Historia, której uczyliśmy się w szkole, to była głównie opowieść o „wielkich” mężczyznach: królach, dowódcach, papieżach itd. „Zwykli” ludzie, o ile w ogóle się w tej narracji pojawiali, to tylko jako ciemna, zależna od innych, anonimowa masa. Historycy, którzy chcieli dowiedzieć się więcej o życiu niższych warstw społecznych, sięgali głównie po źródła statystyczne, w których jednak doświadczenia jednostkowe giną. Nawet w popularnym ostatnio w Polsce nurcie „historii ludowej” chłopi są często postrzegani jako masa, uciemiężony „lud”. O tym, jak jednostki odbierały świat w odległej przeszłości, uczyliśmy się na języku polskim, ale znów byli to wyłącznie wybitni mężczyźni: wielcy myśliciele, mistrzowie słowa, wieszcze. Ich punkt widzenia uznawano za reprezentatywny dla czasów, w których żyli. Nikt nie stawiał wtedy pytania, czy „chłop renesansu” albo jeszcze lepiej „chłopka renesansu” myśleli podobnie do Jana Kochanowskiego. Niektórzy zakładają, że nie, bo przecież „prości” ludzie nie zawracali sobie głowy głębszymi rozważaniami. A co, jeśli przemyślenia młynarza okażą się równie fascynujące jak niejednego mędrca, a losy chłopa w XVI w. nie mniej emocjonujące niż legendarnego bohatera?
Wizja świata pewnego młynarza
„Wszystko było chaosem, czyli ziemia, powietrze, woda i ogień razem przemieszane; i to wszystko utworzyło jedną masę, tak właśnie jak wyrabia się ser z mleka, i w niej powstały robaki, były to anioły; z woli Najświętszego Majestatu stały się one Bogiem i aniołami; a wśród tych aniołów był także i Bóg, stworzony również z tej samej masy w tym samym czasie, i uczyniony został panem, a przy boku miał czterech kapitanów: Lucivella, Michała, Gabriela i Rafaela” (tłum. R. Kłos) – tak brzmiała kosmogonia Domenica Scandelli zwanego Menocchio, młynarza z małego miasteczka u stóp Alp. Menocchio miał już 52 lata, kiedy w 1582 r. stanął przed Świętym Oficjum, by wytłumaczyć się ze swoich bluźnierstw. Od wielu lat był znany w okolicy z odważnych poglądów, przy czym nie bał się objaśniać swojej wizji świata także duchownym, a nawet samych sędziów gotów był „zadziwić tym, co ma do powiedzenia”. A do powiedzenia miał wiele, np. to, że „niebo, ziemia, morze, powietrze, otchłań i piekło, wszystko jest Bogiem, i my też jesteśmy bogami”. Był to panteizm zaskakujący jak na XVI-wieczną rzeczywistość. Menocchio nie był jednak byle dziwakiem czy człowiekiem niespełna rozumu: prowadził udaną działalność gospodarczą, pełnił funkcję lokalnego urzędnika, utrzymywał wiele znajomości, był lubiany. Część jego poglądów nie była wcale aż tak oryginalna, jak może się wydawać na pierwszy rzut oka: to, że sakramenty poza Eucharystią są wymysłem ludzi, że każdy może być kapłanem bez otrzymywania święceń, że Chrystus był człowiekiem, podzielały grupy anabaptystyczne, których trzon stanowili właśnie „zwykli” mieszkańcy miast i wsi obu płci w różnych zakątkach Europy. „A wy, księża i braciszkowie, chcecie wiedzieć więcej od Boga, i jesteście niby demon, bogami na ziemi chcecie się uczynić” – takie słowa można by z kolei przypisać nie tylko radykalnemu, lecz i głównemu nurtowi reformacji. Menocchio nie miał jednak bezpośredniego kontaktu z protestantami. Poza tym żaden ewangelik nie powiedziałby, że „Chrystus dał się powiesić niby zwierzę jakieś”, ani nie nazwałby Marii „ulicznicą”.
