Subskrybuj
Apollonio di Giovanni, Marco del Buono, Przygody Odyseusza, ok. 1450–1470 fot. Mariusz Mikołajczyk / zbiory Zamku Królewskiego na Wawelu
Eseista, publicysta, redaktor w Wydawnictwie Czarne, publikował m.in. w „Dwutygodniku”, „Polityce” i „Piśmie”. Autor książki o afektach i złudzeniach w późnym kapitalizmie Moja osoba. Eseje i przygody (2020). Intensywnie pracuje nad książką o Łodzi i okolicach

Odys, mój ojciec

Spod jakich Troi miałby wracać mój ojciec, do jakich Itak żeglować uparcie? Czy powinienem w jego towarzystwie od kieliszka, Edku, Stefanie, Franku, Gienku, widzieć syreny, które wabiły go do siebie, wytrącały z kursu na dom?

Ojciec był zły. Wprawdzie tym razem nie wywijał nikomu przed nosem palcem, nie walił pięścią w stół, nie krzyczał, a broda nie trzęsła mu się od gniewu i obelg, ale i tak poznałem, że panuje nad sobą z najwyższym trudem. Zmienił się w bombę, wokół której należało chodzić na paluszkach, milcząc. Przypominał wielkie, groźne zwierzę z gatunku ludojad dla podsycenia satysfakcji i zabawy darujące swoim przyszłym ofiarom jeszcze kwadrans życia, pół godziny nadziei. Obywał się bez słów. Pomagał nam mechanicznie. Sapał. Najpewniej chciał, żeby to wszystko już dobiegło końca, dzięki czemu mógłby wrócić do siebie, wjechać na siódme piętro, nabić sczerniałą dulawkę popularnym, wyjąć z barku żytnią albo bałtycką, otworzyć słoik własnoręcznie ukiszonych ogórków i rozsiąść się na tapczanie w cichym i – co najważniejsze – pustym M-3. Przypuszczam, że nie wybuchł tylko dlatego, iż znajdowaliśmy się w miejscu publicznym, tłocznym, argusookim, bardzo akustycznym. Ojciec zwykł dymić kameralnie.

Nie pamiętam, czy do Budapesztu odjeżdżaliśmy z dworca Łódź Kaliska czy Łódź Fabryczna. Pamiętam, że ojciec był zły, bo to on miał tam jechać. Ale ostatecznie zamiast niego pojechałem tam z mamą ja. Ojciec nie zdążył czy też nie zdołał dopełnić jakichś formalności. Nie mógł tego niefartu przetrawić. Odprowadził nas, targał bagaże, umościł w kuszetce i pomachał na pożegnanie, lecz aż dławił się od goryczy i wściekłości. Nie rozumiałem wtedy, o co mu właściwie chodzi. Mój ośmioletni mózg dość szybko znalazł rozwiązanie – pojedzie następnym razem! Czy ojciec był zły, bo przez biurokratyczny wymóg, bezduszny i nie do sforsowania, stracił okazję na wyprawę do krainy tokaju i mangalicy, czy też przeczuł, stwierdziłem poniewczasie, że oto żadnego następnego razu nie będzie?

