Subskrybuj
Ilustracja: Agnieszka Dybowska
Pisarz, reporter i redaktor „New Yorkera”. Autor wrażliwych portretów Nowojorczyków z marginesów społeczeństwa. Przez trzy dekady cierpiał na blokadę twórczą ― codziennie chodził do redakcji, lecz niczego nie publikował

Lady Olga

Panna Barnell ma nie tylko brodę, ale także bokobrody i sumiaste wąsy. W białej obszernej podomce przywodzi na myśl proroka ze Starego Testamentu. Wygląda bardziej światowo, gdy szykuje się na przyjęcie; na taką okazję nakłada szminkę i róż

Jane Barnell od czasu do czasu uznaje się za czarną owcę i stwierdza, że jej sposób zarabiania na życie ma w sobie coś wstydliwego. Kiedy popada w taki nastrój, nie jest dumna, że żadna artystka w Ameryce nie dorównałaby jej pod względem długości kariery cyrkowej, i żałuje, że przed laty rzuciła harówkę na farmie bawełny swojej babki w Karolinie Północnej. Panna Barnell to kobieta z brodą. Jej gęsty, kręcony zarost mierzy 35 cm i jeszcze nigdy nie był dłuższy niż obecnie. Za młodu, gdy życie cyrkowe bardziej ją pasjonowało, co roku fryzowała brodę inaczej; w tamtych czasach istniało bowiem wiele możliwości – panna Barnell pamięta styl na „sopel”, „indiańskiego wojownika”, „trzepaczkę” i „kozła” – a na początku sezonu prosiła cyrkowego fryzjera, by przyciął jej zarost w najmodniejszym w danym momencie fasonie. Odkąd posiwiała, nie przycina już brody i nosi ją w stylu członków grupy Ród Dawidowy.

Dzięki brodzie panna Barnell występowała w każdym ze stanów Północy. Właściwie to zjeździła Stany Zjednoczone jak mało kto, jednak zbyt się nudziła, by zwracać uwagę na otoczenie, i pewnie oblałaby geografię w szkole. „Podróżowałam po całym kraju, wzdłuż i wszerz. Odwiedziłam tysiące miast, ale niewiele z nich pamiętam. Przez połowę czasu nie wiedziałam nawet, w jakim jestem stanie, wręcz zupełnie mnie to nie obchodziło” – mówi.

Panna Barnell ma 69 lat i po raz pierwszy wzięła udział w pokazie krótko po swoich czwartych urodzinach; twierdzi, że ma brodę od niemowlęctwa. Jako Księżniczka Olga, Madame Olga lub Lady Olga pracowała w co najmniej 25 cyrkach i wesołych miasteczkach za stawkę od 20 do 100 dolarów tygodniowo. Zdążyła już zapomnieć, jak nazywała się część z tych przybytków; jeden z cyrków pamięta tylko jako „ten bajzel na dziesięć wozów na Zachodnim Wybrzeżu, gdzie razem z moim trzecim mężem musieliśmy przywalić kierownikowi cyrku w czerep kołkiem od namiotu, żeby dostać wypłatę”. Zaczynała w podrzędnej trupie cyrkowych włóczęgów, która podróżowała rozklekotanymi, zawszonymi wozami ciągniętymi przez woły, później zaś trafiła do cyrków Ringling Brothers oraz Barnum & Bailey.

W cyrku Ringlingów spędziła sześć lat. Ostatni raz występowała tam w 1938 r., kiedy sezon zakończył się przed czasem z powodu strajku w Scranton, co doprowadziło ją do histerii. Cyrk Ringlingów, Kongres Dziwnych Ludzi, cieszył się tak wielkim uznaniem wśród dziwolągów jak niegdyś Palace wśród aktorów wodewilowych, ale panna Barnell nie chciała podpisać kontraktu na kolejny sezon. Podjęcie tej decyzji było bolesne; wcześniej przez sześć sezonów sypiała na tym samym posłaniu w starej dziewięćdziesiątceszóstce, wagonie sypialnym Ringlingów przeznaczonym dla artystów cyrkowych, i zdążyła się do niego przywiązać. „Słyszałam kiedyś o więźniu, który załamał się i płakał, gdy skończył odsiadkę i musiał opuścić swoją celę. Pewnie to był dla niego dom, tak jak moim domem było posłanie na tym wozie”. Odrzuciła kontrakt, ponieważ obsesyjnie się obawiała, że w trasie ktoś zmusi ją, aby wstąpiła do związku zawodowego cyrkowców.

