Subskrybuj
Mural z Elonem Muskiem w Teksasie / fot. East News
Kulturoznawczyni, eseistka. Autorka książek: Wolność, równość, przemoc. Czego nie chcemy sobie powiedzieć (2019, nominacja do Nagrody Literackiej Gdynia) oraz Szczerość. O wyłanianiu się nowoczesnego porządku komunikacyjnego (2020)

Musk. Móc, chcieć, musieć

Elon Musk jest obiektem kultu. Sposób jego przedstawiania wpisuje się w długą tradycję bohaterów z legend, mitów i podań. Ale to tylko jedna strona medalu.

Już w wieku trzech lat dyskutował z dorosłymi i budował sensowne argumenty. „Jak to w ogóle możliwe, skoro nie masz dużo doświadczenia?” – zastanawiała się jego matka. W dzieciństwie był ofiarą rówieśniczego prześladowania, jedno z pobić zakończyło się kilkutygodniowym pobytem w szpitalu. Jako siedemnastolatek opuści dom ojca z jednym plecakiem ciuchów i książek, by wyruszyć na podbój świata. Już pierwszy start-up uczyni go milionerem, a jego pracownicy będą się zastanawiać, czy w przyszłości zostanie totalnym bankrutem czy najbogatszym człowiekiem na świecie. Dla takich jak on nie ma innej drogi.

Wiemy, jak się to skończyło. Po Zip2, stronie www zbierającej informacje o kontaktach w różnych miastach, Elon Musk zaangażował się w internetowe płatności i po niespełna czterech latach odsprzedał PayPala za 1,5 mld dolarów eBayowi. Potem już podejmował się tylko ambitniejszych projektów. Dzieci uwięzione w tajskiej jaskini? Inżynierowie Muska już projektują miniłódź podwodną, która bezpiecznie wywiezie je na powierzchnię. Musimy odejść od paliw kopalnych? Na scenę wjeżdża elektryczny samochód Tesla. Korki? Miliarder poprowadzi pod miastami innowacyjny hyperloop, próżniowe tunele dla elektrycznych pojazdów. Paraliż? Dzięki chipom wszczepionym do mózgu będzie można swobodnie komunikować się ze światem. Katastrofa klimatyczna? Mamy planetę B, kolonizacja Marsa nie jest już fantazją, w 2029 r. wyślemy tam pierwszą misję załogową.

„Myślę, że jest niesamowitym darem dla świata. Można stwierdzić, że to najlepszy lider chodzący po tej planecie” – mówi o Musku Dolly Singh, główna rekruterka w Spacex.

Podkaster Joe Rogan, znany z zapraszania ludzi z szerokiego politycznego spektrum (wliczając w to zwolenników teorii spiskowych, w tym antyszczepionkowców i denialistów klimatycznych), w rozmowie z Elonem snuje analogie między swoim gościem a sztuczną inteligencją, która przewyższając zwykłych ludzi, spędza z nimi trochę czasu, żeby „naprawić trochę tego gówna” (fix a bunch of shit). „Gotowość Muska do zmagania się z zadaniami niemożliwymi zmieniła go w idola [deity)] Doliny Krzemowej” – zauważa Ashlee Vance w  książce Elon Musk. Biografia twórcy PayPala, Tesli, SpaceX (tłum. Agnieszka Bukowczan-Rzeszut).

Nie jest zatem ani nadużyciem, ani przenośnią stwierdzenie, że Musk jest obiektem kultu. Sposób jego przedstawiania wpisuje się w  długą tradycję bohaterów z  legend, mitów i  podań  – od znaków i cudów w kołysce, przez opuszczenie domu i serię prób, aż po osiągnięcie sukcesu przekraczającego horyzonty zwykłych śmiertelników.

Są ludzie, którzy popularny w USA chrześcijański akronim WWJD (What would Jesus do) zastąpili skrótem WWED – What would Elon do? Co zrobiłby Elon?

Ale to tylko jedna strona medalu, jasna strona księżyca, ten lepszy profil.

