Subskrybuj
Ilustracja: Maciej Sieńczyk
Ilustracja: Maciej Sieńczyk
Eseista, publicysta, redaktor w Wydawnictwie Czarne, publikował m.in. w „Dwutygodniku”, „Polityce” i „Piśmie”. Autor książki o afektach i złudzeniach w późnym kapitalizmie Moja osoba. Eseje i przygody (2020). Intensywnie pracuje nad książką o Łodzi i okolicach

Dryf

Pamiętam swoje przerażenie, gdy ujrzałem własne czarno-białe zdjęcie wykonane kilka lat temu do nowego dowodu osobistego. Kim jest ten człowiek? – zapytywałem, nie dowierzając, gdy tylko opuściłem zakład fotograficzny i zajrzałem do tekturowej białej kopertki

Właściwie kiedy to się wszystko u mnie zaczęło – i od czego? Jak? Na pewno nie było żadnego przełomu, pojedynczego wydarzenia ani iluminacji o wadze katastrofy, po którym biografia pęka, a ów dzień czy owa straszliwa noc płonie już na zawsze w prywatnym kalendarzu wysokim, jasnym ogniem. Winienem raczej mówić o ciągu refleksji i doznań, zbyt ulotnych, by wnet się nimi przejąć, na tyle jednak regularnych, a w dodatku złowrogich, iż nie sposób ich zapomnieć, przyporządkować złudzeniu, roztkliwianiu się, emocjonalno-cielesnej hipochondrii, sprawkom przypadku. Dopiero po czasie zrozumiałem, że od kilku lat, może nawet więcej niż „kilku”, bo kilkunastu, zmagam się z naporem sił innych niż młodość, witalność, szczęście. Te wprawdzie nie zniknęły, ale jakby straciły na intensywności – wygazowały się, pomieszały z czymś niezdrowym i cierpkim. Mój rejs, to życie, nieubłaganie degradował się w dryf.

Niemniej spróbuję. Czy po raz pierwszy nie poczułem tego, tego czegoś, lodowatego powiewu, goryczy obwarzającej się w sercu i ustach, na koncercie Depeche Mode w Łodzi zimą 2010 r.? Bilet sprezentował mi Tomek, mój brat cioteczny, który wiedział, że w czasach liceum byłem gorliwym członkiem Zakonu Depeszów z wszelkimi tego akcesu konsekwencjami estetycznymi – grzywka wywinięta lokówką w skateparkową rampę, zgolone do skóry boki i potylica, obligatoryjna czarna garderoba, wieczorne murmuranda przy World In My Eyes i Policy of Truth, obracanie w głowie z przyjemnością słowa „industrial”. Oczekiwałem zatem wspólnej pokoleniowej ekstazy – syntezatorowej mszy ze wstawiennictwem bóstw z Basildonu – jednak zorientowałem się już po kilku pierwszych numerach, że uczestniczę w zlocie osób przed czterdziestką, w jakiejś formie grupowej rehabilitacji, rozbudzaniu dawno nieużywanych mięśni i emocji z odrętwienia zwanego dorosłością. Nie poczułem nic.

Coś obumarło, w części, lecz na dobre, albo ja, albo ta muzyka, albo my wszyscy, którzy na początku lat 90. słuchaliśmy z nabożnym, szczerym przejęciem „sto jedynki” i „wjolatora”.

Mam tego więcej. Pamiętam swoje przerażenie, gdy ujrzałem własne czarno-białe zdjęcie wykonane kilka lat temu do nowego dowodu osobistego. Kim jest ten człowiek? – zapytywałem, nie dowierzając, gdy tylko opuściłem zakład fotograficzny i zajrzałem do tekturowej białej kopertki. Ten nieatrakcyjny, podtatusiały mężczyzna z lekko opadłymi już powiekami, zmęczony, tęgi, spuchły od zarwanych nocy, zbyt krótkich snów, napadów głodu, czarnowidztwa, apatii, kompulsywnej, jałowej nadaktywności. Czy to wizerunek z listu gończego? Czy może patrzę na portret kogoś zaginionego – jakiegoś Łukasza Najdera, który wyszedł z domu i dotąd nie powrócił? Dlaczego zawładnął mną taki akurat ciąg skojarzeń, bo tam, na rogu Gałczyńskiego i Staffa, pod burym niebem pandemicznego września, zawładnął i taki: zgon, nekrolog, pogrzeb, blaknący od słońca, deszczu i zanieczyszczeń przemysłowych medalion na płycie nagrobka?