A związki zawodowe ją przerażają. Wprawdzie nigdy nie głosowała, lecz jest zagorzałą republikanką. Ponadto od niepamiętnych czasów czyta gazety Hearsta i wierzy we wszystko, co w nich znajdzie. Uważa, że każdy działacz związkowy nosi broń i jest gotów z niej strzelić. Gdy tylko panna Barnell widzi związkową manifestację, natychmiast przechodzi na drugą stronę ulicy. „Jestem pewna, że gdy wrócę do Ringlingów, to związkowcy mnie dorwą. Prawdę mówiąc, ten cały związek to korporacja, jak wszystko inne w dzisiejszych czasach” – powiedziała przedstawicielowi cyrku, który godzinami próbował przemówić jej do rozsądku.

Boi się również korporacji; jej zdaniem są one równie złowrogie co związki zawodowe. Odkąd odeszła, w cyrku Ringlingów nie ma już kobiety z brodą. Fred Smythe, kierownik Kongresu, każdej kolejnej wiosny proponuje jej kontrakt, ale ona zawsze odpowiada, że nigdy więcej nie będzie pracować dla Wielkiego Show. Smythe’a to nie dziwi. Wyjaśnia: „Na dziwolągów nie ma mocnych. Jak się taki uprze, to za nic nie wybijesz mu głupich pomysłów z głowy. Bardzo chciałbym ją sprowadzić z powrotem. To jedyna prawdziwa kobieta z brodą w starym stylu, jaka została w tym kraju. Większość brodatych pań to mężczyźni. Nawet jeśli są kobietami, wyglądają jak mężczyźni. Lady Olga jest kobietą i wygląda jak kobieta”.

Smythe mówi, że kobiety z brodą nie wzbudzają szczególnej sensacji, lecz stanowią tradycyjny element widowisk, podobnie jak klauni. „Ludzie nie śmieją się już z klaunów, ale chcą ich oglądać. Jeśli w programie nie ma brodatej damy, widzowie czują, że czegoś brakuje” – dodaje.

***

Nie była w trasie od czasu rezygnacji z udziału w Wielkim Show, ale trzymała się dość blisko Nowego Jorku, który uważa za swój dom, podobnie jak wiele innych miejsc. Zimą występuje sporadycznie w podziemiach Muzeum Huberta na West Fortysecond Street. Pokazywała swoją brodę w praktycznie każdym groszowym muzeum [Dime museum, czyli dosł. „muzea za dziesięciocentówkę” – przyp. red.] w kraju i ze wszystkich najbardziej lubi właśnie Huberta; traktuje to miejsce jako swoje zimowe schronienie. Profesor Le Roy Heckler, który prowadzi tam pchli cyrk, to jej stary przyjaciel. Kiedyś mieszkali w tym samym rolniczym okręgu w hrabstwie Mecklenburg w Karolinie Północnej, a wiele lat temu panna Barnell pracowała w cyrku z jego ojcem, nieżyjącym już profesorem Williamem Hecklerem, który (zanim opracował metodę tresury pcheł i założył rodzinny biznes) występował w cyrkowych pokazach.

Panna Barnell darzy Le Roya wielkim szacunkiem; nazywa go „młodym profesorem” i mówi, że zna go od czasów, gdy „nosił pieluchy”. Latem dzieli czas między Huberta i Światowy Cyrk Profesora Sama Wagnera, inne groszowe muzeum na Coney Island. Panna Barnell lubi Coney Island, ponieważ uważa, że słone powietrze dobrze wpływa na jej astmę, a ponadto bardzo ceni sprzedawaną tam prażoną kukurydzę z masłem.