Jak działa kult

Musk kreuje się na self-made mana rozpoczynającego od zera, zapominając wspomnieć, że jest dzieckiem współwłaściciela kopalni szmaragdów (matka Maye Musk opuściła Errola Muska z powodu przemocy i  wyprowadziła się wraz z Elonem do kraju urodzenia, Kanady; po paru latach chłopiec zdecydował się na powrót do RPA i zamieszkanie z ojcem, o którym potem wypowiadał się bardzo negatywnie). Miliarder znany jest ze złego traktowania pracowników – impulsywnie zwalnia, wybucha gniewem, oczekuje pracy po nocach i pełnego poświęcenia dla firmy (co po przyjęciu Twittera mogła obserwować globalna opinia publiczna zainteresowana losem platformy). Choć przez fanów jest prezentowany jako wynalazca i  założyciel kolejnych rewolucyjnych biznesów, w rzeczywistości raczej inwestuje w innowacyjne start-upy, wygryza założycieli i nadaje sobie taki tytuł, jaki mu się podoba – może to być „główny inżynier” (chief engineer) w SpaceX albo „technokról” (technoking) w Tesli. Ta ostatnia firma ma jawić się nawet nie jako rycerz, lecz elektryczny biały koń, który zbawi planetę, ale w rzeczywistości została ukarana przez Agencję Ochrony Środowiska za nieprawidłowe przechowywanie niebezpiecznych odpadów, a pracownik Martin Tripp ujawnił prasie, że w fabryce dochodzi do marnowania materiałów na ogromną skalę. Wspominając innowacyjny hyperloop, Musk powiedział swojemu biografowi, Ashlee’emu Vance’owi, że nie miał zamiaru go realizować; chodziło mu tylko o pokazanie, że istnieją inne rozwiązania techniczne (czytaj: właściwym celem było zablokowanie inwestycji w szybką kolej w Kalifornii, której powstanie mogłoby wpłynąć negatywnie na sprzedaż Tesli). Dzieci uwięzione w jaskini zostały uratowane dzięki doświadczonemu brytyjskiemu nurkowi Vernonowi Unsworthowi, który skrytykował akcję Muska jako „PR-ową sztuczkę” i zasugerował miliarderowi „wsadzenie jego łodzi podwodnej tam, gdzie boli” – w odpowiedzi Musk określił go mianem „pedo guy”, wyzwiskiem implikującym skojarzenia z pedofilią. Unsworth pozwał Muska o zniesławienie, lecz przegrał.

To tylko parę przykładów z brzegu, bo lista zarzutów jest naprawdę długa – od złożenia pierwszej żonie, z którą miał pięcioro dzieci, papierów rozwodowych za pośrednictwem terapeutki, przez tolerowanie molestowania seksualnego w pracy, po celowe manipulowanie giełdą za pomocą tweetów.

Dla wielu Musk jest symbolem oderwanej od realiów manipulacyjnej elity, odpowiednikiem Petera Isherwella z filmu satyrycznego Nie patrz w górę – biznesmena, który w imię zysku prywatyzuje ratowanie Ziemi, w czym ponosi spektakularną, acz nieosobistą klęskę (w obliczu zderzenia z kometą ewakuuje się na statku kosmicznym).

Lewicowa nienawiść wobec Elona Muska nie koncentruje się na nim jako takim, ale na wartościach i wyobrażeniach, które miliarder ucieleśnił – diagnozował Piotr Fortuna na łamach „Dwutygodnika”.

Tyle że podziw wielu wyznawców przedsiębiorczości stopniowo gaśnie w obliczu niekompetencji w przejęciu Twittera. W chwili kiedy ten artykuł się ukaże, kult Elona jako milionera innowatora może być już domeną garstki najwierniejszych. Gdybym zatem pracowała nad tekstem pod tytułem „Musk – technologiczny mesjasz czy cyniczny kapitalista?”, mogłabym mieć problemy – wniosek byłby zbyt oczywisty. Na szczęście go jednak nie piszę: bo niezależnie od aktualnej kondycji miliardera i mojego własnego zdania o nim uważam, że to źle postawione pytanie.

