Subskrybuj
George Orwell
George Orwell fot. Cassowary Colorizations, CC BY 2.0 via Wikimedia Commons
Publicysta, eseista, krytyk filmowy związany ze środowiskiem „Krytyki Politycznej”, publikuje również m.in. w „Tygodniku Powszechnym” i „Newsweeku”

Orwell współczesny i nie do końca

Jakkolwiek aktualny wydawałby się dziś Orwell, żyjemy w innym świecie niż ten, który sobie wyobrażał jako przyszłość. Zachodnie demokracje to nie kraina z „Roku 1984” z jej koncentracją władzy w rękach monopartii.

W 2017 r. Rok 1984 niespodziewanie trafił na listę amerykańskich bestsellerów. Powieść wywindowały tam wydarzenia związane z uroczystością zaprzysiężenia Donalda Trumpa na prezydenta Stanów Zjednoczonych. Rzecznik prasowy Białego Domu Sean Spicer przekonywał, że w inauguracji Trumpa wzięła udział największa liczba Amerykanów w historii. Gdy w sferze publicznej zaczęły pojawiać się kolejne dowody, że to nieprawda, rzeczniczka Trumpa powiedziała, że Spicer przedstawił po prostu „alternatywne fakty”.

„Alternatywne fakty” brzmią jak termin wzięty wprost z nowomowy opisanej w Roku 1984. Lewica i liberałowie zaczęli czytać najgłośniejszą powieść Orwella jako zapowiedź epoki uosabianej przez Trumpa, czasów postprawdy podważającej różnicę między prawdą i fałszem, co prowadzi do rozpadu sfery publicznej na zamknięte bańki, z których każda ma swoje „alternatywne fakty”.

Po Orwella sięgała jednak także druga strona. „Żyjemy w Roku 1984 Orwella. Nie ma już wolności słowa w Stanach. Zginęła razem z rozwojem Big-Tech i jest dostępna tylko nielicznym” – napisał Donald Trump jr po tym, jak Twitter na stałe zawiesił konto jego ojca. Lewica i liberałowie sięgają więc po przymiotnik „orwellowski”, gdy mówią o alternatywnym świecie, jaki budują prawicowe media. Dla prawicy z kolei „orwellowskie” są „polityczna poprawność” i „cancel culture”.

Można odnieść wrażenie, że Orwell stał się cenną politycznie etykietą, z której korzystają społeczni aktorzy z całego spektrum, od populistycznej prawicy, przez liberalne centrum, po radykalną lewicę, napełniając oznaczone nią butelki własną treścią, często mającą bardzo niewiele wspólnego z tym, co Orwell rzeczywiście pisał. Ten proces zachodzi też niestety w ukazującej się w Polsce biografii pisarza autorstwa Richarda Bradforda, Orwell. Człowiek naszych czasów. Jej liczne fragmenty można by zatytułować „Dlaczego Orwell nie lubiłby rzeczy, które mnie się też nie podobają”. Autor przerywa poprawny, choć niewnoszący wiele nowego do wiedzy o pisarzu, biograficzny wywód publicystycznymi tyradami, gęsto inkrustowanymi cytatami z Orwella, mającymi przekonać czytelniczki: autor Roku 1984 myślałby w tej sprawie podobnie jak ja. Najwięcej energii Bradford poświęca atakom na byłego lidera brytyjskiej Partii Pracy Jeremy’ego Corbyna. Choć zgadzam się z większością tego, co pisze o tym polityku, nieustannie powracające antycorbynowskie wtręty podpierające się Orwellem szybko zaczynają nużyć – zwłaszcza że corbynowski nurt nie ma dziś jakiegokolwiek istotnego wpływu na linię Partii Pracy i nic nie wskazuje, by odzyskał go w najbliższym czasie.

Gdy Orwell był przeszłością

Fakt, że wiele obcych sobie politycznych środowisk chce mieć Orwella po swojej stronie, może z jednej strony świadczyć o sile jego literackiego dziedzictwa. Z drugiej zaś – może też sugerować, że recepcja tego pisarza zachodzi dziś na bardzo płytkim poziomie, tak jakby współczesna debata tym częściej powoływała się na Orwella, im mniej uważnie go czytała.

