuńczości wobec dzieci w realnym świecie również przez zmianę prawa. Przekonuje, że regulacje powinny dawać więcej wolności rodzicom w oferowaniu swoim dzieciom możliwości samodzielnego eksplorowania świata i redukować ryzyko z góry stawianych zarzutów dotyczących zaniedbania ze strony dorosłych.
Gdzie są dowody?
Kluczowe pytanie, które należy zadać Haidtowi, brzmi jednak: czy smartfony rzeczywiście są tak poważnym problemem, jak twierdzi autor Niespokojnego pokolenia? Trudno się nie zgodzić z pewną ogólną obserwacją obciążającą social media, skoro wiemy, że ich firmy stosują specjalne techniki, tworząc mechanizmy uzależniające, podobnie jak ma to miejsce w grach mobilnych warunkujących behawioralnie swoich graczy. Nie sposób więc negować nawoływania do ostrożności i prewencyjnego kontrolowania tych „innowacji”.
Stanowczość Haidta, choć częściowo wsparta naukowo, gubi jednak istotny niuans, którego podejście naukowe – a tak zapewne Haidt chciałby się pozycjonować – się domaga.
Wyolbrzymiając szkodliwość smartfonów, autor przesłania szereg innych, dobrze zbadanych i ważnych czynników ryzyka. I tu, niestety, książka – jakkolwiek nie byłaby zgodna z naszymi intuicjami – nie jest dostatecznie podbudowana naukowo. Haidt powtarza twierdzenie, że technologie cyfrowe „w wielkim stopniu przeprogramowują dzieciństwo” i przez to powodują w populacji młodych ludzi epidemię zaburzeń psychicznych. Tym samym zakłada przyczynowy charakter tej relacji: to, że współczesne technologie sprawiają, iż dzieci się źle mają. Na to twierdzenie brakuje solidnych dowodów naukowych.
Mimo że Haidt zebrał wraz ze współpracownikami dla potwierdzenia swojej tezy wyniki licznych badań, są to jednak badania korelacyjne, zaś autor Niespokojnego pokolenia doszukuje się w nich dowodów na zachodzenie związku przyczynowo-skutkowego. Innymi słowy, Haidt, twierdząc, że korzystanie z mediów społecznościowych jest przyczyną, a nie „tylko” współwystępuje (koreluje) z zaburzeniami psychicznymi u młodych ludzi, formułuje za silne stanowisko, dla którego zbudowania brakuje mu równie mocnego argumentu.
Z jednej strony Haidt przytacza wyniki badań losowo dobranych osób dorosłych do grup z dużym ograniczeniem lub bez dostępu do mediów społecznościowych, u których zaobserwowano poprawę zdrowia psychicznego. Z drugiej strony powołuje się na kilka quasi-eksperymentów, czyli tzw. eksperymentów naturalnych (prowadzonych w naturalnym środowisku życia osób badanych), które nie dają dostatecznej kontroli zmiennych, wymaganej rygorem w eksperymencie naukowym. Przykładem są sytuacje, kiedy Facebook pojawił się na kampusach, gdy w danym regionie został zainstalowany szybki internet, i dokładnie wtedy odnotowywano pogorszenie się zdrowia psychicznego u młodej populacji, zwłaszcza dziewcząt i kobiet. Nawet jeśli tych przykładów jest wiele i prowokują one do myślenia, to – przez brak rygoru metodologicznego (np. losowości w doborze próby i długoletniej obserwacji) – cechuje je słaba wiarygodność i trudno je jednoznacznie interpretować. Więcej mają wspólnego z anegdotami, które dają podstawy do formułowania hipotez, niż z naukowymi dowodami konkretnie wskazującymi związki przyczynowo-skutkowe. Korelacja (współwystępowanie) po prostu nie oznacza przyczynowości.
Biorąc pod uwagę wiek mediów społecznościowych i zmian technologicznych, naturalne jest, że nadal brakuje silnych dowodów pochodzących z wieloletnich obserwacji tych samych osób.