Czas odsłonić karty: sam Elon Musk nie bardzo mnie obchodzi. Nawet jeśli wzbudza moje negatywne uczucia, to nie jest on ich źródłem. Tak długo, jak długo nasza uwaga koncentruje się na nim, pozwalamy, by refleksja nad światem została sprowadzona do symbolicznej figury i jej moralnej oceny. Poddajemy się zatem logice filmu bohaterskiego, każącego nam operować w kategoriach jednostkowej sprawczości, dobra i zła, a nas ustawia w pozycji wyznawców, kibiców, demaskatorów czy sędziów. A więc ludzi, którzy definiują swoją rolę przez patrzenie na kogoś, kto działa, podczas gdy oni – to znaczy my – albo świecimy jego światłem odbitym, albo obnażamy go, zachowując przy tym „niewinność”.

Tymczasem warunkiem zaistnienia kultu jest nie tyle osoba, która chce być jego obiektem – takich aspirujących proroków, bohaterów i świętych w dobie ekonomii uwagi i mediów społecznościowych jest przecież na pęczki – ile są nimi ludzie gotowi przypisać danej osobie szczególne znaczenie, uznać ją za symbol czegoś większego. Obiekt kultu musi zatem odpowiadać na jakieś fantazje i lęki danej społeczności, przynosić pewien rodzaj emocjonalnej gratyfikacji. Musi „uosabiać” coś istotnego dla tych, którzy go uwielbiają, nienawidzą, krytykują.

Dlatego pisząc o Musku, nie chcę pozwolić sobie na łatwą egzotyzację. Uczucia, jakie wzbudza, uwidaczniają bowiem te aspekty naszej kultury, które na co dzień zinternalizowaliśmy (a internalizujemy je nawet wtedy, gdy na poziomie racjonalnym poddajemy je krytyce). Niczym Bronisław Malinowski zapraszam cię więc, czytelniku, do antropologicznej podróży, w której przyjrzymy się, w jaki sposób kluczowe dla tubylczego (czyli naszego!) społeczeństwa wartości, praktyki, afekty i  przekonania odbijają się w  mitologii bohatera kulturowego, jakim stał się Elon Musk. Pamiętaj tylko, by nie pozwolić sobie na luksus zbyt wielkiego dystansu – możesz być do niego podobny bardziej, niż myślisz.

Powrót do przyszłości

„Chcesz obudzić się rano i myśleć, że przyszłość będzie wspaniała – i o to chodzi w  cywilizacji zdolnej do podróży międzyplanetarnych. Chodzi o wiarę w przyszłość i przekonanie, że przyszłość będzie lepsza niż przeszłość” – głosi Musk na stronie SpaceX. Cokolwiek sądzilibyśmy o projekcie kolonizacji Marsa zakładającym serie nuklearnych wybuchów, by uczynić tamtejszy klimat przyjaźniejszy ludziom, to z pewnością swoją ambicją, rozmachem i wyobraźnią przekracza on logikę zastępowania telefonu sprzed roku „rewolucyjnym” modelem z lepszą rozdzielczością i większą pamięcią.

To swoisty paradoks ostatnich trzech dekad: poczuciu, że jesteśmy uczestnikami bezprecedensowej w swojej szybkości rewolucji technologicznej, towarzyszy uwiąd wiary w to, że technologia może stać się narzędziem pozytywnej zmiany społecznej. Anarchistyczny antropolog David Graeber w Utopii regulaminów. O technologii, tępocie i ukrytych rozkoszach biurokracji (tłum. Marek Jedliński) wskazuje, że ludzi urodzonych w latach 50. i  60. dławi wstydliwe rozczarowanie: w dzieciństwie byli przekonani, że jeszcze za swojego życia zobaczą latające samochody, kolonizację kosmosu i powszechną robotyzację. Tymczasem wpisana w  przekaz kulturowy obietnica nie została spełniona – w XXI w. mogą co najwyżej oglądać zapierające dech w  piersiach efekty komputerowe.

