Subskrybuj
Ichiryusai Hiroshige, Glicynia przy świątyni Kameido, plansza 57 z serii: Sto słynnych widoków Edo, 1856 fot. Muzeum Narodowe w Krakowie
Ichiryusai Hiroshige, Glicynia przy świątyni Kameido, plansza 57 z serii: Sto słynnych widoków Edo, 1856 fot. Muzeum Narodowe w Krakowie
Japońska pisarka, autorka wielokrotnie nagradzanych powieści, zbiorów opowiadań i esejów, m.in. Drzewa i Nagareru. Drzewa stanowiły jedną z inspiracji dla Wima Wendersa do stworzenia filmu Perfect Days

Glicynia

Może to glicynia podziałała aż tak na emocje mojej małej córki, przyciągając jej wzrok na targu roślin? Może później tak samo wpłynęła na emocje mojego ojca, powodując jego wybuch złości?

Pytano mnie wielokrotnie, co tak naprawdę sprawiło, że oddałam swoje serce roślinom. Nie jestem pewna, czy aż tak bardzo się poświęciłam – po prostu drzewa i krzewy, które otaczają mnie każdego dnia, które widzę i o których słyszę, dodają trochę szczęścia do mojego życia. Tylko tyle.

Choćby to, że dziś rano widziałam po drodze piękne kwiaty granatu. Albo że tego roku, wskutek częstego gradobicia, drzewa miłorzębu nie wybarwiły się tak pięknie jak w poprzednich latach. Wszystkie te obrazy czy zasłyszane wieści wywołują we mnie silne uczucia, które potem często są ze mną przez kolejne dwa lub trzy dni. Myślę jednak, że na mojej wrażliwości względem roślin zaważyły trzy sprawy z wczesnego dzieciństwa.

Pierwszym czynnikiem było środowisko. Na działce, gdzie mieszkaliśmy, było trochę drzew i krzewów. Drugim – to, czego mnie nauczono. Może „nauka” to za duże słowo, jednak zdecydowanie rodzice popchnęli mnie w kierunku świata roślin. Trzecim zaś – moja zazdrość. Była ona niczym odskocznia, to dzięki zazdrości dostrzegłam, jak wyglądają drzewa i kwiaty.

Sprawiedliwy prezent

Jako dziecko mieszkałam na wsi – była to mała wioska rolnicza na przedmieściach – stąd naturalnie wokół mnie zawsze było dużo roślinności. Czy to uprawy na polach i polach ryżowych, czy też krzewy gęsto porastające brzegi rowów irygacyjnych, wreszcie rośliny uprawiane przez ogrodnika – przy każdym domu zawsze było dużo zieleni. Dzieci same z siebie oswajały się z drzewami i krzewami.

Prócz tego jednak moi rodzice co rusz dokładali starań, bym lepiej poznała przyrodę. Miałam dwójkę rodzeństwa i każde z nas dostało drzewko. By jednak nie doszło do żadnej niesprawiedliwości, rodzice postanowili zasadzić dla każdego po jednym drzewku tego samego gatunku. I tak posadzono w naszym ogrodzie trzy mandarynki, trzy persymony, trzy wiśnie oraz trzy kamelie – każdą z oznaczeniem właściciela. Właściciel mógł robić, co chciał, z kwiatami i owocami ze swojego drzewka, ale jego obowiązkiem było chronić je przed szkodnikami i dziękować ogrodnikowi, gdy ten podsypał świeżego nawozu. Teren naszego ogrodu był wystarczająco duży, lecz myślę, że rodzice postąpili tak również dlatego, aby przyciągnąć naszą, dzieci, uwagę do kwitnących i owocujących drzew i zainteresować nas nimi.

Dźwięk lotosu

Mój ojciec lubił też urządzać zgadywanki: „Co to za liść?”. Brał liść i kazał zgadywać, z którego drzewa pochodzi.

