Ciekawość: „Jak to funkcjonuje?”, towarzyszy każdemu projektowi dekonstrukcyjnemu. Te najbardziej znane to: demontaż[1] ontoteologii Martina Heideggera, przedsięwzięcie Jacques’a Derridy rozkładającego na elementarne części dzieła wielu wybitnych myślicieli Zachodu (Platona, Hegla i innych), a także projekt Jeana-Luca Nancy’ego, do dziś nieznużenie rozmontowującego nie tylko systemy czy też wybrane koncepty filozoficzne, ale również twórczość artystów, pojedyncze dzieła sztuki oraz przekonania religijne. Mówiąc zaś ściślej Nancy zajmuje się właściwie tylko jedną doktryną religijną: chrześcijaństwem (inne wyznania uwzględnia jedynie marginalnie). Chrześcijaństwo i kultura Zachodu stanowią dla niego pojęcia zasadniczo synonimiczne: „(…) chrześcijaństwo jest nieodłączne od Zachodu: nie jest czymś przypadkowym, co mu się przydarzyło (a co wyszłoby mu na dobre lub na złe), i nie jest również tym, co go transcenduje. Jest ono współpłaszczyznowe z Zachodem jako Zachodem, to znaczy z pewnym procesem okcydentalizacji, polegającej właśnie na swoistej postaci samowchłaniania i samoprzekraczania”[2].
Podobnie jak wielkie dzieła lub systemy filozoficzne, również chrześcijański Zachód domaga się według Nancy’ego dekonstrukcji, czyli de facto analizy, ale wzbogaconej o czynnik dynamizujący, niosący w sobie określoną praktykę – aktywizację powiązanych z Zachodem pojęć i ich transformacje, a tym samym podtrzymanie konceptualnej pracy w obrębie kultury. Przypomnijmy, że dla wszystkich dekonstrukcjonistów ważne jest nie tylko wskazanie na elementy analizowanego agregatu, ale też uchwycenie miejsca styku, który je zarazem łączy i odsuwa od siebie. Podobnie, mówiąc o atomie, możemy rozważać jego funkcjonowanie od strony oddziaływań pomiędzy cząstkami subatomowymi, nie ograniczając się do badań samych tych cząstek. W rozważaniach Nancy’ego nad chrześcijaństwem w rolę takich cząstek wchodzić będą pojedyncze nośniki teologicznego sensu (pojęcia, obrazy, symbole, sceny, gesty lub słowa) nazywane teologemami. Współcześnie ich religijne znaczenie uległo nieomal zapomnieniu. Nancy przygląda się im jednak z uwagą, jak gdyby z zewnątrz ich historii. Nie przybiera jednak pozycji obiektywnego naukowca, lecz obserwatora zaangażowanego, przejętego losem wybranego teologemu i niekryjącego wobec niego swoich uczuć. Przygląda mu się z miejsca i czasu, w których dokonało się już przekroczenie naiwnej wiary, zwłaszcza w procesie emancypacji Rozumu równoznacznej ze „śmiercią Boga”[3]. W istocie jednak to nie Bóg stanowi centrum namysłu Nancy’ego, lecz osobliwy proces wewnątrz chrześcijaństwa, jego samo-się-przekraczanie: „Poprzez »dekonstrukcję chrześcijaństwa« usiłuję wskazać na działanie, które miałoby w sobie zarazem coś z analizy chrześcijaństwa (…) oraz samego przekraczania, przekształcania, z chrześcijaństwa samo-się-przekraczającego, (…) by dać akces do zasobów, które samo odsłania i zasłania. W istocie chodzi o rzecz następującą: chrześcijaństwo nie tylko odsuwa się od religijności i wyzbywa się jej, ale wskazuje w głębi, poza samym sobą, miejsce czegoś, co będzie musiało ostatecznie uchylić się od prymarnej alternatywy teizmu i ateizmu. W rzeczywistości dekonstrukcja ta przepracowuje na różne sposoby wszystkie monoteizmy »religii Księgi«(…)”[4].
Noli me tangere
Uchylając alternatywę teizm–ateizm, Nancy nie będzie stawiał przed trybunałem Rozumu Boga, lecz religijność współczesnego świata. Zachód przypomina dziś bowiem ogromną galerię czy też muzeum sztuki, w którym eksponowane dzieła nie wzbudzają uczuć religijnych zwiedzających, pragnących przede wszystkim wrażeń wolnych od pobożności. Nieliczni wierzący z zakłopotaniem spoglądają na obrazy różnych artystów podejmujące motyw Noli me tangere[5], często nie rozumiejąc religijnego kontekstu i przesłania tych dzieł. Czyżbyśmy dożyli czasów, gdy chrześcijaństwo zostało faktycznie przekroczone, anihilowane, a jego pozostałości zalegające w muzeach i zakurzonych antykwariatach żyją jeszcze dzięki ateistycznej estetyzacji lub erudycyjnemu snobizmowi garstki koneserów i teologów? Oznaczałoby to, że po wiekach przemian i transformacji chrześcijaństwo umarło wraz ze swoim Bogiem, a my weszliśmy w czas żałoby.
