Żartował Pan kiedyś, że zrobił karierę na sięganiu po tematy, które ludzie lubią, i mówieniu im, że się mylą. Potraktował Pan tak wcześniej duchowość, empatię, a teraz w nowej książce Złoty środek – przyjemność. Dlaczego znów nam Pan to robi?
Obawiam się, że odrobinę Pana rozczaruję [śmiech]. Byłoby skrajnością, gdybym uznawał przyjemność za coś strasznego, do czego nie powinniśmy dążyć. Albo gdybym przekonywał, że w głębi serca ludziom wcale nie zależy na przyjemności. Tego nie twierdzę.
W porównaniu z moją poprzednią książką poświęconą empatii przesłanie Złotego środka brzmi mniej rewolucyjnie. Sprowadza się ono do tzw. pluralizmu motywacyjnego, czyli idei, że chcemy wielu różnych rzeczy. Nie wątpię, że ludzie pragną przyjemności. Szukają więc dobrej zabawy: w seksie, jedzeniu czy miłym towarzystwie. W książce argumentuję jednak, że czasami różnego rodzaju ból może być źródłem przyjemności. Zresztą nadal wpisuje się to w perspektywę dążenia do przyjemności.
Ale pluralizm motywacyjny mówi coś więcej – chcemy też innych rzeczy. Chcemy być dobrzy, kieruje nami pragnienie moralności. Często poświęcamy własną przyjemność na rzecz dobrych uczynków. Poszukujemy sensu. W skrócie: chcemy robić trudne i ważne rzeczy, nawet jeśli nie są przyjemne.
Na przykład?
Wspinamy się po górach, biegamy maratony, wychowujemy dzieci i walczymy na wojnie. Niektórzy z nas mają ponadto potrzeby duchowe czy religijne. Zgadzam się więc, że pragniemy przyjemności, jednak tym się różnię od innych badaczy, że dla mnie jest to tylko pragnienie jedno z wielu.
Mark Twain powiedział kiedyś: „Za każdym razem kiedy znajdziesz się po stronie większości, zatrzymaj się i pomyśl”. Jak wielu badaczy przyjemności i cierpienia jest po Pana stronie, a do jakiego stopnia płynie Pan pod prąd?
Powiedziałbym, że siły rozkładają się po równo. Kiedy w książce Przeciw empatii argumentowałem, że empatia niekiedy nas zaślepia i prowadzi na manowce w decyzjach moralnych, nikt mnie nie wspierał. Było to trudne. Teraz więcej osób jest po mojej stronie.
Wielu ludzi, w tym badacze z nurtu psychologii pozytywnej, kładzie nacisk na inne kwestie niż przyjemność, np. na sens, spełnienie lub satysfakcję, których nie da się zredukować do przyjemności.
Noblista Daniel Kahneman odróżnia „szczęście przeżywane” (odczuwane w danej chwili), które nazwalibyśmy przyjemnością, od „szczęścia wspominanego”, na które składa się więcej znaczeń, celów i satysfakcji. Mam więc wielu sojuszników, ale oponentów też nie brakuje. Kiedy pisałem tę książkę, solą w oku był dla mnie cały czas mój przyjaciel Daniel Gilbert, profesor psychologii z Uniwersytetu Harvarda. Prowadziłem z nim wspaniałe, bardzo konstruktywne dyskusje, których kontynuację stanowi moja książka. On jest hedonistą. Twierdzi, że pragniemy tylko przyjemności. Może się nam wydawać, że chcemy innych rzeczy, lecz według niego chcemy ich tylko dlatego, że dają nam przyjemność. Niektórzy psycholodzy się z nim zgadzają, w środowisku mamy na ten temat dynamiczną dyskusję.
Ma Pan ulubioną nieprzyjemną aktywność, którą mógłby Pan polecić takim osobom jak Dan Gilbert, żeby przetestować ich założenia dotyczące hedonizmu i w pewnym sensie dowieść, że się mylą?
Postawiłbym na dobre uczynki. Na moralność. Czasami nie robimy tego, co należy. Pochłaniają nas osobiste przyjemności i partykularne cele. Innym razem jesteśmy jednak zdolni do poświęceń.