Nie pracuje w groszowych muzeach na stałe; występuje przez dwa lub trzy tygodnie, a następnie robi sobie tydzień przerwy. Wyjaśnia, że „nie chce zwariować”. W muzeach można ją spotkać od jedenastej do dwudziestej trzeciej. Średnio ma dwa pokazy na godzinę, a na scenie przebywa od pięciu do dziesięciu minut. Pomiędzy występami jest wolna. U Huberta większość tego czasu spędza, drzemiąc w bujanym fotelu w swojej garderobie. Czasami odwiedza innych artystów, najczęściej Alberta, półmężczyznę, półkobietę. Dwa razy w tygodniu wchodzi do budki profesora Hecklera i obserwuje, jak ten karmi swoje pchły. To widowisko zawsze ją zadziwia, choć widziała je już wiele razy. Profesor podwija jeden rękaw, pęsetą wybiera pchły z pudełek z masy perłowej i upuszcza je, jedną po drugiej, na przedramię, gdzie pożywiają się przez kwadrans. Podczas gdy pchły jedzą, profesor czyta gazetę, a panna Barnell pali papierosa. Rzadko się do siebie odzywają. Panna Barnell jest małomówna i nie przepada za gadułami. Po południu przynajmniej raz okrywa brodę szalem i wychodzi na kawę lub kufel piwa korzennego. Zwykle udaje się na lunch do zajezdni autobusowej American Bus, kilka bram na zachód od muzeum. Atmosfera zajezdni koi jej nerwy. Kiedy występuje na Coney Island, między kolejnymi pokazami spaceruje energicznie po bulwarze.

W przeszłości, gdy pracowała w mieście i okolicach, panna Barnell zawsze mieszkała w hotelikach na Broadwayu. Mniej więcej rok temu zrezygnowała z takiego życia. Pewnego sobotniego wieczoru, po pracy do późna u Huberta, weszła do hotelu przy Times Square, w którym mieszkała od czasu strajku u Ringlingów. Jakiś pijaczek w holu zobaczył ją i zawołał: „Na Boga, to ta baba z brodą!”. Poszedł za nią do windy, krzycząc: „Bober! Bober!”. Następnego dnia się wyprowadziła i zajęła umeblowane mieszkanie w teatralnym pensjonacie przy Eighth Avenue, niedaleko Garden. Lokal polecił jej cyrkowy kolega, mężczyzna, który zjada żarówki. Pozostali mieszkańcy to m.in. sztukmistrz, stary komik burleskowy, wytatuowana kobieta i emerytowany cyrkowy kucharz. Gdy otaczają ją tacy ludzie, czuje się swobodnie; kiedy spotyka ich na schodach, po prostu przechodzą obok. „Gdyby stary pawian chodził po korytarzu i trąbił na waltorni w kornecie, w moim domu nikt nie zwróciłby na niego uwagi” – twierdzi.

***

Panna Barnell chciałaby spędzić resztę życia w mieście, wie jednak, że prędzej czy później przestanie być atrakcją

w muzeach, będzie musiała zamieścić ogłoszenie w „Billboardzie” i ponownie znaleźć pracę w cyrku lub wesołym miasteczku. Chce odwlec ten moment tak długo, jak to tylko możliwe, ponieważ polubiła życie w mieszkaniu; jak mówi, dzięki temu miała okazję poznać Thomasa O’Boyle’a, czwartego męża, oraz kota Edelweissa. O’Boyle to klaun weteran, ale od niedawna pracuje jako gadacz – w cyrku tak określa się naganiacza widzów – w budce przy bramie u Huberta. Jest o 19 lat młodszy od panny Barnell i w przeciwieństwie do niej zachwyca go cyrkowe życie. Nosi granatowe koszule, żółte krawaty i garnitury z Broadwayu. Uważa pannę Barnell za jedną z najwspanialszych kobiet wszech czasów i odpowiednio ją traktuje. Kiedy jego małżonka wchodzi do pokoju, O’Boyle podrywa się na równe nogi, a kiedy ona wyjmuje papierosa, on pospiesznie go dla niej zapala. Pobrali się po przepracowanym razem sezonie 1931 r. w lunaparku Johnny’ego J. Jonesa. Oboje są miłośnikami krótkofalarstwa, a O’Boyle twierdzi, że połączyło ich właśnie to zainteresowanie. Panna Barnell niedawno powiedziała: „Od naszego ślubu ja i pan O’Boyle jeździmy zawsze z tą samą trupą, ale nigdy nie czułam, że naprawdę go znam, dopóki nie przenieśliśmy się do mieszkania. W wozie sypialnym po prostu nie czujesz się mężatką. Żeby poznać męża, trzeba dla niego gotować i prać”.