Co Orwell może nam powiedzieć na temat współczesnej rzeczywistości, gdy faktycznie wczytamy się w to, co pisał? Jeszcze niedawno wydawało się, że tak naprawdę niewiele. Brytyjski pisarz zdawał się nieodrodnym dzieckiem tego, co Eric Hobsbawm nazwał „krótkim wiekiem XX” – okresu między końcem Wielkiej Wojny a upadkiem komunizmu w Europie Wschodniej – poza jego granicami funkcjonującym równie kiepsko co ryba na lądzie.

Już w 1984 r., w którym rozgrywa się akcja najsłynniejszej powieści Orwella, pisarz brzmiał jak głos z przeszłości. Związek Radziecki panował co prawda nad niemal połową Europy, jednak już nikt nie wierzył, że model ustrojowy zza żelaznej kurtyny jest przyszłością. W ojczystej Wielkiej Brytanii Orwella Margaret Thatcher, z mandatem wyborczym odnowionym w 1983 r., kontynuowała proces wyburzania powojennego modelu regulowanego przez państwo kapitalizmu, budując nowe społeczeństwo: bardziej indywidualistyczne, egoistyczne, oparte na władzy pieniądza. Za oceanem podobne przemiany wspierała administracja Reagana.

W nakręconej dla Apple głośnej, inspirowanej Rokiem 1984, reklamie komputera Macintosh widzimy mroczny dystopijny świat, gdzie zbita masa zszarzałych, wyglądających jak zombie ludzi siedzi przed ekranem, na którym łysy mężczyzna w okularach wygłasza ideologiczną przemowę. Do hali, gdzie widzowie siedzą stłoczeni przed ekranem, wbiega kobieta ubrana, jakby miała właśnie startować w jakichś lekkoatletycznych zawodach. Niesie wielki młot, którym rzuca w ekran, rozbijając go w drobny mak. „24 stycznia Apple przedstawi Macintosha. I zobaczycie, dlaczego rok 1984 nie będzie wcale jak Rok 1984” – słyszymy na końcu reklamy. Rodzący się właśnie cyfrowy kapitalizm obiecuje wyzwolenie od XX-wiecznych dystopii – pod warunkiem że kupimy produkty odpowiedniej marki.

Pięć lat po roku 1984 zaczyna sypać się blok wschodni. Duża część elit po dwóch stronach dawnej żelaznej kurtyny uwierzy, że historia właśnie się skończyła. A przynajmniej historia taka, jaką znaliśmy w „krótkim wieku XX”, gdy motorem dziejów wydawał się konflikt wielkich ideologii. Jedyną ideologią, która wyszła z tej walki żywa, pozostała liberalna demokracja oparta na gospodarce rynkowej ujętej w ramy państwa dobrobytu. Reszta świata miała się prędzej czy później dostosować do tego modelu.

Jeśli jakaś dystopia miałaby opisywać ciemne strony tamtego czasu, to nie Rok 1984, ale Nowy wspaniały świat Aldousa Huxleya.

Huxley opisuje rzeczywistość, gdzie władza jest nie mniej absolutna jak w Roku 1984, lecz do swojej reprodukcji nie potrzebuje akcesoriów znanych z XX-wiecznych totalitaryzmów: masowej monopartii, totalnej mobilizacji społeczeństwa, jednolitej ideologii, którą społeczeństwo nieustannie jest indoktrynowane, wszechobecnego aparatu terroru. W Nowym wspaniałym świecie zniewolenie udaje się osiągnąć znacznie mniej inwazyjnymi środkami: przez masową konsumpcję, hedonizm, odpolitycznienie, rozrywkę rozpraszającą uwagę. W miejsce dawnych ideologicznych konfliktów wchodzi narcystyczna rywalizacja w pogoni za przyjemnością (głównie seksualną) i indywidualnym statusem. Towarzyszącą temu melancholię zagłuszają leki – farmakologia ma przykryć egzystencjalne niepokoje.