Dzięki pracom Derridy wiemy, że „żałoba” stanowi ważne operacyjne narzędzie dekonstrukcji[6]. Żałoba to czas, gdy zmarły już odszedł, ale dla nas wciąż pozostaje obecny, zbyt zrośnięty z naszym życiem, żebyśmy mogli się od jego obecności uwolnić. Obecny / nieobecny, zupełnie jak Chrystus, gdy po zmartwychwstaniu ukazuje się Marii Magdalenie, powstrzymując jej wyciągniętą ku niemu rękę: Noli me tangere! ( J 20, 17) – „Nie dotykaj mnie” albo „Nie zatrzymuj mnie” (obie wersje przekładu dopuszcza grecki oryginał me¯ mou haptou). „Nie zatrzymuj mnie” – nakazuje Chrystus, bo jak można się domyślać, Zmartwychwstały nie należy już do ziemskiego świata, choć nie wkroczył jeszcze w absolutne zewnętrze, pozostając na granicy obu sfer. Bóg przemawiający do Marii Magdaleny wzmacnia sens Derridiańskiej „żałoby”: chrystofania Marii czyni obecność Boga bardziej intensywną i natężoną, to coś więcej niż zjawa, widmo, Geist.
Scena ta naznaczona jest sprzecznością dopuszczalną w dyskursie religijnym, lecz dyskwalifikującą wywód filozoficzny. Tradycyjnie bowiem filozofia wzoruje się na wymagającym bezsprzeczności systemie aksjomatycznym, podczas gdy dekonstrukcja odrzuca ten paradygmat. Nie musząc respektować zasad aksjomatyki, dekonstrukcjoniści mogą formułować w sposób kontrolowany zdania sprzeczne. Pojawiają się one zwłaszcza wtedy, gdy dochodzi do pryzmatycznego rozszczepiania kluczowego dla tej filozofii pojęcia granicy w kontekście zagadnienia obecności. Praesens, czyli to, co jest tu, przede mną, jakby powiedział fenomenolog – albo jakby powiedział dekonstrukcjonista – to, co jest tu, a zarazem nie jest za sprawą swej granicznej natury, otwartości, braku zasklepienia.
Ewangeliczna scena Noli me tangere rozgrywa się właśnie na granicy świata i zaświatów. Choć tradycyjna filozofia uznałaby takie orzeczenia za absurdalne, to Nancy wierzy, że graniczność tę można uobecnić wielorako nie tylko w poetyckim i filozoficznym słowie, ale też, jeśli nie przede wszystkim, w malarstwie, architekturze, tańcu, czyli wszędzie tam gdzie mamy do czynienia ze sztuką. Sztuka par excellence uobecnia nieobecność, a nie portretuje czy też reprezentuje określony model. Każdy obraz artystyczny stawia nas na progu tego, co nieprzedstawiane: wprowadza w świat to, co absolutnie Inne, obce dla świata, obce dla nas. Z wielu powodów – i Nancy o tym wie – myśl taka bliska jest filozofii Emmanuela Lévinasa: „Obecność [Bliźniego] polega na tym, że do nas przybywa, że nadchodzi. Co daje się wyrazić w następujący sposób: taki fenomen, jak ukazanie się Bliźniego, jest zarazem twarzą; lub jeszcze inaczej (by pokazać to nadejście, w każdym momencie inne, w immanencji i zasadniczej historyczności fenomenu): epifania twarzy jest nawiedzeniem”[7].
Uznajmy więc, że teologem Noli me tangere stanowi ważne i ciekawe narzędzie działania dekonstrukcyjnego, które uświadamia nam trudności, na jakie natkniemy się, chcąc objaśnić pojęcie obecności bez odwoływania się do twierdzeń powszechnie uważanych za paradoksalne. Takich narzędzi w operacyjnym „systemie” dekonstrukcyjnym znajdziemy znacznie więcej. W kontekście dekonstrukcji chrześcijaństwa bodaj najciekawszy jest teologem kenozy.
Kenosis – między teologią i filozofią
Kenoza (gr. kenosis) to temat, w którym można po prostu utonąć. Pisali o niej wszyscy Ojcowie Kościoła, mistycy, teologowie. W języku polskim przekłada się ten specjalistyczny termin teologiczny najczęściej jako „ogołocenie”, choć grecką kenosis można też oddać bardziej prozaicznie jako „opróżnianie, pustoszenie”. Rzeczownik ten bowiem wywodzi się poprzez czasownik kenoo¯ z przymiotnika kenos, czyli „pusty”.
