Subskrybuj
Thomas Piketty fot. The Asahi Shimbun / Getty
Dr nauk politycznych, adiunkt w Instytucie Zdrowia Publicznego UJ CM. W 2020 r. opublikował książkę pt. Wszechstronniczość. O deliberacji w polityce zdrowotnej z uwzględnieniem emocji, interesów własnych i wiedzy eksperckiej. Zajmuje się też popularyzacją badań...

Równość i jej wrogowie

<em>Kapitał w XXI wieku</em> uczynił Piketty’ego jednym z najbardziej znanych ekonomistów na świecie, a wręcz jednym z najpopularniejszych współczesnych intelektualistów. Czego dowiadujemy się z jego nowej, monumentalnej pracy <em>Kapitał i ideologia</em>?

Francuz Thomas Piketty jest chyba najbardziej rozpoznawalnym ekonomistą nowej fali. Wpisuje się w coraz bujniej rozwijający się nurt badaczy odchodzących od neoklasycznej odmiany ekonomii; tej, która do niedawna dominowała w ramach neoliberalnego modelu gospodarczego, a która – razem z tym porządkiem – jest coraz bardziej poturbowana w konfrontacji z rzeczywistością późnego kapitalizmu. Naczelnym punktem krytyki szkoły neoklasycznej jest jej nadmierna teoretyczność, fetysz modeli, oderwanie od empirycznej rzeczywistości, a często nawet dogmatyzm. Do tej krytyki włącza się m.in. południowokoreański ekonomista Ha-Joon Chang ze swoją książką 23 rzeczy, których nie mówią Ci o kapitalizmie. Zarówno on, jak i Piketty podkreślają, że ekonomia jest nauką społeczną, a nie jedynie zmatematyzowaną nauką ścisłą, jak życzyliby sobie rzecznicy neoliberalizmu. W rewizji zastanych dogmatów ekonomii obaj wskazują, że dla realnego zrozumienia gospodarek i procesów w nich zachodzących konieczna jest analiza empiryczna, a w szczególności badania historyczne.

Piketty zasłynął opasłym tomiszczem pt. Kapitał w XXI wieku omawiającym wyniki jego szerokich badań nad współczesnymi nierównościami dochodowymi. Książka opublikowana została po francusku w 2013 r. – gdy świeże były jeszcze wspomnienia kryzysu 2008 r. – i błyskawicznie zyskała światowy rozgłos. Główna teza Kapitału… była następująca: w obecnym stuleciu wróciliśmy do nierówności społeczno-ekonomicznych z przedednia I wojny światowej albo wielkiego kryzysu. Zaprzepaściliśmy dekady socjaldemokratycznego dorobku powojennych Europy i Ameryki, a nawet i krajów globalnego Południa. Jak tak dalej pójdzie, nasze społeczeństwa rozerwane zostaną niepokojami społecznymi i waśniami politycznymi.

Piketty stał się nieformalnym liderem tego nurtu ekonomii, który walczy o istotne zmiany obowiązującego na świecie modelu gospodarczego. Popularność Francuza jest o tyle uzasadniona, że jego słynna książka – choć przytłaczająca rozmiarem i zakresem – ma w sobie to coś, co jest istotne dla pobudzenia wyobraźni w stronę zmiany. Piketty łączy empiryczną ekonomię – dane wydobyte z dostępnych zasobów – z narracją: nadającą kontekst, ale też prezentującą alternatywy. Zjawiska gospodarcze, które opisuje, dobrze umiejscawia w czasie, a nawet pokazuje ich ślad w dziełach klasyków literatury. I tak swoje kluczowe rozważania na temat inflacji w XIX w. Piketty w fantastyczny sposób ilustruje przykładami z powieści Jane Austen czy Honoré de Balzaca.

Ten właśnie sznyt do budowania opartej na dowodach narracji – wyjaśniającej i budującej wizję potencjalnych możliwości – kontynuuje francuski ekonomista w jeszcze większej książce pt. Kapitał i ideologia (przygotowywanej właśnie do wydania w Polsce, w tłumaczeniu Beaty Geppert.