Taki mocno zadłużony u Huxleya obraz przełomu XX i XXI w. przedstawiały pierwsze powieści Michela Houellebecqa. W trzeciej z nich, Platformie, równowagę tego świata burzy zorganizowany przez radykalnych islamistów zamach terrorystyczny, wymierzony w zachodnich turystów w Tajlandii. Platforma ukazuje się 27 sierpnia 2001 r., dwa tygodnie później Stany przeżywają największy terrorystyczny atak w swojej historii. Dwa samoloty wbijają się w wieże World Trade Center, budząc Zachód ze snu o końcu historii. Na fali tzw. wojny z terrorem, której towarzyszy rozrost aparatu państwowej inwigilacji w wielu zachodnich demokracjach, z amerykańską na czele, Orwell i odniesienia do Roku 1984 znów zaczynają wracać w debacie publicznej.

By odniesienia do Orwella stały się wszechobecne, trzeba było jeszcze kilku kryzysów: wielkiego finansowego załamania z przełomu pierwszej i drugiej dekady XXI w., eksplozji prawicowego populizmu, do czego teraz doszły jeszcze pandemia, wojna w Ukrainie i kryzys energetyczny, za którym pójść może kolejne załamanie gospodarcze.

Im bardziej żyjemy w rzeczywistości, którą postrzegamy jako dystopijną, tym bardziej aktualny wydaje się Orwell. W mediach społecznościowych w tym roku popularny był żart rysunkowy, na którym widzimy Orwella czytającego książkę zatytułowaną Rok 2022. Twarz pisarza zastyga jakby w wyrazie przerażenia, papieros wypada mu z ust, składających się do przekleństwa – rzeczywistość prześcignęła jego mroczną, pesymistyczną wizję.

W więzieniu języka

Jednocześnie wiemy doskonale, że jakkolwiek aktualny wydawałby się Orwell, żyjemy w innym świecie, niż sobie wyobrażał jako przyszłość – przynajmniej w zachodnich demokracjach. Oceania realizująca ideologię anglo-socu z Roku 1984 to system, w jakim cała władza: ekonomiczna, polityczna, ideologiczna, została skupiona w jednym ośrodku, w rządzącej monopartii, której symbolem jest Wielki Brat – co do którego nie możemy mieć pewności, czy w ogóle istnieje, czy też jest tylko politycznym mitem stworzonym na potrzeby rządzącej elity, wygodną figurą.

Zachodnie społeczeństwa pozostają pluralistyczne, nie ma jednego ośrodka skupiającego władzę, nawet jeśli w wielu państwach możemy obserwować procesy wypłukiwania demokratycznej polityki z realnych alternatyw czy monopolizacji gospodarki. A jednocześnie widzimy, jak w tej pluralistycznej rzeczywistości działają mechanizmy doskonale opisane przez Orwella. Przede wszystkim te związane z językiem jako narzędziem systemowej dezinformacji i deformacji rzeczywistości. Język w Roku 1984 zamiast służyć komunikacji i indywidualnej ekspresji, wzmacnia struktury totalitarnej władzy, zamykając swoich użytkowników w czymś w rodzaju klatki uniemożliwiającej poznanie rzeczywistości – nie mówiąc o możliwości jej zmiany.

W ostatnich latach wielokrotnie widzieliśmy destrukcyjne działanie takiego języka. Nie tylko towarzyszył on politycznym sukcesom prawicowego populizmu, ale napędzał też ruchy antyszczepionkowe czy opór wobec polityk mogących powstrzymać katastrofę klimatyczną. Inaczej niż u Orwella, nie wspiera go infrastruktura scentralizowanego aparatu propagandy, ale rozproszona sieć twórców i dystrybutorów treści – od publikacji z marginesu debaty publicznej po media społecznościowe, których algorytmy sprzyjają radykalnym, polaryzującym przekazom oraz zamykaniu się użytkowników we własnych bańkach informacyjnych [więcej na ten temat w poprzednim numerze „Znaku” – przyp. red.]. Każda z nich ma swoje własne „alternatywne fakty”. Spolaryzowane w ten sposób społeczeństwo niezdolne jest zgodzić się co do tego, czym miałoby być dobro wspólne, a tym bardziej działać na rzecz jego realizacji.