Poza O’Boylem panna Barnell najbardziej martwi się o Edelweissa. To ponury, przekarmiony śnieżnobiały pers, za którego zapłaciła 25 dolarów, gdy był kociakiem, a który teraz waży osiem kilo. Nadała mu przydomek Edie, a kiedy się do niego zwraca, mówi jak do dziecka. Artystka ma wygodny, stary, obity płótnem fotel – zabrany z cyrkowego namiotu – i uwielbia się w nim wylegiwać, trzymając kota na kolanach i coś mu śpiewając. W przerwach między występami śpiewa Eadie to prawdziwa dama i Ryj, knurze, albo zdychaj, starą cyrkową piosenkę. Koty i psy nie mają wstępu do większości cyrkowych wozów sypialnych, więc gdy panna Barnell wyrusza w trasę, zwykle musi zakwaterować Ediego w sklepie zoologicznym. „Czasami tak za nim tęsknię, że po prostu nie mogę wytrzymać” – mówi.

Uważa, że w Muzeum Huberta jest o wiele sympatyczniej niż w innych przybytkach, ponieważ tamtejszy kierownik rozumie jej przywiązanie do kota i pozwala jej zabierać go ze sobą do pracy. Kiedy panna Barnell jest na scenie, Edie siedzi obok niej i mruczy.

Po kotach panna Barnell najbardziej lubi konie. To jedna z tych kobiet, które nie mogą przejść obok konia stojącego przy krawężniku, nie próbując pogłaskać go po łbie; specjalnie dla nich nosi w torebce paczkę cukru w kostkach. Raz w miesiącu, niezależnie od pory roku, wysyła datek na rzecz Amerykańskiego Towarzystwa Zapobiegania Okrucieństwu wobec Zwierząt. „Zwierzęciu nie robi różnicy, czy masz brodę”.

Panna Barnell ma nie tylko brodę, ale także bokobrody i sumiaste wąsy. W białej obszernej podomce przywodzi na myśl proroka ze Starego Testamentu. Wygląda bardziej światowo, gdy szykuje się na przyjęcie; na taką okazję nakłada szminkę i róż. Monty Woolley widział ją raz w stroju wieczorowym i powiedział, że „przypomina Elsę Maxwell z brodą”. Ktoś powtórzył jej ten komentarz, a ona prychnęła z oburzeniem i odparła: „Pan Woolley chyba niedowidzi”. Nie jest tak pulchna jak panna Maxwell, mierzy metr pięćdziesiąt dwa i waży 83 kilogramy. Nie wygląda też na swój wiek; ma niewiele zmarszczek i chodzi pewnym krokiem.

Jej twarz jest okrągła i ponura. Siwe włosy ma obcięte na pazia i natapirowane, a na scenie podczas występu wpina w nie hiszpański grzebień i dwie spinki. Raz w roku robi trwałą ondulację. Przed wyjściem na ulicę zawsze osłania twarz woalką i owija szyję chustą we wzór paisley, żeby ukryć zarost. Aby utrzymać odpowiedni skręt, śpi z brodą zaplecioną w warkocz; w dni wolne w ogóle jej nie rozplata. Nosi grubą złotą obrączkę. Głos ma niski i kobiecy.

Lata słuchania naganiaczy wpłynęły na jej sposób mówienia – dziś wydłuża długie słowa jeszcze bardziej. Monstrum w jej ustach to „monsterum”. Posługuje się cyrkowym slangiem. Mężczyźni, którzy przesiadują na automatach do pinballa na pierwszym piętrze u Huberta i nigdy nie wydadzą złamanego grosza, by zobaczyć pokaz w piwnicy, to dla niej „parcelowe wszy”; w cyrkach termin ten stosuje się w odniesieniu do mieszkańców miasteczka, którzy nie kupują biletów, ale stoją wokół parceli, żeby gapić się na wszystko i przeszkadzać. Słowa „stary” używa się, by wyrazić pogardę. Kiedyś powiedziała: „Jeśli ten stary burmistrz, którego tu mają, nie może wykombinować nic lepszego niż ten stary podatek od sprzedaży, to powinien już odejść”. Konsekwentnie mówi „wziuńć” zamiast „wziąć”. Oto przykład jej wypowiedzi: „Za młodu wziunam sobie imię Księżniczka Olga. Jak wyszłam za mąż, zmieniłam je na Madame, ale wtedy wszystkie szurnięte wróżki czy inne jasnowidzki w kraju wziuny i zaczęły się nazywać Madame Taka-i-taka, więc stwierdziłam, że Lady będzie eleganciej”.

