Ani Bobeli, przyjaciółce i wegance
Jako dziecko markotniałem przy pierwszych taktach Wejścia gladiatorów Juliusa Fučíka – złowróżbna muzyka zwiastowała, że w telewizji zaczną zaraz pokazywać cyrk, w którym dręczy się zwierzęta. Od 12 lat jestem raczej radykalnym „wege” – nie wyparzam co prawda talerzy, na których leżało mięso, ale myśl o całowaniu się z kimś, kto przeżuwa trupy, napawa mnie lekkim niepokojem.
Gdy czytam, że na polowaniu jeden myśliwy postrzelił drugiego, czuję prawdziwą Schadenfreude. A kiedy ktoś ze znajomych sprawia sobie rasowego szczeniaczka lub kociaka (zamiast po prostu adoptować jakiegoś nieszczęśnika ze schroniska), muszę trzymać język za zębami i robić dobrą minę do złej gry. Choć od dawna nie przechodzę ze studentkami i studentami na „ty”, dwa lata temu (już po obronie) zaproponowałem mojej magistrantce bruderszaft / szwesterszaft. Zaangażowana i odważna praca Martyny Dukielskiej, poświęcona macierzyństwu międzygatunkowemu i animal studies, ujęła mnie bezgranicznie – autorka bezkompromisowo artykułowała w niej…