Co służy postępowi?

Cel kolejnej „cegły” Piketty’ego stanowi omówienie, jak szerokie przemiany ideowe czy dyskursywne w historii przekładały się na realne przemiany ekonomiczne i  polityczne. I jak to się ma dla naszych przyszłych perspektyw. Podstawowa teza książki jest następująca: postępowi służą walka o równość i edukację, a nie usprawiedliwianie nierówności, choćby najbardziej progresywnymi argumentami.

Autor pisze: „Nierówność nie ma charakteru ani ekonomicznego, ani technologicznego; jest ideologiczna i polityczna. Bez wątpienia to najbardziej uderzający wniosek z  podejścia historycznego, które stosuję w książce. (…) Wszystkie te społeczne i historyczne konstrukcje są zależne całkowicie od prawnych, fiskalnych, edukacyjnych i politycznych systemów, które ludzie zdecydowali się przyjąć, i od ram pojęciowych, na których używanie się zdecydowali. Te decyzje kształtują przyjęte w każdym społeczeństwie koncepcje społecznej sprawiedliwości i ekonomicznej uczciwości oraz relatywna polityczna i ideologiczna władza rywalizujących grup i dyskursów. Co ważne, ta relatywna władza nie ma charakteru wyłącznie materialnego; jest również intelektualna i ideologiczna. Innymi słowy, idee i ideologie liczą się w historii. Pozwalają nam wyobrazić sobie nowe światy i  inne typy społeczeństwa. Wiele dróg jest możliwych” (s. 19).

Piketty stosuje tu termin „reżim nierówności” jako zespół dyskursów i instytucji służących do usprawiedliwienia społecznych i politycznych nierówności danego społeczeństwa. Teza, że postęp społeczny bierze się ze zwalczania nierówności, jest udowadniana z większą lub mniejszą skrupulatnością przez szereg arcyciekawych przykładów historycznych (niektóre omówię nieco dalej). Niebywale cenne jest tu demontowanie starych narracji o  historii ekonomicznej świata – narracji nader często usprawiedliwiających nierówności (choćby w wariancie kolonialnym czy niewolniczym).

Książka Piketty’ego ma też wymiar prospektywny, postulatywny. Wzorcem, z którym autor sympatyzuje, jest nowy partycypacyjny socjalizm i społeczny federalizm (elementy demokracji transnarodowej). Cel książki stanowi więc – dzięki historycznej perspektywie i dekonstrukcji „reżimów nierówności” – wyobrażenie sobie innego systemu ekonomicznego wykraczającego poza ograniczenia współczesnej ideologii.

Dla jasności: Piketty nie używa terminu „ideologia” pejoratywnie, ale deskryptywnie. Spośród ideologii wyróżnia sześć historycznie istotnych typów czy kategorii ideologii uzasadniających nierówności:

  1. proprietarianizm (ustrój właścicielski),
  2. socjaldemokracja,
  3. komunizm,
  4. trifunkcjonalizm (średniowieczny ustrój stanowy),
  5. ustrój niewolniczy,
  6. kolonializm.

Każda z nich ma jakieś elementy budowania sprawiedliwości społecznej (czy jej pozorów) i każda jakoś usprawiedliwia nierówności w swoim obrębie. O ile Piketty dużo miejsca poświęca krytyce tych ideologii, które wpisują się w neoliberalizm, o tyle nie zapomina też o tych zmierzających do egalitaryzmu, a w istocie wciąż mających aspekty usprawiedliwiania nierówności. Na przykład tradycyjnej socjaldemokracji Piketty wytyka brak uporania się z kwestiami niesprawiedliwości rasowej i międzynarodowej – wciąż silny egoizm narodowy i brak podatków na poziomie transnarodowym.

Dla Piketty’ego ideologie reżimów stanowią mechanizm konstruowania faktów.