Zdaniem Graebera kluczowa zmiana w  relacji między rozwojem technologicznym a  przyszłością dokonała się w latach 70. XX  w. Wtedy to zrezygnowano z rozwijania projektów służących emancypacji szerokich mas na rzecz tworzenia symulacji albo wyrafinowanych systemów biurokratycznej kontroli – bo do tego, jego zdaniem, można sprowadzić informatykę. Towarzyszył temu uwiąd społecznej wyobraźni, od czasu porażki kontrkultury trenowanej w przekonaniu, że – cytując Margaret Thatcher  – „nie ma alternatywy” (doskonale zdają z tego sprawę Lata Annie Ernaux). Początek lat 90. XX  w. przyniósł upadek Związku Radzieckiego i  doktrynę „końca historii” Francisa Fukuyamy, opartą na wierze w bezalternatywność demokracji liberalnej.

Skończył się zatem (na chwilę?) dwubiegunowy obraz świata, co nie znaczy, że spadło zapotrzebowanie na figurę wroga. W tej roli miejsce komunistycznego imperium zajął islamski terrorysta. Monika Bobako w książce Islamofobia jako technologia władzy wskazuje, że istnienie Związku Radzieckiego wymuszało na państwach Zachodu wprowadzenie reform socjalnych. Tymczasem zorganizowanie wyobraźni społecznej wokół zagrożenia terroryzmem nie tylko nie wymaga żadnych koncesji na rzecz pracowników, ale pozwala ograniczać swobody obywatelskie i zacieśniać państwową inwigilację. Do tego Internet, w latach 90. ziemia obiecana wolności słowa, ruchów oddolnych i horyzontalnych relacji, w zaledwie dwie dekady przekształcił się w domenę globalnych monopoli zbierających najintymniejsze dane użytkowników. Owocem powyższych procesów jest to, co Mark Fisher nazwał „realizmem kapitalistycznym”: niemożność nie tyle nawet wprowadzenia, ile choćby pomyślenia alternatywnego wobec kapitalizmu systemu społecznego.

Ten stan wyobraźni znajduje odbicie w popkulturze ostatnich dwóch dekad. Technologia i nauka jawią się w nich przede wszystkim jako narzędzia manipulacji i podtrzymywania nierówności (wspomnijmy choćby Matrix, Igrzyska śmierci i serię Czarne lustro). Naukowcy są albo szalonymi krewniakami Wiktora Frankensteina, albo bezdusznymi funkcjonariuszami korporacji w białych kitlach, a w najlepszym razie kasandrami: przewidują katastrofę, jednak nie są zdolni jej zapobiec. Nawet ewidentny triumf nauki, który w ostatnich latach uratował życie milionom ludzi, przeszedł niemal bez echa – więcej zbiorowych emocji budziła dystrybucja szczepionek na COVID niż fakt, że tak szybko udało się je opracować.

Na tę pustynię wyjałowionej społecznej wyobraźni, cały na biało, wjeżdża Musk ze swoim samochodem (który może nie lata i nie jest technologiczną innowacją, ale naprawdę jest elektrykiem), obietnicą kolonizacji Marsa i przekazem, że ludzkość gotowa jest wcielać w życie swoje śmiałe fantazje.

W dobie zmiany klimatycznej, kiedy obrazy znane z filmów katastroficznych zbiegają się z naukowymi przewidywaniami, daje wielu ludziom tę samą nadzieję, którą dawał Obama swoim „Yes, we can”.

Przynosząc otwarcie horyzontów technologicznej wyobraźni, Musk absolutnie nie zamierza jednak podważać neoliberalnego status quo: jest raczej jego hiperbolicznym uosobieniem. Miliarder chętnie używa pojęć z uniwersalistycznego słownika abstrakcji – jak ludzkość (mankind), podróżująca w kosmos cywilizacja (spacefaring civilization), gatunek wieloplanetarny (multi-planetary species) – co my, wychowani w kulturze politycznej zbudowanej na oświeceniowym słowniku, odczytujemy jako obietnicę poszerzenia naszych uniwersalnych praw („każdy człowiek ma prawo do życia na Marsie”). Tymczasem Musk oferuje indywidualną usługę przewozową: zanim wymyśli technologie potrzebne do podtrzymania życia na Czerwonej Planecie, już szkicuje cennik, obiecując, że postara się zbić cenę nawet do 100 tys. dolarów, na które „prawie każdy” może sobie pozwolić (aktualnie niemal 10% ludzkości musi przeżyć za mniej niż 2 dolary na głowę dziennie). Zdaniem Toma Nicholasa prowadzącego youtube’owy kanał poświęcony kulturze i polityce hyperloop, nawet jeśli był tylko podpuchą mającą zablokować rozwój szybkiej kolei, odsłania wizję przyszłości Muska: ten wynalazek nawet w fantazji nie ma być środkiem komunikacji publicznej, lecz sposobem na bezpieczny transport bogatej elity, która w dobie narastającego gniewu będzie mogła bezpiecznie przemieszczać się pod ziemią. Na ziemi natomiast obsłuży ich pancerny cybertruck Tesli, firmy pragnącej zostać liderem „technologii apokaliptycznej”.

