Subskrybuj
Olga Boznańska w pracowni w domu przy ul. Wolskiej 21 (obecnie: Piłsudskiego) w Krakowie, lata 20. XX w. fot. Muzeum Narodowe w Warszawie
Olga Boznańska w pracowni w domu przy ul. Wolskiej 21 (obecnie: Piłsudskiego) w Krakowie, lata 20. XX w. fot. Muzeum Narodowe w Warszawie
Historyczka sztuki, przez wiele lat związana z „Gazetą Wyborczą”, obecnie pracuje w Muzeum Narodowym w Krakowie. Autorka m.in. książki Najdroższa. Podwójne życie Damy z gronostajem (2019).

Smutek mistrzyni

Boznańska jest chyba najpopularniejszą polską artystką. Namalowała ponad 800 obrazów, poświęcono jej wiele wystaw i książek. Kim była naprawdę? Zgorzkniałą starą panną, dziwaczką i ekscentryczką żyjącą wśród myszy i innych zwierząt? A może genialną i pewną siebie artystką, uroczą i towarzyską damą?

Olga Boznańska, choć była już w okresie swej starości, stanowiła milczące tajemnicze zjawisko bardzo interesujące na tle ogromnego a ponurego atelier, zawalonego ramami, szkicami i zaczętymi płótnami, między którymi przemykały się oswojone białe myszki. Niedaleko od okna stały główne sztalugi, na których od wielu tygodni Boznańska wykończała jakąś nature mort. W niebieskim kitlu zapiętym pod szyję, o woskowej cerze, uduchowionych rysach, wyglądała niby posąg wyjęty na chwilę z ciemności piramidy. Głęboko zapadłe, silnie zapigmentowane czarne oczy jarzyły się ukrytą satyrą. Wieczny papieros w pasemkach ust, na głowie olbrzymi, sinoczarny wał włosów wysoko w kok zaczesanych. Malowała powoli, a portrety robiła wprost latami. Model się zestarzał, wyłysiał, ożenił, schudł, musiał pozować, chciał czy nie chciał, chyba że umarł”.

Tak o Oldze Boznańskiej nie bez złośliwości pisała młodsza o 26 lat Zofia Stryjeńska. Obie pochodziły z Krakowa, obie ciężko pracowały na sukces. Stryjeńska przyjechała na kilka miesięcy do Paryża i poznała Boznańską w jej pracowni prawdopodobnie w 1920 r. Miała wtedy 29 lat, w Polsce zdobywała uznanie, namaszczano ją na „polskiego malarza rzeczy polskich”, 55-letnia Boznańska wydała jej się staruszką, ekscentryczką i dziwaczką. Ale wówczas to autorka Dziewczynki z chryzantemami odnosiła największe sukcesy w Europie i Ameryce, zdobywała międzynarodowe medale i nagrody, zbierała pochwały wymagających krytyków, jak Apollinaire, wystawiała na całym świecie, m.in. na salonach paryskich i na Biennale Sztuki w Wenecji, w towarzystwie takich artystów jak Monet, Vuillard, Bonnard, Cézanne, Gauguin, van Gogh, Pissarro, Toulouse-Lautrec. Rząd francuski kupił jej prace do państwowych muzeów, pisały o niej niemal wszystkie francuskie czasopisma. Berliński „Bazaar” zaliczył ją do 12 najlepszych malarek w Europie. Była cenioną i rozchwytywaną portrecistką.

Kiedy Boznańska miała tyle lat co Stryjeńska w chwili ich spotkania, była wytworną, pełną wdzięku, otwartą, towarzyską, modnie ubierającą się kobietą.

„Ujrzałem drobną, zgrabną postać, z małą główką, pięknie rzeźbionym profilem, zwiniętymi w węzeł włosami. Jej pełne blasku oczy spoczęły pytająco na mnie” – opisywał spotkanie z 29-letnią Olgą pewien Polak. Co ją tak zmieniło? Brak rodzinnego szczęścia – jak chcą jedni? Czy też coś, co stało się jeszcze w dzieciństwie i odcisnęło na późniejszym życiu artystki? Niektórzy sugerują, że była molestowana przez ojca. „Wydaje się, że obyczajowość tamtej epoki zamknęła usta uczestnikom wydarzeń” – pisze Joanna Sosnowska, historyczka sztuki w książce Poza kanonem. Sztuka polskich artystek 1880–1939.