Jednocześnie poza Zachodem orwellowskie mechanizmy zakłamującego rzeczywistość języka splecionego z państwowym aparatem przemocy odradzają się w coraz bardziej dosłownych formach. Najlepszy przykład dostarcza wojna Rosji z Ukrainą. Trudno opisać zachowanie w tym konflikcie reżimu Putina, nie sięgając po takie orwellowskie pojęcia jak nowomowa czy dwójmyślenie. Państwo rosyjskie prowadzi pełnowymiarową wojnę przeciw Ukrainie, a jednocześnie oficjalnie jest to tylko „operacja specjalna”. Choć władza upiera się przy tej nazwie, wszyscy w Rosji doskonale wiedzą, że to wojna – nawet programy prokremlowskich propagandystów komentują to, co się dzieje się w Ukrainie tak, jakby relacjonowały wojnę. Choć celem „operacji specjalnej” miała być początkowo „denazyfikacja” Ukrainy i ochrona jej rosyjskojęzycznej ludności, to od początku towarzyszyły jej publicznie wyrażane fantazje o „zbieraniu ziem ruskich”, a dziś język otwartej konfrontacji z Zachodem. Wszystko to pokazuje, że nawet jeśli zachodnie demokracje poradzą sobie ze swoimi obecnymi problemami z polaryzacją i postprawdą, zjawiska opisywane przez Orwella nie znikną globalnie, będą nam zagrażać z zewnątrz.

Cały problem w prolach?

Przy tym to, czy demokracje faktycznie sobie poradzą, nie jest wcale oczywiste. W tej sprawie ława przysięgłych ciągle obraduje. Nikt do końca nie wie, jak – z jakich konkretnie społecznych grup – można zbudować zdolną przetrwać dłużej niż jedne wybory koalicję, o którą populistyczno- -antyliberalna fala musiałaby się rozbić.

W Roku 1984 Winston Smith mówi w pewnym momencie, że „cała nadzieja w prolach” – grupie w powieści najbardziej zmarginalizowanej, systematycznie ogłupianej przez partię, ale też najmniej zepsutej przez jej głęboko zakłamany język i ideologię i dlatego być może zdolnej do zachowania zdrowego rozsądku.

W swoich reporterskich książkach i publicystyce Orwell przedstawiał bardziej pesymistyczny obraz klas ludowych. Bradford bardzo ciekawie rekonstruuje ten wątek, fragmenty jego książki poświęcone pracy Orwella nad Drogą na molo w Wigan (1937) to jej najmocniejsza część.

Droga… jest zapisem podróży pisarza, który zanurza się w dotknięty gospodarczym i społecznym kryzysem świat proletariatu z północy Anglii. Orwell sympatyzuje ze swoimi bohaterami, przy czym pokazuje też, jak bieda i deprywacja rodzą u nich bierny fatalizm paraliżujący jakikolwiek bunt czy polityczne działanie. W swoim dzienniku z podróży, na podstawie którego powstała Droga…, Orwell opisuje również, jak robotnicze masy podatne są na faszystowską agitację. W Barnsley jest świadkiem przemowy sir Oswalda Mosleya, wodza brytyjskich faszystów: „M[osley] jest bardzo dobrym mówcą. Jego przemowa pełna była typowego efekciarstwa – wolny handel w Imperium, koniec z Żydami i obcokrajowcami, wyższe stawki i krótsze godziny pracy dla wszystkich itd. (…) złożona głównie z robotników widownia dała się na to nabrać. (…) Uderzyło mnie, jak łatwo jest zwieść niewykształconych słuchaczy, gdy ma się przygotowany zestaw ripost, dzięki którym można uniknąć trudnych pytań” (tłum. A. Żak). Pisarz nie umieszcza tego fragmentu w Drodze…, nie przechodzi przez jego wewnętrzną cenzurę.

Problem klas ludowych zwracających się w stronę jeśli nie wprost faszyzmu, to antyliberalnego populizmu, atakującego niekoniecznie Żydów, ale migrantów i mniejszości etniczne czy seksualne, stoi także przed współczesną demokracją.

