Lydia Davis nie zawsze czyta od deski do deski. Czasami pozwala się porwać opowieści. Nieraz jednak, zafascynowana formą, odkłada książkę z zakładką w środku. Nie wynika to z lenistwa czy roztargnienia. „Jest ogromna różnica między książką niedokończoną a książką przeczytaną do końca – stwierdza pisarka w jednym z tekstów na łamach »The Paris Review«. – Książka przeczytana w całości daje nam wizję całości, ogólnej struktury i zawartości i to jest jeden z jej aspektów, jej pełniejszy sens. Z kolei książka niedokończona daje poczucie, że pozostajesz w środku, należysz do tej książki, wciąż ją przeżywasz i że jej dalszy ciąg i zakończenie pozostają tajemnicą”.
Opowiadania Lydii Davis trudno porzucić niedoczytane: większość ma kilka stron, czasami zaledwie kilka linijek, a w skrajnych przypadkach tytuł jest dłuższy od samego opowiadania. Oszlifowane jak szlachetny kamień jej teksty są precyzyjne, liczy się w nich każda kropka, każdy wdech i wydech. Ludzie są w nich zwykle bezimienni albo oznaczeni tylko inicjałem. Głos mówiący zwykle należy do kobiety, jednak nie wiemy, jak ona wygląda ani ile ma lat. Davis nie zaspokaja ciekawości, oszczędza plastycznych szczegółów. Zamiast fabuły otrzymujemy urywek wewnętrznego monologu. Bywa, że jest to Kwestia gramatyki, a pisarka „łapie za słowa”: „Czy teraz, kiedy…