Pewnie miało nam to pomóc rozpoznawać różne gatunki drzew. Moja starsza siostra była najlepsza w te zgadywanki. Czy to uschnięty i martwy, czy zwinięty w rurkę, służący owadom za gniazdo, czy wreszcie pojedynczy liść pierzastozłożony – bez trudu odgadywała gatunek drzewa. Potrafiła nawet dopasować pączek, który jeszcze się nie rozwinął. Ja również potrafiłam odgadnąć pochodzenie niektórych z nich, ale kiedy ojciec pokazał mi zasuszony liść, dałam się podejść. Wtedy właśnie moja siostra – przypatrując się temu z boku – odpowiedziała, wprawiając ojca w rozbawienie. Nie czułam się z tym dobrze. Nie znosiłam, kiedy siostra się tak popisywała, a z drugiej strony, choćbym nie wiem jak się starała, nie byłam w stanie jej dorównać. Siostra zadzierała nosa i mówiła: „Przecież ty też mogłabyś się w końcu tego nauczyć” – a jednak u mnie, czy to przez wrodzone cechy charakteru, czy dlatego, że byłam roztrzepana, bardzo często górę brała niepewność i się poddawałam. Wtedy jasno dostrzegłam różnicę między dobrym, zdolnym dzieckiem a tym gorszym.

Moja uzdolniona siostra zawsze radowała ojca, a ten nie robił jej nigdy żadnych wymówek, tylko starał się ją uczyć jeszcze więcej i więcej. Ze mną tak nie było. Starsza siostra zawsze kroczyła równo z ojcem, ja musiałam podążać za nimi z tyłu. Cierpiałam w samotności przepełniona zazdrością. Jedna z nas urodziła się obdarzona inteligencją i zadowalając tych, którzy ją uczyli, sama rozwijała się szczęśliwie i harmonijnie. Druga, ta mniej bystra, tylko frustrowała swoich nauczycieli, sama zaś nie potrafiła się z niczego cieszyć, zamiast tego pielęgnowała swoją zazdrość. To musiało się tak skończyć. Środowisko, w którym żyłam, i wychowanie, jakie odebrałam od rodziców, z pewnością były czynnikami, które rozwinęły we mnie pasję do roślin, ale niejednokrotnie zdaję sobie sprawę, że o wiele silniejszym motywem była zazdrość o starszą siostrę.

Jednak moja siostra odeszła przedwcześnie. Ojciec nieraz wspominał później z żalem, że zamierzał posłać ją na studia botaniczne – wtedy zrozumiałam, jak wielkie wiązał z nią nadzieje i jak ciężko było mu pogodzić się ze śmiercią córki.

Dziecko to zawsze dziecko, nawet jeśli nie jest zbyt uzdolnione. Po śmierci mojej siostry ojciec dalej dużo opowiadał mnie i młodszemu bratu o kwiatach i drzewach. Materiałów dydaktycznych mieliśmy wokół siebie pod dostatkiem. Kwiaty białej rzodkwi kwitną na biało, ale po kilku dniach końcówki płatków stają się jasnofioletowe lub jasnokarmazynowe. Kwiat mandarynki nie tylko pięknie pachnie; jeśli rozerwiesz go i poliżesz dno, przekonasz się, jak słodki jest jego nektar. Czym różnią się kwiaty moreli i brzoskwini? Czy wiesz, dlaczego psia sofora, kocia wierzba czy szczurze mochi nazywają się właśnie tak?

„Ponoć kwiaty lotosu wydają dźwięki, kiedy zakwitają. Nie masz ochoty się przekonać?” – gdy to usłyszałam, zafascynowana, wstawałam wcześnie rano. Z tego, co byłam w stanie dosłyszeć, kwiaty nie wydawały żadnego dźwięku, ale jednak coś było słychać. Słaby dźwięk, jakby tarcie czy przesuwanie. Płatki miały dość złowieszczo wyglądającą pionową smugę i były szorstkie w dotyku. Czyżby skrzypiały i trzeszczały, gdy się otwierają?