Podróż na inną planetę

Był rok 1983 albo 1984. Dwa tygodnie na Węgrzech upłynęły nam z mamą w rytmie pracy i przyjemności. Od rana do wczesnego popołudnia handlowaliśmy na okolicznych rynkach, jak reszta wycieczki zakładowej, towarem wwiezionym do ojczyzny Maraiego sposobem bardziej lub mniej legalnym, na sobie, pod warstwami bagażu, w improwizowanych schowkach w przedziale. Po powrocie krążyliśmy z kolei po naszej miejscowości i w przeciwieństwie do reszty owej wycieczki zakładowej, trzódki roztropnisiów i skner, trwoniliśmy forinty zarobione na żwirze, w błocie i na stołach w, powiedzmy, Siofoku, na tajemnicze, a niedostępne w rozpadającej się Polsce smaki i konsystencje – zielonkawe lody miętowe, serdelki z papryką, halászlé, oranżady. Było znać różnicę pomiędzy tu i tam – u Jaruzela, w piekle otępiających kolejek, pośród niedoborów i ersatzów. Momentami nie mogłem uwierzyć w to, co widziałem. Przykładowo maleńkie, przydomowe winnice na podwórkach. Prócz tego jeszcze kompletnie niezrozumiały i dziwacznie brzmiący język, monumentalne zabytki Budapesztu i nazwy, których nie zapomniałem do dziś – Balatonboglár, Balatonlelle, Balatonszemes, Balatonőszöd, Fonyód. Węgry to była inna planeta.

Ojciec nawet się nie ucieszył z węgierskich prezentów. Co to było? Obowiązkowo dezodorant Derby, niewykluczone, że i zegarek elektroniczny, bo przywieźliśmy ich stamtąd, z tej „szwajcarii” z melodyjkami, kilka.

Wciąż był rozżalony. Ten stan potraktowaliśmy ostatecznie jako typowy dla niego foch. Ojciec był patologicznie humorzasty. Często ni stąd, ni zowąd przestawał się odzywać, zachmurzał się, wzdychał, sprawdzał nerwowo, która godzina, ile jeszcze czasu będzie musiał spędzić z tym kimś, kto raptem wywoływał u niego irytację lub znudzenie. Nigdy nie wiedzieliśmy, kiedy znowu – i dlaczego – zatnie się w nim mechanizm rozmowy, wygaśnie jakakolwiek serdeczność.

Powtórzę, nie rozumiałem. Nie rozumiałem, że może chciał wreszcie zobaczyć coś więcej niż Fabrykę Domów, w której ciężko pracował jako suwnicowy i zbrojarz, swoje osiedle, kamienice i bloki kumpli, domek rodziców przy ul. Jelenia. Nigdy przecież nie był gdzieś naprawdę daleko. Grzyby i wędkarstwo o godzinę drogi od Łodzi, wczasy z nami na Mazurach i raz w Kołobrzegu, odwiedziny w podłódzkich wsiach u rodziny, bo szczep Najderów zamieszkiwał przestrzeń między Wolą Rakową a Rokicinami, służba wojskowa w Słubicach. A ja, ośmioletni gnojek, przejechałem właśnie nocnym pociągiem południe Polski i Czechosłowację, zobaczyłem Dunaj i mosty w Budapeszcie, dalej z Budapesztu, przez Székesfehérvár, autokarem dotarłem nad Balaton.

Na dworcu w Budapeszcie, gdy niemrawo formowaliśmy się jako wycieczka z Kombinatu Robót Drogowych w Łodzi i zarazem od nowa, po byciu przez kilkanaście godzin umęczonymi ciałami, ludzie, to tam być może widziałem Orient Express – stał na peronie pociąg, wokół którego krzątali się mężczyźni w paradnych uniformach, jeden z wagonów tego pociągu zamieniono w coś na kształt palarni o wielkich, panoramicznych oknach, dzięki czemu zobaczyłem rozłożystą palmę, fotele, obicia i popielnice na wysokich nóżkach. Czy jeden z pasażerów w tej palarni opieszale i nobliwie ćmił cygaro, czy moją pamięć trwale już zaburzył późniejszy kadr z ekranizacji powieści Agaty Christie bądź innego kryminału, którego intrygę napędzał trup w luksusowym środku transportu?

A on tego nie widział. I nie zobaczy. Miał wtedy 45 lat. Był robotnikiem, niezrzeszonym komunistą. Brakowało mu tzw. żyłki do interesów, nie współtworzył ponadto sieci rzutkich, obrotnych znajomych. Ominęły go więc saksy i delegacje do ZSRR, nie mówiąc o urlopie w bułgarskich Złotych Piaskach.