Fakty są bowiem społecznie konstruowane w narracje (to, co dla jednej osoby jest jej zdrowym rozsądkiem, dla drugiej jest ideologią w rozumieniu pejoratywnym). To oczywiście wcale nie czyni ich bezużytecznymi. Wprost przeciwnie – narracje są podstawą naszych motywacji do działania, jednak trzeba być świadomym, jak fakty są zaangażowane ideologicznie. Zwłaszcza że ideologie mają skłonność do naturalizowania nierówności, które są sztucznie, systemowo generowane. I na ten problem ideologicznej naturalizacji zjawisk będących artefaktami musimy uważać.

Nieoczekiwana ciągłość

Same omówienia poszczególnych systemów są zaskakująco zniuansowane, szczególnie z perspektywy kogoś, kto niby – jako przedstawiciel francuskiej lewicy – powinien przyjmować np. perspektywę apologetyczną wobec rewolucji francuskiej. Doskonale to widać w tym, jak Piketty zestawia proprietarianizm z trifunkcjonalizmem.

Proprietarianizm (ustrój właścicielski) to ideologia świętej własności prywatnej. Kapitalizm jest industrialną formą proprietarianizmu. W najczystszej postaci proprietarianizm uzależniał prawo głosu od cenzusu majątkowego. Współczesny jego wariant, neoproprietarianizm, odchodzi od tego rodzaju ograniczenia praw politycznych, a wybiera raczej inne mechanizmy tworzenia i legitymizowania nierówności, głównie merytokratycznej hierarchii i innych uwarunkowań polityki.

Trifunkcjonalizm (ustrój stanowy) to zaś m.in. średniowieczna teoria trzech porządków właściwa dla społeczeństw stanowych. Ustanawia funkcjonalny podział społeczeństwa na stany według spełnianych przez nie zadań, np.: kler (edukacja i modły), szlachta / wojownicy (obrona) i trzeci stan (pracownicy). Specyficzne uzasadnianie nierówności jest tu takie, że każdy pełni swoją, społecznie niezbędną funkcję i z tego tytułu ma swoją godność.

I tu pojawia się chyba najbardziej kontrintuicyjna teza autora (przypominam: lewicowca). Na podstawie analiz dokumentów historycznych zauważa Piketty, że ancien régime cechowały… mniej drastyczne nierówności ekonomiczne niż społeczeństwo francuskie w 1914 r. Wynikało to z tego, że stanowe społeczeństwo francuskie miało, paradoksalnie, więcej – niż to ściśle właścicielskie – mechanizmów łagodzenia biedy.

###banner###

Piketty poświęca sporo uwagi zastawieniu ideologii właścicielskiej z tą stanową. W arcyciekawy sposób pokazuje, gdzie między nimi jest ciągłość, a gdzie wyraźne zerwanie. Ze swoimi rozważaniami historycznymi wpisuje się w dyskusje filozofów polityki, takich jak Eric Voegelin, Leo Strauss czy Charles Taylor, o tym, do jakiego stopnia nowoczesność jest kontynuacją czy zerwaniem z wcześniejszą epoką.

W śledzeniu ewolucji systemów ekonomiczno-politycznych absolutnie fascynująca była historia kształtowania się szwedzkiej socjaldemokracji. Szwecja w połowie XIX w. była krajem drastycznych (jednych z największych w Europie) nierówności społecznych i cenzusu majątkowego – uzależnienia prawa i siły głosu od posiadanej własności. Ścisły związek między tymi dwiema kwestiami sprawił, że dla prawidłowego przydziału głosów istotne było monitorowanie sytuacji majątkowej wszystkich, a w szczególności najbogatszych – w ich własnym interesie. I oto, gdy dzięki przemianom politycznym kraj dojrzał do zmian demokratycznych (około I wojny światowej), mógł także pójść w stronę prawdziwej socjaldemokracji z progresywnymi podatkami dochodowymi. Wszystko dzięki świetnie rozwiniętemu systemowi nadzoru podatkowego, przez który najbogatsi nie ukrywali swojego realnego majątku i dało się wiarygodnie policzyć, ile powinny wynosić te podatki dla najbogatszych.