Z Krakowa do Monachium

Na fotografii wykonanej w 1872 r. stoją: 36-letni Adam Gustaw Nowina Boznański, inżynier kolejowy i rzeczoznawca nieruchomości, 40-letnia Eugenie Mondant, Francuzka, dyplomowana nauczycielka, oraz ich 7-letnia córka Olga. Na fotelu siedzi młodsze dziecko – 4-letnia Iza. W tej rodzinie nie ma czułości, dotyku, kontaktu wzrokowego. Dorośli są poważni, zdystansowani, dziewczynki – smutne, zamknięte w sobie.

Olga, pod okiem matki, zręcznej rysowniczki, osoby egzaltowanej i głęboko wierzącej, rysuje od 6. roku życia. Kiedy ma 13 lat, ojciec, „głęboko kulturalny” (tak go nazywa Franciszek Ksawery Pusłowski), zabiera rodzinę na Wystawę Światową do Paryża, trzy lata później zwiedzą Światową Wystawę w Wiedniu. Tam Olga zetknie się z Infantkami Velazqueza, które zrobią na niej hipnotyczne wrażenie.

– Olgę Boznańską ukształtował jednak przede wszystkim Kraków. Właściwie była samoukiem – mówi Ewa Bobrowska, kuratorka wielkiej wystawy Olga Boznańska, która była prezentowana w 2014 r. w Muzeum Narodowym w Krakowie.

Olgę kształcił w domu m.in. uczeń Matejki Kazimierz Pochwalski. Podobnie jak inne kobiety, nie mogła w tamtym czasie studiować w Szkole Sztuk Pięknych, więc uczyła się na Wydziale Artystycznym Wyższych Kursów dla Kobiet im. Adriana Baranieckiego w Krakowie.

Od początku lepiej malowała, niż rysowała.

– Matka ją zachęcała do pracy, a ojciec zdecydował o dalszej nauce w Monachium. Nie wierzę w historię z molestowaniem. Olga miała wyjątkowe oparcie w rodzicach, dumnych z córek, poszerzających ich horyzonty. Ojciec był wręcz zakochany w córkach, stanowiły cel jego życia, utrzymywał kilka domów (Olgę w Monachium i Paryżu, Izę w Genewie i Paryżu), zabiegał o nagrody dla Olgi, używając swoich wpływów, załatwiał wystawy, dysponował jej obrazami. Nie wiemy, jakie były stosunki między rodzicami. Są przypuszczenia, że matka nie mówiła po polsku i dlatego Olga nie bywała w odpowiednim dla niej towarzystwie. Nie przekonuje mnie to. Wyjeżdżając z Krakowa, miała ok. 20 lat i umiała stosunkowo dużo: nauczyła się malować, opanowała podstawy rysunku. Znała języki obce: z siostrą korespondowała po angielsku, z matką – po francusku, niemieckim posługiwała się z  dużą wprawą, mówiła nawet po włosku. To, że ojciec puścił ją samą do Monachium, Paryża, jest niebywałe! I jeszcze ją wspierał, wierzył, że jest wielką artystką – mówi Ewa Bobrowska. W 1990 r. zrobiła wystawę Boznańskiej w Bibliotece Polskiej w Paryżu z okazji 50-lecia śmierci artystki. Od tamtej pory nie przestała się zajmować Boznańską. – Jestem nią opętana, podziwiam jakość jej twórczości. Chcę wydobyć ją z mitu samotnej starej panny otoczonej myszami w zagraconej pracowni. To wszystko jest prawdą, jednak nie do tego sprowadza się bycie artystką. Ta krucha wątła panieneczka przyjechała do Monachium, pozdobywała medale. Gdy doszła do wniosku, że Monachium jest dla niej zbyt małe, pojechała do Paryża. Dla mnie rozczulająca jest jej konsekwencja w realizacji projektu życiowego, jakim było zostanie wielkim artystą – opowiada.