Musk oferuje więc powrót do otwartej przyszłości, ale na głęboko reakcyjnych zasadach. Nie zaprząta sobie głowy krytyką oświeceniowej koncepcji postępu, debatami o uwikłaniu go w machinę państwowej przemocy, podważaniem paradygmatu kolonialnego. W jego horyzoncie nie istnieje zbiorowość i społeczeństwo, państwo jest co najwyżej klientem. Wysiłek zbiorowy zostaje sprowadzony do wytężonej pracy po nocach pracowników na rzecz prywatnej firmy – mniej wprawne oko mogłoby nie rozróżnić tej sytuacji od zwykłego wyzysku.

Jeśli jednak Muskowi udało się wykreować siebie na geniusza zbawcę, którego motywów, celów i metod nie przystoi kwestionować (nie mówiąc już o  kontrolowaniu!), to nie on jeden jest za to odpowiedzialny. Jak Japonia nazywana jest „Krajem Kwitnącej Wiśni”, tak Elon „prawdziwym Tonym Starkiem” – a przecież miliony z nas poświęciły kilka godzin swojego życia, by zanurzyć się w filmowy świat fantazji uniwersum Marvela.

Na obiedzie z Iron Manem

Pierwszy komiks o Iron Manie, czyli Tonym Starku, narcystycznym miliarderze i  wynalazcy, został opublikowany jeszcze przed narodzinami Elona, a inspirację stanowił urodzony w 1905 r. Howard Hughes. Jednakże filmowa franczyza Marvela, która przyniosła tej postaci globalną rozpoznawalność i dała twarz Roberta Downeya jun., rozwija się równolegle z budową imperium Muska. Ten ostatni pojawia się zresztą już w drugiej części Iron Mana, w epizodycznej rólce w restauracji, gdzie wymieniają ze Starkiem komplementy. Na dobrą sprawę nie wiadomo, kto inspiruje się kim – jasne jest natomiast, jakie wartości i wyobrażenia o świecie zaszczepia globalnej widowni.

Oficjalne emploi obydwu tych bohaterów opiera się na ostentacyjnym manifestowaniu pogardy dla reguł i konwencji obowiązujących maluczkich. Obaj są przeciwko ingerencji i kontroli rządów oraz nadzoru finansowego nad ich przedsięwzięciami, co nie przeszkadza im zależeć od państwowych zamówień i bywać na politycznych salonach (Musk pozostawał w dobrej komitywie tak z Obamą, jak i Trumpem, a SpaceX zbankrutowałby, gdyby nie kontrakt z NASA). Obaj wpisują się w popularny w mitologii Doliny Krzemowej wzorzec osobowy „niepokornego” przedsiębiorcy łamiącego konwenanse obowiązujące w „poważnym” biznesie: zamiast uosabiać dojrzałość, stabilność i racjonalność firmy pozwalają sobie na beztroskie obrażanie innych, impulsywne decyzje, bezczelny narcyzm. Obaj mają być genialnymi inżynierami (tyle że o ile Tony Stark potrafi w niewoli zbudować latający pancerz, o tyle nawet najbardziej zagorzali fani nie potrafią wskazać jednego innowacyjnego inżynieryjnego rozwiązania autorstwa Muska).

A zatem Musk i Iron Man uosabiają neoliberalne fantazje aspirujących jednostek o bogactwie i geniuszu, które pozwalają otwarcie przeżywać własny egocentryzm.