To wszystko było dla mnie szalenie interesujące. W bladofioletowym odcieniu kwiatów białej rzodkwi dostrzegłam smutek i nutę samotności jarzyny rosnącej w najdalszym rogu pola, kwiaty mandarynki o słodkim nektarze, przyciągającym roje much, prężyły się żywo ku górze, a wzruszenie na widok kwiatów lotosu czy kwiatów wiesiołka czteroskrzydłego zapierało mi dech. To była prawdziwa fascynacja, emocje, które pozostały ze mną na długo. Nawet jako dziecko doskonale rozumiałam, że to zupełnie inne doświadczenie niż zabawa w berka czy skakanie na skakance.

Urok glicynii

Kwiaty glicynii były równie imponujące. Już pojedyncze, o kształcie motyli, wyglądały wspaniale, a gdy kwitły w skupiskach, miały szczególny urok. My, dzieci, nie mogliśmy tego przegapić. Trudno jednak było zerwać te kwiaty. Glicynie płożące się nad rzeką miały krótkie kiście – pewnie dlatego, że rosły dziko. Z kolei te w ogrodzie miały piękne, długie grona, ale nie mogliśmy zrywać ich bez pozwolenia. Dlatego dzieci szukały glicynii pod okapami starych domów lub wokół stawów w opuszczonych ogrodach, by tam zrywać jej kwiaty. Też chciałam chodzić w takie miejsca, jednak ojciec surowo mi zabraniał. Mówił, że kraty pergoli, po których pięła się glicynia, na pierwszy rzut oka wyglądają porządnie, ale wiele z nich jest już przegniłych i mogą runąć pod byle naciskiem. Szczególnie te, które były wystawione na działanie wody – nawet ogrodnik postępował z nimi ostrożnie, a już absolutnie nie wolno było tam chodzić dzieciom.

W okolicy był również stary, opuszczony ogród, którego bramę zamknięto na cztery spusty, a strażnik pilnował domu, chociaż ten był w ruinie.

Tyle razy błagałam ojca o glicynię, że w końcu mnie tam zabrał.

Na posesji znajdował się również staw w kształcie tykwy z wydrążoną szyją – dlatego potocznie nazywano go stawem Tykwy. U nasady szyi znajdował się ziemny mostek. Staw był dość duży i gęsto porośnięty roślinnością – wyglądał bardziej jak dwa stawy niż jak jedna tykwa. Nad jego większą częścią stały dwie pergole z glicynią, a nad mniejszą – jedna. Ale to właśnie wielkie ciemnofioletowe kwiaty o długich kiściach obok mniejszej części stawu odznaczały się wyjątkowym pięknem. Przednia część pergoli zdążyła się już zapaść i kwiaty z tamtej strony kwitły tak nisko, że prawie dotykały wody. Glicynia była w szczytowej fazie kwitnienia i co rusz zrzucała płatki na taflę wody. Z miejsca, gdzie upadały z delikatnym pluskiem, rozchodziły się wokół koncentryczne fale, które nakładając się na siebie, stopniowo zanikały. Jasne słońce świeciło wprost na kwiaty, jego promienie odbijały się również od delikatnych wzorów na tafli wody, skutkiem czego na glicynię na pergoli bez ustanku padał blask od wody, odbierając jej naturalne piękno. Stada much – niczym w pijanym szale – latały wokół kwiatów. Brzęczenie ich skrzydeł wydawało jednostajny dźwięk, pozbawiony zmian natężenia. Staliśmy w miejscu już dłuższy czas i wtedy doleciał do nas zapach kwiatów. Wokoło nie było nikogo, tylko słońce, kwiaty, muchy i woda. Słyszałam brzęczenie skrzydeł owadów i delikatne pluski opadających na wodę płatków, poza tym jednak panowała kompletna cisza. W tej ciszy, oszołomieniu, a może i zadumie stałam obok mojego ojca. Syciłam się tą chwilą, jednak gdy pomyślałam o tym później, to przecież nie było w niej niczego szczególnego – patrzyłam jedynie na kwiaty glicynii. Nie wiem, dlaczego się tak nimi zauroczyłam.

