Subskrybuj
Lydia Davis fot. Adam Nadel/ Polaris/East News
Lydia Davis fot. Adam Nadel/ Polaris/East News
Historyk sztuki, współpracuje z „Zeszytami Literackimi”. Ostatnio wydała biografię Jaka szkoda. Krótkie życie Pauli Modersohn-Becker oraz zbiór opowiadań Ten kraj. Publikuje pod pseudonimem.

Poprawianie jednego zdania

W opowiadaniach Lydii Davis najsilniejsze emocje bywają rewersem suchego, wydrenowanego z emocji tonu. Autorka na warsztat bierze kwestie, o których nie mówi się na głos, które natomiast nieraz zaprzątają myśli. Choćby to, że nowa żona byłego męża jest ode mnie wyższa.

Lydia Davis nie zawsze czyta od deski do deski. Czasami pozwala się porwać opowieści. Nieraz jednak, zafascynowana formą, odkłada książkę z zakładką w środku. Nie wynika to z lenistwa czy roztargnienia. „Jest ogromna różnica między książką niedokończoną a książką przeczytaną do końca – stwierdza pisarka w jednym z tekstów na łamach »The Paris Review«. – Książka przeczytana w całości daje nam wizję całości, ogólnej struktury i zawartości i to jest jeden z jej aspektów, jej pełniejszy sens. Z kolei książka niedokończona daje poczucie, że pozostajesz w środku, należysz do tej książki, wciąż ją przeżywasz i że jej dalszy ciąg i zakończenie pozostają tajemnicą”.

Opowiadania Lydii Davis trudno porzucić niedoczytane: większość ma kilka stron, czasami zaledwie kilka linijek, a w skrajnych przypadkach tytuł jest dłuższy od samego opowiadania. Oszlifowane jak szlachetny kamień jej teksty są precyzyjne, liczy się w nich każda kropka, każdy wdech i wydech. Ludzie są w nich zwykle bezimienni albo oznaczeni tylko inicjałem. Głos mówiący zwykle należy do kobiety, jednak nie wiemy, jak ona wygląda ani ile ma lat. Davis nie zaspokaja ciekawości, oszczędza plastycznych szczegółów. Zamiast fabuły otrzymujemy urywek wewnętrznego monologu. Bywa, że jest to Kwestia gramatyki, a pisarka „łapie za słowa”: „Czy teraz, kiedy akurat umiera, mogę powiedzieć: »Oto gdzie przyszło mu żyć«? Kiedy ktoś mnie pyta: »I jak mu się teraz żyje?«, czy powinnam odpowiedzieć: »No cóż, raczej trudno mówić o życiu, kiedy on właśnie umiera«?” (tłum. M. Tabaczyński).

Ówczesna żona, obecna mieszkanka

„Niektóre opowiadania są autobiograficzne, inne wcale – wyjaśnia autorka, gdy spotykamy się w kwietniu na zdalną rozmowę – choć narratorka jest do mnie podobna, nie jest dokładnie mną. W opowiadaniu wszystko jest wyostrzone, głos mówiący ma w sobie coś sztucznego, więc z mojego punktu widzenia zdecydowanie to nie ja mówię w opowiadaniach, choć oczywiście podobieństw może być sporo”.

Nawet określenie „opowiadanie” jest w tym przypadku umowne. Davis publikowała również wiersze, a niektóre z jej „opowiadań” można by umieścić w tomie poezji.

Jedne przypominają haiku, inne zbliżają się do aforyzmów. Ale to raczej myśli oderwane, ponieważ nie starają się błyszczeć i nie przekazują morału. W całości przytaczam „opowiadanie” Reakcja matki na moje plany wycieczkowe: „Gainesville! Jaki to pech, że twój kuzyn już zszedł!” (tłum. M. Tabaczyński). Pisarka nie szuka na siłę fabuły. W opowiadaniu nic nie musi się dziać. Nie ma też kwestii tak błahej, że nie zasługuje na poświęcenie jej tekstu. Jak choćby znaleziona na kołdrze Gąsieniczka: co prawda, jest „zbyt maleńka, żebym miała stale o niej myśleć”, jest też zbyt mała, by z jej powodu posprzątać schody: „Nie sprzątam ich, bo w panującym tu mroku nikt ich nie ogląda. A gąsieniczka jest, czy też była, taka maleńka. Wiele rzeczy w świecie latarki wygląda jak ona – cieniutka drzazga albo gruba nitka. Kiedy jednak je szturchnąć, nie poruszają się” (tłum. M. Tabaczyński).

