Subskrybuj
Ireneusz Kania (fot. Grzegorz Kozakiewicz / Forum)
Ireneusz Kania (fot. Grzegorz Kozakiewicz / Forum)
Redaktor miesięcznika „Znak”, dr nauk społecznych, tłumacz i popularyzator współczesnej włoskiej filozofii politycznej.

Serdeczność dla wszystkich istot. Ostatnia rozmowa z Ireneuszem Kanią

Nasz świat, wszystko, co żyje, istnieje dzięki zabijaniu. Otóż dla mnie zabijanie nie jest rzeczą obojętną wpisaną w obiektywną strukturę wszechświata, jak spokojnie przyjmują to Chińczycy. Mnie się to nie podoba, nie godzę się z tym.

Kiedy po raz pierwszy zetknął się Pan z kulturą Wschodu?

W dzieciństwie. Zaczęło się od znaczków. Widział Pan znaczki w starym stylu? Takie, powiedzmy, sprzed 100–150 lat?

Chyba nie.

To były dzieła sztuki tworzone przez wybitnych artystów. W Polsce zajmował się tym np. rytownik Czesław Słania. Znaczki to były pierwociny mojej wiedzy o świecie, bo niczego innego nie było.

Urodził się Pan w trakcie wojny w Wieluniu, pierwszym mieście zaatakowanym przez Niemców.

To był nalot terrorystyczny, porównywalny do tego w Guernice w Hiszpanii, bez jakiegokolwiek konkretnego powodu i bez aktu wypowiedzenia wojny. Niektóre szacunki mówią, że w nalocie zginęło prawie 2 tys. osób, więc miasto straciło 1/5 ludności w pół godziny. Zbierałem znaczki, bo nie było żadnego życia kulturalnego. Wymienialiśmy się lub handlowaliśmy znaczkami z rówieśnikami. One stanowiły okienka wglądu w inne światy.

Umiał Pan już wtedy czytać i pisać? Owszem, sam się nauczyłem. Miałem znaczki wschodnie, np. arabskie, indyjskie i chińskie, a na nich były rozmaite alfabety – potrafiłem je rozróżniać. Zdarzało…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Cieszyć się kruchością życia