To było lata temu, ale pamiętam jak dziś: dyskusja panelowa, ja i trzech panów. Rozmawialiśmy o demokracji. A właściwie mówił jeden pan, przez 90% czasu: skupiał się głównie na wątku pluralizmu. Ironię sytuacji zdawali się widzieć wszyscy poza nim samym.
Dotkliwa i komiczna bywa ta niespójność – w jedno oficjalnie wierzę, a drugie praktykuję. I to jest mocno związane z czymś, co nazwę „ustrojem wewnętrznym”.
Spośród wielu możliwych „wewnętrznych ustrojów” wybrałam przeciwstawne: dyktaturę i, jak łatwo zgadnąć, demokrację.
Napięcie
Jeśli żyję w stanie wewnętrznej dyktatury, podstawową cechą mojej codzienności jest…