Davis nie przejmuje się gatunkowymi rozróżnieniami. „Jest wiele rodzajów fikcji. Na przykład dziś rano przeczytałam opowiadanie Clarice Lispector – jego bohaterką jest kobieta, która zajmuje się rodziną i jest tym usatysfakcjonowana, mimo że nie o takim życiu marzyła w młodości. Któregoś dnia wraca do domu tramwajem i widzi przez okno ślepca, żującego gumę. Z jakiegoś powodu ten człowiek i sposób, w jaki żuje gumę, jak ona mówi, »w mroku« otwiera ją na inny świat, wywraca do góry nogami tę równowagę, którą znalazła w życiu. Kobieta wysiada z tramwaju, siada na ławce w ogrodzie botanicznym i nagle dostrzega dziwność własnego życia. Nie ma żadnych wyjaśnień, nic wielkiego się nie wydarzyło. Jest trochę tak jak w moim opowiadaniu, gdzie ktoś doradza kobiecie, jak usunąć psią kupę. I w końcu ta kobieta spędza dwie godziny w sklepie, wybierając buty. Aby się otrząsnąć z trudnego spotkania, robi coś trochę nielogicznego. Lubię zwyczajne sprawy. Unikam przedstawiania spraw bardzo dramatycznych. W życiu nie brakuje dramatów, ale są jednak stosunkowo rzadkie. Większość naszego życia składa się ze zwyczajnych czynności. Ma pani małe dzieci…?”.

W swoich opowiadaniach Davis dotkliwie pokazuje nierozwiązywalny konflikt, dręczący świeżo upieczone matki.

Pojawienie się niemowlęcia pozwala odkryć nowy gatunek miłości i zarazem każe zdradzić część siebie. Matka traci panowanie nad planem dnia, wyszarpuje chwile na własną pracę, zmaga się z wyrzutami sumienia, irytacją i brakiem snu. „Po przeczytaniu tego opowiadania (Nauki płynące z posiadania dziecka) moja siostrzenica, która właśnie została matką, odnalazła własne przeżycia w połączeniu fascynacji i nudy, które są częścią wczesnego macierzyństwa – wspomina Davis – matka jest uwiązana, przy karmieniu piersią czy usypianiu, ale towarzyszy temu fascynacja tą osobą, którą wydała na świat”. Rozwój dziecka nie przestaje Davis zadziwiać – jak przyznaje, w trakcie naszego spotkania na telefonie odbiera zdjęcia wnuka.

Czasami narratorka dzieli z autorką pewne cechy charakteru. Pisarka rzeczywiście wniosła kiedyś zażalenie do producenta mrożonek: we własnym niezadowoleniu zauważyła jednak potencjał groteski. W fikcyjnej wersji Letter to A Frozen Peas Manufacturer (List do producenta mrożonego groszku) narzeka na kolor warzyw na opakowaniu: „Są burożółte, w kolorze przypominającym raczej grochówkę i niepodobnym do prawdziwego koloru groszku waszej firmy, który ma odcień żywej zieleni”. Jak przyznaje pisarka, znajduje w sobie rysy osoby przekonanej o własnej racji, uparcie poprawiającej kogo popadnie.

W życiu stara się te impulsy tłumić, w literaturze zostają wyjaskrawione, doprowadzone do skrajności.

Określenie „autobiograficzne” nie pasuje do opowiadań Davis, nawet jeśli pełnymi garściami czerpie z własnych przeżyć. Pisarka zgadza się na wywiady, ale unika zwierzeń: zdaje sobie sprawę, że próba świadomego opowiedzenia o sobie przynosi usprawiedliwiające kłamstwa i pocieszające półprawdy. Opowiada spokojnym, niemal beznamiętnym tonem. Unika dialogu: to, co się w jej tekstach wydarza, jest skrajnie subiektywne, przefiltrowane przez pojedynczą wrażliwość. Od kilkunastu lat Davis spisuje natomiast swoją humorystyczną biografię, złożoną z fałszywych informacji: błędnych adresów na kopertach, literówek, pomyłek krytyków i dziennikarzy. W Goodbye, Louise or Who I Am (Do widzenia, Louise albo kim jestem) sucho wyliczone pomyłki na temat Davis układają się w łże-życiorys. Pisarka kontynuuje swój projekt; publicznie czytała już jego fragmenty. Osoba nazywana alternatywnie Lyda, Clyda, Linda, Lindon, Davies, Douglas, Mr Davis… zgromadziła szereg odpowiedzi na pytanie „kim jestem?”: „klientką poczty, kontrahentką, osobą z USA (…), ówczesną żoną, obecną mieszkanką”. Pisarka z poczuciem humoru żongluje swoimi nieprawdziwymi i (nie)możliwymi tożsamościami, a także igra z językiem: urzędniczym, formalnym, używanym niezdarnie przez obcokrajowców. W literackiej zabawie odsłania ułomność wszelkiej biografii.