Oczywiście takie badania – tzw. badania podłużne – są już prowadzone w wielu krajach i przyniosły pewne wyniki. Największe tego rodzaju badanie to długoterminowe, wieloletnie studium rozwoju mózgu i zdrowia dzieci, obejmujące 12 tys. uczestników w USA (Adolescent Brain Cognitive Development Study). Jednak nie dostarczyło ono wystarczających dowodów wpływu intensywnego korzystania z technologii cyfrowej na zmiany w rozwoju mózgu, zachowanie i zdrowie dzieci oraz młodzieży. Z kolei badania prowadzone przez Candice L. Odgers i innych (długoterminowe badania podłużne nt. skutków intensywnego lub problematycznego korzystania z mediów społecznościowych w rozwoju i zdrowiu psychicznym dzieci oraz młodzieży) pokazały zbyt słabe wyniki.
Podobnie większość wyników metaanaliz i przeglądów systematycznych pokazuje korelację – czyli zależność dwukierunkową – a nie jednokierunkową przyczynowość. A to uniemożliwia proste obwinienie o wszystko social mediów. Chodzi o to, że problematyczne korzystanie z mediów społecznościowych może być nie powodem, lecz skutkiem czy symptomem depresji lub zaburzeń lękowych. Social media mogą też „tylko” wzmacniać symptomy depresji i lęku – co już samo w sobie jest argumentem do ich regulowania – ale nawet w takim przypadku nie powinno się koncentrować i poprzestawać tylko na działaniach w tym obszarze. Wtedy wciąż powinno się szukać właściwych przyczyn. Istnieje wiele innych czynników ryzyka przyczyniających się do wystąpienia zaburzeń psychicznych dzieci i młodzieży i na ich redukcję powinny być również kierowane działania mające na celu ochronę i wzmocnienie ich zdrowia psychicznego.
Haidt emocjonująco i ciekawie snuje swoją historię, a jego książka na pewno jest inspirującą lekturą i przyczynkiem w poszukiwaniu rozwiązań problemu szybkiego pogarszania się zdrowia psychicznego młodych ludzi. Jednak nie stanowi syntezy całokształtu faktycznie istniejących dowodów. I dlatego – dostrzegając dobre intencje autora – należy zastrzec, że nie ma on dostatecznego i wystarczającego wsparcia dla swoich – tak silnie postawionych – tez.
Pogodzić się z internetem?
Frustracja związana z brakiem prostych odpowiedzi na nurtujące autora pytania jest zrozumiała. Te pytania zadają wszyscy, którym zdrowie psychiczne i dobrostan młodzież leżą na sercu – i brak jasnych odpowiedzi jest dla nich tak samo irytujący. Stronnicze, nazbyt stanowcze przedstawianie stanu wiedzy pasuje do społecznie zaangażowanej popularyzacji wiedzy i ułatwia zdobycie statusu bestsellera. Nie zmienia to jednak faktu, że problem jest dużo bardziej złożony.
W naszej recenzji nie chodzi o powstrzymywanie zasadnej przezorności. Podejście w duchu „dmuchania na zimne” jest zasadne. Co więcej, mnóstwo propozycji Haidta wydaje się sensownych, nawet jeśli jego tezy nie są w pełni uzasadnione.
Ograniczanie czasu dzieci „na smartfonie”, dawanie im atrakcyjnych alternatyw większej swobody w życiu pozainternetowym i zachęcanie do fizycznych interakcji społecznych – wszystko to rozwiązania zdroworozsądkowe i praktyczne.
Zapewne większość odpowiedzialnych rodziców i opiekunów sama je – bardziej lub mniej intuicyjnie – stosuje, w miarę swoich możliwości. Ale liczenie, że takie rozwiązania same w sobie zdziałają cuda, może przynieść gorzkie rozczarowanie. Haidt zdaje się nie dostrzegać wspomnianych już licznych innych uwarunkowań, w tym socjoekonomicznych, zwłaszcza w kontekście USA. Świat opisywany przez niego w tej książce to świat amerykańskiej klasy średniej. Brak jest u niego choćby pochylenia się nad tym jak wiele zależy od dobrze urządzonego i – nade wszystko dobrze finansowanego – systemu edukacji i systemu ochrony zdrowia. Jeśli smartfony stają się „nałogiem” i są kompulsywnie nadużywane, to w pewnej mierze dlatego, że szkoła we współpracy z rodzicami, a także lokalna społeczność i całe społeczeństwo niedostatecznie wspierają dzieci i nie zapewniają im i ich rodzicom odpowiednich zasobów dla ich zdrowego rozwoju.