Był człowiekiem lokalnym – Zdziśkiem z Widzewa. Na Widzewie się urodził, mieszkał, bawił, hołubił nieliczne, aczkolwiek intensywne kontakty towarzyskie, uprawiał działkę na terenie ROD Księży Młyn przy Milionowej.

Kiedy po pięćdziesiątce zachorował, ograniczył zasięg swojej obecności w pobliskim świecie. Zależy, jak spojrzeć – kurczący się z miesiąca na miesiąc krąg życia, napierająca strefa śmierci. Tu, na Widzewie, umarł – w Szpitalu Jonschera, o kilkaset metrów od swojej ukochanej renklody, owocującej hojnie co dwa lata papierówki, rządku agrestów, dwóch szklarni, truskawek odmiany Senga Senga i stadka kur o żeńskich imionach. Jego ostatnią podróżą, precyzyjniej – wywózką, była ta w niegościnne, obce mu zupełnie rejony, na cmentarz przy Szczecińskiej, po drugiej stronie miasta, u tego miasta kresu, w komunalnym Hadesie przy granicy ze Zgierzem.

Zatem ojciec był zły, tam na dworcu Kaliskim czy Fabrycznym, bo rozumiał lub przeczuł albo tylko po ludzku żałował, a ja post factum obdarowuję go zdolnościami profetycznymi i nadświadomością, że ostatnia szansa na zobaczenia nie-Polski właśnie odjeżdża mu sprzed nosa. Kimże bowiem jesteśmy w obliczu nieubłaganej konsekwencji fatum? Mógł więc jedynie pomachać nam z peronu i wrócić do siebie. Wróciwszy – wjechać na siódme piętro, nabić sczerniałą dulawkę sportem, wyjąć z barku żytnią albo bałtycką, otworzyć słoik własnoręcznie ukiszonych ogórków i rozsiąść się na tapczanie w cichym i pustym mieszkaniu z widokiem na słońce i niebo nad Widzewem, ciągnącą się w nieskończoność Łódź.

Otwarcie pierścienia

Te Węgry sprzed czterdziestu lat– i ojciec, i udaremniona ojca mojego na Węgry ekskursja – wróciły do mnie za sprawą lektury książki Daniela Mendelsohna zatytułowanej Trzy pierścienie. Rzecz o wygnaniu, opowieści i losie. Wprawdzie są Trzy pierścienie rozprawą o tzw. kompozycji pierścieniowej, przez co w rezultacie także i esejem o tych, co wędrowali i o wędrujących pisali – Homer, Sebald, Fénelon, Auerbach – ale wywód literaturoznawczo-historyczny poprzedzają u Mendelsohna partie nader osobiste.

Albowiem Mendelsohn wspomina, jak po napisaniu monumentalnych Zagubionych. W poszukiwaniu sześciorga spośród sześciu milionów, jednocześnie historii rodzinnej i historii zagłady jego konkretnej rodziny i wielu innych rodzin żydowskich podczas II wojny światowej w Europie Wschodniej, był wewnętrznie spustoszony i niezdolny do napisania czegokolwiek jeszcze. Nic dziwnego. Zagubieni opowiadają bowiem o ludziach, na których polowano jak na zwierzęta i którzy sami musieli przemienić się w zwierzęta – krety, gryzonie, dżdżownice, ćmy – żeby przetrwać, miesiąc za miesiącem, w schowkach i kryjówkach, pomimo obław, wśród sadystów, chciwych kolaborantów, bezinteresownych nienawistników, zawodowych szpicli. Jest to ponadto istny katalog bestialstwa, który pieczołowicie zestawił Mendelsohn w trakcie rekonstruowania losu swoich bliższych i dalszych krewnych oraz ich znajomych. Mam tu na myśli konających z pragnienia, zakłutych, pobitych na śmierć, oszalałych z przerażenia, zastrzelonych, zagazowanych w Bełżcu i tamże zmielonych młynkiem do mielenia kości na pył. Remedium na horror, który nijak nie chciał opuścić jego głowy, zobaczył, w końcu – filolog klasyczny, w napisaniu książki o Odysei, noszącej tytuł An Odyssey. A Father, a Son, and an Epic. W Trzech pierścieniach Mendelsohn pisze tak:

„Była to raczej opowieść o ostatnich miesiącach życia mojego ojca, które w dość osobliwy sposób stały się odzwierciedleniem »Odysei«. W styczniu 2011, w wieku osiemdziesięciu jeden lat, ojciec zadecydował, że weźmie udział w moim seminarium na temat eposu, przeznaczonym dla pierwszorocznych studentów – co mimo niewątpliwego komizmu sytuacji okazało się doświadczeniem, które wywarło przemożny wpływ na niego, na mnie i moich podopiecznych. W czerwcu, tuż po zakończeniu roku akademickiego, doszły nas słuchy o rejsie po Morzu Śródziemnym, rzekomo śladem podróży Odyseusza. Postanowiliśmy wybrać się na tę wycieczkę, podczas której ojciec doznał wszechstronnej przemiany, metamorfozy w taką wersję siebie, do jakiej nie miałem dostępu przez całe nasze wspólne życie. Jesienią tego samego roku ojciec przewrócił się na parkingu i doznał obrażeń, które z czasem przyczyniły się do rozległego wylewu i ostatecznie śmierci” (tłum. D. Kozińska).

Książka ta, jak wyznaje w Trzech pierścieniach, wyszła mu ogromna. Po czterech latach pracy liczyła bowiem 600 stron. Tyle że nie był z niej zadowolony – czuł, że opowieść nie ma flow, nie płynie, ale toczy się, męczy czytającego, by nie powiedzieć: nuży, i jest pozbawiona iskry, tego czegoś, co sprawia, że nie można doczekać się wydarzeń i myśli na kolejnej stronie. Zaprzyjaźniony redaktor po zapoznaniu się z maszynopisem doradził mu: „używaj retrospekcji, wybiegaj w przyszłość, nie przejmuj się chronologią”. Namawiał go również na zastosowanie techniki zwanej kompozycją pierścieniową. „W takiej kompozycji narracja wydaje się zbaczać w dygresję (punkt odejścia od narracji głównej wyznacza wers formularny lub scena archetypowa), tyle że owa dygresja, z pozoru wiodąca na manowce, okaże się w końcu pierścieniem, bo narracja wróci w to samo miejsce akcji, z którego zboczyła, a sygnałem jej powrotu będzie powtórzenie tego samego wersu formularnego lub sceny, które wcześniej wyznaczyły punkt odejścia”. Dopiero wtedy Mendelsohn pojął, na czym polegał jego błąd i jak powinien mu zaradzić, a więc uatrakcyjnić opowieść dygresjami, retrospekcją, przeplotem czasów i perspektyw narracyjnych, zbaczaniem z tematu, doraźnym porzucaniem wątku głównego na rzecz wątków pomniejszych i pobocznych, ruchem opowieści w najróżniejszych kierunkach zamiast mozolnego nawarstwiania faktów, spiętrzania po bożemu zdań.

Byłbym Telemachem?

W zgodzie z tą nauką odłożyłem Trzy pierścienie i sięgnąłem po rzeczoną An Odyssey, gdzie przeczytałem zdanie, które z czeluści mojej pamięci omal natychmiast dobyło tamto popołudnie na Dworcu Fabrycznym lub Kaliskim, podróż na Węgry, smukłego, smagłego mężczyznę w średnim wieku o kruczoczarnych włosach i zaciętej, chmurnej minie, któremu nie dane było wybrać się w najdalszą podróż życia.

„Poemat otwiera historia syna Odyseusza, młodzieńca, który szuka dawno utraconego ojca” (tłum. A. Arno).

