Subskrybuj
Susan Sontag
Susan Sontag fot. Effigie/Bridgeman/East News
Amerykańska krytyczka literacka, eseistka, powieściopisarka, działaczka na rzecz praw człowieka. Do jej najsłynniejszych prac należą zbiory esejów: O fotografii, Choroba jako metafora, Widok cudzego cierpienia.

Podwójne standardy starzenia się

Najlepiej, jeśli kobieta pozostaje uległa, a zatem nie w pełni dorosła. Jako typowo „kobiece” ceni się zachowania, które są po prostu dziecinne, niedojrzałe i słabe.

Piękno, które w tym społeczeństwie przypisano kobietom, jest sceną ich zniewolenia. Prawomocny jest tylko jeden standard kobiecego piękna: dziewczyna. Mężczyźni korzystają z ogromnego przywileju, nasza kultura dopuszcza bowiem dwa standardy męskiego piękna: chłopiec i mężczyzna. Piękno chłopca przypomina piękno dziewczyny. W przypadku obu płci jest to piękno delikatne, które rozkwita w naturalny sposób jedynie na wczesnym etapie życia. Mężczyźni mogą się na szczęście odnaleźć w innym standardzie urody – bardziej szorstkiej, o pełniejszej, cięższej sylwetce. Mężczyzna nie opłakuje utraty gładkiej, bezwłosej, wolnej od zmarszczek skóry chłopca, bo tylko zamienia jedną formę atrakcyjności na inną: jego męska cera nabywa ciemniejszej barwy, staje się szorstka od codziennego golenia, ukazuje oznaki emocji i normalne bruzdy wieku. Nie istnieje kobiecy odpowiednik tego drugiego standardu. Zgodnie z jedynym istniejącym standardem kobieta musi mieć gładką skórę. Każda zmarszczka czy bruzda, każdy siwy włos to porażka. Nic dziwnego, że żaden chłopiec nie boi się zostać mężczyzną, podczas gdy wiele kobiet doświadcza przejścia od wieku dziewczęcego do wczesnej kobiecości jako upadku. Wszystkie kobiety szkolimy bowiem w tym, by chciały nieustannie wyglądać jak dziewczęta.

Skandal starego kobiecego ciała

Nie twierdzę bynajmniej, że nie ma pięknych kobiet w starszym wieku. Standard piękna kobiety opiera się jednak na tym, w jakim stopniu uda jej się podtrzymać lub zasymulować wrażenie młodości. Wyjątkowa kobieta, która po sześćdziesiątce wciąż jest piękna, zawdzięcza to z pewnością w dużej mierze genom. Późne starzenie się, podobnie jak atrakcyjny wygląd, zwykle jest cechą rodzinną. Natura rzadko obdarza nas jednak tak szczodrze, byśmy mogli dorównać standardom naszej kultury. Większość kobiet, które zdołały opóźnić przejawy wieku, jest bogata i ma mnóstwo wolnego czasu na pielęgnowanie darów natury. Często są to aktorki. (Innymi słowy: wysoko opłacane profesjonalistki w robieniu tego, czym wszystkie kobiety uczą się zajmować po amatorsku). Osoby takie jak Mae West, Dietrich, Stella Adler czy Dolores del Río wcale nie podważają zasad rządzących związkami między kobiecym pięknem a wiekiem. Podziwia się je właśnie dlatego, że należą do wyjątków lub zdołały przechytrzyć naturę (a przynajmniej tak to wygląda na fotografiach).

Tego rodzaju cuda – wyjątki poczynione przez naturę, przy wsparciu sztuki i przywileju społecznego – tylko potwierdzają reguły, ponieważ wspomniane kobiety wydają nam się piękne właśnie dlatego, że nie wyglądają na swój wiek.

Społeczeństwo nie przewiduje w naszej wyobraźni miejsca dla pięknej starej kobiety wyglądającej na starą kobietę. Takiej, jaka byłaby skłonna niczym Picasso dać się sfotografować w wieku dziewięćdziesięciu lat pod swoim domem na południu Francji w szortach i sandałach. Nikt sobie nawet nie wyobraża istnienia takich kobiet. Nawet te zupełnie wyjątkowe – Mae West i spółka – zawsze fotografowane są we wnętrzach, przy odpowiednim oświetleniu, pod jak najlepszym kątem i odziane w starannie dobraną odzież. Taka aranżacja sugeruje, że nie zdałyby egzaminu wnikliwego spojrzenia. To, że stara kobieta w kostiumie kąpielowym mogłaby wyglądać atrakcyjnie lub choćby akceptowalnie, wydaje się nie do pomyślenia. Ktoś taki jest z definicji odpychający pod względem seksualnym – no, chyba że wcale nie wygląda staro. Starego kobiecego ciała, w przeciwieństwie do męskiego, nie można już zgodnie z powszechnym mniemaniem pokazywać, oferować, odsłaniać. Może się najwyżej ukazać w przebraniu. Nawet wtedy ludzie będą się czuć nieswojo na myśl, co by zobaczyli, gdyby stara kobieta zrzuciła maskę czy zdjęła ubranie.