Kenosis pojawiła się w chrześcijańskiej teologii za sprawą listu apostoła Pawła wysłanego z więzienia w Rzymie do mieszkańców Filippi (List do Filipian), w którym autor mówi o Chrystusie, że „ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi (…)” (Flp 2, 7). Tytułem przykładu z ogromnej literatury, której to zdanie dało początek, przywołamy w tym miejscu dwie klasyczne interpretacje teologiczne Chrystusowego „ogołocenia” (Xavier Léon-Dufour i Hans Urs von Balthasar) oraz dwie filozoficzne, z wielu względów bliskie Nancy’emu i niejako torujące kenozie drogę do jego filozofii (Julia Kristeva i Gérard Granel).
Konsultant Papieskiej Komisji Biblijnej w Rzymie francuski jezuita Xavier Léon-Dufour objaśnia pojęcie kenozy w swoim wielkim erudycyjnym Słowniku Nowego Testamentu jako nie tyle unicestwienie się pierwiastka boskiego w Chrystusie, ile proces wyniszczania się, wyjałowienia, jak wówczas gdy mówimy o suchym, jałowym wywodzie[8]. Cieszący się niemniejszym autorytetem szwajcarski teolog Hans Urs von Balthasar uważa natomiast, że do właściwego zrozumienia kenozy klucz stanowi umiejętność dostrzeżenia w niej aktu miłości. Po śmierci Chrystusa „śmierć otrzymała zupełnie inne znaczenie. Może ona stać się dla nas wyrazem naszej najczystszej i najżywotniejszej miłości (…)”[9].
Obydwa wskazane powyżej podejścia do zagadnienia kenozy są zgodne z nauką Kościoła katolickiego; takiej ortodoksyjności nie możemy, rzecz jasna, zakładać, ani się jej doszukiwać, w dziełach współczesnych filozofów, zwłaszcza gdy chodzi o „bezbożnych” (w znakomitej większości) intelektualistów francuskich[10]. Jedną z barwniejszych postaci na zaludnianej przez nich scenie jest filozofka, psychoanalityczka i pisarka bułgarskiego pochodzenia Julia Kristeva. W jej Martwym Chrystusie Holbeina[11] można nie tylko doszukać się swoistej rekapitulacji spojrzenia teologii na ogołocenie Chrystusa, ale przede wszystkim znaleźć artystyczny modus pustoszącego oddziaływania kenosis. Nie nazywając jej wprost, Kristeva często ewokuje w swoim eseju kenozę. Rozumie ona, czym jest ogołocenie Chrystusa z boskiej chwały, którą w czasie ukrzyżowania i śmierci artystyczna tradycja katolicka starała się jakoś ochronić poprzez estetyzację i uwznioś-lenie – celowało w tym zwłaszcza malarstwo włoskie z ducha franciszkańskiego. Na obrazie Hansa Holbeina młodszego Chrystus w grobie rzecz przedstawia się inaczej – cała chwała unicestwiła się pod pędzlem artysty: „Uczłowieczenie osiąga [tu] swój najwyższy punkt: punkt, w którym środki malarskie przesłaniają chwałę”[12].
Ten punkt ulega jednak u francuskiej myślicielki uogólnieniu czy też raczej zdublowaniu poprzez sugestię, że mamy tu do czynienia również z ogołoceniem całego chrześcijaństwa z jego wzniosłych przymiotów oraz żywotności[13], czyli siły, która przyciągała doń ludzi przerażonych nieuchronnością śmierci i wyczekujących zbawienia na tamtym świecie jako zyskownej nagrody za doczesne cierpienia: „Czy Holbein stał się malarzem chrześcijaństwa pozbawionego swej antydepresyjnej fali nośnej, którą stanowi utożsamienie z nagradzającą transcendencją? W każdym razie prowadzi nas on do ostatecznej granicy wiary, na próg braku sensu”[14].
Kenotyczny charakter poniżającej, wręcz odrażającej śmierci Chrystusa to nie jedyny punkt styku przemyśleń Kristevej z tradycyjną teologią. Dostrzega ona również (podobnie jak Léon-Dufour) związek kenozy z jałowością, doszukując się w Holbeinowym Chrystusie w grobie zamierzonego przez malarza wyjałowienia cierpienia i trywializacji męczeństwa: „Holbein (…) banalizuje cierpienie Ukrzyżowanego”[15]. Nie umniejsza to wcale wartości jego dzieła ani nie odbiera mu siły wyrazu, wręcz przeciwnie – humanizuje teologem i wzmacnia jego artystyczną wymowę: „Paradoksalnie, z tego jałowego miejsca, z tej pustyni, gdzie całe piękno powinno być nieobecne, Holbein wyciska nurtujące nas arcydzieło (…)”[16].