Menocchio swoje przekonania kształtował głównie, czytając książki, do których miał dostęp. Carlo Ginzburg – historyk, który we wznowionej niedawno po polsku pracy Ser i robaki. Wizja świata pewnego młynarza z XVI wieku wydobył postać ludowego filozofa na światło dzienne – krok po kroku analizował wszystkie możliwe źródła inspiracji tak oryginalnego światopoglądu. Najbardziej fascynuje go „rozdźwięk między tekstami przeczytanymi przez Menocchia a sposobem, w jaki je przyswoił i przekazał inkwizytorom”. A to oznacza, jak zauważył w posłowiu Tomasz Wiślicz, że nie możemy analizować kultury poprzez publikacje z danej epoki, bo sposób ich interpretacji mógł być zupełnie odmienny od oczekiwanego (dziś przez nas). Na przeczytane książki Menocchio nałożył warstwę kultury ustnej – obecnie już dla nas niedostępnej – a następnie przefiltrował to przez własne życiowe doświadczenia i autorskie przemyślenia. Ostatecznie wiele poglądów Menocchia brzmi raczej zdroworozsądkowo: trudno się dziwić, że jako ojciec jedenaściorga dzieci nie mógł uwierzyć w to, że kobieta może pozostać dziewicą po porodzie, a zobaczywszy, jak wyrabia się ciasto na hostie, skonstatował: „Nie widzę w tym nic poza kawałkiem ciasta, jak to być może, że jest to Bóg”. Wyobrażenie sobie powstawania świata jako wyrabianie sera przecież również było bliskie doświadczeniu mieszkańców miasteczek i wsi. Być może takich Menocchiów było znacznie więcej, tylko nie mieli tyle odwagi, by głośno wyrażać swoje zapatrywania, byli ignorowani jako niegroźni dziwacy lub ich zeznania się po prostu nie zachowały. Domenico Scandella za swoje poglądy zapłacił ostatecznie życiem.
Historie filmowe i serialowe
Nawet jeśli inni „zwykli” ludzie nie mieli tak wyrazistego światopoglądu, to ich życie mogło być nie mniej barwne. Choć określa się ich często mianem „grup podporządkowanych”, a nawet zdominowanych, to nie oznacza, że nie próbowali układać swojego życia według własnych pragnień. Pewien baskijski chłop, Martin Guerre, żyjący również w XVI w., został zmuszony przez rodzinę do ślubu już w wieku 14 lat i męczył się w niechcianym związku przez następne lata, do tego wyszydzany z powodu impotencji. Wreszcie rzucił wszystko i zaciągnął się do wojska, zmienił tożsamość i przez lata żył przygodą. Porzucona żona – młoda i piękna Bertrande – musiała funkcjonować w stanie zawieszenia (nie mogła wziąć ponownie ślubu), co rzutowało na jej status społeczny i sytuację ekonomiczną. Po kilku latach Martin nagle powrócił, choć odmieniony. Jego rodzina nie mogła się nim nacieszyć, z Bertrande miłość kwitła jak nigdy dotąd, doczekali się nawet dziecka. Sytuacja skomplikowała się, gdy po kolejnych kilku latach do wioski powrócił… drugi Martin, jak się okazało, ten prawdziwy. Dotarł do domu, kuśtykając na drewnianej nodze, bo został ranny w jednej z wielu bitew. Jakie musiało być jego zaskoczenie, gdy za drzwiami znalazł swojego sobowtóra w ramionach żony. Amerykańska badaczka Natalie Zemon Davies w swojej książce Powrót Martina Guerre’a poświęciła przy tym więcej uwagi postawie samej Bertrande – czy była świadoma tego, że ten, kto do niej powrócił, nie jest jej mężem? Czy przyjęła obcego mężczyznę w swoje progi, by dać sobie szansę na lepsze, szczęśliwsze życie? Jak starała się z tego wytłumaczyć przed sądem, by ochronić siebie i dzieci? Każdy z bohaterów tego dramatu starał się wieść szczęśliwe życie, co w tamtych czasach mogło być wielce ryzykowne. Fałszywy Martin został ostatecznie stracony na szubienicy ustawionej przed domem Guerre’ów.
Podejście mikrohistoryczne to także świetny sposób na pogłębienie badań nad historią kobiet, których często nie widać w „wielkich” narracjach. Dlatego to im poświęciła swoją kolejną książkę Natalie Zemon Davis i nieco przewrotnie zatytułowała ją Kobiety na marginesach. Trzy opisywane przez nią postaci zdecydowanie ani nie były osobami marginalnymi, ani nie żyły na marginesie społeczeństwa. Przeciwnie, mimo formalnych i kulturowych ograniczeń odnosiły sukcesy i spełniały swoje marzenia. Jednocześnie niemal wszystko je różniło: wyznanie, pochodzenie, zdolności i dążenia. Glikl bas Juda Lejb była Żydówką z Hamburga, wydaną za mąż w wieku 14 lat, matką 12 dzieci. Po śmierci męża, aby utrzymać rodzinę, przejęła po nim interesy i z sukcesem je rozwinęła. Sprowadzała z zagranicy towary i sprzedawała je z zyskiem, regularnie wyjeżdżała na międzynarodowe targi, zakładała własne warsztaty, wystawiała weksle w całej Europie. Napisała księgę swojego życia, w której zawarła wszystkie swoje radości i cierpienia, opowiadania, wspomnienia i porady dla swoich potomków.