Urolodzy i protetycy

Pamiętam też dzień, gdy po dekadzie od wyprowadzki do Zgierza zjawiłem się w rodzinnej okolicy na Chojnach w Łodzi. Jakbym stanął pośrodku wyręby, w miejscu po starodrzewie. Dokoła samochody, apartamentowce, dyskonty, żabki, między tymi obiektami ruiny tego, co było dekoracją mojego dzieciństwa i młodości – wzniesione jeszcze za cara, strupieszałe dzisiaj kamienice, zamknięte na głucho sklepiki o kilkudziesięcioletnim nieposzlakowanym rodowodzie kupieckim, wycięte monumentalne topole, uliczki obrócone w slums, ugory i trawniki zawalone parkingami. Albo kiedy z kolei do naszych faceckich rozmów wkradł się wątek urologów i protetyków, nie pamiętam. Pamiętam, że w pewnym momencie przestaliśmy toczyć spory o to, gdzie na mieście bawić się w piątek czy w sobotę, a potem nawet – czy. W rezultacie odpuściliśmy sobie i ciągłe droczenie się o to, która z poznanych tam dziewczyn jest piękniejsza, bardziej hot, najbardziej rokująca na stałe, a zaczęliśmy wzajemnie podpytywać się o zdrowie, asekurancko, bo z ironią i na pozorowanym luzie, informować się o terapiach, skuchach, dzielić problemami w pracy i związkach. Odnotowywaliśmy spadek testosteronu, przyrost wagi, natłok myśli i tegoż zjawiska przeciwieństwo – całe przedpołudnia lub wieczory z pustką w głowie, w pustce mieszczańskiego żyćka, drążeni przez fajnopolacką ennui.

Czy pamiętam pierwszy raz, gdy miast podać swój dokładny wiek, wiek ów uogólniłem przy użyciu „po”, „prawie”, „przed”, „powiedzmy”?

Za to pamiętam tamten skwarny letni dzień, gdy biegłem do mającej odjechać tuż kolejki ŁKA, dysząc i mozolnie podnosząc nogi, i na 20–30 m przed nią zupełnie się poddałem, bo opadłem z sił, skronie rozsadzało mi dudnienie, czułem, że jestem z waty, a zarazem łoju, gruzu, cielska. Maszynista wychylił się przez boczne okienko i rzucił, sam już dzisiaj nie wiem, litościwie, drwiąco, bez litości, „jedziesz?”.

Pamiętam, że koło czterdziestki włączyłem osobisty licznik i rachowałem nagle przy byle okazji, ile będę miał, albo będę mógł mieć, lat, kiedy mój syn zda maturę, ukończy studia, weźmie ślub, uczyni mnie dziadkiem. Pamiętam tę otrzeźwiającą autorefleksję na widok ładnej, młodej kobiety: „Człowieku, to by mogła być twoja córka, weź przestań”. Pamiętam szok, a prócz szoku – dławiący, przelotny strach, gdy dowiedziałem się, że umarł ktoś, kogo dobrze znałem, kto był moim rówieśnikiem, plus minus, klasę wyżej lub niżej. Pamiętam wiadomość o śmierci Davida Bowiego, Włodzimierza Smolarka, Andrew Fletchera, George’a Michaela, Luke’a Perry’ego z Beverly Hills, 90210. Pamiętam Tomka w trumnie, młodszego przecież ode mnie, jego woskowe dłonie, jego ciało z lodu.

Czym jest to, od czego sygnały odbierałem? Czego symptomem? Która centrala rozdziela te ukłucia i myśli, zniżki formy, górki uczuć, przykre konstatacje, że coś tu nie gra albo wręcz przeciwnie – ktoś lub coś ze mną pogrywa, ogrywa mnie? Nie umiałem i wciąż nie umiem rozsądzić, skąd brało się to moje samopoczucie, kiepskawe, pikujące, wznoszące się z trudem: wprost z mojej osoby czy spoza, czy była to kwestia fizjologii czy psychiki? I czym ostatecznie była, że tak porażała? Brutalnym zawężeniem możliwości i marzeń? Świadomością, iż życie, które mam jeszcze przed sobą, nie rozszczepia się już w deltę, ale nieodwołalnie i konsekwentnie redukuje się do postaci zabetonowanej rzeczułki, kanału z toczącym się syfem, którejś z odnóg Styksu? Koniec zatem młodości? Kiedy właściwie się to wszystko dopełniło – i czym? Co powinienem opłakiwać? Żałować tego, co się wtedy stało, czy tego, co się nie stało, choć stać się mogło, miało, powinno?