Arcydzieło to jednak przedziwne (krytycy sztuki nigdy jednoznacznie nie ustalili, czy jest to predella, czyli najniższa część ołtarza), aż do przesady oszczędne w użyciu artystycznych środków wyrazu, barw (jak gdyby artysta chciał zaoszczędzić na farbach…), skoncentrowane na jednym obiekcie i niejako opustoszone – ogołocone – z obecności innych osób, czyli ze świętych, których malarska konwencja umieszczała zawsze w pobliżu zmarłego (wystarczy sprawdzić to na często zestawianej z dziełem Holbeina predelli Ołtarza z Isenheim pędzla Matthiasa Grünewalda). Raz jeszcze – to już chyba trzecie – kenotyczne usunięcie, tym razem artystycznej dekoracyjności. Czy zabieg ten był rozmyślnie zastosowany przez artystę, żeby wzmocnić ascetyczny, mroczny i przerażający klimat obrazu? Kristeva nie wyklucza takiej interpretacji, przypuszczając wszakże, że mogło to być także ustępstwo na rzecz niechęci okazywanej artystycznemu rozmachowi ze strony rodzącej się właśnie Reformacji.
Ograniczenie się do tego, co chrześcijaninowi niezbędne w wierze, rezygnacja ze zbytku i dekoracyjnych ekstrawagancji („duch ogołocenia” – powie Kristeva dalej[17]) u reformatorów rozpasanego katolicyzmu wiodło prostą drogą do ascezy w sztuce, opustoszenia wnętrz świątyń, ale – o dziwo! – nie piętnowało artystycznego rzemiosła (słynny protestancki etos pracy i solidności). Nie widząc zagrożenia wchłonięcia wiary przez pracę[18], Luter i Kalwin jednako pochwalali „fachowców szukających piękna między ogołoceniem a zyskiem”[19].
Nie wnikając już dalej w analizy psychiki Holbeina przeprowadzane przez Kristevą, zapytajmy: czy z tej klaustrofobicznej przestrzeni (cias-nota obrazu i epoki) można było się jakoś wyrwać i odetchnąć nadzieją jak świeżym powietrzem? Odpowiedź Kristevej ma znów charakter zaskakująco zbieżny z klasyczną teologią (przypomnijmy sobie Ursa von Balthasara). Nadzieję niesie bowiem w sobie: „(…) utajona miłość, a w konsekwencji pojednanie i wybaczenie całkowicie odmieniają bramę inicjacji chrześcijańskiej, zdobiąc ją aureolą niezachwianej chwały nadziei dla tych, którzy wierzą”[20].
Do tego lekko manierycznego – całkiem obcego duchowi Reformacji – fragmentu będziemy musieli jeszcze powrócić. Czyż nie jest to bowiem oznaka ukrytego konserwatyzmu tej awangardowej – jak można by się spodziewać – myślicielki?
Dalej niż substancja
Nawet jeśli Kristeva i Nancy należą do jednej formacji współczesnych filozofów francuskich (są niemal równolatkami) i z pewnością czytają nawzajem swoje książki, trudno byłoby orzec jakąś ścisłą zależność między ich projektami myślowymi (psychoanaliza Kristevej i dekonstrukcja filozoficzna bardzo się od siebie różnią). Szczególne upodobanie w malarstwie i podziw dla sztuki w ogóle oraz zainteresowanie, jakim oboje darzą motyw kenozy, nie zbliża ich jeszcze do siebie w stopniu tak znacznym, jak to się dzieje w przypadku Nancy’ego i Granela. Bliskość tych dwóch zauważy natychmiast każdy czytelnik pracy Nancy’ego pt. La Déclosion, ponieważ w samym środku książki, niejako w jej sercu, Nancy przedrukował w całości esej swojego przyjaciela: Loin de la substance: jusqu’où? (Dalej niż substancja: aż dokąd?)[21]. W dodatku tekst ten poprzedził wnikliwym komentarzem, który stanowi zarazem świadectwo wspólnoty dociekań obydwu myślicieli, ich dyskusji i wzajemnego na siebie wpływu.
