Subskrybuj
Rodzic z dzieckiem patrzą na góry. Ilustracja: Jedrzej Nyka
Ilustracja: Jedrzej Nyka
Autor m.in. Podkrzywdzia i Bez. Ostatnio wydał Dom ojców, opowieść o uprawie ziemi i prehistorii. Mieszka w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej

Lekcje z rodzicielstwa

„Czy możemy teraz przejechać się na hulajnodze?” Teraz? Jak już jest prawie noc i pora spania? Każdy, kto przypomi sobie tę radość pędu przed siebie, pod zmierzch, w dal, w rój świetlików, nie odmówi tego czasem własnemu dziecku.

Coraz mniejsze wrażenie robi na mnie długowieczność. Ci wszyscy starcy, pokazywani w telewizji nad czerwonym paskiem ze słowem „rekord”. W każdym razie blisko niego, bo chyba nikt nie żył dłużej niż Jeanne Calment, która urodziła się w 1875 r. i przeżyła 122 lata i 164 dni. Mój dziadek ma 91 lat. Przyglądam mu się z lojalnością i ciekawością, ale dawno przestałem podziwiać go za sam wiek. Może dlatego, że boję się starości w sytuacji, gdy solą mojego życia jest ruch. Coraz silniej zdumiewa mnie jednak skala nieistnienia człowieka po zgonie. Sto lat żyć – być może za parę dekad będzie normą. Sto lat nie żyć – to jest wynik. Otchłań, która z każdą minutą narasta między mną, wpatrzonym w grób, a kimś żywym przed wiekiem czy milionami lat. A przecież znajdujemy tak stare szczątki hominidów, tworzących pierwsze społeczności, którzy zapewne na swój sposób kochali. Wszystko to przez trwałą strukturę kości. Gdyby nie ta zbita substancja złożona głównie z minerałów, być może człowiek nigdy nie dowiedziałby się, skąd przybył. Nie zostawiałby śladów. Roiłby, mnożył fantastyczne i równie uprawnione teorie. Przez to właśnie – nie przez wiarę w taką czy inną nieśmiertelnosć – niełatwo mi pogodzić się z prawdą, że po zgonie człowiek przestaje istnieć absolutnie.

Z tego samego powodu trudno mi przyjąć twierdzenie, że ludzi, którzy dopiero przyjdą na świat, gdzieś już nie ma.

Niewykluczone, że ta myśl zapładnia umysł, gdy stajemy się rodzicami. Dla rodzica dziecko jest bowiem koniecznością, w tym sensie, że trudno mu sobie wyobrazić, by mogło nie zaistnieć. W szczególności gdy po raz pierwszy trafia w jego ręce jako noworodek. Zdajemy sobie sprawę, jak silnym przeżyciem musi być wydostanie się w światło, w niewiadomą, kiedy patrzymy w jego czarne, jeszcze niedowidzące źrenice. Wracając po paru dniach ze szpitala do domu, zatrzymujemy się na poboczu, by sprawdzić, czy oddycha, bo ruchy jego piersi są niedostrzegalne pod ubraniem.

Wrażenie tego rodzaju konieczności istnienia najlepiej odzwierciedla sama twarz dziecka, niepowtarzalna, nawet w przypadku bliźniąt, cały ten cudowny ludzki mechanizm, który rodzicowi zdaje się zbyt wyrafinowany na czystą przygodność. Rozpiętość między rezultatem – człowiekiem, a źródłem, czyli pierwotną pustką, przytłacza, nawet jeśli źródłem jest metaforyczne Słowo, które współcześni fizycy – fizycy informacji – coraz częściej utożsamiają z pierwotną informacją, napędzającą nieobeszły mechanizm świata, obecny w Galaktyce, jak i, może nawet w bardziej spektakularny sposób, w pojedynczej komórce ciała.

No więc gdzie oni są? Ci wszyscy, których jeszcze nie ma? Ci, którzy przyjdą za 100, 200 lat?