Dwie historie o tarcie z cebulą

Prawdziwa Davis mieszka w małej miejscowości w regionie Upstate New York, w budynku dawnej szkoły. Jej mężem jest malarz abstrakcjonista Alan Cote. Mają syna Theo i niespełna dwuletniego wnuka. Sala gimnastyczna służy jako malarska pracownia, w pokoju nauczycielskim stoi wanna. Przez okno widzą pastwisko – wyraźne źródło inspiracji opowiadania Krowy. Davis urodziła się w 1947 r. w rodzinie, której amerykańskie korzenie sięgają pierwszych osadników. Ojciec, Robert Gorham Davis, był pisarzem, krytykiem i wykładowcą, matka, Hope Hale Davis, pisarką. Rodzice byli niepraktyczni, zaaferowani sprawami literatury i kultury, żywo zaangażowani w politykę. W młodości wierzyli w komunizm (ojciec odpowiadał nawet przed komisją ds. działań antyamerykańskich), później przeszli na pozycje liberalne. W domu uważało się na słowa: trudno było wypowiedzieć zdanie, nie zastanawiając się, jaki jest jego styl czy rejestr. Lydia miała 13 lat, kiedy w domowej biblioteczce znalazła Malone umiera Becketta. Nie był to ulubiony autor rodziców, którzy uważali, że w opowiadaniu musi się coś dziać.

Tymczasem dziewczynkę zafascynował prosty, skondensowany język: pozbawiony ornamentów i zarazem obsesyjnie dokładny. Beckett potrafił poświęcić dwie strony kwestii upuszczonego ołówka…

Jako dziecko i nastolatka Davis nie obawiała się, że rodzice zrobią z niej bohaterkę literacką, a własny portret znajdzie na łamach „New Yorkera”. Ojciec pisał głównie teksty krytyczne. Matka rzeczywiście czerpała inspirację z życia: urywki rozmowy mogły trafić do opowiadania, były jednak delikatnie zakamuflowane. Jak przyznaje Davis, sama wykorzystywała scenki, fragmenty rozmów z bliskimi, zachowując przy tym szczególną ostrożność. Zapytana przez dziennikarkę „New Yorkera” o swój stosunek do autobiograficznego materiału, przyznała, że rozpoznawanie siebie w fikcyjnej postaci jest szokujące, nawet gdy nie jest to karykatura. „Chodzi o to, że człowiek zostaje złapany i wykorzystany”. Kiedy Robert Lowell w wierszach przepisywał nieomal słowo w słowo fragmenty dramatycznych listów swojej żony, Elizabeth Bishop pisała mu, że „sztuka nie jest tego warta”: „Zgadzam się z Bishop, nawet dla najlepszego wiersza nie warto krzywdzić drugiej osoby”.

Biograficzne okruchy zostają u Davis wypreparowane lub też wysublimowane, zmienione w literaturę, dalekie od plotki czy barwnej anegdoty. W St. Martin opowiada o kilku miesiącach spędzonych na południu Francji: para młodych ludzi opiekuje się zaniedbanym domem, a właściwie psami i kotami. W opowiadaniu czas płynie powoli. Oboje pracują lub próbują pracować, rzucają kamykami do kamiennej urny w ogrodzie, słuchają deszczu. Są bez grosza, marzą o ciepłym posiłku. Zbierają drobne rozrzucone na popielniczkach, dzielą się jedną kiełbasą. „A potem już w całym domu nie było pieniędzy i prawie nic nie zostało do jedzenia. Bardzo dokładnie przeszukaliśmy kuchnię: znalazło się parę cebul, stare, ale nieotwierane pudełko mieszanki na kruche ciasto, odrobina tłuszczu i mleka w proszku. Doszliśmy do wniosku, że z tych składników możemy zrobić tartę cebulową. Zrobiliśmy ciasto, upiekliśmy, ukroiliśmy sobie dwa kawałki, a resztę włożyliśmy do pieca, żeby się dopiekło w czasie jedzenia. Ciasto było zaskakująco dobre. Poprawiły nam się humory, rozmawialiśmy przy jedzeniu i całkowicie zapomnieliśmy o tarcie w piecu. Kiedy poczuliśmy swąd, ciasto było spalone i nie do odratowania”.