Loin de la substance… zawiera ogromne bogactwo przemyśleń, być może nawet jest to najważniejszy tekst Granela spisany u schyłku jego przepełnionego intensywną refleksją życia. Zdaniem Granela, począwszy od Arystotelesa, filozofia Zachodu skupiała się głównie wokół pojęcia substancji, chcąc je uprawomocnić (w pierwszym okresie swego rozwoju) albo ostatecznie zdyskredytować (u progu współczesności). Począwszy od Kanta, krytyka substancji zaczyna prowadzić do ustaleń, które legną u podłoża filozofii najnowszej dzięki przemyśleniom Husserla i Heideggera. Kant, Husserl, Heidegger – według Granela – w największy sposób przyczynili się do destabilizacji substancji i równoległej do niej kenotycznej redukcji Bytu. Doprowadzili oni bowiem desubstancjalizację filozofii do granicy, której – jak się zdaje – nie da się już przekroczyć. Granel pragnie jednak posunąć się dalej: aż dokąd (jusqu’où)? I sięga ostatecznie w pustkę (le vide ontologique)[22], gdzie filozoficzny dyskurs bezradnie milknie, więc w sukurs musi mu przyjść poezja: „Poeta – on jeszcze – potrafi nazwać nawet to, co szuka pomsty na filozoficznym zniecierpliwieniu: najstraszliwsza Nemezis, wstydliwość świata”[23].
###banner###
W interpretacji tekstu Granela Nancy dopowiada, że chodzi tu o umiejętność, w którą wyposażona jest każda sztuka (gdzież by się bowiem podziało tak cenione przez niego malarstwo?). Być może ma rację, ale Granel nie mówi nic ponad to, że poetyckie słowo ma w sobie zdolność uobecniania Nieuchwytności[24] ogołoconego z substancji świata. Powinna to być poetyka oszczędna, wręcz minimalistyczna w doborze środków wyrazu, paradoksalnie, jak najmniej literacka. Takie podejście do świata okazuje się nagle zaskakująco bliskie religijności. Nie ma wątpliwości co do tego, że Granel odszedł od Kościoła, potwierdzi to każdy jego biograf, potwierdza też Nancy, choć najwyraźniej wciąż niepokoją go religijne pozostałości w myśli autora Loin de la substance…
Ale przecież gdy mowa o desubstancjalizacji , wręcz deontologizacji świata, przywołanie teologemu kenozy zdaje się czymś naturalnym – zwykłą, łatwo narzucającą się myśli metaforą. Wcale nie jest to jednak oczywisty zabieg – zauważa natychmiast Nancy: Bóg, który – otwierając świat – pustoszy, a zatem anihiluje sam siebie, nie jest tym samym bogiem, który świat stwarza jako podmiot i leżąca u jego podstaw substancja. Odrzucając to drugie – religijne – rozumienie Boga, Granel wcale się jeszcze nie pozbył tego pierwszego. A gdyby miał się go pozbyć tylko deklaratywnie („odprawmy teologię!”[25]), to faktycznie Bóg ten tkwiłby jeszcze w jego myśli i tekś-cie na podobieństwo Boga ogałacającego się z boskości z Pawłowego listu[26]. Według Nancy’ego Granel powinien był powiedzieć wprost, że „kenologia usuwa tutaj wszelką ontoteologię”[27]. Rozumie jednak, że konsekwencją takiego ujęcia sprawy byłby wniosek zatrważający dla każdego filozofa: Granelowska kenoza nie miałaby wówczas żadnego podmiotu, nie byłoby nawet logosu, który by ją kontrapunktował tak jak Bóg, gdy wchodzi w rolę obiektu dla dyskursu teologicznego, a Byt – dla dyskursu filozoficznego. Rozwarcie, rozłam, luka są tu tak wielkie, że boskość redukuje się do samej świetlistości, której prawdę / nieprawdę skupić mógłby w sobie wyłącznie taki ateologiczny teologem bez podmiotu i bez substancji: „Tylko otwarty czarny prostokąt – do końca [jusqu’au bout]”[28].
Teologizacja filozofii czy ateizacja teologii?
Myśl Granela została tu przedstawiona w jej nierozerwalnym związku z odczytaniem Nancy’ego. Nie rozplątałam tych dwóch wątków celowo, żeby uwidocznić problem, z którym obaj muszą sobie poradzić, gdy decydują się wykorzystać w filozofii chrześcijańskie motywy. Podejrzliwość Nancy’ego w stosunku do Granela może się przecież łatwo obrócić przeciw niemu samemu: czy Jean-Luc Nancy nie teologizuje filozofii? Sam przecież wprowadził temat Noli me tangere w obręb swoich filozoficznych dociekań[29]. Wątpliwość tę rozwiewa uważna lektura pism Nancy’ego: za każdym razem gdy pojawia się w nich jakiś teologem, jest on gruntownie przepracowany, a jego znaczenie przesunięte w obszar daleki od chrześcijańskiej doktryny. Nancy konsekwentnie usuwa ze swojej filozofii wszelką ontoteologię, tak jak doradzał to Granelowi. Jego dekonstrukcyjne działanie rzuca w ten sposób całkiem nowe światło na całe chrześcijaństwo, które ujawnia w wyniku demontażu swoich teologemów źródłowe rozwarcie: chrześcijaństwo nie jest jedno, lecz mnogie już u swego zarania. Nie tylko istniejąc na styku dwóch innych monoteizmów: judaizmu i islamu, nie tylko poprzez troistą osobę swojego Boga, ale – i może przede wszystkim – poprzez areligijność, na którą się otwiera: „Moje badania kierowane są owym motywem istoty chrześcijaństwa jako otwarcia: otwarcia siebie i siebie jako otwarcia”[30].