Idąc tym tropem – także po lekturze Kapitału w XXI wieku – utwierdzam się w przekonaniu, że naczelną tezą historyczną Piketty’ego jest to, że etap biopolityki czy społeczeństwa panoptycznego, a nawet dyscyplinarnego (systematyczny i skrupulatny monitoring ludności w wymiarze stanu populacji i jej sytuacji materialnej) stanowi klucz do budowania sprawiedliwego społeczeństwa.

Dzieje się tak dlatego, że umożliwia on transparencję majątkową bogatych i rządy prawa: utrudnia korupcjogenne relacje „kapitalizmu kumoterskiego” i próby ukrytego sterowania państwem przez bogaczy, ułatwia redystrybucję przez opodatkowanie. To ciekawa obserwacja niuansująca interpretację zjawiska biopolityki i – znowuż – wpisująca się w szersze debaty filozofów polityki.

Krytyka francuskiej hipokryzji

Ogromną zaletą i wartością tego tekstu jest to, że bezlitośnie kruszy on liczne zmurszałe i zupełnie mitologiczne historyczne narracje. Autor pokazuje np., jak w XVIII w. symptomem cywilizacyjnego rozwoju Europy był wzrost obciążeń podatkowych – choćby w porównaniu z Chinami i imperium otomańskim. Zauważa, że w czasach Adama Smitha więcej niż Zjednoczone Królestwo wolnego rynku – tak rekomendowanego rzekomo przez Smitha – miały Chiny.

Piketty dorzuca też swoje trzy grosze do debaty o rzekomej lewicowości faszyzmu czy nazizmu. Zauważa, że faszyści i  naziści wprowadzali działania interwencjonistyczne, ale ich polityka wcale nie prowadziła do redukcji nierówności, tylko raczej je pogłębiała. Przykładowo: Mussolini rozpoczął swoje rządy od skasowania podatków od dziedziczonych nieruchomości. Polityka Hitlera prowadziła do zwiększania zysków wielkich przemysłowców i zakładała znaczne nierówności płacy wśród robotników.

Fascynująca jest surowość Piketty’ego względem rodzimej historiografii i buńczucznego przekonania, że Francja była unikatowa w dążeniu od równości. A to szczególnie w kontekście jego obserwacji o tym, jak przez 100 lat po rewolucji francuskiej nierówności ekonomiczne wzrosły. Zauważa, że przez cały XIX w. tamtejsze elity używały egalitarystycznej mitologii rewolucji przeciw opodatkowaniu najbogatszych. Przekonywały, że zrównała ona szanse inaczej, niż się stało w krajach takich jak Zjednoczone Królestwo, które tam rzekomo były bardziej nierówne. To był oczywiście mit użyteczny dla elit i Piketty ubolewa nad tym, że pogłębiał on porażki Francji we wprowadzaniu prospołecznych reform.

Skrajnym przykładem francuskiej hipokryzji, z którą Piketty się rozprawia, jest historia Haiti. To kraj, który wyzwolił się w drodze rewolty niewolników, w okresie po rewolucji francuskiej. Ale – znowuż – Francja, nawet rewolucyjna, nie mogła się zdecydować, czy na to pozwolić, i finalnie okazała się niezupełnie zadowolona, że ktoś poważnie potraktował hasła wolności, równości i braterstwa. Nie z powodu straty terytorium (tym się specjalnie nie przejęła), ale raczej z powodu utraty majątku znacznej części francuskich elit metropolitalnych. Ostatecznie Francja – grożąc inwazją i embargiem, także dzięki nieprzychylnym reakcjom USA, bojących się podobnej rewolty u siebie (dyplomatyczne stosunki z Haiti nawiązał dopiero Lincoln) – wymusiła na Haiti spłatę długu wobec byłych posiadaczy. Cały kraj, przez ponad półtora wieku (sic!) aż do dekad po II wojnie światowej, płacił podatki, żeby spłacać dług wobec francuskich banków, które przejęły wierzytelności. Rokrocznie wynosiły ok. 15% PKB Haiti. Obciążenia te były źródłem frustracji i licznych wewnętrznych konfliktów tego kraju.