Wyobraźmy sobie, że jest piękny dzień. Chciałbym pójść na spacer, spotkać się z przyjaciółmi, ale mój krewny jest w szpitalu. Wiem, że odwiedziny u niego będą raczej nudne. Może będę z siebie zadowolony, bo zrobię coś dobrego, jednak to mało ważne. Chcę to zrobić przede wszystkim dlatego, że właśnie tak należy postąpić. Myślę, że ludzka motywacja moralna jest bardzo silna.
Druga klasa przykładów to działania mające dla nas głębokie znaczenie. Pomyślmy o wychowywaniu dzieci. Żaden rodzic nie powiedziałby, że dzieci to same przyjemności, czysta radość. Szczęścia jest tam niemało, ale jest też dużo zmieniania pieluch i wstawania w środku nocy. A jednak ludzie mówią, że rodzicielstwo to ich najważniejsze życiowe osiągnięcie. Ma dla nich ogromną wartość. Nie ze względu na przyjemność, tylko na sens.
Byłby Pan gotów wcielić się w rolę adwokata diabła? Czy Dan Gilbert miał uzasadnione kontrargumenty?
Podam jeden argument Dana, który uważam za przekonujący i ciekawy. Przyznam, że jest on dla mnie trudny. Jestem pluralistą, twierdzę, że zmagamy się z wieloma różnymi motywacjami. Mogę chcieć iść na miły spacer w słońcu, ale chcę też pomóc choremu krewnemu. Skoro jednak mierzymy się na co dzień z różnymi motywacjami, znaczy to, że w pewnym momencie musimy ustalić, która jest ważniejsza. Na ile dane rozwiązanie uważamy za lepsze od innych. Żeby to zrobić, musimy wyrazić te motywacje we wspólnej walucie, a nią – według Dana – jest przyjemność.
To znaczy?
Rozważmy przykład. Uważam, że naprawdę warto spędzać czas z dzieckiem w weekend, a tu ktoś oferuje mi 100 dolarów, żebym zamiast tego pojechał gdzieś i wygłosił wykład. Odpowiadam, że nie zrobię tego za taką kwotę. Załóżmy jednak, że w grę wchodzi milion. Czy bym to zrobił?
Pewnie tak. Zaniedbałbym swoje dziecko za milion. Milion może mi później pomóc, dziecko też przecież na tym skorzysta – opowiem sobie jakąś historię na usprawiedliwienie. Ekonomiści mówią w takich sytuacjach o „zamienności”. Możemy przeliczyć różne możliwości na wspólną walutę.
Daniel Gilbert twierdzi, że wspólną walutą jest to, co nazwałby przyjemnością. Dan przedstawiłby ten konflikt w następujący sposób: przyjemnie jest pojechać wygłosić wykład za pieniądze, ale też spędzić czas z dzieckiem czy odwiedzić chorego krewnego (ponieważ sprawi to, że będę z siebie zadowolony) – wszystko to jest po prostu kwestią różnych przyjemności.
I jak brzmi Pana odpowiedź na takie postawienie sprawy?
Powiedziałbym tak: owszem, na jakimś bardzo abstrakcyjnym poziomie musi istnieć wspólna waluta, jednak to wciąż nie wyklucza idei, że na poziomie psychologicznym istnieją zupełnie odrębne motywacje. W pewnym aspekcie możemy porównywać zapach i smak, co nie znaczy, że zapach i smak to jedno i to samo.
W książce dokonuje Pan rozróżnienia na cierpienie wybrane i niewybrane. Na ile obowiązki społeczne, moralne, w tym te, które właśnie Pan wymienił, są faktycznie wybierane? Może po prostu uginamy się pod presją oczekiwań innych ludzi i cierpimy, bo ktoś pomyśli o nas źle.
Moja książka jest obroną wybranego cierpienia. Uważam, że jest ono nieodłącznym elementem dobrze przeżytego życia – tak jak w przypadku poświęceń i trudów potrzebnych do wychowania dzieci albo wysokogórskiej wspinaczki. Przy czym odróżniam je wyraźnie od cierpienia niewybranego. Umarł twój bliski, zostałeś napadnięty, spłonął ci dom – to nie są dobre rzeczy.