Ma słaby, wciąż rozpoznawalny południowy akcent, a wiele z jej językowych naleciałości pochodzi z Karoliny Północnej. Mocno akcentuje pierwszą sylabę w słowach takich jak „hotel” i „policja”. Używa słowa „jedno” jako skrótu od „jedno albo drugie”. Mówi: „Po południu idę do kina albo na Coney Island, jedno”. Kiedy wybiera się na zakupy spożywcze, nie mówi: „Idę do sklepu”, lecz: „Idę na sklep”. Kolejna pamiątka po latach spędzonych na prowincji w Karolinie Północnej to zamiłowanie do tabaki. Wraz z O’Boylem posiadają samochód i od czasu do czasu wyjeżdżają nim na dłuższą wycieczkę. Podczas jazdy otwierają okna i wciągają tabakę. Panna Barnell twierdzi: „Na wsi tabaka jest lepsza niż papierosy. Oczywiście nie przyszłoby mi do głowy, by używać jej w zamkniętych pomieszczeniach”.

Pali półtorej paczki papierosów dziennie. Tytoń to jej jedyny nałóg. Wśród artystów cyrkowych z reguły panuje upodobanie do butelki, ale ona jest abstynentką i zwolenniczką prohibicji.

***

Na scenie panna Barnell zachowuje się dość powściągliwie. Unika uśmiechu, by nikogo nie zachęcać do spoufalania się z nią. Ubiera się zachowawczo, zwykle w prostą czarną suknię wieczorową.

– Lubię ładne ubrania, ale nie ma sensu marnować pieniędzy. Ludzie nie zauważają niczego poza moją starą brodą.

Gardzi litością i unika patrzenia w oczy ludziom na widowni; podobnie jak większość dziwolągów, wyćwiczyła puste, niewidzące spojrzenie. Kiedy ludzie wyglądają, jakby jej współczuli, zwłaszcza kobiety, panna Barnell ma ochotę czymś w nich rzucić. Nie sprzedaje swoich zdjęć na pokazach, jak robi to wielu artystów, i nie przyjmuje pytań od widzów. Odpowie na konkretne pytania dotyczące jej brody tak uprzejmie, jak to tylko możliwe, lecz kiedy ktoś zacznie dociekać szczegółów jej życia prywatnego – najczęściej pytają o to, czy była kiedyś mężatką – mierzy natręta lodowatym wzrokiem lub mówi cicho, że to „nie pański interes”. Publiczności najwyraźniej się to podoba. Od czasu do czasu bije brawa, gdy poskromi niesfornego widza.

Charakter panny Barnell okazał się zbawienny; dzięki niemu nie popadła w całkowitą apatię, która jest chorobą zawodową dziwolągów. „Nikomu nie pozwalam pyskować” – zapewnia. Zazdrośnie strzeże swojej godności. Pewnego razu wymusiła przeprosiny na właścicielu wesołego miasteczka, który zasugerował, by przefarbowała zarost, bo chciał przedstawić ją jako Lady Sinobrodą. Dowcipkujący gadacze ją irytują; woli, by zapowiadał ją ktoś, kto jest śmiertelnie poważny i potrafi używać długich medycznych terminów.

Większość dziwolągów w amerykańskich cyrkach to tubylcy (z wyjątkiem karłów), ale gadacze niechętnie to przyznają. W związku z tym panna Barnell bywała przedstawiana jako urodzona w Budapeszcie, Paryżu, Moskwie, Szangha-ju i Poczdamie. W jednym cyrku zrobiono z niej córkę węgierskiego generała, a w innym – przyrodnią siostrę francuskiego księcia. Nie ma wysokiego mniemania o obcokrajowcach i bardzo drażnią ją takie zapowiedzi. Była wdzięczna nieżyjącemu już Clyde’owi Ingallsowi, niegdyś mężowi Lillian Leitzel i poprzednikowi Smythe’a na stanowisku kierownika Kongresu Ringlingów, ponieważ nie miał jej za złe, że urodziła się w Karolinie Północnej. Ingalls kłaniał się jej, odwracał do publiczności, stukał obcasami i oznajmiał: „Z największą przyjemnością przedstawiam teraz kobietkę, która przybywa do nas z arystokratycznej plantacji na Starym Południu i którą nasi najlepsi lekarze, specjaliści oraz inni medycy uznają za najważniejszą, niekwestionowaną i autentyczną brodatą damę w historii medycyny. Panie i panowie, Leeej-diii Ooolgaaa!”.

