Sama publikacja tej książki w pełnej, nieokrojonej postaci stanowi z miejsca i jakby automatycznie jej dekonstrukcję (pomijam oczywiście istotną wagę przydanego tu aparatu krytycznego). Jest, myślę, jakaś paskudna i paradoksalna groteskowość tej rzeczy, która z miejsca czyni ją swoją własną karykaturą.
Mein Kampf Adolfa Hitlera to bowiem książka opasła, rozwlekła i nudna, choć oczywiście straszna i porażająca w swoich skutkach praktycznych. Jej immanentne znaczenie, jako tworu pióra i myśli, jest natomiast żadne – w każdym z możliwych sensów: od ideowego po literacki. To zatem, jeśli już, znaczenie hiperbolicznie, znaczenie ponad jakąkolwiek rozsądną miarę spotęgowanych i zebranych w niezdarnie sklejoną całość tanich, wulgarnych, nasyconych resentymentami i lękami broszur propagandowych, których w tamtej epoce było pełno. Zresztą nawet Goebbels, o czym przypomina w rzeczowej przedmowie prof. Eugeniusz Cezary Król, wyrażał się o niej w dziennikach – po pierwszych swych ekscytacjach – z niejakim dystansem, może nawet z ironią: „Trzeba być dla niej wielkodusznym” (Król, s. 29). I cała „banalność zła”, o której przy okazji procesu innego zbrodniarza pisała Hannah Arendt, znajduje tutaj właśnie swą papierową koronę.
Pod brzemieniem fetyszyzacji
Kulturowa fetyszyzacja ma swoją zaprzeczną stronę. To sfera oraz mechanika stygmatyzacji, złorzeczenia, rzucania przekleństw, nie zwyczajnej negacji, a tym bardziej anihilacji. W jej obrębie fetysz nie przestaje więc być fetyszem: przeciwnie, nabiera nowej, jakkolwiek skrajnie odmiennej, mocy. Jego…