Po ulicach tego miasta (jeśli Europejczyk w ogóle może je nazwać miastem) rozbijają się najbrzydszymi samochodami, jakie kiedykolwiek widziała ziemia.
Auta są długie i kanciaste, powietrze ich nie opływa; maska, od olbrzymiego grilla po statuetkę z emblematem marki, raczej wbija się w jego nagrzaną masę i ją taranuje. To nie zwyczajne środki transportu, lecz statementsich kierowców: tak, dzięki technice, której dzieckiem jest ileś-cylindrowy, ukryty pod maską silnik, ten świat należy do mnie. Pokonałem go. Mogę robić, co mi się podoba, a tym, którzy mnie obserwują z perspektywy chodnika – jeśli akurat w San Diego zdarzy się chodnik – zostaje wyłącznie podziwianie, jak to czynię. Ewentualnie do ich uszu może dolecieć muzyka, którą puszczam z radia obok kierownicy, zbiór najnowszych hitów; w notowaniu „Billboardu” z 18 lutego 1989 r. na pierwszym miejscu tychże króluje Paula Abdul (Straight Up), po niej Tone…