Wspomniał Pan o sile moralności. Myślę, że to warte podkreślenia. Czujemy, że pewne rzeczy są dobre, a inne – złe. Potrafimy odróżnić niektóre uczciwe wnioski dotyczące cierpienia – rezultat głębokich przemyśleń i silnego poczucia, że coś jest dobre albo złe – od innych rzeczy, które zostały nam narzucone przez społeczeństwo i które nie ostają się po dłuższej refleksji. W niektórych przypadkach oczywiście taka wątpliwa moralność silnie na nas wpływa, choćby w kwestiach seksualnych. Ktoś może odczuwać wstyd nie dlatego, że długo się nad czymś zastanawiał i świadomie uznał dane zachowanie za złe, tylko dlatego, że został wychowany w społeczeństwie głoszącym, że np. bycie homoseksualistą jest powodem do wstydu i ma wzbudzać wstręt. W rezultacie ludzie internalizują takie przekonania, co odbiera im przyjemność, sens i spełnienie w życiu, których mogliby zaznać, gdyby nie odczuwali takiej presji. W takich przypadkach równowaga między tymi rodzajami cierpienia zostaje zachwiana.
Niektóre rodzaje cierpienia wybieramy jako demonstracje cech, które są np. wysoko cenione społecznie.
Mnie najbardziej interesuje cierpienie jako sposób na osiągnięcie jakiegoś wyższego celu, jak sens czy moralność. Ma Pan jednak całkowitą rację, że często cierpimy publicznie, aby zasygnalizować innym nasze wartości lub, co nie mniej ważne, aby poprosić o pomoc.
Jest na to mnóstwo przykładów. Mój młodszy syn był kiedyś z kolegami w japońskiej restauracji, gdzie sprawdzali, kto potrafi wepchnąć do ust najwięcej piekielnie ostrego wasabi. Chodziło o zabawę i także o wykazanie przez dzieci swojej twardości. Wiele rzeczy, które ludzie robią, a które wiążą się z wielkim bólem, to sposoby na zademonstrowanie, jak twardy i odporny jesteś. Czasami cierpienie pojawia się w kontekście religii. Większość religii ma dzień postu lub taki, w jakim nie można jeść pewnych potraw. To dowód pobożności wyznawcy. Wreszcie cierpienie może być także wołaniem o pomoc. Młodzi ludzie niekiedy się krzywdzą, samookaleczają. To złożony problem, ale może być to próba drastycznego zasygnalizowania światu, że ma się realne kłopoty.
Istnieje ciekawe napięcie między praktykowaniem różnego rodzaju cierpienia a korzyściami, które mogą się pojawić w jego wyniku. Zwróciłem na to uwagę, zastanawiając się nad przykładami eksperymentów myślowych i symulowania doświadczeń, które podaje Pan w książce. Wspomina Pan konkluzję z filmu Matrix o tym, że nie można zaprogramować idealnego świata dla ludzi, bo nie będą się w nim dobrze czuli, wizję Alana Wattsa, w której szybko nudzimy się przyjemnością, oraz maszynę przeżyć wymyśloną przez filozofa Roberta Nozicka, w której doświadczamy iluzji szczęścia.
Tak, to ciekawe – są to właściwie trzy przykłady tego samego, choć prezentują różne punkty widzenia.
Każdy z nich dotyczy tego, że przychodzi taki moment, kiedy przyjemność przestaje wystarczać, zaczyna być nudna. W filmie Blask, opowiadającym historię pianisty Davida Helfgotta, jest z kolei scena, która w pewnym sensie odwraca ten scenariusz. Widzimy młodego Helfgotta studiującego w londyńskim konserwatorium. Pod okiem profesora ćwiczy III koncert fortepianowy Rachmaninowa. To monumentalne dzieło sprawia mu wiele trudności. W dyskusji z profesorem zgodnie stwierdzają, że najpierw trzeba się nauczyć nut tak dobrze, żeby móc grać z zawiązanymi oczami, a następnie o tych nutach zapomnieć. Najpierw należy włożyć wysiłek, żeby później móc dodać coś kreatywnego od siebie. Kiedy czytałem Pana książkę i napotykałem wspomniane przykłady, zastanawiałem się nad czymś w rodzaju progu bólu, cierpienia, wysiłku, który musi zostać przekroczony, żeby pojawiła się satysfakcja i przyjemność.