Wszystko stało się jasne znacznie później, kiedy przeczytałam esej na temat glicynii napisany przez mojego ojca. Stwierdził w nim, iż błogosławieństwem jest, że jej kwiaty nie kwitną jesienią, że odgłos skrzydeł much opowiada o witalności przyrody, że patrząc na te kwiaty, człowiek czuje, jakby jego serce dryfowało gdzieś między niebem a ziemią, nie myśląc o niczym i nie przynależąc do żadnego z tych światów. Dokładnie tak samo czułam się wtedy, obserwując kwiaty w starym ogrodzie. Jednak tekst tego eseju powstał na kilka lat przed moimi narodzinami i jakieś trzynaście lub czternaście lat przed sytuacją z podziwianiem kwiatów przy opuszczonym stawie. Skoro tak się stało, mogę się domyślać, że mój ojciec przed napisaniem tego eseju w 1898 r. przeżył już kiedyś – patrząc na jakąś glicynię – to dziwne uczucie dryfowania między niebem a ziemią.

Zastanawiam się również, czy ojciec coś do mnie wtedy powiedział. Niczego takiego sobie nie przypominam, w pamięci pozostały mi tylko wspomnienia moich oczu, uszu i nosa. Nie mogę sobie wyobrazić, żeby ojciec powiedział mi wtedy coś, o czym pisał wcześniej w eseju, i żeby tymi słowami wprowadził mnie w senny stan umysłu. Myślę raczej, że ojciec i ja staliśmy i obserwowaliśmy się w milczeniu. Czy była to rozmowa dwóch serc? A może porozumienie bez słów ojca z córką, na poziomie emocji? A może to glicynia roztaczała delikatną, tajemniczą atmosferę? Ilekroć o tym myślę, dopada mnie niejasne poczucie melancholii.

Tęsknota za zielenią

W 1923 r. przeprowadziłam się do miasta. Do tamtego momentu mieszkałam pośród zieleni, lecz przeprowadzka spowodowała, że zerwałam kontakt ze wszystkim, co kiełkowało lub porastało liśćmi. Jednak w tamtych czasach domy w miastach nie wyglądały tak surowo jak obecnie – nawet w wynajmowanych domach przy bramie, w sieni czy w rogu małego ogródka zawsze znajdowała się choćby jakaś fatsja czy aukuba. W ciągnących się długimi rzędami wzdłuż ulic kamienicach czynszowych – choć nie miały okazałych bram – mieszkańcy starali się zawsze uprawiać pod okapami coś zielonego. W bardziej eleganckich domach siano powój i pozwalano mu pełzać pod wykuszem, choćby ten miał szerokość zaledwie trzydziestu centymetrów. A gdy mieszkańcy nawet na to nie mogli sobie pozwolić, kupowali latem na targu paproć i wieszali ją przy wejściu, pod zadaszeniem.

Dość powiedzieć, że ludzi lubiących zieleń było w miastach całkiem sporo.

Dom, do którego się wprowadziliśmy, miał bramę bardziej z nazwy – wyglądał raczej na stary, odrapany dom pod wynajem. Przy drzwiach wejściowych rosła kamelia o białych pojedynczych kwiatach, przed herbaciarnią posadzono głogownik, a w rogu ogrodu jeden okaz Castanopsis sieboldii i jedną forsycję, która nie zajmowała zbyt dużo miejsca.

Byłoby chyba lepiej, gdyby niczego tam nie było – przyglądanie się tym trzem mizernym drzewkom, z których każde starało się żyć swoim życiem, nie przynosiło naszym oczom żadnego ukojenia. Całą rodziną tęskniliśmy za poprzednim, obrośniętym zielenią domem, w którym spędziliśmy tyle lat. Na domiar złego ojciec powiedział, że nie ma zamiaru kupować i sadzić nowych drzewek. Powiedział, że przy tym domu ziemia została nadsypana łupkami drzewnymi i kamieniami, dlatego nawet gdyby posadził drzewo, ono prawdopodobnie nie utrzyma się tam, a on już nie miał nerwów na to, by patrzeć, jak kolejne drzewo umiera. Z biegiem lat ktoś przyniósł nam bananowiec, ktoś inny podarował drzewko sakaki, to znów ktoś przyszedł z azalią lampionem – choć nasz ogród był spółdzielczy, stopniowo się zazieleniał. W końcu opuściłam tamten dom jako panna młoda, by po jakimś czasie wrócić z córką. Mój ojciec poczuł się dziadkiem i obdarzył swoją wnuczkę, której zabrakło prawdziwego ojca, ogromną życzliwością.