Wyjaśnijmy, że to otwarcie oznacza właśnie brak zasklepienia w jedności, „otwarty czarny prostokąt” lub to, co Lévinas nazywał absolutnie Innym, a co w przypadku chrześcijaństwa – Nancy to dopowie – wprowadza weń nihilizm, a wraz z nim areligijność i ateizm: „Aktualne może być tylko takie chrześcijaństwo, które rozważa w sobie możliwość własnej negacji”[31]. W innym miejscu myśl ta została wypowiedziana szerzej: „W pewien sposób bycie-tu zaświatów stanowi esencję chrześcijaństwa, a być może również punkt wyjścia, w nim samym, własnej dekonstrukcji , to znaczy samoogołocenia się z charakteru religii poprzez otwarcie, w niezwykłej ambiwalencji tego, co strukturyzuje podwójną możliwość świata, gdy nakierujemy się nań od strony Zachodu: nihilizm z jednej strony (kiedy nakierowanie »ku« wchłania zaświaty), z drugiej – wieczność, jeśli tę można pojąć jako zaświaty przybywające, by otworzyć »tutaj« i dać mu swoje bycie-tu w samym tym otwarciu”[32].
Gdy mowa o wyzbyciu się religijnego umocowania teologemów oraz wewnętrznej niespójności chrześcijaństwa, być może nie o teologizację filozofii powinniśmy oskarżać Nancy’ego, ale o ateizację religii? Z pewnością religijne treści ulegają pod jego piórem zeświecczeniu, a jego wizja świata oraz kondycji ludzkiej nie dają się wpisać w chrześcijańską doktrynę, pozostałości wiary są zaś konsekwentnie rugowane tak z myśli własnej, jak i filozofów blisko z nim współpracujących – wszystko to stanowiłoby dostateczne świadectwo ateizacji religii w twórczości Nancy’ego. Tymczasem on mówi coś więcej: orzeka areligijność chrześcijaństwa jako takiego, której przykładowym objawem może być opisana powyżej scena w muzeum sztuki („od dawna nie jesteśmy chrześcijanami”[33]). Łatwo podciągnąć interpretację tej sceny do uogólnionej diagnozy stopniowego szerzenia się ateizmu w kulturze Zachodu. Nie oto jednak chodzi francuskiemu filozofowi – nie stwierdza on nigdzie, że w swoim dziejowym rozwoju chrześcijaństwo ulegało stopniowej laicyzacji, która w obecnych czasach doprowadziła do znacznego wzrostu liczby ateistów.
„Ateizacja” jest więc terminem o tyle mylącym, o ile przywołuje konotację rozciągniętego w czasie procesu, historycznych przemian w rozwoju religii.
Nancy tymczasem widzi ateizację jako momentalne, bezczasowe zdarzenie: w chrześcijaństwie teizm i ateizm uobecniają się symultanicznie, są nieoddzielne jak dwie strony tej samej kartki papieru. Dekonstrukcję można by bowiem nazwać również „filozofią zdarzenia”, gdyż chodzi w niej o uchwycenie pulsu rozmontowywanych rzeczy, poruszenia się w granicy, która sprowadza je wszystkie do jednego planu. W świecie dekonstrukcji wszystko zdarza się od razu – liniowe rozpięcie chronologiczne (diachronia procesów lub zjawisk w czasie) ustępuje tu miejsca synchronii, współistnieniu wszystkiego ze / we wszystkim. Stąd też każda rozważana dekonstrukcyjnie jedność rozpadnie się natychmiast na wielość elementów, które ją budują i jednocześnie rozrywają od środka[34]. Sytuację tę znacznie lepiej ewokuje kenoza niż ateizacja i – niech mi będzie wolno wysunąć to przypuszczenie – Nancy pewnie by ją wpisał w swoje rozważania nad istotą chrześcijaństwa, gdyby Granel nie zrobił z niej wcześniej nieco innego użytku. Jest to przypuszczalnie powód, dla którego Nancy zdecydował się przytoczyć Loin de la substance… w całości we własnej książce (nie odebrał Granelowi pomysłu na filozoficzne zastosowanie kenozy, by nieuczciwie przypisać go sobie). Motyw ten daje jednak o sobie znać w różnych miejscach jego własnego filozofowania jako przepracowane dekonstrukcyjnie pojęcie operacyjne[35]. Na tle innych teologemów znaczenie kenozy wydaje się też szczególnie ważne, dając czytelnikowi Nancy’ego klucz do jego dekonstrukcyjnego warsztatu i ułatwiając zrozumienie całości jego filozoficznego projektu.