A zatem kobietom, które się elegancko ubierają i malują, farbują włosy, stosują restrykcyjne diety i decydują na lifting twarzy, nie chodzi tylko o to, by atrakcyjnie wyglądać. W ten sposób chronią się przed ogromem wymierzonej w kobiety dezaprobaty, która niekiedy przybiera formę awersji. Podwójne standardy starzenia się zmieniają ich życie w nieubłaganą wędrówkę ku chwili, w której staną się już nie tylko nieatrakcyjne, ale wręcz odrażające. Najbardziej przerażający moment kobiecego życia przedstawia rzeźba Rodina zatytułowana Starość: siedząca naga staruszka żałośnie kontempluje swoje obwisłe piersi i gruszkowate zrujnowane ciało. Starzenie się kobiety jest procesem stawania się kimś seksualnie obscenicznym, ponieważ obwisły biust, pomarszczoną szyję, poznaczone plamami ręce, przerzedzone siwe włosy, tułów pozbawiony talii i pokryte żylakami nogi staruszki uważa się za ohydne. W naszych najokropniejszych wyobrażeniach transformacja taka zachodzi z przerażającą prędkością, tak jak pod koniec filmu Zagubiony horyzont, kiedy piękna dziewczyna zostaje wyniesiona przez ukochanego z Shangri-La i w ciągu paru minut zmienia się w zwiędłą, odpychającą staruchę. Mężczyzn nie dotyczą podobne koszmarne wyobrażenia. To dlatego mężczyzna, nawet jeśli dba o wygląd, nigdy nie będzie tego robił z równie desperacką zawziętością jak wiele kobiet. Gdy mężczyźni modnie się ubierają, a nawet, jak to się dziś zdarza, używają kosmetyków, nie oczekują od odzieży i środków pielęgnujących tego samego co kobiety. Balsam do twarzy, perfumy, dezodorant czy spray do włosów w rękach mężczyzny nie są częścią przebrania. Mężczyźni jako tacy nie czują potrzeby przebierania się, by odepchnąć budzące moralny sprzeciw oznaki starzenia, prześcignąć przedwczesne wyjście z rynku seksualnego, zakryć dojrzały wiek zrównywany z ohydą. Mężczyzn nie dotyka ledwie skrywana odraza, którą w tej kulturze okazuje się kobiecemu ciału, gdy nie jest gładkie, młodzieńcze, jędrne, bezwonne i pozbawione skaz.

Nienawiść do siebie

Najdotkliwszą wymierzaną kobietom karą jest odruch instynktownej zgrozy na myśl o starzejącym się kobiecym ciele. Przejawia się w niej silny lęk przed kobietami, zakorzeniony głęboko w tej kulturze, oraz demonologia kobiet, której emblematami są różne mityczne karykatury, takie jak jędza, wiedźma, wamp i czarownica. Kilka wieków wiedźmofobii, podczas których przeprowadzono jeden z najokrutniejszych programów eksterminacji w historii świata Zachodu, świadczy o ogromnym natężeniu tego lęku. Odraza wobec starej kobiety to jedno z najgłębiej zakorzenionych w naszej kulturze uczuć o estetycznym i erotycznym charakterze. Kobiety znają je równie dobrze jak mężczyźni. (Ciemiężcy z reguły odbierają ciemiężonym możliwość posiadania własnych, „rodzimych” standardów piękna. W efekcie ciemiężeni nabierają przekonania o własnej brzydocie). Psychologiczne szkody uczynione kobietom przez te mizogińskie poglądy dają się porównać ze szkodami, jakich doznali czarni w społeczeństwie, które dotąd zrównywało piękno z bielą. Z przeprowadzonych kilka lat temu w Stanach Zjednoczonych badań psychologicznych czarnych dzieci wynika, że już na bardzo wczesnym etapie życia przyjmują one w wielkim stopniu białe standardy właściwego wyglądu. Prawie wszystkie opisywały fantazje, w których czarni byli brzydcy, dziwni, brudni, nieokrzesani.

Taki rodzaj autonienawiści infekuje większość kobiet. Podobnie jak mężczyźni, uważają one kobiecą starość za „brzydszą” niż męska.