Ma oko do kwiatów

W tamtych czasach w mieście często odbywał się targ, a ludzie lubili kupować na nim sadzonki lub drzewka doniczkowe. Ojciec powiedział mi, żebym wzięła córkę na taki targ.

Dodał, że pokazywanie roślin na targu dzieciom wychowującym się w mieście może być jakimś – choć może mizernym – sposobem na zainteresowanie ich przyrodą. Gałęzie i liście drzewek, po których skapywała woda, wyglądały pięknie w świetle latarni, podczas gdy ja – trzymając córkę za rękę – rozmawiałam z ogrodnikiem. Kiedy tamten na zakończenie powiedział: „Tyle się nagadałem, ale i tak pewnie pani nic nie kupi”, córka nagle złapała mnie mocniej i pociągnęła w inną stronę.

Ten prowizoryczny targ roślin odbywał się wiosną, kiedy to na teren świątyni zwożono wiele towarów. Mój ojciec dał mi swoją sakiewkę z pieniędzmi i powiedział, byśmy kupiły, co tylko nam się spodoba – czy to drzewko, czy kwiat. Było parne, słoneczne popołudnie. Córka zapragnęła kupić glicynię w donicy. To był z pewnością najlepszy wybór tamtego dnia na targu kwiatowym. Stare pnącze tkwiło w donicy prawie tak wysokiej jak ja. Jego gałęzie obsypane były kępami pąków, które wyglądały, jakby zaraz miały rozkwitnąć, jutro bądź pojutrze.

Dziecko od razu poprosiło o dość luksusowy prezent, w swojej naiwności licząc pewnie, że matka mu to kupi. Takie właśnie są dzieci – nie boją się prosić o cokolwiek, co tylko wpadnie im w oko. Ja jednak, nawet bez pytania, wiedziałam, że cena będzie wysoka. Za pieniądze z portmonetki mojego ojca nie byłybyśmy w stanie kupić tego drzewka. Oczywiście wcale nie miałam zamiaru go kupować, roześmiałam się więc tylko, widząc ten brak proporcji między małą dziewczynką a wielką glicynią, po czym zaproponowałam córce w zamian kupno jednej z roślin ozdobnych o czerwonych kwiatach. Ona jednak wycofała się, mówiąc, że już wcześniej kupiliśmy takie kwiaty, i wybrała małe drzewko pieprzowe. To było mocne obniżenie oczekiwań – od ogromnej glicynii do małego drzewka pieprzowego. Mimo że nie dostała tego, czego pragnęła, córka nie dąsała się zbytnio na to, że kupiłyśmy tanie drzewko. Doskonale wiedziałam, że mała uwielbia bentō z liśćmi pieprzu i suszonymi młodymi sardynkami w sosie sojowym, z dodatkiem jajka sadzonego. Nawet jeśli nie kupiłyśmy glicynii, dziecko w swojej naiwnej paplaninie sprawiało wrażenie zadowolonego. Uznałam, że wszystko jest w porządku, i nie drążyłam dalej tematu.

Jednak kiedy mój ojciec wyszedł wieczorem ze swojego gabinetu, nie był zadowolony z naszego zakupu. Powiedział, że glicynia wcale nie byłaby złym wyborem. I dodał:

– Zobacz, mała wybrała najlepszą roślinę na całym targu, ma oko do kwiatów. Czemu nie zaufałaś jej gustom i nie kupiłaś glicynii? Nie ma wątpliwości, tak właśnie powinnaś postąpić.

Kiedy próbowałam się bronić, że cena glicynii była absurdalnie wysoka, ojciec spoważniał, po czym porządnie mnie zbeształ.

