Pytano mnie wielokrotnie, co tak naprawdę sprawiło, że oddałam swoje serce roślinom. Nie jestem pewna, czy aż tak bardzo się poświęciłam – po prostu drzewa i krzewy, które otaczają mnie każdego dnia, które widzę i o których słyszę, dodają trochę szczęścia do mojego życia. Tylko tyle.
Choćby to, że dziś rano widziałam po drodze piękne kwiaty granatu. Albo że tego roku, wskutek częstego gradobicia, drzewa miłorzębu nie wybarwiły się tak pięknie jak w poprzednich latach. Wszystkie te obrazy czy zasłyszane wieści wywołują we mnie silne uczucia, które potem często są ze mną przez kolejne dwa lub trzy dni. Myślę jednak, że na mojej wrażliwości względem roślin zaważyły trzy sprawy z wczesnego dzieciństwa.
Pierwszym czynnikiem było środowisko. Na działce, gdzie mieszkaliśmy, było trochę drzew i krzewów. Drugim – to, czego mnie nauczono. Może „nauka” to za duże słowo, jednak zdecydowanie rodzice popchnęli mnie w kierunku świata roślin. Trzecim zaś – moja zazdrość. Była ona niczym odskocznia, to dzięki zazdrości dostrzegłam, jak wyglądają drzewa i kwiaty.
Sprawiedliwy prezent
Jako dziecko mieszkałam na…