Piekło na dziesięć minut

„– Jack ma dziś urodziny.
Nikt się nie odezwał.
– Skończyłem trzydzieści lat.
– Witamy w Dolinie Śmierci – rzekł Lyle.
(…)
– Poczekaj, aż się zbliżysz do czterdziestki – powiedział Ethan. – Wtedy rozpętuje się piekło na jakieś dziesięć minut. A potem zaczynasz spokojnie się starzeć” (tłum. Michał Kłobukowski). To z Graczy Dona DeLillo. Starszy zaś o pokolenie od tego Jacka z Graczy Jack z Białego szumu, Jack Galdney, szef katedry hitlerologicznej, zafascynowany śmiercią i chaosem, tkwiący w oku cyklonu rodziny patchworkowej, oznajmia mężnie i z tkliwą rozpaczą: „Niektórych części ciała nie podsuwam już kobietom do nieskrępowanej zabawy” (tłum. Radosław Zubek).

U Johna Cheevera, Homera amerykańskich suburbiów, wejście w nową fazę życia – albo: stoczenie się do niej – miewa równie dramatyczny przebieg, bo oto np. większość dobiegających czterdziestki uczestników balu kostiumowego w opowiadaniu Żegnaj, bracie przebiera się w suknie ślubne i rynsztunki sportowe, „jak gdybyśmy pragnąc być pannami młodymi i futbolistami, obnażali fakt, iż odkąd zgasły w nas światła młodości, nie umiemy znaleźć sobie innych świateł, a pozbawieni wiary i zasad, staliśmy się głupi i żałośni” (tłum. Krzysztof Majer). Konfrontacja z beztroskimi młodziakami 40-letniego Casha Bentleya z opowiadania Ach, młodość i uroda sprowadza na niego gradobicie melancholii, otwiera pod nim dół zwątpienia i beznadziei, uświadamia istnienie, precyzyjniej: zaistnienie, przepaści czy ściany grodzącej jego od nich – „Cash nie rozumie, co oddziela go od tych dzieciaków w sąsiednim ogrodzie. Był młodym człowiekiem. Był bohaterem. Był uwielbiany, szczęśliwy i pełen zwierzęcego zapału, a teraz stoi w ciemnej kuchni, odarty ze sprawności fizycznej, ze swej impulsywności, z urody – ze wszystkiego, co ma dla niego jakąkolwiek wartość. Te postaci w ogrodzie obok wydają mu się widmami z jakiejś dawnej balangi, na której pozostały wszystkie jego gusta, wszystkie pragnienia, lecz jego samego bezlitośnie stamtąd wyrzucono. Czuje się jak duch letniej nocy. Jest chory z utęsknienia” (tłum. Krzysztof Majer). Lecz pożegnanie z młodością to nie sam organizm, który raptem szwankuje bądź wzbiera od czarnej żółci, ale i ciało społeczne w słabszej o wiele pozycji na planszy zawodowej. Dlatego narrator Żegnaj, bracie stwierdza nie bez żalu: „Mam już za sobą wiek, w którym mógłbym spodziewać się awansu na dyrektora” (tłum. Krzysztof Majer).

Rewersem bohaterów cheeverowskich są bohaterowie opowiadań George’a Saundersa, ci z tomów Sielanki, 10 grudnia, Dzień wyzwolenia, którzy wprawdzie nie chadzają na wyrafinowane cocktail parties, a ich konsumpcjonizm to raczej kompulsja niż patriotyzm i kult, ale wielu spośród nich zostało sportretowanych w momencie gorzkiego objawienia – albo zaraz po nim – kiedy zrozumieli, że innego życia jak to właśnie, 40-letnie, 50-letnie nie będzie. Wiedzą już, iż utknęli na zawsze w gównopracach, na zadupiu, między zasiłkiem a zasiłkiem, w domu z pokołowaną matką lub siostrą i jej dziećmi, w byciu przegrywem – rozwodnikiem, właścicielem marniejącej firemki, popychadłem w korpo, starzejącym się dziwakiem.