To estetyczne tabu otaczające postawy seksualne funkcjonuje tak samo jak tabu rasowe. W naszym społeczeństwie większość ludzi reaguje odruchową odrazą, gdy wyobraża sobie kobietę w średnim wieku uprawiającą miłość z młodym mężczyzną, i dokładnie na takiej samej zasadzie wielu białych instynktownie wzdraga się na myśl o białej w łóżku z czarnym. Banalna tragedia życiowa, gdy pięćdziesięciolatek porzuca czterdziestopięcioletnią żonę na rzecz dwudziestoośmioletniej dziewczyny, nie budzi seksualnego oburzenia, nawet jeśli ludzi ogarnia współczucie na myśl o opuszczonej żonie. Wprost przeciwnie. Każdy „rozumie”. Każdy wie, że mężczyźni lubią dziewczyny, że młode kobiety często pragną mężczyzn w średnim wieku. Nikt jednak nie „rozumie” sytuacji odwrotnej. Gdyby czterdziestopięciolatka opuściła pięćdziesięcioletniego męża dla dwudziestoośmioletniego kochanka, odruchowo uznano by to za społeczny i seksualny skandal. Nikt nie kwestionuje związku, w którym mężczyzna jest o dwadzieścia lat starszy od kobiety. Filmowe pary tworzą Joanne Dru i John Wayne, Marilyn Monroe i Joseph Cotten, Audrey Hepburn i Cary Grant, Jane Fonda i Yves Montand, Catherine Deneuve i Marcello Mastroianni. Tak jak w prawdziwym życiu są to zupełnie prawdopodobne, niebudzące zastrzeżeń związki. Gdy jednak to kobieta jest znacznie starsza, ludzie są zdziwieni, zażenowani i po prostu wstrząśnięci. (Pamiętacie Joan Crawford i Cliffa Robertsona w Jesiennych liściach? Ten rodzaj historii miłosnej jest tak niepokojący, że rzadko pojawia się na ekranie, a jeśli już, to pod postacią melancholijnej opowieści o porażce). Sądzi się powszechnie, że kiedy czterdziestoletnia kobieta i dwudziestoletni chłopak lub pięćdziesięcioletnia kobieta i trzydziestoletni mężczyzna pobierają się, to człowiek ten nie szuka żony, tylko matki. Nikt nie wierzy w trwałość takiego małżeństwa. Uważa się za normalne, że kobietę pod względem erotycznym i romantycznym interesować będzie mężczyzna, który mógłby być jej ojcem. Natomiast mężczyzna zakochujący się w kobiecie, choćby atrakcyjnej, która mogłaby być jego matką, uznawany jest za skrajnie neurotycznego (w modzie jest teraz określenie „fiksacja edypalna”), a może nawet w pewnym stopniu godnego pogardy.

Status wiecznych podwładnych

Im większa jest przepaść lat między partnerami, tym wyraźniejsze stają się uprzedzenia wobec kobiety. Kiedy starcy, tacy jak Justice Douglas, Picasso, Strom Thurmond, Onassis, Chaplin i Pablo Casals, żenią się z kobietami młodszymi o trzydzieści, czterdzieści czy pięćdziesiąt lat, ludzie uważają to za coś osobliwego, może przesadnego – lecz nie wykluczonego. By zracjonalizować sobie taki związek, z zazdrością upatrują u mężczyzny wyjątkowego wigoru i uroku. Choć nie może być przystojny, jest sławny i wydaje się zrozumiałe, że dzięki sławie bardziej podoba się kobietom. Ludzie wyobrażają sobie, że młoda żona, szanująca osiągnięcia starego męża, chętnie zostaje jego pomocnicą. Dla mężczyzny późne małżeństwo zawsze jest dobrą strategią PR-ową. Umacnia wrażenie, że mimo zaawansowanego wieku nadal pozostaje kimś, z kim trzeba się liczyć. To oznaka niesłabnącej żywotności, która, jak można domniemywać, rozciąga się na jego dokonania twórcze, działalność biznesową czy karierę polityczną.

Tymczasem stara kobieta, która wyszła za młodszego mężczyznę, będzie oceniana zupełnie inaczej. Złamała ściśle strzeżone tabu i nie otrzyma żadnej pochwały za odwagę.

Nikt nie będzie podziwiał jej witalności, mało tego – zostanie wręcz potępiona jako osoba uparta, pasożyt, egoistka, ekshibicjonistka. Wzbudzi zarazem litość, bo takie małżeństwo zostanie uznane za dowód jej starczego uwiądu. Jeśli prowadzi typową karierę, pracuje w świecie biznesu lub sprawuje urząd, spotka się z natychmiastową falą dezaprobaty. Podważy to jej zawodową wiarygodność, gdyż wzbudzi podejrzenia, że steruje nią młody mąż. Bez wątpienia straci reputację. Jedyne przychodzące mi do głowy sławne stare kobiety, które – już pod koniec życia – poważyły się na tego rodzaju związek, czyli George Eliot, Colette i Édith Piaf, należą do kategorii kreatywnych artystek i performerek ze specjalną licencją na skandal otrzymaną od społeczeństwa. Uważa się bowiem za coś skandalicznego, gdy kobieta ignoruje swój podeszły wiek i nie przejmuje się, że jest za brzydka dla młodego mężczyzny. To, czy można jej pożądać, zależy od jej wieku i stanu fizycznego, a nie talentu czy osobistych potrzeb. Kobiety nie powinny być „silne”. Małżeństwo starej kobiety z młodym mężczyzną odwraca podstawową zasadę relacji między płciami, zgodnie z którą to mężczyźni dominują, choćby pozornie. To ich interes powinien brać górę, kobiety mają zaś być ich partnerkami i towarzyszkami, lecz nie mogą mieć równego – a już na pewno wyższego – statusu. Mają na zawsze pozostawać „podwładnymi”.