W jakim rodzaju planu, algorytmu, potencjału? Józef Życiński w Świecie matematyki i jej materialnych cieni tak opisywał hierarchię światów w ontologii fizyka George’a Ellisa: „Świat potencjalności istnieje inaczej niż świat zrealizowanych możliwości; jest on jednak również realny”. Bez względu na to wszystko trudno zaprzeczyć, że już istnieją w naszej wyobraźni, jako niedookreślona społeczność, bądź wyraziste postaci. Potraficie wymyślić twarz? Śnią wam się nowi ludzie?

Lekcje biologii

Tymczasem rodzicielstwo, zwłaszcza to wczesne, to mało snu. Czasem zupełny jego brak. Zadziwiające, jak mało przekazujemy sobie konkretów, w szczególności międzypokoleniowo. Posługujemy się najczęściej teoriami, ideami, postulatami. Mało który licealista wie, jak wygląda praca w danym zawodzie. Jak to jest być, w praktyce, prawnikiem, redaktorką, weterynarzem. Jakbyśmy się bali twardej rzeczywistości. Z reguły dowiadujemy się, czym jest rodzicielstwo, dopiero gdy w naszym życiu pojawiają się dzieci. Informacja, skądkolwiek pochodzi, ucieleśnia się i sprowadza na ziemię, przede wszystkim tych, którzy zajmowali się głównie pracą intelektualną. Kupy, siki, krew i rozbita głowa. Można trzymać się wizji życia rodzinnego serwowanego w reklamach i kolorowych pismach, a i tak wygra znużenie tysiącem powtarzalnych czynności. Biologia to historia zmęczenia. Dzieje walki z entropią, cykl obumarć i odrodzeń. To nie brzmi dobrze, ale lekcje biologii mogą wiele nauczyć, jeśli przywróci się im należną, utraconą rangę.

Ostatnie dekady umacniały iluzje głoszące, iż u progu transhumanizmu materia biologiczna traci znaczenie, a wyzwolony od niej umysł prowadzi człowieka ku pewnemu postępowi.

Ostatnie lata pokazały, jak cienka jest powłoka cywilizacji. Nie tyle zwierzęca, ile wynaturzona ludzka natura dewastuje świat. Tysiące lat cywilizacji ani nowe technologie nie zdołały okiełznać jej pychy, pazerności, żądzy zemsty czy zniszczenia drugiego człowieka oraz innych gatunków. Być może żadna idea nie sprosta misji naprawy świata, gdy jej promotorzy są zbyt daleko od życia. Chyba nigdy nie jesteśmy niego tak blisko, jak w okresie rodzicielstwa, kiedy jakby na powrót, po własnym dzieciństwie, wtórnie nabywamy zdolności do akceptacji, że ciało jest i domaga się swoich praw.

Znów uważnie badamy fakturę skóry. Obserwujemy oko. Napawa nas lęk, gdy biologiczny konkret staje się nie do zniesienia. Dla samotników z natury horrorem może wydać się nagłe nagromadzenie spraw, ludzi, tych samych czynności. To doświadczenie bywa, jak sądzę, nieco łagodniejsze dla osób, które uprzednio żyły poza bańką, jaką stwarza (i sprzedaje) współczesna cywilizacja, w szczególności ta miejska: pod postacią sterylności, ochrony przed chwastem, potem, brudem. Przypominam sobie wędrówkę przez góry Sierra Nevada de Santa Marta w Kolumbii. W jednej z osad zamieszkanych przez Indian Kogi, którzy odcięci od dóbr cywilizacji, nie używają nawet gwoździ, nocowałem w chacie bardzo starej kobiety. Opiekowała się raczkującym dzieckiem. Rodzice wyszli wysoko w góry. Nigdy nie zapomnę tego widoku: dziecko leżało na wznak, a po jego piersiach chodziła kura. Uważnie patrzyli sobie w oczy.