Niektórzy badacze nieco inaczej postrzegają rodzinne związki Boznańskiej. Od dziecka poważna, skupiona, wyniosła z domu „nalot melancholii”, dziedzicznej choroby Boznańskich: już wtedy u matki rozpoznano początki gruźlicy, zaczęły się problemy z Izą. Matka była nadopiekuńcza i izolowała córki od rówieśników, a Olga lubiła się stroić (widać to na fotografiach z jej młodości) i chciała się bawić. Skarżyła się przyjaciółkom na brak rozrywek. Nic dziwnego, że chciała się wyrwać z domu. Ojciec twierdził, że Paryż jest demoralizujący, ale zgodził się na Monachium, które było stolicą ówczesnej artystycznej Europy, „Atenami sztuki”, jak je nazwał Maksymilian Gierymski. Przewinęli się przez nie Axentowicz, Ajdukiewicz, Chełmoński, Fałat, Aleksander i Maksymilian Gierymscy, Grottger, Juliusz i Wojciech Kossakowie, Malczewski, Matejko, Siemiradzki. Boznański znał i cenił Brandta i Wierusz-Kowalskiego. Jeździł do Monachium naradzać się z nimi w kwestii edukacji córki.

Wstęp na Akademię Sztuk Pięknych w Monachium był dla kobiet zamknięty, lecz pozostawały szkoły prywatne.

W roku 1886 Olga wyjeżdża do stolicy Bawarii (ma tyle lat co jej matka, gdy opuściła Francję dla Krakowa) i z przerwami na podróże zostanie tam do 1897 r. Uczy się najpierw w pracowni Carla Kricheldorfa (jest starszy od niej zaledwie o dwa lata!), potem przenosi się na kilka miesięcy do prywatnej szkoły Wilhelma Dürra.

Pisze, że żyła wtedy w ciągłej ekstazie. Na jednym ze zdjęć, pozując w japońskim kimonie i z parasolką, wygląda jak dziecko, na innym – z koleżankami, śliczna i uśmiechnięta, trzyma w palcach papierosa. W 1889 r. Brandt mówi, że Olga dojrzała do podjęcia własnej twórczości. Zaprzestaje dalszej nauki. Wynajmuje własną pracownię (wcześniej miała wspólne lokum z niemiecką malarką Hedwig Weiss), mieszka w pensjonacie z wiktem i opierunkiem. Matce się zwierza, przed ojcem zaś musi się tłumaczyć, to on dba o jej rachunki, sprzedaż obrazów, wakacje.

„Jednego dnia skończyło się moje Monachium. Ojciec kazał wracać do Krakowa. Mówił, że nie ma pieniędzy, żeby nas, to jest Izię i mnie, trzymać za granicą. Płakałam wtedy całymi nocami, ale musiałam pogodzić się, wróciłam do Krakowa i wtedy ojciec wynajął mi pracownię na Smoleńsk. (…) Czy znałam jakichś malarzy w Krakowie? Nikogo. Ojciec nie lubił komitywy córek z mężczyznami (…)” – powie po latach. Siostry Boznańskie musiały ojca prosić o pozwolenia na wycieczki, usprawiedliwiać się  z zajęć, planów, zakupów. Mimo to Olga miała w Monachium swobodę. Obracała się wśród Polaków, przyjaźniła z Amerykankami i Niemkami. Jest trochę nieśmiała, ale lubiana, ma wdzięk i dystynkcję damy, lubi jeździć konno, prawdopodobnie gra na gitarze, bywa na koncertach, balach, maskaradach. Potrafi w swoich pracowniach stworzyć klimat, który przyciąga tłumy. Ma gości każdego dnia, po kilka godzin maluje. Na autoportrecie z tego czasu wygląda poważnie i dojrzale. Patrzy z góry świadoma swoich umiejętności.