– Przecież to ja powiedziałem, żebyś kupiła krzew lub drzewko, które jej się spodoba, i dałem ci na to pieniądze. Skoro mała wybrała glicynię, czemu nie zrobiłaś jej prezentu? Gdyby pieniędzy w portmonetce zabrakło, mogłaś dać ogrodnikowi zaliczkę, a ja bym uregulował resztę. Zobacz tylko, jakie masz płytkie myślenie: mimo że cię prosiłem, zignorowałaś pragnienia córki, podeptałaś być może rodzącą się pasję do roślin. Może i ta glicynia była absurdalnie droga, jednak ogrodnik ustala ceny na podstawie tych rynkowych, więc nawet jeśli trochę zawyżył, dlaczego nie pomyślałaś, że ten zakup mógłby przysłużyć się do krzewienia w sercu dziewczynki miłości do przyrody, a pnącze to stałoby się impulsem do tego, by twoja córka pokochała również inne rośliny. Źródłem radości w życiu tego dziecka i przyjemności dla jej oczu, gdy stanie się kobietą. A przecież nie możesz wykluczyć głębszych powiązań; pierwsza fascynacja glicynią stałaby się być może wstępem do pokochania bluszczu, potem klonu, sosny, kryptomerii… Krzewienie pasji, zainteresowań młodego człowieka jest jak gromadzenie oszczędności na przyszłe lata. To powinno być dla każdego rodzica najważniejsze, bezcenne. Nie mam słów nt. kogoś, kto przedkłada pieniądze ponad te wartości – żachnął się ojciec, kończąc swój słowotok.

Po awanturze ojca jeszcze bardziej zakłuło mnie w sercu na widok drzewka pieprzowego, które kupiłam córce zamiast glicynii. Było to skromne drzewko o wysokości około czterdziestu pięciu centymetrów, a jego liście w kolorze świeżej zieleni wydzielały intensywny zapach przy potarciu. Gdy próbowało się je żuć, miały ostry smak, kolce zaś kłuły niemiłosiernie. Zaczęłam się zastanawiać, dla kogo w zasadzie wyhodowano to drzewko.

Jednak mimo że zostałam zbesztana przez ojca, pozbierałam się w sobie i przy kolejnych wizytach na targu kwiatowym nie uczyłam córki na siłę miłości do przyrody – traktowałam te sprawy o wiele swobodniej.

Córka dorastała i wielokrotnie, oglądając później rośliny, mówiła: „Jakie piękne kwiaty! Jakie wielkie drzewa!” – nie widziałam u niej jednak żadnego poruszenia serca na widok roślin, niczego ponad puste słowa. Opieka nad roślinami zdawała się jej tylko przykrym obowiązkiem. Nawet przycięcie martwych gałęzi z drzewa w ogrodzie wywołuje u niej wahanie. Ogólnie ma dobre serce, ale jest w niej pewna zatwardziałość – jestem przekonana, że przeszłaby obok chryzantemy powalonej przez bezpańskiego psa. Kiedyś, gdy była jeszcze dzieckiem, często myślałam o niej ze współczuciem – z jakim niesmakiem będzie się spotykała jako dorosła kobieta, która nie kocha przyrody. Nieważne jednak, jak długo z nią rozmawiałam i tłumaczyłam, jej serce pozostawało niewzruszone. Często tego żałowałam, bo zdawałam sobie sprawę, że odmawiając wtedy zakupu tamtej glicynii, straciłam bezpowrotnie jakąś szansę i teraz muszę dźwigać brzemię odpowiedzialności. Jakkolwiek bym się starała, niestety, było już za późno.

Mocne korzenie

Zmieniały się pory roku, lata następowały po sobie. Pąki się rozwijały, kwiaty zakwitały, rośliny rodziły owoce, po czym usychały. Bolało mnie serce za każdym razem, gdy na to patrzyłam. Córka związała się z kimś, na świat przyszła moja wnuczka. W skrytości modliłam się, żeby przynajmniej wnuczka kochała przyrodę. Chciałam robić z nią to, czego nie udało mi się z córką.