Bo rodzicielstwo to w istocie zanurzenie w rodzajowo podobną biologiczną rzeczywistość, współuczestniczenie w niej głównie na jej zasadach, bez większych szans na spełnienie własnych projekcji.

Rodzicielstwo dość szybko z nich leczy, serwując głównie prozę. Ucieczka od walki z entropią, tj. sprzątania, czyszczenia, układania, przestawiania, naprawiania, prędko kończy się rozkładem (czasem małżeństwa). Zderzenie z biologią, bez pancerza ochronnego, może na trwałe wyssać rodzica z niedawnej witalności i zmusić, by pożegnał się, być może na zawsze, z własnymi pasjami. To nie musi nastąpić, ale forsowanie wizji, że po stronie rodzicielstwa nie ma kosztów, jest kłamstwem charakterystycznym dla współczesności. To brak prawdziwego wytchnienia, bo dziecko, zwłaszcza małe, wymaga ciągłego skupienia, bo chwila nieuwagi może skończyć się fatalnie. Pary, które przez lata zmagały się z niepłodnością, po walce o dziecko często są pozbawione zapasów sił i energii, niezbędnych we wczesnym okresie rodzicielstwa.

Przyznam, że nie wzruszają mnie śluby, bo dostrzegam w nich rytuał osnuty blefem, gdyż ta piękna skądinąd ceremonia sugeruje niektórym, iż poczucie niesamowitości będzie wyłącznie rosnąć. Dzieje się tak ze mną natomiast, gdy młodzi uroczyście dziękują rodzicom za „trud wychowania”. Przynajmniej starzy wiedzą, o czym mowa. W ich oczach widzę wtedy prawdę. Przy tym wszystkim konieczność równości w prawie pracy dla obojga rodziców w okresie wychowywania dzieci powinna wydawać się naturalna dla kogoś, kto zmierzył się uczciwie z wyzwaniami rodzicielstwa. Ale ta lekcja jest – jeśli ktoś akurat teraz potrzebuje pocieszenia na rodzicielskim zakręcie – naprawdę niezłym punktem wyjścia do trzeźwych rozważań o świecie.

Jeśli jest.

Lekcje demografii

W Dzień Ojca zawsze myślę o wdowcach. W Dzień Matki – o samotnych mamach. W kulturze ich los jest lepiej poznany, co nie znaczy, że w jakikolwiek sposób polepsza to ich sytuację. Gorzej z samotnymi ojcami. Jakby zabrakło języka do opisu doświadczenia braku i pustki. W Dzień Dziecka natomiast zawsze, między jednym a drugim obowiązkiem, wysyłam dobrą myśl do tych, którzy dzieci mieć nie mogą, a bardzo tego pragną.

Doświadczeniem, które w sposób niezapowiedziany budzi biologiczne właśnie, często wyparte instynkty, okazuje się niepłodność – pod warunkiem, że jest nieakceptowana (wszak są tacy, raczej mniej liczni, którzy przechodzą nad tym do porządku dziennego).

Niepłodność przynosi w życiu nagły egzystencjalny dramat, z dwóch powodów.

Po pierwsze, czujemy się oszukani – ale przez kogo, naturę? Po drugie, tracimy wrodzony, wydawałoby się, i perfekcyjnie opanowany kod językowy, by się wyrazić. Płodni nie rozumieją niepłodnych. Pojmują tylko tyle, że ten drugi nie może mieć dziecka i z tego powodu cierpi. Co to znaczy? Tego niepłodny zwykle przekazać nie umie, bo może demonstrować skalę bólu, lecz nie jest w stanie przekazać specyfiki lęku i cierpienia, jakby pierwotnego, z nieznanej otchłani. Niepłodność zwykle taranuje psychikę, prowadzi na skraj doświadczenia, w którym wyobraźnia obumiera albo, naznaczona brakiem, eksploduje.