Status „podwładnych” narzuca im obyczaj, zgodnie z którym żony powinny być młodsze od mężów, gdyż starszeństwo wieku w każdej relacji łączy się z władzą i uznaniem. Oczywiście nie reguluje tego żaden zapis prawny. Obyczaju się przestrzega, bo jego złamanie budzi poczucie, że robi się coś paskudnego albo w złym guście. Każdy intuicyjnie wyczuwa, że gdy mężczyzna jest starszy w małżeństwie, to wszystko w porządku. Gdy kobieta jest starsza, mentalny obraz sytuacji wydaje się wątpliwy, mniej satysfakcjonujący. Wszyscy są uzależnieni od wizualnej przyjemności, której dostarcza kobieta, spełniając określone, niedotyczące mężczyzn wymogi estetyczne, toteż kobiety nieustannie pracują, by wyglądać młodo, podczas gdy mężczyznom pozwala się starzeć. W głębi ducha wszyscy uważają oznaki starości u kobiet za estetycznie rażące, dlatego każdy automatycznie czuje odrazę na myśl o małżeństwie starej kobiety z młodym mężczyzną. O tym, że kobiety przez całe życie pozostają podwładnymi, decydują właśnie takie konformistyczne, bezrefleksyjne preferencje. Jednak smak nie powstaje przypadkowo, a związane z nim osądy nigdy nie są czymś „neutralnym”. Reguły smaku decydują o strukturach władzy. Odraza wobec starzenia się kobiet jest najjaskrawszym przejawem jednej z wielu opresyjnych struktur (często ukrytych pod maską szarmanckości), które utrzymują kobiety w wyznaczonym im miejscu.

Najlepiej, jeśli kobieta pozostaje uległa, a zatem nie w pełni dorosła. Jako typowo „kobiece” ceni się zachowania, które są po prostu dziecinne, niedojrzałe i słabe.

Wyznaczenie kobietom tak niskich i uwłaczających standardów osobistego spełnienia samo w sobie stanowi dotkliwą opresję – odmianę moralnego neokolonializmu. Lecz podtrzymywanie wartości utrwalających męską dominację prowadzi nie tylko do poniżenia kobiet, lecz także do ich odrzucenia. Być może dlatego, że mężczyźni tak długo byli ciemiężcami, mało który z nich tak naprawdę lubi kobiety (choć wielu jakąś kocha). Tylko nieliczni mężczyźni w towarzystwie kobiet zachowują się zupełnie swobodnie i bez skrępowania. Przyczyną tej przypadłości jest to, że relacje między płciami opierają się na hipokryzji – mężczyźni są bowiem zdolni kochać kobiety, nad którymi dominują, choć tej dominacji towarzyszy brak szacunku. Ciemiężcy zawsze próbują uzasadnić własne przywileje oraz brutalne zachowanie za pomocą wyobrażenia, że ciemiężeni należą do niższego porządku cywilizacyjnego lub nie są do końca „ludźmi”. A ponieważ nie przysługuje im pełnia ludzkiej godności, mają pewne cechy „demoniczne”. Opresja, której podlegają wielkie grupy, musi być zakotwiczona głęboko w psychice i nieustannie odnawiana pod wpływem nie do końca uświadomionych lęków, tabu oraz poczucia ohydy. Dlatego kobiety nie budzą w mężczyznach wyłącznie pożądania i czułości, lecz także odrazę. To całkowicie udomowione zwierzęta. W pewnych momentach i sytuacjach stają się jednak obce, niedotykalne. Odrazę, najczęściej ukrywaną, okazuje się najbardziej otwarcie i bez zahamowań względem tych kobiet, których dotyczy najściślejsze tabu „estetyczne”, czyli tych, które wskutek postępu naturalnych zmian starości stały się obsceniczne.

Tłumaczył Dariusz Żukowski

Powyższy tekst to fragment eseju Podwójne standardy starzenia się (z 1972 r.), który ukaże się w zbiorze Kilka uwag o emancypacji wydanym przez Wydawnictwie Karakter. Śródtytuły od redakcji

Artykuł pojawił się w numerze: Szczęśliwego Nowego Jorku