Dlaczego akurat to zdanie potrząsnęło mi pamięcią, wzburzyło formalinę, w której pławią się szczątki minionych dni, odległych przeżyć?

Albo jeszcze inaczej – dlaczego to zdanie wywołało akurat obraz słonecznego września na Węgrzech, mojego ojca, skromnej geografii jego wyjazdów poza Widzew w Łodzi i Łódź? Nie wiem, ale któż z nas wie, skąd biorą się duchy w nas, jak działają wspomnienia, kto i co je wskrzesza, w jakiej postaci zmagazynowana w nas zostaje przeszłość, okazuje się po wielokroć, iż wcale nie biodegradowalna, ale wieczna jak plastik albo radioaktywny szlam. Ojciec nie żył już od dawna, a gdy żył, nie mieszkaliśmy razem – bywaliśmy u niego z mamą, niekiedy spędzaliśmy razem jakąś część wakacji, nie mogłem go zatem „szukać” ani uważać za „utraconego”. Nie można utracić kogoś, kogo nigdy się nie miało, z kim się nie było. Równie trudno było zobaczyć w nim Odyseusza, a we mnie – Telemacha.

Spod jakich Troi miałby on do nas wracać, do jakich Itak żeglować uparcie, z wieloma acz postojami? Czy powinienem eksploatować to porównanie – albo, jak kto woli, przedłużać grę w korespondencje, z lekka na rympał nadawać literackie szlachectwo sobie i jemu – i w jego towarzystwie od kieliszka, Edku, Stefanie, Franku, Gienku, widzieć syreny, które wabiły go do siebie, wytrącały z kursu na dom? Omal co weekend był pijany, czy jednak zamulony kwiatem Lotofagów w płynie? Ta kobieta, która otworzyła nam kiedyś u niego drzwi i rzuciła w progu: „Zdziś będzie dziś późno”, to była Kalipso? Cyklopem byłby ten facet, do którego ojciec wystartował na krańcówce pod urojonym pretekstem – wracaliśmy późnym wieczorem z imienin u jego brata – a ów zbył parsknięciem zataczającego się, agresywnego Odysa, jakby Odys był nikim? Byłaby III RP wredną Ateną, która odebrała mu dodatek za lata pracy w szkodliwych warunkach, dała głodową rentę, obróciła w żebraka – żałosnego, szczerbatego jegomościa w oranżowych spodniach od dresu sprzedającego pod lokalnymi marketami pęczki działkowych rzodkiewek? Penelopa czekała na niego daremnie na letnisku w Głownie, a on, jej mąż, zjawił się trzy, cztery dni później, w środku nocy, w trakcie burzy, pijany, głośny, nieświeży, wnosząc w darze łup w postaci załatwionych skądś spodni typu marmurki. Przez owe trzy, cztery dni wyjeżdżałem po niego rowerem na skraj lasu i z bijącym sercem wypatrywałem tam, raz przez kwadrans, raz godzinę, czy nadchodzi od strony miasteczka – koszula z podwiniętymi rękawami, garścią zaczesywana grzywka, dyndająca u kolan teczka, heros i podróżnik złachany tymi wszystkimi potworami, kaprysami bogów, warunkami atmosferycznymi, przeskalowaną fauną morza, Scyllą i Charybdą połączeń PKS.

Byłem wtedy bardziej wiarygodną wersją Telemacha czy wtedy, tyle że w odwróconym porządku narracyjnym i emocjonalnym, gdy wyrzucił nas z mieszkania, a mama, przerażona, zawstydzona, uciekła piechotą ze mną, niemowlakiem, na rękach, do swoich rodziców, moich dziadków, na Piaseczną?

Ojciec był kimś zwykłym. Cechy Odyseusza, które we wstępie do własnego przekładu Odysei wymienia Roman Robert Chodkowski – „przemyślny, wytrwały, pełen pomysłów/przebiegły” – nie były jego cechami.