Jednocześnie jednak potrzebują czegoś na swoje „usprawiedliwienie”, by ich fani nie skonfrontowali się z pogardą, jaką za pośrednictwem swoich kulturowych bohaterów żywią do samych siebie – zwykłych szaraków, którzy nigdy nie uzyskają miliardów pozwalających na ostentacyjne ignorowanie reguł. Dlatego Musk i Stark łączą miłość własną z cnotą z klasycznego chrześcijańskiego asortymentu: gotowością do poświęceń.

Konwencja komiksu pozwala Iron Manowi robić to naprawdę spektakularnie, jak np. wtedy kiedy przejmuje ładunek nuklearny wymierzony w opanowany przez kosmitów Nowy Jork. W przypadku Muska największe poświęcenie polega na tym, że zamiast spędzać życie na luksusowych rozrywkach, wciąż pracuje. Jak pisał Douglas Coupland na łamach „The Guardian” w 2021 r.: „To nie jest tak, że Musk wygenerował kilka kluczowych patentów i przeprowadził się do Santa Barbara, żeby grać w golfa przez resztę życia. Codziennie próbuje wynaleźć koło na nowo, i to działa”.

Koniec snu

Tekstowi Couplanda bez trudu można wytknąć szereg błędów, nadużyć i naciągnięć. Jest jednak faktem, że bajeczne pieniądze nie są dla miliardera środkiem do osiągnięcia komfortu i spokoju. Musk nie wymyślił żadnego koła, lecz często podejmuje ryzykowne decyzje, a zdobyte miliony inwestuje w kolejne projekty wykraczające poza to, co uznawane jest za obowiązujące status quo biznesowego zdrowego rozsądku (czy jest to podbicie rynku samochodem elektrycznym, czy prywatne misje kosmiczne, czy też wszczepianie ludziom komputerowych implantów do mózgu). Nie spędza życia na konsumowaniu luksusów – nawet w kilkudniowej podróży poślubnej odbywa spotkania biznesowe. Musk ma dziewięcioro dzieci (trojaczki i bliźniaki z pierwszego małżeństwa, nad którymi dzielą się opieką z matką, Justin Wilson; dwoje ze związku z  piosenkarką Grimes oraz – co niedawno ujawniono – bliźniaki z Shivon Zilis, podlegającą mu dyrektorką Neuralinku), zdarza mu się pojawiać z potomstwem publicznie i kreuje się na dobrego ojca, ale nawet jego własna matka, jego największa rzeczniczka, przyznaje, że syn nie ma czasu dla rodziny i związki z nim muszą być trudne. Jego druga była żona Talulah Riley w dokumencie BBC opowiada o  ogromnym stresie, w jakim przez lata żył jej mąż, i lęku przed tym, że coś mu się stanie na skutek przepracowania. Podwładni opowiadają, że często śpi w pracy. Tak, Musk oczekuje od zatrudnionych poświęcenia życia rodzinnego i nocowania pod biurkiem w śpiworach, ale sam również to robi – z tą drobną różnicą, oczywiście, że ewentualny sukces przynosi miliardy jemu, nie im.

Na firmamencie neoliberalnego panteonu Musk stanowi więc postać szczególną – nie dlatego że wyzyskuje innych (to w  tym miejscu powszechne), ale dlatego że jednocześnie staje się wzorcową figurą autowyzysku. Stanowi ucieleśnienie tego, co urodzony w Korei Południowej filozof Byung-Chul Han nazywa „społeczeństwem osiągnięć”, a  krytyk sztuki Jonathan Crary „końcem snu”: logiki późnego kapitalizmu, w którym nigdy nie można zasnąć i się wyłączyć, ponieważ praca nigdy się nie kończy, a najambitniejsze nawet osiągnięcia nie zwalniają z  obowiązku stawiania sobie coraz większych celów wymagających coraz cięższej pracy.