***
Reasumując, autor La déconstruction du christianisme stara się zrozumieć fenomen chrześcijaństwa w jego ścisłym powiązaniu z Zachodem: nie atakuje go ani nie broni, lecz poddaje refleksji wpisany weń graniczny charakter, gdzie integralność styka się z dezintegracją, a kenotyzacja treści religijnych kieruje wiarę w Boga w stronę źródłowej ontycznej pustki. Wiara w nic? Lektura tekstów Nancy’ego uprawdopodobnia takie podejście do wiary u francuskiego dekonstrukcjonisty. Jest jednak w jego myśli pewne residuum, które stawia opór dekonstrukcji – to przekonanie, by nie powiedzieć: wiara, w uprzywilejowaną moc miłości. Co prawda, autor La déconstruction du christianisme nie substancjalizuje jej ani nie upodmiotawia – w Corpusie powie, że „miłość jest dotykaniem otwartości”[36], podkreślając jej procesualny, a nie ontyczny charakter. W Rozdzielonej wspólnocie przeciwstawi ją esencjalistycznym ujęciom wspólnoty[37]. W La déclosion przywoła ją milcząco, wyłącznie poprzez zagadkową zrazu grę skojarzeń[38]. Do miłości jednak kenoza nie ma zastosowania.
Dla wierzącego chrześcijanina miłość to najwyższa cnota teologiczna. Jej doktrynalne znaczenie podkreślał m.in. Urs von Balthasar. Natknęliśmy się na nią również podczas lektury Kristevej i Nancy’ego. Pomimo znaczących różnic w systemach wartości i sposobach konceptualizacji świata tych trojga intelektualistów waga przywiązywana do pojęcia miłości okazuje się czymś, co ich wszystkich jednoczy. Nie jest to jednak żaden przejaw konserwatyzmu, miłość nie została dana na wyłączność „obrońcom tronu i ołtarza”. Tematyczny motyw miłości – miłości jedno-mnogiej – leży u podstaw całej kultury Zachodu i jej humanizmu. Stawiając potrzeby i godność człowieka ponad wszelkimi formami religijnego fanatyzmu lub politycznego etatyzmu, europejski humanizm nie powinien dawać pretekstu do zawstydzania kogokolwiek.
_
[1] Aby uniknąć dramatycznej konotacji, jaka zawarta jest w Destruktion w odniesieniu do metafizyki i nie popaść w podejrzenie, że chodzi mu o jej zniszczenie (Zerstörung), w eseju Zur Seinsfrage (1955), Heidegger posłużył się słowem Abbau, czyli demontaż. W przekładzie na język francuski Gérard Granel zastąpił „demontaż” neologizmem déconstruction. Nazwa ta – głównie za sprawą pism Jaques’a Derridy – zrobiła zawrotną karierę filozoficzną.
[2] J.L. Nancy, La déconstruction du christianisme, w: tenże, La Déclosion (Déconstruction du christianisme, 1), Paryż 2005, s. 207. Tu – i niżej – tłumaczenia z języka francuskiego dokonała autorka tekstu.
[3] W uogólnionym znaczeniu (desakralizacji kultury) pisze o nim – zgodnie z moją wiedzą – dopiero Hegel – zob. przykładowo: G.W.F. Hegel, Fenomenologia ducha, tłum. Ś.F. Nowicki, Warszawa 2002, s. 473. Zgodnie z mechanizmem Aufhebung sztuka powinna wówczas ulec (w)zniesieniu, ale – jak zauważa Nancy – coś ten ruch blokuje. Zagadnieniu temu francuski filozof poświęcił osobny tekst: J.L. Nancy, La jeune fille qui succède aux Muses, w: tenże, Les Muses, Paryż 1994, s. 71–97. Esej ten stał się inspiracją do mojej własnej diagnozy kondycji sztuki najnowszej: M. Kwietniewska, Dziewczyna, która przychodzi po Muzach – dwie uwagi o sztuce w dniu dzisiejszym, „Estetyka i Krytyka” 2013 nr 2 (29), s. 139–152.
[4] J.L. Nancy, Noli me tangere, Paryż 2003, s. 10.
[5] Sam Nancy odnosi się w swojej książce do dzieł Rembrandta, Dürera, Tycjana, Cano Alonso, Bronzino, Correggia, a ze szczególnym zainteresowaniem do obrazu Pontormo. Oczywiście nazwiska te nie zamykają listy artystów zainspirowanych sceną spotkania Chrystusa z Maria Magdaleną.