W środowisku dziwolągów przyjęło się wprawdzie, że publiczność na Coney Island zachowuje się najbardziej nieludzko, jednak panna Barnell przekonała się, że w sobotni wieczór w muzeum na Surf Avenue panuje większy spokój niż w studiu filmowym o dowolnej porze. Z goryczą wspomina o swoich doświadczeniach w Hollywood, gdzie wystąpiła w wielu horrorach i filmach cyrkowych. Najważniejszą rolę zagrała w obrazie Freaks (Dziwolągi), studium życia cyrkowego nakręconym przez studio Metro-Goldwyn-Mayer w 1932 r. Była to chyba najbardziej przerażająca produkcja, jaka kiedykolwiek powstała. Jej fabuła opowiada m.in. o tym, jak piękna akrobatka z europejskiego cyrku rozkochuje w sobie karła, by zdobyć odziedziczone przez niego pieniądze. W trakcie wesela, w którym uczestniczy barwna trupa cyrkowców, dziewczyna upija się i wyjawia, że w duchu gardzi karłem. Kilka dni później, gdy trupa jest w drodze, podczas straszliwej burzy dziwolągi zakradają się do jej prywatnego wozu i okaleczają ją, by stała się jedną z nich. Panna Barnell uważa, że ten film to obraza dla wszystkich dziwolągów na całym świecie, i żałuje, że w nim zagrała. Już po zakończeniu prac poprzysięgła sobie, że nigdy więcej nie będzie pracować w Hollywood.

***

Jej poczucie własnej wartości cierpi najbardziej, gdy pracuje w cyrkach, gdzie sztywno przestrzega się podziałów klasowych. Ona sama dzieli dziwolągów na trzy klasy: urodzonych, stworzonych i odgrzewanych. Urodzone dziwolągi to arystokracja cyrkowego świata.

Oczywiście ona sama należy właśnie do tej klasy, podobnie jak bliźnięta syjamskie, szpicogłowi, grubaski, karły, olbrzymy, żywe szkielety i mężczyźni z czaszkami, o które można rozbijać kamienie. Do stworzonych dziwolągów należą wytatuowani, połykacze mieczy, zaklinacze węży i zjadacze szkła. Zwykli ludzie, którzy dostają angaż w pokazach z powodu dawnej chwały lub rozgłosu, to dla panny Barnell właśnie odgrzewani. Za przykład mogą

po­służyć zresocjalizowani przestępcy, dawne gwiazdy filmowe i emerytowani sportowcy, tacy jak Jack Johnson (niegdyś pięściarz) czy Grover Cleveland Alexander (dawny baseballista), którzy przez pewien czas występowali w groszowych muzeach.

Ponieważ Johnson nosi beret i ponoć popija piwo przez słomkę, panna Barnell darzy go szczególną niechęcią. „Dla ogółu społeczeństwa stary Jack Johnson może być dziwolągiem, ale dla dziwoląga nie jest” – stwierdza. Paradoksalnie nie żywi wrogości wobec fałszywych kobiet z brodą, wręcz przeciwnie. Była bardzo rozbawiona, gdy Frances Murphy, Lady Gorylica w pokazie Strange As It Seems (Dziwne i niezwykłe) na Wystawie Światowej w Nowym Jorku w 1940 r., wdała się w kłótnię z kierowcą ciężarówki i została zdemaskowana jako mężczyzna. „Jeśli któryś z mężczyzn jest na tyle głupi, by być kobietą z brodą, mnie to w ogóle nie przeszkadza” – przyznaje.

Część autentycznych, ale mniej utalentowanych koleżanek panny Barnell uważa ją za wyniosłą, lecz ona sama jest zdania, że kobieta z brodą o długości ponad jednej trzeciej metra ma prawo do wyniosłości.

Fragment w tłumaczeniu Kai Gucio pochodzi z książki W starym hotelu, która ukaże się nakładem wydawnictwa Znak Literanova

Artykuł pojawił się w numerze: Chcę mieć serce spokojne