Lewica w krajach zachodnich staje się coraz bardziej partią – jak nazwał to Thomas Piketty – „bramińską”, reprezentującą lepiej wykształconą, choć niekoniecznie najbogatszą, część społeczeństwa. Stare systemy partyjne, oparte na odtwarzającej się w kolejnych pokoleniach klasowych lojalności wyborców, sypią się na naszych oczach. Klasa robotnicza przestaje głosować na lewicę. W 2016 r. Trump swoje zwycięstwo zawdzięczał w dużej mierze głosom białych bez dyplomu college’u, w tej grupie wygrał z Hilary Clinton przewagą 64 do 28 punktów procentowych. W 2020 r. Biden trochę zmniejszył tę różnicę, ale Trump ciągle przeważał w tej kategorii demograficznej. Podobne procesy mogliśmy obserwować w wyborach parlamentarnych w Wielkiej Brytanii w 2017 i 2019 r. – gdy konserwatystom udało się przyciągnąć dużą część białego elektoratu z klasy pracującej, a laburzyści zwiększyli znacząco swoje poparcie wśród ludzi z dyplomami uczelni. Także w Polsce lewica ma dość „bramiński” elektorat, a partią o elektoracie najbardziej plebejskim pozostaje PiS.

Co odstrasza od lewicy ludzi, którzy teoretycznie najbardziej potrzebowaliby obiecywanych przez nią zmian? Orwell wskazywał na niezrozumiały, przeteoretyzowany język oraz „przyczepienie” się do lewicy całego pakietu ekscentrycznych spraw, które nie mają nic wspólnego ze światem niezamożnej większości. W Drodze na molo w Wigan z nieskrywaną niechęcią pisze o tym, jak socjalizm i komunizm przyciąga „wszystkich tych propagatorów picia soków owocowych, nudystów, osoby noszące sandały, maniaków seksualnych, kwakrów, zwolenników »leczenia Naturą«, pacyfistów i feministów” (tłum. B. Zborski).

Ten cytat wraca ciągle we współczesnych wewnątrzlewicowych dyskusjach, od Stanów po Polskę. Bez wątpienia lewica ma problem z niezrozumiałym czy wręcz zniechęcającym do niej językiem. Orwell jest aktualny dla współczesnej lewicy jako ktoś, kto mierzył się z podobnym problemem co ona.

Jednocześnie absurdalne byłoby szukanie konkretnych rozwiązań problemów z trzeciej dekady XXI w. u autora piszącego o klasach ludowych prawie 100 lat wcześniej. Świata, jaki Orwell opisywał w Drodze na molo w Wigan czy wcześniej w Na dnie w Paryżu i Londynie (1933), dawno już nie ma – czego Bradford, podpierający się Orwellem do polemik z Corbynem, trochę nie zauważa.

Świat klas niższych Zachodu nieodwracalnie zmieniło powojenne państwo dobrobytu, przede wszystkim ekspansja edukacyjna i poszerzenie grona osób z uniwersyteckim wykształceniem, dezindustrializacja zachodnich gospodarek, wreszcie masowe migracje powojenne. Orwell pisał w warunkach, gdy klasy ludowe zachodnich społeczeństw były niemal zupełnie białe – dziś nie są.

Lewica nie może być oczywiście „partią braminów”. Byłoby fatalnie dla zachodnich demokracji, gdyby dla klas ludowych naturalnym politycznym domem miałby się stać prawicowy populizm. Niemniej jednak, konstruując swoją nową wyborczą koalicję, lewica musi pamiętać o tym, jak wyglądają zachodnie społeczeństwa, nie zapominać o roli mniejszości, o tym, jak realnie wygląda ich elektorat.

Polityka zwykłej przyzwoitości

Byłoby to zresztą zgodne z intuicjami samego Orwella, który choć instynktownie stał po stronie klas ludowych, nigdy nie postrzegał socjalizmu wyłącznie jako polityki dla przemysłowej klasy robotniczej. Jak pisał w Drodze na molo w Wigan: „Wszyscy ludzie o niewielkich i niepewnych dochodach jadą na tym samym wózku i powinni walczyć po tej samej stronie”. W swojej koalicji na rzecz socjalizmu widział więc też właściciela wiejskiego sklepiku, „urzędnika państwowego pośredniej kategorii”, „przymierającego głodem dziennikarza” czy „bezrobotnego absolwenta Cambridge”.