[6] Motyw żałoby – „praca żałoby”, jak często pisze Derrida – pojawia się w bardzo wielu jego dziełach. Tytułem przykładu wskażmy tylko Spectres de Marx, gdzie „żałoba” znalazła się już w podtytule: J. Derrida, Widma Marksa. Stan długu, praca żałoby i nowa Międzynarodówka, tłum. T. Załuski, Warszawa 2016, patrz też: s. 29 i nast.
[7] Jedno z rzadkich u Lévinasa miejsc, gdzie posługuje się on określeniem należącym do terminologii chrześcijańskiej – visitation, czyli nawiedzenie Najświętszej Marii Panny. Słowa te Nancy umieścił na końcu swojej książki (spuentował ją nimi) zatytułowanej właśnie Visitation (de la peinture chrétienne), Paryż 2001, s. 52. Wypowiedź Lévinasa pochodzi z: E. Lévinas, Humanisme de l’autre homme, Montpellier 1972, s. 47.
[8] X. Léon-Dufour, Słownik Nowego Testamentu, tłum. K. Romaniuk, Poznań 1981, s. 337.
[9] H. Urs von Balthasar, Credo, tłum. J.D. Szczurek, Kraków 1997, s. 41.
[10] Nie da się zaprzeczyć, że filozofujących katolików we Francji wciąż nie brakuje (są nimi np.: Michel Henry, Philippe Capelle, Maxence Caron i inni), ale profil francuskiej sceny filozoficznej od dawna już kształtują myśliciele odważnie nieprawowierni, jak choćby Pierre Teilhard de Chardin czy Maurice Clavel, albo myśliciele, którzy od wiary jawnie odeszli, jak Jean-Luc Nancy.
[11] J. Kristeva, Martwy Chrystus Holbeina, [w:] taż, Czarne słońce. Depresja i melancholia, tłum. M.P. Markowski, R. Ryziński, Kraków 200, s. 107–138.
[12] Tamże, s. 116.
[13] Por. tamże, s. 135.
[14] Tamże, s. 135.
[15] Tamże, s. 118.
[16] Tamże, s. 126.
[17] Tamże, s. 125.
[18] Por. tamże, s. 122.
[19] Tamże, s. 126.
[20] Tamże, s. 134.
[21] G. Granel, Loin de la substance: jusqu’où? (Essai sur la kénôse ontologique de la pensée depuis Kant), w: J.L. Nancy, La Déclosion…, dz. cyt.
[22] Por. tamże, s. 92.
[23] Tamże, s. 107.
[24] Por. tamże, s 113; w oryginale l’Insaisissabilité, która w zwykłym użyciu oznacza przede wszystkim „niepodleganie zajęciu sądowemu”.
[25] Tamże, s. 101 (przyp. 1).
[26] Por. tamże, s. 100.
[27] Tamże, s. 101.
[28] Tamże, s. 104.
[29] Podobnie w Corpusie kluczową rolę odgrywa teologem Hoc est enim corpus meum. Przykłady można by mnożyć: por. J.L. Nancy, Corpus, tłum. M. Kwietniewska, Gdańsk 2002, s. 7 i nast.
[30] Tenże, La déconstruction…, dz. cyt., s. 210.
[31] Tamże, s. 204.
[32] Tenże, Visitation…, dz. cyt., s. 49–50.
[33] Tenże, La déconstruction…, dz. cyt., s. 216.
[34] Oczywiście tak dzieje się w rejestrze filozoficznym namysłu nad chrześcijaństwem, Nancy nie neguje historii chrześcijaństwa i nie twierdzi, że pojawiło się ono w naszych dziejach ex abrupto. Historyczność to inny rejestr rozważań i być może – tak uważa Nancy – umożliwiło go właśnie chrześcijaństwo; por. tamże, s. 213 i nast.
[35] Por. J.L. Nancy, Verbum caro factum, w: tenże, La Déclosion…, dz. cyt., s.127.
[36] Tenże, Corpus, dz. cyt., s. 27.
[37] Por. Tenże, Rozdzielona wspólnota, tłum. T. Załuski, M. Gusin, Wrocław 2010, s. 53.
[38] Celnej interpretacji utajonej w myśleniu Nancy’ego miłości dokonał moim zdaniem Alfonso Cariolato, pisząc: „Myśl, która unosi i uprzestrzennia; myśl, która się wycofuje, nie stając się tym samym myślą odmowy czy też ofiary. Myśl, która pragnie i szuka. Tak, powiem to: myśl miłości”; A. Cariolato, Foi, rien, déclosion, w: G. Berkman, D. Cohen-Levinas, Figuresdudehors. Autour de Jean-Luc Nancy, Nantes 2012, s. 466. Na ten temat szerzej: M. Kwietniewska, Jean-Luc Nancy. Dekonstrukcja wobec tradycji, Łódź 2013, s. 244–245.