Uważny czytelnik przypomni sobie może podobny opis cebulowego ciasta pieczonego w XVIII-wiecznym domu w Prowansji. To fragmenty Czerwonego Notatnika Paula Austera. Davis i Auster poznali się na pierwszym roku studiów. Ona chodziła do Barnard College, ale często dołączała do Austera na Columbii. Była zdecydowaną, ironiczną, intelektualnie wyrafinowaną dziewczyną z dobrego domu: skończyła elitarne szkoły, świetnie grała na fortepianie. On był wychowankiem żydowskiej rodziny z New Jersey i szkół publicznych. Grali w amerykańską piłkę nożną i koszykówkę jeden na jednego. Ich związek był burzliwy, kilkakrotnie się rozstawali i wracali do siebie. We wspomnieniach Auster przedstawia się jako „ten, który bardziej kochał”. Na początku lat 70. spędzili kilka lat we Francji, tłumacząc literaturę, katalogi wystaw i scenariusze filmowe. Niestety, wydawcy nagminnie spóźniali się z honorariami. Stąd historia prowansalskiego głodu (rozważali nawet skonsumowanie mięsa z puszek dla psów). Auster również opowiada o tarcie cebulowej: w jego wersji, kiedy się dopiekała, spacerowali dookoła domu.

We wspomnieniach Austera prowansalskie miesiące pachniały tymiankiem i lawendą. Pracował pilnie: wówczas głównie nad wierszami.

Dla Davis był to moment przełomowy. Męczyła się, pisząc długie opowiadania, z rozwiniętą fabułą i bohaterami.

Któregoś dnia wpadł jej w ręce zbiorek miniaturowych próz poety Russella Edsona – okazał się olśnieniem: zrozumiała, że nie musi tworzyć rozwiniętych narracji. Ruszyła z miejsca, tworząc codziennie półstronicowe opowiadanie. Pisała ręcznie, w notesie w tekturowej oprawie. „Miała jakiś pomysł, trzy, cztery zdania czy akapit, zapisywała je z głowy – wspominał po latach Auster. – Teksty, nad którymi długo ślęczała, nigdy nie wychodziły równie dobrze”.

Konfrontacja z koszmarami

Zmęczeni romantycznym biedowaniem we Francji Davis i Auster wrócili do Nowego Jorku. Dzięki pomocy ojca Davis wynajęli mieszkanie na zachodnim Manhattanie. Przez kilka tygodni dokarmiali rudego gołębia, który przylatywał na ich poddasze. Auster pracował w antykwariacie i pisał recenzje, a Davis uczyła się logopedii. Dzięki stypendium Austera eksperymentalnie wyjechali do Kalifornii. Tamtejsze lokum było niskie i zatęchłe, ale w miarę przestronne. Auster zapamiętał zapach kalifornijskich eukaliptusów oraz mgły i intensywne światło. W 1976 r. Davis wydaje pierwszy zbiór opowiadań: The Thirteenth Woman and Other Stories (Trzynasta kobieta i inne opowiadania). Nakład wynosi 500 egzemplarzy, a książką zachwycają się literaccy znajomi. Po pół roku para wraca do Nowego Jorku, a latem 1977 r. przychodzi na świat ich syn Daniel. Ostatecznie rozstaną się półtora roku później.