Być może stąd agresja i kompulsywne bycie mrukiem, próby tuszowania własnej słabości, niemocy wobec napierającego świata.

Nie łapał się przeto nie tylko do ekstraklasy mitologicznej, ale również do szeregu tych, których wymienia Mendelsohn w Trzech pierścieniach – tułaczy, wygnańców, emigrantów, uchodźców, zbiegów, niegdyś szanowanych obywateli, którzy cudem uszli cało z rzezi, pogromów, wojen, dyktatur i w nowym miejscu, w nowym kraju, próbowali sobie jakoś poradzić, opędzając się zarazem przed demonami samotności i nostalgii. Mam tu na myśli m.in. „uciekinierów z upadającego Bizancjum, którzy zabierali ze sobą rodziny, cenny dobytek w postaci rękopisów oraz długie, pełne twardych greckich spółgłosek nazwiska”, kogoś w typie Janusa Lascarisa, potomka „arystokratycznej rodziny ateńskiej, który w chwili upadku Konstantynopola był ośmioletnim chłopcem i ostatecznie trafił do Wenecji jako wybitny znawca literatury greckiej, uczestnik wielu najważniejszych przedsięwzięć intelektualnych epoki (…)”, Ericha Auerbacha pracującego w Stambule, z dala od narodowosocjalistycznych werbli i wrzasków, nad swoim opus magnum, Mimesis. Rzeczywistością przedstawioną w literaturze Zachodu czy W.G. Sebalda zaszytego na uniwersytetach Anglii Wschodniej i pisującego tam o tych, którzy uciekli ciałem, ale nie głową z porządków totalitarnych, od nienawiści, sprzed plutonów egzekucyjnych i komór gazowych.

Tak jak krążą bohaterowie i autorzy, którzy o tych bohaterach w drodze piszą, tak też nierzadko krąży opowieść o nich, przekonuje Mendelsohn. „Najbardziej znanym przykładem kompozycji pierścieniowej w literaturze zachodniej jest starannie dopracowany i wzruszający fragment dziewiętnastej księgi »Odysei«, w którym bohater zostaje rozpoznany przez swą starą piastunkę Eurykleję. (…) staruszka od dawna związana z królewskim domostwem zauważa charakterystyczną bliznę na udzie cudzoziemca – bliznę, po której nieomylnie rozpoznaje w nim Odyseusza.

W tej pełnej napięcia chwili poeta rezygnuje z przejścia do emocjonalnej sceny spotkania staruszki z jej dawno zaginionym panem.

Zamiast tego Homer wstrzymuje opowieść i wraca okrężną drogą do przeszłości, zaczynając po pierwsze od tego, skąd wzięła się blizna: kiedy Odyseusz był dorastającym chłopcem, został ranny w nogę podczas łowów na dzika, w których brał udział, goszcząc u swojego dziadka ze strony matki, niepoprawnego intryganta i oszusta imieniem Autolykos. Tylko że jeden pierścień nie wystarczy, bo przede wszystkim musimy zrozumieć (tak przynajmniej zakłada autor »Odysei«), jaki był powód odwiedzin Odyseusza u Autolykosa. I tak poeta zatacza kolejny krąg i jeszcze bardziej cofa się w czasie, do wydarzenia poprzedzającego łowy na dzika o wiele lat, czyli do narodzin Odyseusza”.