Podoba mi się przykład z Blasku. Przypomina mi to, o czym mówi mój przyjaciel Edward Slingerland. Napisał on książkę zatytułowaną Trying Not to Try (Próbując, nie próbować) dotyczącą chińskiej filozofii i historii, w której przygląda się próbom wyjaśnienia, jak robić rzeczy bez wysiłku i spokojnie. Są różne odpowiedzi, jedną z nich jest dążenie do osiągnięcia stanu, w którym działa się automatycznie. Kiedy coś stanie się dla nas takim zachowaniem, wymknie się spod kontroli umysłu i będziemy mogli swobodnie dodawać do niego różne rzeczy. Bardzo mocno wiąże się to także z wprowadzonym przez Mihálya Csíkszentmihályiego pojęciem przepływu, które omawiam w książce. To poczucie zatracania się w dążeniu do celu.
Nie jestem pewien, czy trzeba doświadczać bólu, przyzwyczajać się do cierpienia, aby wykonywać kreatywną i dobrą pracę. Myślę jednak – zastanawiając się nad tym po raz pierwszy – że prawdopodobnie trzeba mieć pewną zdolność do wytrzymywania nudy i długotrwałego wysiłku. Kiedy dopiero zaczynasz, każde dążenie może stać się frustrujące, bo właściwie wszystko, co wartościowe, jest po prostu trudne.
Czy w pewnym sensie trudne doświadczenia są według Pana niezbędne dla dobrze przeżytego życia?
Tak, głęboko w to wierzę. Rozważmy taki przykład. Siadamy do gry w pokera. Chcemy wygrać – nie ma zabawy bez pragnienia zwycięstwa. Ale gdybyśmy wiedzieli, że wygramy na pewno, nie odczuwalibyśmy intensywnej radości z tego doświadczenia. Chcemy mieć też możliwość poniesienia porażki. Kiedy dawno temu przygotowywałem się do maratonu, wiedziałem, że będzie to trudne i że może mi się nie udać. Było to jednak satysfakcjonujące, ponieważ musiałem zapracować na swój sukces, osiągnąć cele w obliczu trudności, niepewności i konieczności długiej walki.
Nie pragniemy w naszym życiu wyłącznie prostej użyteczności. Owszem, kiedy korzystam z ekspresu do kawy, to naprawdę chcę, żeby działał. Nie ekscytuje mnie perspektywa, że się zepsuje. Inaczej jest w przypadku gry w pokera czy biegania w maratonie. Trudności i niepewność są ich istotną częścią.
Pisze Pan także o sile ludzkiej wyobraźni – sprawia ona, że rzeczy straszne mogą okazać się dla nas przyjemne (np. horrory). Wyobraźnia może wpływać też na intensywność doznawanego cierpienia. Czy im więcej wiemy o przyjemności i bólu, tym bardziej przyjemne może być dla nas różnego typu cierpienie?
Myślę, że kryje się tutaj pewna słuszna myśl. Niemowlę pozostaje bezbronne wobec odczuwanego bólu. Dorośli mają natomiast zasoby pozwalające im skupić myśli gdzie indziej, pogodzić się z cierpieniem. Jeśli ktoś jest religijny, może powiedzieć sobie, że ból ma wyższy cel, że jest on właśnie poddawany próbie i że wkrótce zostanie nagrodzony przyjemnością. Nasza moc wyobraźni i racjonalności może pozwolić opanować negatywne rzeczy, przekształcić je. Podobnie, niestety, możemy to zrobić w przypadku przyjemności. Niektórzy ludzie w depresji kiedy zaczynają czuć się dobrze, próbują to tłumić. Nie chcą czuć się dobrze w obawie, że zostaną za to „ukarani” później. Albo uważają, że nie zasługują na to, żeby czuć się dobrze.
Jako ludzie mamy nie tylko doświadczenia i stany psychiczne, lecz także odczucia i emocje wobec tychże doświadczeń i stanów psychicznych. Czasami jeśli jest naprawdę ładny dzień i wszystko idzie dobrze, czuję się smutny. Kiedy sobie to uświadomię, czuję się jeszcze gorzej, bo jestem smutny, gdy jest taki ładny dzień. Co jest ze mną nie tak? Przecież to niewdzięczność! – tak wtedy myślę i nie jestem tu chyba wyjątkiem.
W dodatku współcześnie sprawę komplikuje przesycenie świata technologiami. Nasza wyobraźnia jest cały czas przebodźcowana komunikatami zaprojektowanymi, żeby dawać nam przyjemność.
To prawda.
W szczególności interesuje mnie wpływ, jaki wywierają na nas technologie mobilne. Są one w pewien sposób brutalną przyjemnością, umożliwiają najgorszy rodzaj przepływu, w którym wykonywane czynności pochłaniają nas bez reszty, tracimy poczucie czasu, ale nie ma w tym żadnego wysiłku – to jak hipnotyczny trans.