Młodzi ludzie izolują się i uciekają do rzeczywistości wirtualnej nie bez powodu. Haidt przywołuje japoński fenomen hikikomori (syndrom społecznego wycofania się), który w coraz większym stopniu rozciąga się na cały świat. Jego głębszą przyczyną nie jest wcale internet czy cyfrowa rewolucja. Ma on u swoich źródeł specyficzne realia społeczne i gospodarcze Japonii – szczególnie od kryzysu gospodarczego lat 90., który rozpoczął serię tzw. straconych dekad. Presja na osiągnięcia edukacyjne i zawodowe, toksyczna kultura pracy (kult harówki) i sztywne hierarchie społeczne popychają wiele wrażliwych osób do ucieczki od bezdusznego, okrutnego „realnego” świata.
Inne spostrzeżenia Haidta – niestety, tylko sygnalizowane, ale i tak zasługujące na docenienie – dotyczą patologicznej roli kultury samochodowej w USA (coś, co występuje także w Polsce, choć w mniejszej skali) oraz samego systemu społeczno-ekonomicznego. Wspomina on o propozycjach wygaszania czy separowania ruchu samochodowego tak, aby dzieci (a raczej ich opiekunowie) nie musiały obawiać się zabawy na zewnątrz i ryzyka potrącenia w okolicy zamieszkania.
Pod koniec książki zdawkowo odsyła do prac poświęconych tzw. limbicznemu kapitalizmowi. Chodzi o system ekonomiczny, który przywiązanie czy wręcz uzależnianie od produktów i usług czyni naczelnym mechanizmem generowania zysków.
To dlatego media społecznościowe – zamiast być wsparciem dla zdrowego rozwoju dzieci – są nastawiane na ich manipulację i eksploatację dla maksymalizacji zysku. Temu tematowi powinno się poświęcać znacznie więcej uwagi przy okazji postulowanych regulacji.
Kluczowe jest jednak to, że nie ma dowodów (tzn. solidnie uzasadnionych tez) na to, że korzystanie z mediów społecznościowych przez dzieci wpływa na zmiany w ich mózgach, które powodowałyby występowanie zaburzeń psychicznych. Bardziej zasadne byłoby stwierdzenie, że media społecznościowe wzmacniają pewne już istniejące zjawiska. Będą to zarówno zjawiska pozytywne – mobilizacja poznawcza, łatwość w komunikacji, wsparcie społeczne, rozwój osobisty, rozwijanie hobby, dostęp do wiedzy i informacji, do edukacji, do kultury i innych zasobów. Ale też będą tu zjawiska negatywne – przebodźcowanie, toksyczne relacje rówieśnicze, cyberprzemoc, obniżenie poczucia własnej wartości, eksploatacja dzieci w „gospodarce uwagi”, kolekcjonowanie danych dla reklamodawców i naruszanie prywatności. I jasne staje się, że skutkiem tego – przy wielu innych uwarunkowaniach – będzie zwiększenie ryzyka wystąpienia zburzeń psychicznych i behawioralnych.
Swoją drogą, biorąc pod uwagę wiedzę o rozwoju i zachowaniach nastolatków, rozwiązania bazujące wyłącznie na zakazie korzystania ze smartfonów w jakimkolwiek miejscu prawdopodobnie nie okażą się skuteczne w praktyce lub – co bardzo prawdopodobne – mogą przynieść skutek odwrotny do zamierzonego. I chodzi tu nie tylko o bunt czy obchodzenie zakazów, ale też o praktykę, formy i konsekwencje egzekwowania takich zakazów. Ważne jest to, że o depresji, lękach i innych kryzysach zdrowia psychicznego głośno i otwarcie mówią rodzice oraz same nastolatki. Czynią to też w świecie wirtualnym, gdzie mogą wspierać się w radzeniu sobie z realnymi, niewirtualnymi przyczynami tych wyzwań. Krytykowane przez Haidta zjawisko „bezpiecznych przestrzeni” nie jest więc tylko przyczyną „zlęknienia” młodego pokolenia, ale raczej reakcją na nieustanną ekspozycję na znacznie szersze spektrum bodźców i zagrożeń płynących m.in. z mediów społecznościowych.