Psychika, w odruchach obronnych, pyta: po cóż mi ten człowieczek, złożony z DNA, które gdzieś tam niby formuje go na mój obraz i podbieństwo, skoro tak błyskotliwie dotąd się realizowałem. Tak współczesny człowiek zostawia na ziemi cząstkę siebie – przez pasje, ideę, czasem pieniądze. Nie w błahy, pospolity sposób. Po cóż mi podobne do mojego ciało, kto wie, czy nie schorowane? Ze strachu, że prócz rodziny w coraz bardziej rozproszonej pamięci już nikt nie będzie o mnie pamiętał? Nie wiadomo. Wiadomo tyle, że ten lęk – w większości przypadków – wynurza się wówczas jak bojka z wody. Wtedy gdy słyszymy od lekarza, że dzieci – najpewniej – mieć nie będziemy.

Podczas gdy pół świata wrze. Zaludnienie Afryki zwiększy się prawie trzykrotnie w latach 2000–2050: z 819 mln w 2000 r. do 1 495 mld w 2024 r. i szacowanych 2 485 mld w 2050 r. Na świecie – do 10 mld. W Nigerii ok. 2100 r. ma żyć zgodnie z wiarygodnymi prognozami ponad 700 mln ludzi (dziś to ponad 200 mln!). Czujemy się – jako pozbawieni tego daru – wyjątkiem od reguły, gdyż podświadomie, być może ewolucyjnie to, co w naturze regularne, uznajemy jako zdrowe. Pytanie, czy kula ziemska to przetrwa. Takiej presji mogą nie wytrzymać mury i koncertiny.

Tymczasem w ponowoczesnym świecie społeczeństwa starzeją się w tempie, za którym nie nadążają prawo, technologie i kultura, a cywilizacyjną chorobą społeczeństw rozwiniętych staje się bezpłodność.

Żyjemy w momencie historii, w którym pragnienie przedłużenia gatunku gasi uzasadniony lęk przed jutrem, bo jutro może przybrać postać globalnej katastrofy. Pragnienie posiadania dziecka podważa pytanie, które być może nigdy w dziejach nie wybrzmiewało tak realnie: po co tylu ludzi na świecie? Kto ich wykarmi? Kto im da pracę i poczucie godności? Wyjątkowości? W jaki sposób gwałtowny przyrost populacji wpływa na socjologię praw człowieka – na ile będą one aktualne, wiarygodne i skuteczne? Po co skazywać dziecko na cierpienie? Rodzicielstwo wyostrza wrażliwość na dramaty dzieci w krajach objętych klęskami wojny i głodu. Obrazy na ekranie stają się nie do zniesienia i stawiają poważne pytania o naturę człowieka i sens cywilizacji. W ostatnich latach w idei antynatalizmu, wcześniej uznawanej często za kontrowersyjną i destrukcyjną, można dostrzec pierwiastek racjonalności. Empatię do nienarodzonych, substytut prawdziwej miłości.

Lekcje wychowania w rodzinie

Niewykluczone bowiem, że zrośnięte z ciałem i umysłem homo sapiens pragnienie posiadania dziecka tkwi podświadomie w pragnieniu poznania miłości prawdziwej, czyli bezwarunkowej. W szczególności gdy żyjemy z poczuciem, że nie kochamy, bo być może, kochać nie umiemy. Wokół wszyscy o tym mówią, a tu jakby nic. Czym to jest? Zakładam, że definicją miłości doskonałej jest miłość bezwarunkowa. Miłość bezwarunkowa jest ulgą. Słabo opisywalną, bo zamkniętą w doświadczeniu, np. w relacji rodzica i dziecka. To miłość bez założeń i warunków brzegowych. Czasem bez słów. Kiedy zostaję na długo z moją córką, sporo milczymy. Wiem, że się wtedy wycisza, skupia na swoich pracach. Miłość bezwarunkowa to miłość, którą również można zachwiać, zranić, ale nie ulatnia się oburzona na zawsze. To miłość, która trwa, kto wie, może nawet obok czy pomimo pamięci, jak wskazuje na to wiele przypadków ludzkich i zwierzęcych zachowań. Taka, która zobowiązuje, lecz nie jest przymusem.