Jaki miałby być socjalizm, o który walczyłaby taka koalicja? Łatwiej jest powiedzieć, jakiego socjalizmu Orwell nie chciał. Ten utopijny, od pacyfizmu, wegetarianizmu i sandałów, wywoływał w nim tylko potoki złośliwości. Także parlamentarny socjalizm, uprawiany przez Partię Pracy, budził w nim wiele krytycznych uwag. Pryncypialnie odrzucał komunizm w wydaniu sowieckim – narażając się dużej części zapatrzonej w niego zachodniej inteligencji. Miał czasem do powiedzenia dobre rzeczy o trockizmie, ale jak twierdzi Stephen Ingle, autor książki Orwell Reconsidered (2019), wynikało to raczej z sympatii dla nurtu, który przegrał walkę o władzę, niż z realnej ideologicznej identyfikacji z jego pozycjami.

Orwell pozostawał zresztą w ogóle niechętny ideologicznemu myśleniu. By czuć się socjalistą, nie potrzebował przyjmować światopoglądu żadnej konkretnej związanej z tym politycznym nurtem ideologii. Im bardziej Orwell dojrzewał, tym mniej potrafił wykrzesać z sobie wiary w socjalistyczną utopię.

Bardzo ciekawy jest pod tym względem Folwark zwierzęcy (1945). T.S. Eliot jako redaktor w wydawnictwie Faber & Faber odrzucił propozycję wydania książki. W wysłanym Orwellowi liście uprzejmie uzasadniającym odmowę napisał: „Poza wszystkim Pana świnie są dużo inteligentniejsze niż inne zwierzęta, a przez to najbardziej kompetentne, by kierować folwarkiem – tak naprawdę bez nich w ogóle nie byłoby Folwarku Zwierzęcego. Można by nawet powiedzieć, że tym, czego potrzebuje Folwark, nie jest więcej komunizmu, ale więcej świń przepełnionych duchem służby publicznej”.

List Eliota budzi początkowo wesołość, czytamy go jako dowód ograniczenia wyobraźni konserwatywnego autora, dla którego polityczny wybór rozciąga się między władzą egoistycznej elity a władzą elity pragnącej paternalistycznie służyć dobru wspólnemu. Problem w tym, że uważna lektura Folwarku… czyni interpretację Eliota wcale nie tak absurdalną, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Czy gdyby walkę o władzę w Folwarku wygrał wzorowany na Trockim Chyży, a nie oparty na postaci Stalina Napoleon, sprawy potoczyłyby się naprawdę inaczej? Czy utopia folwarku wspólnie zarządzanego przez wszystkie żyjące w harmonii zwierzęta, bez problemu alienacji władzy, była w ogóle możliwa? Folwark… nie udziela jednoznacznej odpowiedzi, ale zostawia wiele tropów pozwalających czytelnikowi odpowiedzieć przecząco na te pytania.

A przy tym Orwell do końca życia nie chce porzucić etycznego impulsu, który każe przeciwstawiać się społecznej niesprawiedliwości i niesprawiedliwym stosunkom społecznym. Tego samego, który pcha zwierzęta do buntu przeciw panu Jonesowi. Stephen Ingle w swojej interpretacji Orwella proponuje czytać go nie tyle jako myśliciela politycznego, ile jako moralistę. Kogoś, kto wybiera socjalizm, bo wierzy, że ten ustrój pozwala na lepszą niż jakikolwiek inny system instytucjonalizację powszechnego wszystkim ludziom poczucia pewnej zwykłej moralnej przyzwoitości.

Współczesna lewica znajduje się w podobnym miejscu co Orwell, gdy pisał Folwark… Nie ma jednej tłumaczącej świat mocnej ideologii ani teorii. Do utopijnych wizji podchodzi z dużą dozą zachowawczości. Jednocześnie ożywia ją sprzeciw wobec współczesnych stosunków: rosnących nierówności, destrukcji sfery publicznej i dobra wspólnego, polityki niezdolnej zapobiec zbliżającej się katastrofie klimatycznej, prawicowego populizmu atakującego uchodźców czy mniejszości itd. Wyzwaniem jest przełożenie tego moralnego impulsu na język konkretnych polityk i politykę zdolną budować dla nich demokratyczną większość. Sam odruch przyzwoitości nie wystarczy oczywiście, by poradzić sobie z problemami, przed jakimi stoimy, ale trudno wyobrazić sobie zmianę bez niego.

Artykuł pojawił się w numerze: Odczarowanie Jezusa