Ona z duchami

Tak, być może to to. Ubytki w uzębieniu, bliskich, ambicjach, szansach na przyszłość i radości – złączenie tych pozornie odrębnych symptomów w jedną autodiagnozę da w sumie kryzys wieku średniego. W moim przypadku rozpisany na okres między Tuskiem a Muskiem, długi, powolny rozpad, nie samozapłon, nie eksplozja, po której nastaje wyrwa i cisza, lecz poczucie utraty kontroli, niekontrolowane znoszenie w głąb.

„Nagle znajdujesz się w tym punkcie: jesteś w średnim wieku. Nie wiesz, jakim cudem, ale nagle dociera do ciebie, że masz pięćdziesiąt lat. Spoglądając wstecz, widzisz duchy innych żyć, które mogły stać się twoim udziałem. Wszystkie twoje domy nawiedza widmo osoby, którą mogłaś być” (tłum. Martyna Tomczak) – wyznała Hilary Mantel w swoim przejmującym memuarze Duchy zostają, świadectwie życia wypełnionego chorobami, stratą i przeprowadzkami w Anglii doby Thatcher i Blaire’a. Jej słowa przytaczam w nieco przewrotnej intencji, bo utrwaliło się, że „kryzys wieku średniego” dotyczy zasadniczo mężczyzn. To oni rezonują i łkają w tych wszystkich powieściach i filmach o kryzysie wieku średniego. Z nich, z facetów, zbudowała się ta konwencja: przygnębiony, dojrzały samiec nie umie pogodzić się z upływem czasu, więc zadręcza każdego dokoła wspominkami z licealno-studenckiej młodości, niezbyt odkrywczymi uwagami o zepsuciu i miałkości współczesnego świata, gorszej muzyce, coraz niższej jakości produktów spożywczych i usług. Natomiast o kobietach, choć mogą wykazywać identyczne objawy i wiek, orzeka się za pomocą terminów medycznych (tudzież sadowniczych) – mówi się więc, iż są w trakcie menopauzy, przekwitają, więdną, gorzknieją. Ile razy usłyszeliście od jakiegoś 55-latka, że przechodzi „andropauzę”? No właśnie.

Będąc w kryzysie wieku średniego – albo bojąc się, że rychło ów kryzys nastanie – można pocieszać się tym, że, jak sama nazwa wskazuje, kryzys wieku średniego nie trwa wiecznie, bo kończy się wraz z wiekiem średnim.

Ale „wiek średni” to bardzo rozciągliwa jednostka czasu i trudno definitywnie orzec, kiedy ustaje. Bo czy Julian Barnes w Nie ma się czego bać daje wyraz swoim eschatologicznym niepokojom jako skonfundowany preemeryt czy dziarsko filozofujący literat u kresu dojrzałości? Tę niezwykłą książkę opublikował, gdy miał 61 lat. Czy Jep Gambardella z Wielkiego piękna w reżyserii Paola Sorrentina wyprawia tak huczne 65. urodziny – a po uroczystości oddaje się bez końca rozpamiętywaniu minionego – bo wita finałowy etap życia, czy też desperacko i krzykliwie przedłuża frenetyczną młodość? Co więcej, czy z punktu widzenia niedołęstwa, uwiądu intelektualnych i fizycznych mocy, śmierci i zaświatów, niewykluczone, że to miejsce o bardzo niskim standardzie, te męki wynikające z kryzysu wieku średnie nie wydadzą się cokolwiek rozkoszne i godne tęsknoty? Albowiem mądry Stefan Zweig przestrzegał: „Masz rację – pisał do Huebscha – trzecia część życia to okres nazywany przez Żydów »Gegeifer«, pełen ciągłego narzekania i oskarżeń (…)” (tłum. Jarosław Mikos).