Mój przyjaciel nazywa to „niskim przepływem” (ang. low flow). Jest w tym coś uzależniającego, co utrudnia robienie takich rzeczy jak doskonalenie się w jakiejś dyscyplinie sportowej, czytanie rosyjskich powieści i koncentracja na solidnym wykonywaniu zadań w pracy. Nie jestem pewien, jaki byłby świat, gdyby Leonardo da Vinci, Sokrates czy Szekspir mieli dostęp do YouTube’a lub Twittera.
Wnioski z badań dotyczących wpływu tych technologii na ludzki umysł bywają naprawdę przerażające. Prowadzi mnie to też do innego tematu, o którym pisze Pan w książce – siły woli. Wydaje się, że niektórzy ludzie pozornie mają jej więcej i łatwiej przychodzi im zmaganie się z trudnymi, wymagającymi wysiłku zadaniami.
Siła woli była w psychologii przedmiotem wielu dyskusji. Istnieje pewien model, który zawsze wydawał mi się prawdziwy. Zgodnie z nim każdego dnia wszyscy mamy skończoną ilość siły woli i trzeba uważać, żeby nie wykorzystać jej zbyt szybko. Okazuje się, że psychologowie przyjrzeli się sprawie i nie ma na to zbyt wielu dowodów. Być może jest to zły sposób myślenia o sile woli.
Warto jednak spojrzeć na to, jak ludzie pokonują uzależnienia lub jak udaje im się wypracować jakiś produktywny nawyk. Zazwyczaj najlepsze sposoby nie obejmują ćwiczenia siły woli. Raczej chodzi tu o bycie na tyle sprytnym, żeby zorganizować sobie środowisko tak, by nie była ona właściwie potrzebna. Jeśli mam tendencję do jedzenia zbyt wielu ciastek, to sztuczka nie polega na tym, żeby naprawdę mocno próbować ich nie jeść, tylko żeby nie mieć ciastek w domu. Staram się ułatwić sobie pisanie, mając wszystko przygotowane dzień wcześniej, trzymam się także ustalonego porządku dnia. Procedury są sposobem na ucieczkę od problemów z siłą woli.
Są też, niestety, poważniejsze problemy, które trudniej rozwiązać, choć od nich również staramy się uciekać. Pisząc o poczuciu sensu, wspomina Pan Gretę Thunberg i to, jak zmienił jej życie aktywizm klimatyczny. Nie rozważa Pan jednak samej tematyki widma zmian klimatycznych, nadchodzącej katastrofy, o której wszyscy myślą i która wywołuje w nas niepokój. Czy ten egzystencjalny lęk, który wielu ludzi odczuwa teraz w związku globalnym ociepleniem – lub w związku z jakimkolwiek innym kataklizmem (wojna, pandemia, kryzys ekonomiczny) – wpływa według Pana na to, jak myślimy o przyjemnościach i cierpieniu?
Nie wiem. W pewnym sensie martwienie się o zagrożenia egzystencjalne jest luksusem. Nie mówię, że to głupie, ale takie rzeczy ludzie robią zwykle, gdy mają wystarczająco dużo jedzenia, ich dzieci są bezpieczne itd. Dopiero wtedy można się martwić o podnoszący się poziom mórz, globalne epidemie i sztuczną inteligencję przejmującą władzę nad światem.
Przyznam jednak, że interesuje mnie ta dyskusja. Bardzo poruszyła mnie wydana niedawno książka Williama MacAskilla What We Owe the Future (Co jesteśmy winni przyszłości), poświęcona myśleniu w perspektywie długoterminowej. Sam Harris powiedział też kiedyś coś mądrego na ten temat. Jest bardzo zaniepokojony rozwojem sztucznej inteligencji i tym, co się stanie, gdy będzie ona mądrzejsza od nas. Powiedział, że ludzie nie martwią się tym tak bardzo, ponieważ ten aspekt futurologii jest w pewnym sensie ekscytujący, ma wymiar rozrywkowy. Niektóre z zagrożeń wzbudzają w nas niepokój i strach, a inne narracyjnie nas uwodzą. Nie mamy tendencji do myślenia o takich niebezpieczeństwach jak ptasia grypa, katastrofalne zmiany klimatyczne czy nanoboty w ten sam sposób, w jaki myślimy o codziennych troskach, takich jak wzrost cen paliwa czy brak pieniędzy na własny dom.