Jednak wszystko potoczyło się zupełnie inaczej, niż oczekiwałam. Można powiedzieć, że o wiele lepiej. Mój zięć okazał się miłośnikiem kwiatów i hodowcą drzew, z radością pielił ziemię i wysiewał nasiona. Po urodzeniu dziecka, gdy w ich małżeństwie nastał spokojny czas, to jego nastawienie czy hobby nabrało wyraźnych kształtów, stało się dla obojga bardzo ważne. To było niesamowite, a jeszcze bardziej zadziwiającą rzeczą było to, że przy takim mężu również moja córka pokochała kwiaty i zaczęła pielęgnować pąki roślin. Mogłam już z ulgą myśleć o wnuczce.

Od tamtego czasu coraz bardziej pragnęłam przynajmniej jeszcze raz zobaczyć glicynię.

Może przywoływałam wspomnienia, być może chciałam też wyrazić ubolewanie, że nie kupiłam tamtej glicynii, w końcu może po prostu chciałam zobaczyć to wspaniałe pnącze.

Tej wiosny spacerowałam po przedmieściach Tokio, by zobaczyć tak zwaną starą glicynię – są to rośliny uprawiane przez ludzi, a nie rosnące dziko w górach czy na polach. Wszystkie miały piękne kwiaty, skupione tu i ówdzie w krótkie bądź długie kiście. Kwiaty zakwitłe wcześniej zdawały się lekko wyblakłe, podczas gdy te w pełni kwitnienia miały głęboki fioletowy odcień. Zdawało się, jakby każdy kwiat zakwitał w swoim czasie. Oczywiście wszystkie kwiaty zakwitają w swoim czasie, jednak glicynie w ogrodach czy te na pergolach są często na pierwszy rzut oka mylone z jednolitą zasłoną z glicynii – wygląda to bardzo podobnie, lecz przy bliższym przyjrzeniu trochę się różni. Długie frędzle kwiatów miały ponad metr i były pełne wdzięku. Te krótsze również były piękne – kołysząc się na wietrze, wydawały delikatny szelest. Ludzie nazywają to „falami glicynii” – rzeczywiście, wraz z powiewem wiatru widać wzbierające fale kwiatów. Myślę, że właściwym słowem na określenie tamtej chwili byłoby słowo „emocje”. Może to glicynia podziałała aż tak na emocje mojej małej córki, przyciągając jej wzrok na targu roślin? Może później tak samo wpłynęła na emocje mojego nieżyjącego już ojca, powodując jego wybuch złości? „Zaraz, moment, nikt niczym nikogo nie przyciągał, po prostu chciałam trochę zaoszczędzić” – powiedziałam chłodno do siebie, reflektując się.

Jednak jeszcze bardziej niż kwiaty zaskoczył mnie widok korzeni. Przy tak starej, tysiącletniej glicynii jej korzenie ciągnęły się na dziesiątki metrów, a ich wygląd był przytłaczający dla oczu. Falowały, przeplatały się, wznosiły, to znów opadały, sprawiając wrażenie jakiejś potężnej siły, ale także czegoś bardzo niedelikatnego, egoistycznego, skomplikowanego i brzydkiego. Kwiaty były tak delikatne i piękne, a u podstawy rośliny widok był tak przerażający, że porównując te dwie rzeczy, człowiek nie wiedział, co z tym pięknem ma zrobić. Jednak coś powstrzymywało mnie przed odejściem. Mimo że widok mnie przerażał czy wręcz odpychał, stałam tam jak słup soli, dopóki nie zostałam ponaglona przez mojego towarzysza.

Wciąż nie wiem, co o tym myśleć. Wydaje mi się, że zarówno wspomnienia, jak i sprawę przeprosin wobec kwiatów mam już za sobą. Natomiast towarzyszy mi silne przeczucie, że dopiero zaczęłam poznawać korzenie i być może później będę chciała również je zobaczyć. Chciałabym też poznać zarówno kwiaty, jak i korzenie starych i młodych glicynii, żyjących naturalnie w górach i dolinach. Zastanawiam się, czy jestem jakoś związana mocą glicynii – tego pnącza, które potrafi nawet rozwieszać mosty.

Przełożył Krzysztof Olszewski

Fragment pochodzi z książki Drzewa, która ukazała się właśnie nakładem Wydawnictwa Znak Literanova

Artykuł pojawił się w numerze: Sztuka uważnego podróżowania