Jak po latach stwierdzał Paul Auster w Dzienniku zimowym, przypieczętowanie skomplikowanego związku małżeństwem nie mogło wyjść im na dobre: „podejmowałeś wielkie ryzyko, stawiając, jak w hazardowej grze, na trwałość waszej przyjaźni i wspólną ambicję, że jako pisarze potraficie stworzyć małżeństwo, które będzie czymś zupełnie innym niż wasz dotychczasowy związek, lecz przegrałeś zakład, oboje go przegraliście, bo było wam to przeznaczone i dlatego zdołaliście wytrwać tylko cztery lata, pobierając się w październiku 1974 i dając sobie wzajemnie spokój w listopadzie 1978. Biorąc ślub, oboje mieliście po dwadzieścia siedem lat, być może odpowiedni wiek, by coś już rozumieć, jednak równocześnie żadne z was nawet nie zbliżyło się do stanu dorosłości, w środku byliście jeszcze bardzo niedojrzali i brutalna prawda brzmiała, że nie mieliście żadnych szans” (tłum. M. Makuch).

Przez kolejnych kilka lat Davis i Auster mieszkali po sąsiedzku na Brooklynie, aby ułatwić dzielenie się opieką nad synem.

Kilka lat później Auster związał się z pisarką Siri Hustvedt; ich córka, Sophie Auster, jest aktorką i piosenkarką. Theo Cote, syn Lydii Davis z drugiego małżeństwa, jest fotografem. Daniel Auster był DJ-em i zajmował się fotografią. W Wynaleźć samotność, powieści, w której Auster mierzy się z cieniem własnego ojca, syn jest drugim „ja” pisarza, pomaga mu się pogodzić ze sobą: „Co robi Superman? Ratuje ludzi. Takie niesienie ratunku jest właśnie rolą ojca: broni swojego okruszka przed krzywdą. A gdy malec zobaczy teraz, jak Pinokio – ten głupi pajacyk, co to od jednego nieszczęścia podąża ku drugiemu, który chce być »dobrym«, a wciąż jest »niegrzeczny«, ten drewniany matołek, co to nie jest nawet prawdziwym chłopcem – kiedy więc malec zobaczy, jak ów Pinokio niespodziewanie staje się zbawicielem, istotą, która ratuje ojca z uścisku śmierci, przeżywa chwilę podniosłego olśnienia. Oto syn ratuje ojca” (tłum. K. Zabłocki).

Tymczasem los rzeczywiście poprowadził Daniela krętymi ścieżkami, z nieszczęścia w nieszczęście. Jako nastolatek związał się z nowojorską subkulturą Club Kids: bywalców nocnych klubów, którzy szokowali ubiorem, makijażem i perukami. Daniel nadużywał narkotyków, w 1996 r. był zamieszany w głośne morderstwo dilera narkotykowego (znaleziono przy nim pieniądze zrabowane ofierze). W 2002 r. zapytany w wywiadzie o syna Paul Auster odpowiedział: „Właśnie szuka swojej drogi. Proszę mnie zapytać za parę lat”. Potem już nie komentował życia Daniela, nie opisywał go w książkach. Inną decyzję podjęła jego druga żona, Siri Hustvedt: w swojej powieści Co kochałem (2003) w lekko tylko zawoalowany sposób opisała rodzinne zmagania. Lucille Alcott: świetnie mówiąca po francusku, wyniosła poetka, to niewątpliwie karykatura Lydii Davis. Lucille waży każde słowo, a jej skondensowane utwory opierają się na skrupulatnej obserwacji. Syn Lucille i Billa (powieściowej wersji Austera) jest bystry, lecz fatalnie radzi sobie w szkole. Wpada w narkotykowy nałóg, patologicznie kłamie i kradnie. Lucille jest lodowata i nieprzystępna. Z kolei Violet – powieściowa wersja Siri Hustvedt – czuje się drugą matką chłopca. Ona także nie potrafi zrozumieć ani ujarzmić trudnego dziecka, ale w przeciwieństwie do Lucille obdarza go gorącym uczuciem. Recenzenci wytykali Hustvedt nazbyt bezpośrednie wykorzystanie intymnego, autobiograficznego materiału. Pisarka nie odpiera zarzutów: „Mam skłonność do literackich konfrontacji z własnymi koszmarami”. W okresie pandemii wydawało się, że Daniel Auster wreszcie się odnalazł. Związał się ze środowiskiem muzyki elektronicznej w Berlinie, tam ożenił się z młodą artystką Zuzan Smith i urodziła się ich córka Ruby.

Wiosną 2022 r. Daniel Auster został oskarżony o nieumyślne zamordowanie swojej dziesięciomiesięcznej córeczki.