W tym miejscu warto poczynić pewne zastrzeżenie do tezy Haidta i Lukianoffa o tym, że dzieci są „antykruche” (czyli że dla prawidłowego rozwoju potrzebują stresu). Jest prawdopodobne, że w ostatnich dekadach – szczególnie w krajach anglosaskich – przesadziliśmy z rodzicielską nadopiekuńczością. Nie powinniśmy jednak przedobrzać w drugą stronę. Nie jest słusznym pomysłem powrót do „starych dobrych czasów”, kiedy konflikty dzieci miały rozstrzygać same „na podwórku”, a trudne przeżycia lepiej było „zakorkować”, żeby nie spotkać się z drwinami: „nie bądź beksą”, „chłopaki nie płaczą” itp. Owszem, doświadczanie stresu jest elementem dorastania. Jednak już rezygnowanie ze wsparcia psychologicznego bliskich i samodzielne konfrontowanie się z traumami wcale nie służą zdrowemu rozwojowi, a wręcz prowadzą do zaburzeń rozwojowych. Traumy muszą być leczone i przepracowane pod okiem psychoterapeuty.
Warto więc nie nadużywać tezy o „antykruchości” do lansowania nazbyt tradycyjnego modelu wychowania.
O tym, że okres adolescencji jest szczególnie ważnym i wrażliwym okresem rozwojowym w cyklu życia człowieka, wiedzą nie tylko naukowcy, ale wiedziały o tym też pokolenia naszych babć i dziadków. Sposoby wsparcia, radzenia sobie, wzmacniania odporności psychicznej i fizycznej młodych ludzi różniły się w zależności od kontekstu historycznego i kulturowego, ale były realizowane w świecie realnym, w bezpośrednich kontaktach z innymi. Kiedy kultura wpycha młodych ludzi w prokrustowe łoże bardzo wąsko rozumianych kryteriów „sukcesu” i ogranicza im dostęp do realnego wsparcia, młodzież nierzadko znajduje je w świecie wirtualnym. Internet – w szczególności media społecznościowe – faktycznie często okazuje się pierwotnym i ważnym kanałem przekazywania wiedzy, wsparcia społecznego i jedną z metod wychodzenia z kryzysu psychicznego. Odcięcie dzieci od choćby takiego wsparcia – szczególnie jeśli źródłem kryzysu okazuje się rodzina czy szkoła – będzie miało skutek odwrotny do zamierzonego. Haidt zdaje się nie dostrzegać tego aspektu i tak – nomen omen – wylewa dziecko z kąpielą.
Potrzeby rozwojowe dzieci i młodzieży nie zmieniły się, lecz zmieniły się realia. Czy tego chcemy czy nie, internet to stałe narzędzie pracy, edukacji, komunikacji. Umiejętność mądrego z niego korzystania – radzenia sobie z wirtualnymi zagrożeniami oraz dezinformacją (w tym zdrowotną) i praktykowania w tym świecie pozytywnych norm i postaw (netykieta) – to istotna umiejętność, której także powinniśmy uczyć od najmłodszych lat. I tak jak w przypadku świata pozawirtualnego należy wyważyć swobodę i kontrolę – unikając zarówno kompletnej samowoli, jak i nadopiekuńczości.
Może więc trzeba zaakceptować i wykorzystać to, że rzeczywistość wirtualna jest już integralnym elementem świata „realnego”.
Z jednej strony warto wprowadzać regulacje prawne, tworzyć środowiska sprzyjające pozytywnym fizycznym i wirtualnym interakcjom społecznym, szczególnie w szkołach i miejscach zamieszkania. To wymaga też silnej rezerwy nie tylko względem technologii informatycznych, ale i wobec szlachetnych intencji ich twórców i prezesów. Z drugiej strony trzeba edukować dzieci i nas, dorosłych. Dzieciom powinno się dawać umiejętności radzenia sobie w świecie wirtualnym, tak samo jak w tym „realnym”. Rodziców i opiekunów trzeba zaś edukować o potrzebach współczesnego dziecka wzrastającego z technologią cyfrową, tak by mogło się zdrowo rozwijać. I jeśli można do tego celu również mądrze i skutecznie wykorzystać internet i smartfony „w naszych rękach” – tym lepiej.
Polskie wydanie The Anxious Generation ukaże się już wkrótce nakładem Wydawnictwa Zysk i S-ka pod tytułem Niespokojne pokolenie. Jak wielkie przeprogramowanie dzieciństwa spowodowało epidemię chorób psychicznych w tłumaczeniu Roberta Filipowskiego. Autorzy bazowali na wydaniu Penguin Press