Z kolei Marie Guyart pochodziła ze skromnej katolickiej rodziny w Tours. Dla niej również śmierć męża otworzyła drogę do samorealizacji: w jej wypadku było to oddanie się życiu duchowemu. Wstąpiła do klasztoru urszulanek, czuła jednak, że to dla niej za mało, i w 1639 r. udała się na misję do francuskiej kolonii w Quebecu. Marie założyła tam klasztor i szkołę, do której (dobrowolnie) uczęszczały zarówno córki tubylców, jak i kolonistów. Ta „kobieta apostolska” fascynowała się nie tyle odmiennością ludów tubylczych, co ich podobieństwem do Europejczyków. Sama nauczyła się kilku języków indiańskich, by w latach 60. XVII w. wydać w nich katechizmy i słowniki swojego autorstwa. Marie, zwana Marią od Wcielenia, została świętą Kościoła rzymskokatolickiego w XX w.
Trzecią bohaterką mikrohistorii autorstwa Zemon Davis jest Maria Sybilla Merian, urodzona w luterańskiej rodzinie artystów we Frankfurcie nad Menem. Świetna rysowniczka, od dzieciństwa przejawiała zainteresowanie owadami. Jaja i larwy nie były jednak tematem właściwym dla płci niewieściej, dlatego jej pierwsza publikacja zawierała jedynie ryciny kwiatów. W 1679 r. wydała jednak pierwszy, a kilka lat później drugi tom z miedziorytami owadów w różnych stadiach rozwoju wraz z tekstem zawierającym własne obserwacje. Powodowana marzeniem o obserwacji owadów w Nowym Świecie, zdecydowała się na podróż do Surinamu, z córką, bez asysty mężczyzn. Tam „rzuciła się w wir odkrywania, hodowania i dokumentowania” (tłum. B. Hlebowicz), a efektem jest Metamorfoza owadów Surinamu jej autorstwa. Merian pokonywała w swoim życiu kolejne granice, by realizować pasję, a jej dzieła do dziś nas zachwycają. Obie córki kontynuowały jej dzieło.
Nie oszukujmy się jednak, nie każdy ma życie, które nadaje się na scenariusz do pełnowymiarowego filmu (zarówno historie Menocchia, jak i Martina Guerre’a, a także życie Marie de l’Incarnation doczekały się ekranizacji). Tak jak dziś, tak i kiedyś większość ludzi pochłonięta była drobnymi, codziennymi sprawami, bez wielkich kontrowersji i dramatów. Pisanie historii wyłącznie jednostek nietuzinkowych byłoby przekłamaniem prawdy o przeszłości i ludzkości w ogóle. Stąd ostatnio polski historyk Krzysztof Zamorski w książce Pleban i wieś. Historia życia proboszcza tenczyńskiego z początków XVIII wieku postanowił przedstawić losy proboszcza podkrakowskiej parafii. Ksiądz Świątecki nie należał może do wybitnych, ale z pewnością był ambitny. Główne jego zajęcie stanowiło zwiększanie swoich zysków oraz pozycji w lokalnej społeczności. W kręgu jego zainteresowań na pierwszym miejscu stała dziesięcina (i to taka z naddatkiem), na drugim pozostałe daniny i posługi. Rzucał ekskomunikę na tych, którzy ociągali się z wykonaniem pańszczyzny przy remoncie ogrodzenia cmentarza. Doprowadził do ukarania chłostą karczmarza Babiuska za to, że zaorał kawałek gruntu ponoć należącego do parafii. Męczył ciągle kolatorkę o kolejne prebendy, zabiegał o nowe beneficja. W sumie na epizod do kolejnego sezonu 1670 będzie się nadawać.