Na podstawie tak sformułowanego zobowiązania liczni konserwatyści proponują uniwersalną normę, zgodnie z którą tradycyjnie pojęta rodzina zajmuje szczególne miejsce w hierarchii społecznej i prawnej.

Zgodnie z tym przekonaniem inne konstelacje są bujdą bądź zagrożeniem.

Sądzę jednak, że ci, którzy z rodziną dużo przeżyli, płacąc zwykle rachunek wzajemnych krzywd, nigdy nie odważą się na taką tezę. Nie wierzę, że wygłosi tak kategoryczną opinię ktoś, kto rzetelnie wypełniał swoją funkcję w rodzinie, świadomy, że współżycie w ciągłej bliskości wymaga porządku i dyscypliny, ale nie sztywnych reguł regulujących, kto ma kogo kochać i za co.

Zbudowanie trwałej rodziny wydaje się najbardziej błahym, bo naturalnym, aktem w życiu człowieka, tymczasem mi jawi się jako najtrudniejsze wyzwanie w życiu. Zaczyna się od znalezienia partnera, któremu często nie potrafimy zaoferować bezwarunkowej miłości. Bywa przedmiotem układów, sporów. Ci, którym jednak udało się stworzyć swoją zgraną paczkę, potrafią w sposób dojrzały docenić autentyczną, a nie urojoną wartość i niepodważalną rolę tej najmniejszej komórki społecznej, z pokorą, by nie narzucać innym tej formy bycia wśród ludzi. To w rodzinie, przez oczy, dłonie, uszy rodziców dociera do nas świat, jakby stwarzany element po elemencie. Być może finałem tej gry, jeśli się powiedzie, jest uprzednio nieznane uczucie: duma z własnej rodziny. Duma prawdziwa, nie fejsbukowa. Duma pomimo kieratu, kłótni i upadków. Duma wypracowana, wypowiedziana bądź wymilczana. Zbudowana na prawdzie. W domu, przed najbliższymi ostatecznie nie można nic ukryć. W oczach dziecka odbija się nasza najprawdziwsza twarz, a w oku nie można dokonać korekty i założyć filtra jak na instastory.

Być może ta odwaga przychodzi łatwiej, gdy dostrzegamy, jak samotni bywamy bez rodziny, na którą o każdej porze można liczyć, również w chorobie, gdy znajomi wciąż pędzą, często z własnymi rodzinami, nie odpowiadają na wiadomości, i nie wiedzieć kiedy stajemy się dla świata przeźroczyści w świecie ulotnych deklaracji i pustych lajków. Ta duma usuwa lęk, że ktokolwiek uzna takie konstatacje za ckliwe i banalne, niewystarczająco, w każdym razie, przewrotne na współczesny, nastrojony na sarkazm umysł.

Lekcje dojrzałości

Jak to jest być dzieckiem? Jak to było? Życie z nim jest szansą, by odzyskać dawną pamięć. Zrozumieć tym samym, jak wątpliwa jest ciągłość naszej tożsamości, obecnej głównie w ciele i w strzępach obrazów. Jeśli kontakt z dzieckiem w istocie przywraca nam siebie z dawnych lat, nie będziemy obłudni. Sięgając do metod dorosłych, które pomagają chronić dziecko, nie wtargniemy w jego cudowny świat, w którym barwy mają smak. A może to czas stoi, a cała reszta podlega zmianom? Dźwięki przypominają przedmioty, a słowa wyłaniają się z ust jak fantazyjne stworzenia. Obrazy i czasy zlewają się płynnie, nasycają i pryskają jak bańki. Moja córka, by to wyrazić, mawia: „Mam krótką myśl”.