Jak twierdził, w dniu tragedii żona wyszła do pracy, zostawiając Ruby pod jego opieką. On wstrzyknął sobie heroinę i zasnął na łóżku obok dziecka. Kiedy się obudził, niemowlę było sine i nie oddychało. Przyczyną śmierci dziewczynki było zatrucie heroiną i fentanylem. Policja nie ustaliła, w jaki sposób narkotyki dostały się do organizmu dziecka. Daniel Auster wyszedł z aresztu za kaucją. Jedenaście dni później został znaleziony w korytarzu nowojorskiego metra: zmarł z przedawkowania narkotyków.

Dlaczego ludzie się tak zachowują

W opowiadaniach Davis najsilniejsze emocje bywają rewersem suchego, wydrenowanego z emocji tonu. Na warsztat bierze kwestie, o których nie mówi się na głos, które natomiast nieraz zaprzątają myśli. Pytanie, kto puścił bąka: on, pies, a może ja? Albo myśl o tym, że nowa żona byłego męża jest ode mnie wyższa. Mikrozdarzenie: dziecko znów dostało klapsa, bo rzuciło okularami, lecz przecież ja nie straciłabym cierpliwości, gdybym już od rana nie była podminowana. Smak zleżałego jabłka, zjedzonego na przystanku, podczas „podróży z matką”– a właściwie z jej prochami w urnie. Czasami pisarka imituje teksty użytkowe, język sprawozdań, podsumowań, uczonych wywodów. Helen i Vi – o tym, jak w zdrowiu dożyć swych dni. Studium to „opis życia dwóch kobiet w wieku podeszłym, które wkroczywszy w – odpowiednio – dziewiątą i dziesiątą dekadę życia, wciąż cieszą się dobrym zdrowiem” (tłum. M. Tabaczyński). Szukając podobieństw, Davis znajduje głównie różnice – jedna staruszka jest minimalistką, druga otacza się bibelotami, jedna uwielbia podróże, druga uprawia ogródek. Podsumowane, podzielone na kategorie „aktywności” i „przyzwyczajenia” układają się w pseudonaukowy wywód: dobre odżywianie, ruch, relacje z rodziną i przynależność do wspólnoty religijnej są rzekomo czynnikami sprzyjającymi długowieczności. Jednak „naukowe” podsumowanie zamazuje twarz: Vi i Helen tracą swoje opowieści, stają się kazusami w geriatrycznej analizie.

Davis umie słuchać: zapisuje całe sekwencje wypowiedzi, których tematem bywa błahostka.

Ktoś wspomina sąsiadów, którzy mieli piwniczkę na wino i chcieli zmniejszyć składkę ubezpieczeniową „Przeszkadzał mi jeżdżący tuż pod moim oknem tam i z powrotem buldożer, więc dowiedziałem się, o co chodzi. (…) Małżonkowie dowiedzieli się, że jeśli powiększą i jakoś tam zmodernizują tę swoją piwnicę, to wtedy ich składka ubezpieczeniowa zostanie obniżona. (…) I nie o to chodzi, że ten hałas mi jakoś bardzo przeszkadzał, bo tak właściwie to było wiele innych rzeczy, które mi przeszkadzały, kiedy akurat brałem się do pracy. I tak naprawdę to może z radością przyjąłem widok tego buldożera. Robiły na mnie wrażenie te ich wina, no i ich kolekcja dobrego malarstwa” (tłum. M. Tabaczyński). Davis rozumie, że opowieść zwykle więcej mówi nam o opowiadającym aniżeli o bohaterach jego opowieści.

„Dzięki wczesnym próbom [pisania dłuższej narracji] nie zapomniałam, na czym polega wchodzenie w wewnętrzny świat drugiej osoby – wyjaśnia pisarka podczas naszego spotkania – zdarzyło mi się też dziwne przeżycie. Jedno z opowiadań było naprawdę bardzo zbliżone do rzeczywistych zdarzeń, tylko postanowiłam zmienić płeć i prowadziłam narrację głosem mężczyzny, chociaż to, o czym opowiadałam, to były moje własne przeżycia. Czytelnicy mówili mi potem: »Naprawdę zrozumiała pani, jak myśli mężczyzna«, a przecież to były moje własne myśli, tylko nazwałam się bodajże »Henry«. Może w końcu nie ma takich wielkich różnic między tym, jak myślą kobiety, i tym, jak myślą mężczyźni”.