Emancypacja niewolników za odszkodowaniem dla ich byłych właścicieli – a nie samych poszkodowanych – to wzorowy przykład logiki ustroju właścicielskiego. I to nie tylko w przypadku Francji. Na podobnych zasadach niewolnictwo zniesiono w brytyjskich koloniach w 1833 r., przy czym tutaj metropolitalnych właścicieli spłacono przynajmniej z budżetu Zjednoczonego Królestwa.

Grzechy merytokracji

Piketty wprowadza też mnóstwo rozważań ważnych dla strategii lewicowego działania politycznego. Jednym z silniej obecnych w książce wątków jest szukanie przyczyn odwrócenia się od lewicy klasy ludowej (fr. classe populaire – czyli tej najniżej sytuowanej względem elit i klasy średniej). Piketty pokazuje powiązanie losów systemu edukacyjnego w ostatnich dekadach ze wzrostem nierówności od lat 80. I tu – znów obalając mity o wyjątkowości Francji – podaje wiele negatywnych przykładów z tego kraju. Stagnacja wydatków na edukację (nawet pomimo wzrostu jej powszechności) przełożyła się na mniejsze wsparcie dla uczniów z rodzin biedniejszych, a w konsekwencji – dalszy wzrost nierówności.

Efektem jest klasyczny przykład odwróconej redystrybucji: „Przyglądając się rozłożeniu środków w całym systemie edukacyjnym (na poziomie podstawowym, średnim i wyższym), widzimy, że obecny system inwestuje niemal trzy razy więcej publicznych pieniędzy w każde dziecko należące do grupy najbogatszych 10% w kategoriach wydatków edukacyjnych niż w dzieci z dolnych 50%” (s. 645).

Autor wyjaśnia: „Trzeba powiedzieć, że jest mnóstwo hipokryzji w tym obszarze. We Francji i wielu innych państwach dodatkowe fundusze przeznacza się rzekomo dla obszarów i szkół społecznie zaniedbanych. W rzeczywistości, jak widzieliśmy wcześniej, to zamożne szkoły czerpią korzyści z posiadania najbardziej wykształconych i doświadczonych oraz najlepiej opłaconych nauczycieli, i to z pewnością liczy się bardziej niż skromne, dodatkowe fundusze przekazywane początkującym i kontraktowym nauczycielom, którzy pracują w zaniedbanych szkołach” (s. 849). Potwierdza to wrażenie niektórych, że – przez elitystyczne skrzywienie – twardym elektoratem lewicy stał się ten typ ludzi, którzy może i kiedyś sobie popracowali na zmywaku, żeby dorobić w wakacje, ale generalnie są raczej beneficjentami systemu publicznych grantów i stypendiów, a jednocześnie nierzadko pogardzają drobnymi przedsiębiorcami jako kułakami i protekcjonalnie odnoszą się do „zaściankowej” klasy pracującej. Liczni przedstawiciele – używając formuły Piketty’ego – bramińskiej („kawiorowej”) lewicy zapomnieli, że wybierając zasady merytokracji, usprawiedliwiają to, przeciw czemu lewica stanowczo powinna występować: nierówności.

Piketty, demontując ideologie usprawiedliwiające nierówności, pokazuje, jak klasyczny wariant merytokracji – tj. stromej hierarchii opartej na edukacji – został stworzony jeszcze w XIX w. przez arystokrację do wzmocnienia ustroju właścicielskiego.

Między innymi dlatego Piketty jest sceptyczny względem wbudowywania merytokracji do narracji lewicowych, co było istotnym komponentem socjaldemokracji szczególnie w latach 90. XX w.

Kluczowe zdaniem Piketty’ego jest to, że socjaldemokratyczna lewica przyjęła ideologię merytokracji jako dla siebie integralną. Dla bramińskiej lewicy merytokratyczny system („wyższy poziom wykształcenia, więcej grantów itp. = więcej pieniędzy”) jest jedynym słusznym systemem awansu społecznego. Lewica bramińska wpisała się doskonale w ten mechanizm i stała się jego beneficjentem.