Bezcielesne portrety

Czy to tam, w Monachium, z dala od domu, artystka zaczyna przepracowywać dziecięce traumy? Obdarza modeli własnymi przeżyciami? Zdaniem Sosnowskiej ich śladem jest kilka przejmujących portretów dziewczynek namalowanych w tym okresie. Chodzi o Dziewczynkę z chryzantemami, Imieniny babuni, Dziewczynkę ze słonecznikiem, Dziewczynkę w ogrodzie, Dziewczynkę na tle muru i W pracowni. „We wszystkich tych obrazach wyczuwalne są smutek i lęk. Dziewczynki patrzą oczami bez uśmiechu, w których czai się niepokój, lub twarz ich jest niewidoczna, sposób ujęcia postaci wskazuje na osamotnienie czy rezygnację. Najbardziej zastanawiający jest ostatni z wymienionych obrazów. W ciemnym wnętrzu stoi oparta o otwarte drzwi mała dziewczynka w ciemnej sukience z białym żabocikiem i czerwoną przepaską w rozpuszczonych, ciemnych włosach. Ręce ma założone za siebie. Dziewczynka stoi w drzwiach, wyraźnie zatrzymała się, bada spojrzeniem przestrzeń przed sobą – pokój zastawiony obrazami, nie weszła jeszcze w pełni do świata sztuki, może waha się, czeka, narasta w niej smutek i niepokój. Czy jest to pracownia Boznańskiej? Zapewne tak, sugeruje to obraz widoczny z lewej strony. Kim jest dziewczynka, nie wiadomo. Czy jest nią sama artystka, która nigdy nie stała się kobietą? Obok tej umownie określonej tajemnicy kryjącej się w życiu i sztuce artystki jest jeszcze z nią związany lub z niej wynikający pewien szczególny rys tego malarstwa, charakteryzujący całą dojrzałą twórczość Boznańskiej. Jest nim »brak ciała«. (…) Brak w jej obrazach ciała w miejscach, gdzie zgodnie z konwencją powinno się ono – obnażone lub okryte – pojawić” – pisze Joanna Sosnowska.

Wizerunki dziewczynek niepokoiły już współczesnych Boznańskiej, choć interpretowano je inaczej.

Znany krytyk William Ritter w „Gazette des Beaux-Arts” pisał o Dziewczynce z chryzantemami: „Stworzyła ona właśnie, w portrecie jasnej dziewczynki o dziwnych niepokojących oczach, jakby kroplach atramentu, które zdają się wylewać na chorobliwie bladą twarz, współczesny ideał postaci Maeterlincka. Jest to dziecko enigmatyczne, które doprowadza do szaleństwa tych, co mu się zanadto przypatrują. Melizanda ma sześć lat i urodziła się w arystokratycznej rodzinie w jakimś wielkim współczesnym mieście – taka wydaje się ta przerażająca dziewczynka, tak jasna i biała, że budzi dreszcz”.

Bezcielesność, widmowość portretowanych przez Boznańską osób tłumaczono skupieniem się na ich psychice. Jednak zdaniem Sosnowskiej sposób przedstawiania ciała więcej mówi o autorce niż o obrazowanym modelu. Strój ukrywa ciała modeli, odkształca je. Sama Boznańska też się odcieleśniała, w miarę upływu czasu coraz bardziej rezygnując z kobiecości. Na zdjęciach i autoportretach widać tylko twarze i ręce. Ciało ukrywała w zapiętych pod samą szyję długich sukniach, pod pelerynami i nakryciami głów, twarz chowała pod grubą warstwą makijażu: bieli policzki, czerni brwi, usta podkreśla krwistą czerwienią. Ciekawe, że Olga tylko podczas studiów tworzyła szkice męskich aktów i tylko w młodości namalowała nagie modelki.

W 1894 r. na III Międzynarodowej Wystawie Sztuki w Wiedniu portret Boznańskiej przedstawiający artystę Pawła Nauena nagrodzono złotym medalem. Ten obraz stał się przełomowym dziełem w historii polskiego portretu modernistycznego, jednym z najważniejszych w twórczości artystki.