Mikroskop w dłoniach historyka
W latach 60. i 70. XX w. triumfy święciły badania wielkich struktur i procesów, poświęcone tworzeniu szerokich porównań i generalizujących tez (dotyczyło to także historii społecznej, w tym popularnej szkoły Annales i jej guru Fernanda Braudela). Włoscy historycy Giovanni Levi i Carlo Ginzburg uznali, że takie podejście zaciemnia obraz przeszłości, bo wnioski płynące z badań makro nie pokrywają się z tym, co widać z perspektywy mikro. Zaproponowali inny sposób uprawiania historii, gdzie przedmiotem analizy staje się człowiek zapomniany przez „wielką” historię, któremu badacz pozwala przemówić własnym głosem. Nie znaczy to, że polityczne, gospodarcze i społeczne procesy zostają w ten sposób zepchnięte poza margines. Wręcz przeciwnie, jak stwierdził Edoardo Grendi, „za badaniami prowadzonymi w skali mikro stoi chęć ukazania ogólnych wzorców zachowań, które przy przyjęciu innej perspektywy nie zostałyby odkryte”. Przywoływana jest często metafora mikroskopu, który umożliwia dostrzeżenie istotnych zjawisk, niewidocznych gołym okiem. Giovanni Levi podkreślał, że badanie mikrohistoryczne nie polega jedynie na redukcji skali, lecz również na przeanalizowaniu na przykładzie życia jednostki specyficznych dla epoki mechanizmów i kontekstów społeczno-kulturowych. To wymaga jednak dużo wprawy. Zdarza się, że mikrohistoria sprowadza się do historii lokalnej, pełnej anegdot i detali, cennych głównie dla pasjonatów danej miejscowości czy postaci. Pod historycznym mikroskopem mikrodane mogą namnożyć się w trudnym do opanowania tempie mikrobów. Jeśli do tego zabraknie nam solidnej podbudowy szerszego kontekstu, utoniemy w zalewie informacji o nikłym znaczeniu. Nie zapominajmy, że podróże w czasie są ryzykowne.
Ryzyko to opłaciło się w przypadku (mikro)historii opisanej przez Tomasza Wiślicza w książce Zelman Wolfowicz i jego rządy w starostwie drohobyckim w połowie XVIII wieku. Wolfowicz urodzony jako Zalman Ben Ze’ew, podobnie jak wielu innych Żydów, został zatrudniony przez polską szlachtę do zarządzania majątkiem. Pobierał podatki i dochody z dzierżaw, egzekwował czynsze, ściągał długi, rekwirował różne dobra, narzucał zawyżone normy pańszczyzny. Dzięki swojej skuteczności, ambicji i brakowi skrupułów zdobywał coraz większe wpływy i bogactwa. Został przewodniczącym kahału i członkiem żydowskiego samorządu ziemskiego. Latami, pomimo kontrowersji, utrzymywał poparcie swojej pracodawczyni – starościny Doroty Tarłowej, która konsekwentnie go wspierała. Objął kontrolę nie tylko nad samym starostwem, lecz także nad (chrześcijańskimi) władzami miejskimi Drohobycza. Fascynujące jest to, jak potrafił sprawnie poruszać się w różnych środowiskach i uzyskać status znacznie wykraczający poza przypisany żydowskim mieszkańcom Rzeczypospolitej. Powszechnie wzbudzał strach i nienawiść, swoich rywali pozbywał się bez wahania (był nawet oskarżany o zabicie samego starosty), a niepokornych podporządkowywał za pomocą gróźb, szantażu i innych form przemocy. Zelman czuł się na tyle silny, że doprowadził do wydania wyroku śmierci na polskiego szlachcica, który okradł sklep z jedwabiem zięcia Wolfowicza. Było to szokujące, biorąc pod uwagę dzielące ich różnice stanowe, prawne i religijne. Nic dziwnego, że kilkukrotnie próbowano zamachów na jego życie; on jednak zawsze wychodził z tego cało. Podejrzewano więc, że korzysta z pomocy sił nadprzyrodzonych, być może dlatego też spiskowcy usiłowali go zabić z pomocą miejscowej czarownicy (przy czym do sporządzenia trującej mikstury musieli zdobyć jego mocz). Sprzysięgli się przeciw niemu wszyscy: i mieszkańcy wsi, i miast, zarówno chrześcijanie, jak i Żydzi. Wreszcie po latach udało się im doprowadzić do skazania Zelmana na karę śmierci, ale i tym razem wszystkich przechytrzył: w ostatniej chwili przyjął chrześcijaństwo i jako Jędrzej Obaczyński dożył swoich dni w klasztorze karmelitów. W następnych latach historia Zelmana zmieniła się w legendę o upiorze, a w końcu w historyjkę dla niegrzecznych dzieci. Odkryta na nowo przez Tomasza Wiślicza, pokazuje nam, jak w XVIII w. jednostka mogła funkcjonować w gęstej sieci relacji osób i grup o różnym statusie, jak mogła przekraczać granice społecznych światów i zdobywać nieformalną władzę mimo formalnych ograniczeń.
