Kiedy po raz pierwszy zetknął się Pan z kulturą Wschodu?
W dzieciństwie. Zaczęło się od znaczków. Widział Pan znaczki w starym stylu? Takie, powiedzmy, sprzed 100–150 lat?
Chyba nie.
To były dzieła sztuki tworzone przez wybitnych artystów. W Polsce zajmował się tym np. rytownik Czesław Słania. Znaczki to były pierwociny mojej wiedzy o świecie, bo niczego innego nie było.
Urodził się Pan w trakcie wojny w Wieluniu, pierwszym mieście zaatakowanym przez Niemców.
To był nalot terrorystyczny, porównywalny do tego w Guernice w Hiszpanii, bez jakiegokolwiek konkretnego powodu i bez aktu wypowiedzenia wojny. Niektóre szacunki mówią, że w nalocie zginęło prawie 2 tys. osób, więc miasto straciło 1/5 ludności w pół godziny. Zbierałem znaczki, bo nie było żadnego życia kulturalnego. Wymienialiśmy się lub handlowaliśmy znaczkami z rówieśnikami. One stanowiły okienka wglądu w inne światy.
Umiał Pan już wtedy czytać i pisać? Owszem, sam się nauczyłem. Miałem znaczki wschodnie, np. arabskie, indyjskie i chińskie, a na nich były rozmaite alfabety – potrafiłem je rozróżniać. Zdarzało…