Kontakt z dzieckiem, jakby rewers tych samych chwil, które przeżywaliśmy jako malcy, może wydłubać jak pencetą ze szczelin naszej pamięci utracone sceny.

Jako rodzice spędzamy z naszymi dziećmi tysiące godzin, których one nie zapamiętają. Jesteśmy jedynymi świadkami ich sukcesów i klęsk. Jesteśmy obecni, gdy zyskują coś, co umownie nazywamy samoświadomością. Takie rzeczy w dziejach ludzkości zawsze dzieją się w mało spektakularnych okolicznościach. W wannie. W szkolnej szatni. Nie zdajemy sobie sprawy, że z tego najwcześniejszego okresu zostaną w nich dwa, trzy obrazy. Na pewno nie te, o których myślimy, starannie przez nas zaplanowane. Ostatni kiszony ogórek w kamionce? Larwa na futrynie? A może jak tata krzyczy na mamę? Lub na odwrót?

Przebywanie z dzieckiem uzmysławia też, jaką tajemnicą jest życie rodziców z okresu przed naszymi narodzinami.

Przecież bywa tak, że przed naszym zaistnieniem rodzic był zupełnie kimś innym, zerwał z dawną tożsamością, a przez to nie ma siły o niej mówić. Zapada charakterystyczne dla wielu rodzin milczenie, którego nie sposób piętnować, gdy samemu doświadcza się trudu opieki nad własnym dzieckiem. Często brakuje sił na prawdziwą opowieść. Teraźniejszość i troska o przyszłość chwilowo bądź trwale wyczerpują język. Za tę międzypokoleniową komunikacyjną niemoc nie da się winić kogokolwiek, chyba że niedoskonałości języka i ludzkiej natury, obiektywnie krótkie życie. Dlatego porzucenie form pogłębionych indywidualnych głosów, np. literackich, na rzecz krótkich i powierzchownych komunikatów, czy to się komuś podoba czy nie, jest wielką cywilizacyjną stratą. Ale można dostrzec w tym szansę na porozumienie z własnymi rodzicami, a teraz dziadkami, których mierzyliśmy dotąd wyłącznie miarą własnej młodości i wolności.

No więc kiedy kończy się dzieciństwo? Jest teoria, że około dwunastego roku życia. Sándor Márai pisał w Dzienniku: „Dwunaste urodziny Janosa. W tym dniu każdy człowiek żegna się ze światem czarów, tajemnic, przeczuć, z pierwszym okresem dzieciństwa. Teraz zaczyna się wielka przygoda: rzeczywistość”. Być może, jeśli dzieciństwo nie zostało naznaczone dramatami, przeżywamy wtedy namiastkę raju. Ciało jest jeszcze bardzo blisko świata, a umysł dysponuje wciąż dziecięcym darem poznawania, rzeczywistość postrzegana jest jako nierozerwalna całość, z trudem pojmujemy dozowane przez dorosłych klasyfikacje i pojęcia. Umysł potrafi już jednak, inaczej niż parę lat wcześniej, utrwalać doznania w pamięci albo w pierwszych dziełach. Siła tych przeżyć staje się dla większości artystów napędem na całe życie, a prawdziwa sztuka jest w istocie umiejętnością nazywania świata zmysłami dziecka i ucieczką od spłaszczających definicji dorosłych. William Wordsworth w wierszu Oda o przeczuciach nieśmiertelności czerpanych ze wspomnień o wczesnym dzieciństwie zauważył: „Niegdyś gaj, łąka, strumień, ziemia cała, / Każdy tu widok pospolity / Tak dziwnie pałał, / Jakby światłością z niebios był spowity, / W której i cichy czar jest snu, i chwała. / Teraz już nie jest tak, jak niegdyś było. / (…) Wciąż do nowego słońce wstaje dzieła. / Lecz dokądkolwiek idę, dobrze wiem: / Jakaś wspaniałość z tej ziemi zniknęła” (tłum. Z. Kubiak). Wordsworth nie pozostawia złudzeń: tego już się nie da odtworzyć.