Teraz moim narracyjnym pierścieniem powinien być zatem powrót do apokaliptycznego roku 1939, kiedy to ojciec się urodził. Co mogło być jego blizną, a co jego przeznaczeniem? Czy powtarzającą się w naszej rodzinie formułą emocjonalną nie był aby przeplatający się pokolenie za pokoleniem układ Odyseusz–Telemach? Jego ojciec, mój dziadek Stanisław, według rodzinnego podania wyłączonego spod prawa krytyki bądź korekty, w rzeczonym wrześniu „poszedł na wojnę”. Aczkolwiek nigdy już się nie dowiem, w jakim stanie duszy, formacji, kierunku, zamiarze. Szlak bojowy dziadka pozostawał niewiadomą, niewykluczone, że – tajemnicą. Jeszcze bardziej zastanawiająca była data powrotu. Otóż dziadek zjawił się w domu coś około roku 1947 albo 1948. Nie pamiętam też, żeby kiedykolwiek okazał mundur i ordery, rozprawiał z przejęciem o szturmach, beznadziejnej obronie transzei lub nocach rozjarzonych od flar, przechwalał się jakimś świadczeniem kombatanckim, odłamkiem w nodze, PTSD. Nie był ponadto wożony po szkołach peerelowskich w charakterze świadka epoki i herosa. Nie odwiedzali go koledzy z oddziału, ta przetrzebiona ołowiem i ogniem brać. Mama za to objaśniła mi raz i drugi szeptem, tłumiąc śmiech, że dziadek Stanisław nie wracał tak długo z tej całej światowej wojny, bo „siedział gdzieś u jakiejś innej baby”, to nie była żadna odyseja ze stalagu na końcu Europy, ale wygodnictwo lepszego cwaniaka stroniącego od powinności ojca i męża. Nawet jeśli, to czy ośmioletni Zdziś, wysoki, chudy, bosy, nie mógł czekać na tego kogoś, kogo nie znał, o kim powiedziano, że jest mu ojcem, dawcą nazwiska i życia, i że kiedyś tu na pewno do niego przybędzie? Mógł. Mógł regularnie wystawać u pylistych dróg Widzewa, między Niciarnianą a Widzewską, ze wzrokiem wbitym w nasyp, skrzyżowanie, tramwaj, nadchodzących z oddali mężczyzn – obcych, a może jedynie nierozpoznanych.

Ojciec mi się nie śnił

Ani wcześniej, ani później, latami, przez lata. Tylko wtedy, ten jeden jedyny raz. Było to jakieś dwa tygodnie, może nawet i ze trzy, po jego śmierci i pogrzebie, a więc głęboki marzec roku 1997, rząd Cimoszewicza. Raczej śnieg z deszczem, nieprzyjemnie. Ziąb. Śniąc, zdziwiłem się. Po pierwsze, tym, że on mi się przyśnił, po drugie, że kiedy się przyśnił, przyśnił się nie w którejś ze swoich lokalizacji – mieszkanie, działka, dom rodziców, Przędzalniana, Rydza-Śmigłego, Przybyszewskiego, Tatrzańska – ale u nas. Zobaczyłem go na Piasecznej. Mieszkaliśmy z babcią w kamienicy pod 19. On zaś leżał w ogromnej jamie wygrzebanej na ulicy między 19 a 20. Spoczywał w trumnie bez wieka jak w przymałej łódce. Przypominał wędkarza, który z braku nowych brań i pod wpływem niezmąconej ciszy akwenu wyciągnął się i zdrzemnął. Czarna ziemia była tym jeziorem, morzem, oceanem. Wprawdzie należałoby zapytać, czemu na ryby wybrał się w garniturze, ale darowałem sobie małostkowe dociekania. Ojciec spał w moim śnie. Otworzył jednak nagle oczy i powiedział: „Wszystko dobrze”. Wrócił stamtąd z takim właśnie opisem tego najodleglejszego tam, czymkolwiek owo „tam” było i jest, pustką, wyspą czy sferą. Był oficjalnym posłańcem albo zbiegiem. Albo po prostu ojcem, któremu dopiero rozłąka i odległość między nim a potomkiem, dziedzicem jego krwi, zapachu potu, kształtu palców u dłoni, wzrostu i zainteresowań ichtiologicznych uświadomiła zakres ojcowskich powinności. Wspierać, uspokoić, krzepić, pokochać.

Ojciec dlatego wyruszył – po to dotarł. 

Artykuł pojawił się w numerze: Glukozowe pułapki