Mit, który boli

Dzięki książce Kryzys wieku średniego. Poradnik filozoficzny Kierana Setiyi można nie tylko poznać afirmację i sztuczki pomagające okiełznać ataki kryzysu wieku średniego, ale także dowiedzieć się, kiedy właściwie ów stan – ów potwór – się narodził. „W 1965 roku psychoanalityk Eliott Jacques opublikował esej, w którego tytule pojawia się ten termin: »Death and the Mid-Life Crisis [Śmierć a kryzys wieku średniego]«” (tłum. Tomasz Bieroń). Setiya dostarcza jednak i kolejne atrakcje. Mianowicie przywołuje zdania uczonych, między innymi socjolożki Elaine Wethington, zespołu badawczego pod wodzą psychologa społecznego Orville’a Gilberta Brima czy psycholożki Margie Lachman, którzy nie dość, iż wątpią w powszechność tego doświadczenia, nawiedzającą, jeśli w ogóle, niezbyt okazałą część ludzkości – mowa o 26%, a może ledwie o 10% „osób po czterdziestce” – to jeszcze niektórzy z nich głoszą, iż kryzys wieku średniego nie istnieje. Byłby więc kryzys wieku średniego pewnego rodzaju mitem, męską legendą, prędzej wytworem popkultury, z którym lubimy się utożsamiać (bądź też drwić i złorzeczyć), aniżeli faktyczną kondycją człowieczą między, przyjmijmy, trzydziestym piątym a pięćdziesiątym którymś rokiem życia? Ale znowu – kto powiedział, że coś, czego nie ma, nie doskwiera i nie niepokoi. I że nie powinno się poświęcać mu kilometrów taśmy filmowej i lasów papieru. Parafrazując Pessoę – być może kryzys wieku średniego to mit, który boli.

Niewykluczone, że ograniczony zasięg kryzysu wieku średniego jest pochodną dochodu, pozycji społecznej i kraju, w którym się zamieszkuje.

I jeszcze kultury, w której było się wychowanym. Setiya wyznaje bowiem z rozbawieniem, że „kryzys wieku średniego należy uznać za luksus, więc trochę się wstydzę, że go mam” (tłum. Tomasz Bieroń). I dokłada zdanie Gail Sheehy, amerykańskiej dziennikarki i eseistki: „To nie jest tania rzecz”. Dlatego właśnie klasyczne remedia na kryzys wieku średniego, a więc kabriolet w ekstrawaganckim kolorze, porzucenie z hukiem dotychczasowej pracy, refleksyjne globtroterstwo, modne ciuchy, używki, reaktywacja zespołu muzycznego czy romanse z pięknościami z dwójką z przodu – i w rezultacie kosztowny rozwód – nie są dla każdego, choć nie wiem, jak bardzo gryzłby się tym, że po czterdziestce z lekka oklapł i pojął, iż wszechświat drąży vanitas.

Pragniemy zazwyczaj tego, co było nam pokazywane setki razy. Tego, do czego byliśmy przekonywani, że jest ideałem, albo repetycji gestów i decyzji zakupowych Lestera Burnhama z American Beauty, oddania się smutkom i zagubieniu (Między słowami), pogrążenia się w gniewie (Upadek), ruszenia śladem niegdysiejszych miłości (Broken Flowers, Spis cudzołożnic), służebnictwa wielkiej, prawdziwej sztuce (Birdman), uprawiania wyrozumiałego mentorstwa względem młodocianego talentu (Cudowni chłopcy). To kino, zwłaszcza amerykańskie, jest odlewnią form dla kryzysu wieku średniego i odtrutek nań.

Rzecz jasna w warunkach polskich mężczyzna dotknięty kryzysem wieku średniego ma ograniczoną pulę dostępnych rozkoszy i reakcji. Nie dla niego chandra w Tokio czy tygodniowa odyseja po kalifornijskich winnicach, którą uskuteczniają bohaterowie Bezdroży w reżyserii Alexandra Payne’a. Najpewniej też nie rozchodzi owego problemu na pustyni Atakama, na Avalanche Peak, na Alasce, jak topowi menadżerowie i naczelni, którzy ok. 50. urodzin stwierdzają, że już dość stresu i zarabiania pieniędzy, pora na prozdrowotny sybarytyzm, nową żonę, wiekowe cygara. Nie dla niego również uroki lokalności – po „rzuceniu wszystkiego w Warszawie” – przez co rozumiem minimalistyczny żywot w funkcjonalnej chacie z etycznego skandynawskiego drewna gdzieś na Kurpiach, w ostoi kormorana i nieprzesłoniętych smogiem gwiazdozbiorów. Polakowi w kryzysie pozostają wkurw, frustracja i niszczenie stosunków międzyludzkich, ale i w tym musi się liczyć z ograniczonym budżetem. Dlatego Adaś Miauczyński używa bluzgów, nie bazooki, telepie się godzinami pociągiem nad krajowe morze, a nie sunie porszakiem ku wysokiej oceanicznej fali.