Tak, raj szybko się kończy. Myślę o tym, patrząc na dziecko. Być może nigdy w jego życiu nie będzie mu tak dobrze. Może nigdy nie zaakceptuje dorosłości w formie, jaka będzie mu zaoferowana. Wszak nikt nie pytał go o zdanie przed narodzinami.

Dziwi mnie, jak rzadko o tym myślimy, wymyślając komuś sposób na życie – i brutalnie egzekwując posłuszeństwo.

Przez to wszystko, przyznam z dumą, stoję po stronie dzieci. „Tato, czy mogę jeszcze pobawić się na podwórku?”. „Baw się dziś, ile chcesz”. „Czy możemy teraz przejechać się na hulajnodze?” Teraz? Jak już jest prawie noc i pora spania? Każdy, kto przypomni sobie tę radość pędu przed siebie, pod zmierzch, w dal, w rój świetlików, nie odmówi tego czasem własnemu dziecku. Popieram, kiedy wymyśla nowe słowa, albo używa tych istniejących niepoprawnie – bawimy się tym. Jeszcze przyjdzie jej się zderzyć z policją fleksyjną… „Tato, jak dobrze, że teraz w wakacje nie ma w przedszkolu tyle prac i zadań, można się w koncu pobawić…”. „Rozumiem cię doskonale”. Szanuję, kiedy prosi, by jej nie dotykać. Czy nie pamiętamy już, jak nie znosiliśmy tego tarmoszenia, ślinienia, gdy nie mieliśmy na to ochoty, a dorośli nic sobie z tego nie robili? Uścisk, który miał być zabawny, a zawsze trochę bolał albo wnerwiał?

Powrót własnej pamięci dziecka uchroni je też przed manipulowaniem i rygorystycznym formatowaniem światopoglądu, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że zarówno prawicowcy, jak i lewicowcy są przekonani o własnej nieomylności. Wolę, nieufny swoim opiniom, na które wpływ mają już przykre doświadczenia, żeby moje dziecko miało dużo przestrzeni, by wyrobić sobie własne zdanie o świecie. Dlatego mało jest szkoleń i dydaktycznych pogadanek. Więcej pytań, obserwacji, milczenia. A i tak nie trzeba było długo czekać na refleksję. Nigdy nie tłumaczyliśmy córce, czym są feminatywy. Dopiero wówczas widać, jak są naturalne. Kiedy użyłem raz męskiej formy, czterolatka poprawiła mnie i zażądała, żebym mówił po ludzku.

Lekcja rozstania

Nic jednak, ani droga edukacja, ani zdrowe jedzenie, nie uchroni naszych dzieci od śmierci. Przyjdzie chwila, w której to małe, raczkujące stworzenie odejdzie. Jak będzie wyglądała śmierć za kilkadziesiąt lat? Czy wokół będzie pełno bliskich, czy też nikogo? Twoje dziecko będzie stare, jeśli starości dożyje. Będzie ułomne. To samo dziecko, obleczone tą samą, choć zmarszczoną skórą. Twoje dziecko umrze. Tego nie da się odwołać. Zakładam, że każdy rodzic, nawet najbardziej zabiegany, choć raz o tym pomyślał. Nie chcemy, żeby nasza pociecha odchodziła samotnie, czyli bez nas. Być może jednak w jakiś sposób możemy jej w tym towarzyszyć. Nie tam – z niewiadomej i nigdy niewidzianej góry, dokąd rzekomo będzie zmierzać – ale myślą wysłaną wcześniej, by dotarła w to miejsce i czas.

Artykuł pojawił się w numerze: Czy zwierzęta domowe są z nami szczęśliwe?