I tak powstał zdaniem Piketty’ego istniejący do dziś niepisany sojusz miedzy bramińską lewicą i kupiecką prawicą (merchant right). Bramińska lewica pozycję społeczno-ekonomiczną identyfikuje z wyższym poziomem wykształcenia, z testami i systemami grantowymi oraz stypendiami finansowanymi z publicznych pieniędzy. Reprezentuje więc klasyczny, edukacjonistyczny wariant merytokracji. Kupiecka prawica pozycję społeczno-ekonomiczną uzależnia zaś od sukcesu w przedsiębiorczości i uzyskanego zysku. Poniekąd to też postawa merytokratyczna, zorientowana na zasługi, ale taka, w jakiej „testem” jest rynkowy sukces, a „zasługą” popyt na to, co się dostarcza.

Oba te warianty merytokracji w rzeczywistości się przeplatają i uzupełniają. Testokracja jest częścią selekcji do biznesu i sukcesu rynkowego. O tym, że merytokracja – wbrew powszechnie panującemu przekonaniu – jest systemem de facto patogennym, pisałem już w „Znaku” przy okazji książki Michaela Sandela Tyrania merytokracji (nr 796, wrzesień 2021 r.). Piketty uzupełnia tę krytykę o dodatkowy ekonomiczno-polityczny kontekst: merytokracja stała się systemem legitymizującym ustrój neowłaścicielski z jego nierównościami. Merytokracja (przez pojęcia cnoty, zasługi, osobistej odpowiedzialności) pozwala bowiem obwiniać samych biednych za to, że są biedni, i wpaja w nich poczucie niższości – że nie zasłużyli na więcej.

Demokratyzacja pracy, edukacja i sprawiedliwość fiskalna

W odpowiedzi na te wyzwania dla postępu społecznego Piketty dość szeroko zarysowuje swoje postulaty. W swojej książce udowadnia, że gwarantem rozwoju społecznego jest nade wszystko powszechny i równy dostęp do edukacji – a nie niskie podatki czy zajadła ochrona prywatnej własności środków produkcji. Opowiada się za demokratyzacją miejsc pracy i za osłabieniem patogennej logiki ideologii właścicielskiej. Przekonuje, że zachodnie demokracje muszą w swoim obrębie rozwiązać m.in. roblem uczciwych wyborów (równego dostępu do mediów i kontrolowania lobbingu wielkich korporacji oraz wydatków na kampanie wyborcze). Domaga się wprowadzania konstytucyjnej zasady sprawiedliwości fiskalnej (fiscal justice) na wzór konstytucji niemieckiej. Proponuje mniej więcej taki zapis: „Prawo określa warunki posiadania i zachęca do dystrybucji własności, w razie potrzeby poprzez system progresywnego opodatkowania bogactwa razem z darowiznami kapitałowymi. Ogólnie, opodatkowanie powinno być rozłożone między obywateli według ich możliwości zapłacenia go. Jeśli wysokość płaconego podatku oblicza się jako odsetek od własności lub dochodu, ten odsetek nie może być niższy dla zamożniejszych obywateli niż dla tych biedniejszych. Może być większy – według zasad ustalonych w prawie” (s. 865).

Wiele z  powyższych rozwiązań – szczególnie sprawiedliwość fiskalna – nie będzie jednak możliwych bez rozwiązań na poziomie międzynarodowym. Stało się bowiem tak, że neoliberalna jednomyślność – nawet w samej Unii Europejskiej – doprowadziła do tzw. fiscal dumping, czyli ścigania się krajów w obniżaniu i regresywności podatków. Wolny rynek kapitału wygenerował preferencyjne płaskie podatki.

Piketty zwraca uwagę na zdumiewający fakt, że w erze big data statystyki bogactwa… są coraz bardziej dziurawe. Ideologię nowego ustroju właścicielskiego od lat 80. obarcza winą za demontaż rzetelnego nadzoru i drastyczne zmniejszenie transparencji w obszarze globalnych przepływów kapitału. Teraz mnóstwo istniejących statystyk opiera się na ankietach polegających na dobrowolnej samodeklaracji. Statystyki dotyczące dochodów, podatków i zasobów pogarszają się, zamiast się polepszać.