Przed prawem

Bezsenne noce dzielę na te, w trakcie których oddaję się nicości, a więc po prostu trwam w mroku pokoju, mroku Zgierza, mroku Europy i słucham bicia własnego serca, czekając na łaskę płytkiego snu, i te, kiedy w myślach wiodę samego siebie przed oblicze sądu. Jestem tu jednocześnie prokuratorem, oskarżonym, adwokatem, sędzią i publicznością. Materiał dowodowy to moja przeszłość. Moje winy? Liczne. Złe wybory uczuciowe i towarzyskie, błędne ścieżki kariery, nieodwracalne zaniechania, ciągły strach, że nie uda mi się osiągnąć tego, na czym akurat bardzo mi zależy, lenistwo powodujące, iż zadowalałem się czymś znośnym, a nie wzniosłym, kołowrót pychy i niewiary, brak odwagi, żeby odezwać się bądź stanowczo zareagować w obliczu czyjejś bezczelności, agresji, głupoty, nieczułości, próżne trwanie w martwych związkach i przyjaźniach. W rezultacie, wyrzucam sobie o 3.00 nad ranem, utrata nie tylko jakichś alternatywnych żywotów z innym kodem i dochodem, lecz przede wszystkim zniweczenie tego, co najważniejsze – czasu. Dlaczego nie odszedłem, dlaczego nie poszedłem? Po co tyle razy próbowałem, czemu nie spróbowałem choć raz? Jak mogłem wtedy nie wyjść z jej mieszkania, po co do tamtej wydzwaniałem, skąd naiwne ciągnące się miesiącami przekonanie, że mogę zdobyć tę lub tamtą? Roztrwoniłem tysiące godzin na daremne, gorzkie nasiadówki z kumplami, w trakcie których bez końca roztrząsaliśmy własną szlachetność i strukturalną niesprawiedliwość świata. Świat ów poprzez swój personel – kobiety, szefów, celebrytów, mieszkańców Warszawy – gnębił nas za bycie prawilniakami o kruchych sercach typu wafel, prostolinijnymi gołodupcami z hobby i kartą biblioteczną. Przez ładnych kilka lat wierzyłem, że świat to nic innego jak organizacja skrzyknięta i finansowana w celu uwięzienia w niedoli – mnie i mi podobnych.

Ale na rok przed pięćdziesiątką i w epicentrum kryzysu wieku średniego co rusz łapię się na refleksji, że chyba trzeba odpuścić.

Że moje wzdychanie za utraconym czasem jest kolejną rundą jego tracenia. Bo czy na starość nie będę miał znowuż do siebie pretensji, iż dojrzałość spędziłem na samoużalaniu się, proustowskich nocach, lęku przed śmiercią? Co w tym pożytecznego? Powinienem zatrzymać ten rytuał, ten cykl. Pogodzić się z najprostszym faktem, że przeszłość jest muzeum, kompleksem pustawych sal z eksponatami, a nie masą plastyczną, którą da się formować. Przeszłość to Korea Północna – nie ma tam wjazdu. To gułag, w którym dożywotnio uwięziono nasze wcielenia z minionych dekad. Co zatem jeszcze powinienem? Przypuszczam, że nie pląsać w klubie ze studentkami, nie nadużywać sztucznej opalenizny, nie pęcznieć do sterydów i nie szukać lambo na raty – nie ma nic żałośniejszego niż facet grający postać z filmu o kryzysie wieku średniego. Powinienem też oczywiście darować sobie jeremiady i po prostu więcej spać. Zamiast nowego logo może więc nowe credo? Proszę – Sandor Marai: „Młodość, na powrót? Nie. Chciałbym być gruby, stary, surowy i obojętny” (tłum. Teresa Worowska).

Artykuł pojawił się w numerze: Jak smakuje życie w Korei