The End of the Story to jedyna powieść Davis: analiza rozpadającego się związku. W zasadzie jest to monolog pisarki, która stara się napisać powieść o swoim romansie z młodszym mężczyzną. Jej praca polega na rozdrapywaniu rany, przywoływaniu minionych uczuć. Analizując najdrobniejsze szczegóły, autorka porządkuje zdarzenia i uczucia. Dopatrując się w nich sensu, splatając je w logiczny ciąg, szuka prawdy – przede wszystkim prawdy o własnych uczuciach. Aby stworzyć przejrzystą narrację, pisarka przetasowuje wersje historii: niektóre jej elementy uwypukla, inne wycina. „Zauważam, że lekko zbaczam od prawdy, czasami przypadkiem, kiedy indziej celowo. Przesuwam to, co rzeczywiście się stało, tak że staje się nie tylko mniej zagmatwane i bardziej wiarygodne, ale też łatwiejsze do przyjęcia albo bardziej strawne”.

Davis przyznaje, że materiał tej historii jest autobiograficzny. „Kiedy odchodzi kochanek, stajemy się dosyć egocentryczni, skupieni na własnej krzywdzie, na własnej utracie, koncentrujemy się na sobie, zamykamy się we własnym przeżywaniu”.

W powieści Davis bezlitośnie, ale też z dystansem i poczuciem humoru opowiada o udręce zakochania: wyszukiwanie w tłumie podobnych męskich sylwetek, snucie się po miasteczku w ślad za „jego” samochodem, wyobrażanie sobie jego nowej dziewczyny.

Dwulicowość i kłamstwa, nawet wobec samej siebie, udręka dogorywającego związku: kiedy już wiadomo, że romans musi się skończyć, a mimo to fizyczna tęsknota i obsesja przesłaniają wszystko. „Prawdopodobnie byłam z nim wtedy w tym pokoju tylko dlatego, że wcześniej było coś innego. Skoro on nadal był tu ze mną, był tą samą osobą i ja nadal tu byłam, i kiedyś było coś między nami, z pewnością od czasu do czasu było to coś ekstatycznego, trudno było uwierzyć, że ta ekstaza już nie jest nam dostępna na wyciąg­nięcie ręki. Ale to, co było między nami teraz, było tylko formą czegoś już nieżywego – czegoś, co zostało za nami, ukazując, czym było to coś żywego”.

Davis mówi mi: „Interesuje mnie psychologia jako odpowiedź na pytanie o motywacje, dlaczego ludzie zachowują się tak czy inaczej. To jest ważne szczególnie w długich związkach, kiedy bliżej poznajemy drugą osobę i mówimy sobie: wiem, czemu tak się zachowuje, bo jego matka to, a jego ojciec tamto… Ale nigdy nie da się w pełni zrozumieć drugiego człowieka”. W swojej prozie Davis unika wyjaśnień. Skrupulatny opis mówi więcej niż analiza. Mistrzowska scena w The End of the Story odsłania zarazem kłamstwo miłości i nieszczerość literatury: „Przeczytałam mu na głos opowiadanie, które napisałam i w którym się pojawiał, i był zadowolony, ale potem go wycięłam, zanim przeczytałam opowiadanie innym. Był zły. Uważał, że się go wstydzę. Zaprzeczyłam. Kłóciliśmy się i wściekłość narastała. Ja byłam bardziej wściekła od niego, może dlatego, że docierało do mnie, że to, co on mówi, to w pewnym sensie prawda i dlaczego to jest prawda, chociaż wcześniej sobie tego nie uświadamiałam. Wolałam, żeby to nie była prawda, i nie podobało mi się, że mi to wytyka”. „Owszem, rozważam kwestie etyczne, co to znaczy być dobrym czy złym dla innych. Obecna sytuacja polityczna w Stanach Zjednoczonych poniekąd do tego przymusza. Mieszkam w małej społeczności i jestem w nią zaangażowana, pracuję w komitecie zajmującym się ochroną klimatu; staramy się robić coś dobrego, lecz niektórzy członkowie naszej społeczności inaczej postrzegają naszą działalność”. Davis angażuje się w sadzenie lokalnej roślinności, walkę z gatunkami inwazyjnymi, zaprasza na prelekcje ekspertów od „zielonej energii”. Pisarka zrezygnowała z jedzenia mięsa, przestała latać samolotem i nie korzysta z usług banków, które inwestują w paliwa kopalne. W proteście przeciwko Amazonowi nie zgodziła się na dystrybucję swojego ostatniego zbioru opowiadań (Our Strangers, 2023) poprzez firmę Bezosa.