Zdaniem Piketty’ego potrzebna jest nowa „transnarodowa teoria demokracji oparta na socjaldemokratycznym federalizmie i konstruowaniu norm sprawiedliwości społeczno-gospodarczej na poziomie regionalnym i  ostatecznie globalnym. To zadanie nie jest proste, ale niewiele jest innych opcji” (s. 535).

Nie dziwi, że francuski ekonomista najbardziej przestrzega przed natywistycznym populizmem (choćby miał lewicowe akcenty). Wszystko dlatego, że nie da się realizować sprawiedliwości fiskalnej bez międzynarodowej współpracy. Nacjonalizmy zawsze będą musiały oddać się rywalizacji na niskie podatki. Przykładowo, separatyzm kataloński jest związany z bogactwem tego regionu i niechęcią do „janosikowego”, czyli dzielenia się z innymi regionami Hiszpanii.

Przy współczesnej sytuacji autor rekomenduje podatek od wynoszenia kapitału z  kraju (exit tax) – by zwalczać unikanie podatków i zwracać wspólnocie koszty dóbr, które ta wspólnota wręczyła osobom, które dzięki nim się wzbogaciły.

Jednak docelowo Piketty nawołuje do transnarodowej demokracji w wymiarze opodatkowania i nadzoru nad kapitałem. Postuluje, żeby każdy bogaty kraj przeznaczał 1% PKB na pomoc rozwojową. Byłoby to ukierunkowane także na redukcję globalnej migracji i drenażu mózgów z krajów globalnego Południa – jako gest solidarności, a może i dziejowej sprawiedliwości.

***

Kapitał i ideologia jest kolejną ogromną „cegłą” Piketty’ego. Jeszcze większą niż Kapitał w XXI wieku – ponad 1000 stron lub prawie 50 h audiobooka. Jest chyba sprawniej napisana niż tamta, choć wciąż za duża, żeby być dostatecznie przystępną (i nieirytującą dla ogromnej rzeszy bardziej lub mniej życzliwych czytelników). Na pewno jest to praca ciekawa, wręcz fascynująca. Problemem są raczej struktura i rozmiar: to książka ogromna i czasem łatwo zgubić się w tym, do czego zmierza.

A mimo to – a może przede wszystkim dlatego – uważam, że absolutnie warto po nią sięgnąć. Choćby porcjami, bez trzymania się porządku całości. Książka jest kopalnią arcyciekawej wiedzy z pogranicza historii ekonomii i systemów politycznych. Ale jej istotą nie są wcale przyczynkarskie dyskusje o detalach systemów ekonomicznych, które głównie skupiały uwagę polskich komentatorów w momencie jej wydania jakiś czas temu.

Za rozmiar dzieła Piketty’ego odpowiada m.in. to, że autor robi przegląd i porównanie wielu systemów ekonomiczno-politycznych: na całym świecie, dla wielu cywilizacji, kultur i na przestrzeni wieków. Sprawia to czasem wrażenie analizy zbyt pobieżnej, jednak w ramach obranego tu celu raczej wystarczającej. W tym sensie książka ta spokojnie mogłaby zostać uznana za lekturę uzupełniającą do podręczników historii politycznej i ekonomicznej czy teorii polityki. A niektóre jej rozdziały powinny być czytane na zajęciach z tych przedmiotów. Nade wszystko jednak jest to lektura obowiązkowa dla wszystkich, którzy chcą poważnie rozmawiać o politykach gospodarczych, o losach naszych systemów ekonomicznych i o tym, czy wymagają one zmian, a jeśli tak, to jakich.


Thomas Piketty

Capital and Ideology

transl. A. Goldhammer, The Belknap Press of Harvard University Press 2020, s. 1104

Artykuł pojawił się w numerze: Uchodźców w dom przyjąć