Uważam, że katastroficzne scenariusze wymagają pewnego poziomu abstrakcji, który zazwyczaj powstrzymuje większość z nas od odczuwania towarzyszących im emocji.
Z tego powodu nie martwimy się nimi tak bardzo, jak powinniśmy. Często wyśmiewamy też tych, którzy traktują je poważnie.
Rozważania o przyjemności i cierpieniu prowadzą Pana do wniosków dotyczących poczucia sensu i życiowych celów. Wydaje się, że poszukiwanie sensu to spoiwo, które łączy oba typy doznań i decyduje o wartości ich relacji, utrzymywaniu ich w równowadze. Do jakiego stopnia jest to kwestia dojrzewania, zdobywania doświadczenia z wiekiem, a na ile dynamika tej relacji między cierpieniem a przyjemnością jest czymś, co rozumiemy intuicyjnie, co jest częścią natury ludzkiej?
Standardowa odpowiedź psychologa brzmi: jedno i drugie. Myślę, że wszędzie na świecie ludzie są pluralistami motywacyjnymi. Jednocześnie istnieje jednak duże zróżnicowanie. Jedni świadomie chcą być hedonistami i unikają innych motywacji. Inni decydują się na cierpienia, dużo poświęcają, bo kierują się wyższymi celami. Z jednej strony są ludzie, na których możemy patrzeć jak na świętych lub bohaterów, którzy ryzykują więzienie, tortury lub śmierć, aby zrobić to, co uważają za słuszne. Z drugiej strony spotkałem kilka osób, które przynajmniej deklaratywnie są czystymi hedonistami, całkowicie nastawionymi na przyjemność.
Badania Mihálya Csíkszentmihályiego dotyczące doświadczeń ludzi osiągających stan przepływu wykazały, że niektórzy doznają tego stanu bardzo często. Sportowcy, muzycy, pisarze każdego dnia się w nim znajdowali. Inni w ogóle go nie zaznali. Właściwą równowagę między wszystkimi tymi doświadczeniami każdy musi odkryć dla siebie sam. Nie powiem Panu, że dobre życie to 45% przyjemności, 38% moralności itd. Każdy osiąga jakiś rodzaj równowagi co do tego, co chce postawić na pierwszym miejscu, ale to w dużej mierze kwestia wyboru.
Jaka jest najlepsza droga do osiągnięcia tej równowagi?
Warto podkreślić, że niektórzy ludzie mają złe wyobrażenie o tym, co tak naprawdę nimi kieruje. Poznanie niektórych idei zawartych w mojej książce i innych książkach o podobnej tematyce może pomóc nam wszystkim lepiej to zrozumieć i uczynić nasze życie bogatszym.
Przytoczę na ten temat osobistą historię. Książkę Mihálya Csíkszentmihályiego o przepływie przeczytałem, kiedy byłem znacznie młodszy. Było to dla mnie prawdziwie objawienie. Wcześniej myślałem – jak większość ludzi – że prawdziwa zabawa to wakacje i imprezy. Csíkszentmihályi pokazał mi, że prawdziwie satysfakcjonujące są w życiu te chwile, kiedy całkowicie pochłania mnie jakieś zajęcie. Szybko zorientowałem się, że ma rację, i postanowiłem włożyć więcej energii w aktywności, które pozwalały mi osiągać stan przepływu. Dlatego warto wzbogacić swoją wyobraźnię o wiele różnych przykładów dobrze przeżytego życia. W tym o te, które wymagają wyrzeczeń, wysiłku, cierpienia. Być może po ich przemyśleniu postanowimy zmienić własne życie. Nie sądzę, by istniała jakaś ostateczna, rozstrzygająca odpowiedź na pytania, które stawia przed nami kondycja ludzka. Uważam, że życie można przeżywać wartościowo na różne sposoby. Poszukiwanie sensu nigdy się nie skończy i nigdy nie wyczerpie się złożoność ani różnorodność doświadczeń, które mogą wzbogacić nasze życie.
Paul Bloom
Psycholog, profesor na Uniwersytecie Yale, badacz m.in. moralności i religijności u dzieci. Jego ostatnia książka Złoty środek. O przyjemnościach cierpienia i poszukiwaniu sensu ukazała się właśnie nakładem Copernicus Center Press