***

Bohaterka The End of the Story większość dnia spędza przy biurku, pisząc lub tłumacząc. Tłumaczenie jest dla niej wręcz ucieczką od miłosnych niepokojów, „Zawsze pociągały mnie inne języki, miałam to po rodzicach – opowiada Davis. – Kiedy byłam mała, rok mieszkaliśmy w Austrii i wtedy nauczyłam się niemieckiego. Uwielbiam uczyć się języków i bardzo lubię pracę nad przekładami”.

Jest to rodzaj pracy, który można wykonywać niezależnie od nastroju: obce słowa na kartce, ich relacje to problem do rozwiązania, zajęcie, które pozwala okiełznać skołatane myśli.

W eseju Davis wymieniła „dwadzieścia jeden przyjemności przekładu” (i na koniec znajduje przyjemność dwudziestą drugą). Tłumaczenie to pisanie, jednak w ściśle określonych granicach. Jest to gra słowami, rytmem, kadencją i frazą – które nie są nasze. Tłumacz dobiera słowa, ale tylko częściowo jest za nie odpowiedzialny, a praca nad przekładem ma ściśle określone ramy, nie towarzyszy jej niepokój czystej kartki. Davis jest autorką m.in. docenionych przekładów Flauberta i Prousta. Mówi po niemiecku i hiszpańsku, sama nauczyła się holenderskiego i portugalskiego. W formie eksperymentu opanowała podstawy norweskiego, czytając epicką powieść Daga Solstada: zdanie po zdaniu, bez słownika.

W jednym ze szkiców Davis zebrała swoje rady dla piszących. Trzeba czytać autorów wszystkich epok, regularnie notować, uważać na własne emocje (byle nie aż do udręczenia), obserwować zachowania ludzi i zwierząt oraz zjawiska pogody. Opisywać przejrzyście i konkretnie. Davis podaje tu przykład z własnego notatnika: „Wczoraj silny wiatr rozwiewał długie spódnice kobiet, długie włosy kobiet, targał koronami drzew; przy kolacji na powietrzu zwiewał na chodnik serwetki z kolan, z talerzy liście sałaty i płatki ciasta francuskiego”. Esej, w którym Davis odkrywa swój warsztat, nosi tytuł Revising One Sentence (Poprawianie jednego zdania). Obok zbierania materiału ważny jest krytyczny stosunek do niego, redagowanie i przycinanie. „Zdarza się, że wycinam coś bardzo dramatycznego, a do opowiadania trafia coś niepozornego. Nie obawiam się przedstawiać momentów z życia, które są bardzo nudne. W jednym z opowiadań bohaterka zauważa w łazience obraz przedstawiający kromkę chleba. To jest wzięte z życia. Zostawiam to bez komentarza, bo z komentarzem ten epizod staje się mniej interesujący”.

Pytam Davis o plany pisarskie i przekładowe. Jak przyznaje, obecnie odłożyła tłumaczenia: zbliżając się do osiemdziesiątki, pisarka chce zdążyć z tym, co najważniejsze. Wyjaśnia, że jej kolejna książka przyniesie jednak podobny rodzaj ulgi jak praca nad przekładem: będzie to projekt non-fiction, zainspirowany odnalezionym dziennikiem prawuja pisarki, żeglarza. Wiedzę fachową uzupełnia na podstawie książki Richarda Henry ’ego Dany juniora, XIX-wiecznego prawnika, który przerwał studia na Harvardzie i spędził rok na morzu. W trakcie pracy okazało się, że również żona prawnika awanturnika była ciekawą osobą, pisała opowiadania. Z kolei wchodząc głębiej w historię własnej rodziny, Davis odnalazła listy od krewnych z Irlandii z poł. XVIII w. Nowa książka będzie więc „warstwowa”, a pisarka porozmawia w niej z głosami z przeszłości. 

* Jeśli nie zaznaczono inaczej, cytaty z opowiadań i esejów Lydii Davis podaję we własnym przekładzie

Artykuł pojawił się w numerze: Sztuka uważnego podróżowania