Han argumentuje, że dziś nie żyjemy już w społeczeństwie dyscyplinarnym, w którym jednostka uwewnętrzniała karzące spojrzenie innego i zakaz przyjemności. „Społeczeństwo osiągnięć” opiera się na pogardzie dla zewnętrznych ograniczeń uosabianych przez Freudowskie figury ojca – tych wszystkich wykrochmalonych kołnierzyków, nimbu powagi. Daje przyzwolenie na kaprys, na eksces w  celebrowaniu siebie – czy będzie to wrzucenie selfie, wysłanie samochodu na orbitę czy tweet, który doprowadzi radę nadzorczą do furii. Pozornie celebruje więc wolność jednostek, „czasownikiem modalnym definiującym społeczeństwo osiągnięć nie jest już Freudowskie mieć powinność [sollen], lecz móc [können]” – pisze Han (tłum. Rafał Pokrywka). Podmiot jawi się sam sobie jako pozbawiony ograniczeń, zdolny do kształtowania siebie w ramach projektu, którego jest menedżerem – a wszystko to podlane jest sosem narcyzmu. W rezultacie „podmiot osiągnięć konkuruje (…) ze sobą samym i popada w destrukcyjny przymus ciągłego prześcigania siebie”. „Ponieważ konkuruje ze sobą, usiłuje wyprzedzić siebie aż do momentu załamania”.

Niezręczna bliskość

Oczywiście istnieje różnica między najbogatszym człowiekiem świata a nami, którzy zdają sobie sprawę, że nie „prawie każdego” stać na bilet na Marsa.

Musk „może” narcystycznie fantazjować o zbawianiu świata, jednak większość z  nas naprawdę „musi” osiągać więcej, by utrzymać się na powierzchni. Bo przecież musimy zrobić ten dodatkowy raport w pracy (szef może nas nie wywali, ale pomyśli, że nie jesteśmy wystarczająco zaangażowane), wziąć kolejne niskopłatne zlecenie dla prestiżowego klienta (dobrze mieć to w portfolio, może zdecyduje się na stałą współpracę).

Czy bardzo różni się to od sytuacji, gdy „chcemy” nauczyć się kolejnego języka (zawsze chciałam znać japoński i fajnie wygląda w CV), wziąć udział w warsztatach samorozwoju („stanę się lepszą sobą”), zrzucić 10 kg („ale przytyłam”), trenować triathlon („uwielbiam zdrowe zmęczenie”), przeczytać jedną książkę w tygodniu w ramach hobbystycznego „wyzwania” („robię to dla przyjemności”)?

Gdzie w logice naszego działania przebiega różnica między „muszę”, „mogę” i „chcę”? Czy rzeczywiście nas, klasę średnią, prekarną inteligencję, aspirujących influencerów, wszelkiej maści przedsiębiorców pod tym względem tak wiele różni od najbogatszego człowieka na Ziemi? Czy Musk nie jest przypadkiem nieoczywistym patronem ludzi uwikłanych w tę ekonomię medialno-monetarno-afektywną, w której ambicja, chęć zmiany, samodoskonalenie, postęp, impuls twórczy, zaspokajanie materialnych potrzeb zostają stopione z naszą osobowością, sprzężone z algorytmami giełdy i social mediów, wycenione w pieniądzach lub lajkach? (Ostatnio sympatyczny „certyfikowany biolog terenowy”, czyli specjalista od deratyzacji, opowiadał mi, że w tym biznesie nie da się już funkcjonować bez Instagrama).

Dlaczego włożyłam tyle pracy w napisanie tekstu o człowieku, który mnie nie obchodzi? Kocham pisanie, lecz przecież mogłam sobie realizować tę miłość na bliższym memu sercu przedmiocie. A jeśli już się zgodziłam, to dlaczego nie poszłam po linii najmniejszego oporu – na przykład pisząc tekst „Elon Musk – technologiczny mesjasz czy cyniczny kapitalista”? Może dlatego, że traktuję pisanie tak, jak ktoś inny może traktować podróże w kosmos albo podbój giełdy. Nie ma nudnych źródeł, są tylko nudne interpretacje; nie ma banalnych tematów, są tylko banalne ujęcia – poczuj ducha wyzwania, Sikoro. Nawet o tym nieszczęsnym Musku da się napisać coś ciekawego!

Zamykając ten esej, mam zatem poczucie satysfakcji. A fakt, że robię to w weekend, kosztem odpoczynku, spaceru i czasu z dziećmi, nagle czyni jego bohatera zaskakująco, niezręcznie, żenująco bliskim.

Artykuł pojawił się w numerze: Filozofowie Doliny Krzemowej i przyszłość ludzkości