Wszystkie te (mikro)historie udało się odtworzyć dzięki temu, że ich bohaterzy byli na tyle niestandardowi, iż stali się obiektem zainteresowania autorów źródeł i systemu sprawiedliwości bądź sami umieli pisać i pozostawili po sobie autorskie świadectwa. Przeciętni niepiśmienni są nieuchwytni lub możemy spotkać ich na kartach dawnych ksiąg tylko na chwilę. Ktoś na przykład przyszedł raz do sądu, by poskarżyć się na sąsiada. Wertujemy księgę dalej i spotykamy kolejnych Karguli i Pawlaków. Krowa jednego przeszła na pole drugiego i wygryzła mu siano, podczas gry w karty jeden oszukiwał, to drugi mu przylał, na chrzcinach gospodyni rzuciła się na gościa z pazurami za sugestię, że piwo niedobre. Samo życie. Najczęstszą skargą, jaką spotykałam w trakcie badań do książki Przemoc i honor w życiu społecznym wsi na Mierzei Wiślanej w XVI–XVII wieku, było… zwyzywanie od „szelmy”. Tak, po to ludzie wybierali się do sądu burmistrza, wynajmowali prawników, płacili koszty postępowania. Zagłębiając się coraz bardziej w te banalne, wydawałoby się, sytuacje, zaczynamy dostrzegać, że tym wszystkim „samym swoim” chodziło jednak o coś więcej: że walczyli nie tylko o krowy, siano, karty i smaczne piwo, a wyzwiska miały dla nich inne znaczenie niż dzisiaj.
Badania mikrohistoryczne dają najlepsze efekty, kiedy łączy się je z podejściem antropologizującym. Co prawda badając odległą przeszłość, w przeciwieństwie do antropologów, nie możemy obserwować osób badanych ani z nimi rozmawiać. Spróbujmy jednak potraktować dawnych Europejczyków jak egzotyczną, nieznaną nam kulturę i zadać źródłom pytania podobne do tych, które stawiają antropolodzy bohaterom swoich analiz. Wyobraźmy sobie, że znowu jedziemy na wakacje nad Bałtyk, ale tym razem na przełomie XVI i XVII w. Wsłuchajmy się w głos Jacobów, Georgów, Katharin i Ann, których wypowiedzi spisano w sądzie w Sztutowie. A oni mówili wprost, że nie mogą znieść, kiedy ktoś podważa ich honor, i żądają natychmiastowego ogłoszenia publicznie, że wielce honorowe z nich osoby. Byli na punkcie swojego honoru tak wrażliwi, że wszelkie sugestie odnoszące się do nich, członków ich rodziny bądź ich postępowania odbierali jako poważny atak, a wyzwiska, zwłaszcza „szelma”, rozumieli jako zadanie wielkiej hańby. Okazuje się, że ludzie z niższych warstw mogli mieć o sobie wysokie mniemanie i poświęcali wiele zasobów w walce o swoją pozycję i własne „ja”.
***
Gdy odłożymy na chwilę statystyki, liczby dni pańszczyźnianych, średnie długości życia i dzietności, a przyjrzymy się żyjącym niegdyś ludziom z bliska, zobaczymy coś, czego się może nie spodziewaliśmy: że ich życie nie musiało być ani smutne, ani nudne, że było pełne znaczeń, emocji, idei, i to niezależnie od tego, czy byli chłopami czy mieszczanami, Żydami czy Baskami, mężczyznami czy kobietami. Kiedy zmienimy punkt ostrości z jednostki na jej wspólnotę, jeszcze lepiej ukaże się nam skomplikowana sieć powiązań, relacji międzyludzkich, kodów kulturowych, których zrozumienie może okazać się fascynującą przygodą. Z perspektywy mikro przeszłość staje się znacznie mniej oczywista, standardowe granice i reguły się rozmywają, a uwidacznia się indywidualny potencjał. I to zapewne jeden z powodów, dla których tak lubimy mikrohistorie: dają nam nie tylko wgląd w doświadczenia naszych przodków, lecz także wiarę w siłę jednostki i w wyjątkowość „zwykłego człowieka” wbrew narzuconym barierom i przemocowemu systemowi.