Przede wszystkim uderzają w nim twarz i dłonie. Resztę ciała osłania ciemne ubranie z wysoko podniesionym kołnierzem, które odgradza go od widza.

Jeden z krytyków monachijskich nazwał modela „dekadentem”, przykładem człowieka „schyłkowego”. Nauen oskarżył go o zniesławienie: dowodem w sądzie był portret. Recenzenta skazano i sąd zakazał od tamtej pory krytykować żyjących modeli.

Malarz Alfons Karpiński, który długo znał Boznańską, uważa, że ona z Nauenem flirtowała. Podobno pomysł portretu zrodził się po balu, gdy Nauen odprowadzał ją do pracowni i usiadł z filiżanką kawy, tak jak przyszedł, w płaszczu z podniesionym kołnierzem. Nieco inaczej po latach wspomina to Olga: „Pamiętam, było to we środę rano. Deszcz mżył, taki kapuśniaczek monachijski. Otwierają się drzwi i wchodzi z podniesionym kołnierzem wykwintny Nauen. To był mój obraz! »Niech pan tak zostanie«. Posadziłam go na kanapie w kwiaty, włożyłam do ręki filiżankę i zaczęłam malować”.

Malarz i pisarz Józef Czapski w roku 1978 we wspomnieniu o Boznańskiej napisze: „W czasie kiedy ją jeszcze spotykałem, zawsze się o tym mówiło, że ona się kochała w Niemcu, swoim profesorze Nauenie z Monachium, i że oni się mieli pobrać. Ona miała wszystko, była przecież bardzo próżna, bardzo strojnie się ubierała, suknie miała wybrane, wszystko przygotowane, miał być ślub i nagle on… umarł. Od tego czasu całe życie chodziła w sukniach sprzed 30 lat, co wyglądało nieprawdopodobnie. Mówiono o tym, że to taka jej wierność. Czy to prawda? Nie wiem”.

Chyba jednak to nieprawda. Nauen zmarł dopiero w 1932 r., a Boznańska zamknęła się w przeszłości później, niż pisze Czapski, ok. roku 1900. To wówczas jej czas i sposób ubierania się stanęły w miejscu.

Olga podawała sprzeczne informacje nie tylko na temat Nauena.

Może to był jej sposób na ochronę prywatności? Helena Blum, historyczka sztuki, kuratorka pierwszej monograficznej wystawy prac artystki i autorka monografii Olga Boznańska, poznała malarkę osobiście i podkreśla jej dyskrecję, pozwalającą sprawy osobiste zachowywać dla siebie. Nie dowiemy się więc, dlaczego Nauen zwrócił jej portret, który mu prawdopodobnie podarowała, a portret Olgi, który sam malował, zniszczył, zanim go skończył.

Prosiaczek i Maleństwo

Olga budziła w mężczyznach silne uczucia, lubiła flirtować, była zalotna i kokieteryjna. Fascynowały ich jej wdzięk, osobowość, samodzielność, talent, wrażliwość, melancholijność połączona z otwartością.

Mimo że łączono ją z różnymi adoratorami, miłością Olgi był tylko Józef Czajkowski. „Prosiaczek” – tak nazywała go przyjaciółka Boznańskiej z powodu jego wcześniejszego romansowego trybu życia. Poznają się w 1891 r. Olga wzmiankuje o nim w liście do ojca dopiero trzy lata później. Bliższa zażyłość między nimi trwała w latach 1895–1896, potem on wrócił do Krakowa. Ukrywali jakiś czas zaręczyny. Olga ma 30 lat (choć zawsze będzie sobie odejmować 5 lat) i wystawia w Monachium, Krakowie, Pradze, Warszawie, Berlinie, Wiedniu, piszą o niej i mówią na salonach. On ma 23 lata, jest zdolny, znerwicowany, brak mu pewności siebie. Boznański był przeciwny Czajkowskiemu, nie przypuszczał, że w przyszłości stanie się on ojcem polskiego designu, malarzem, architektem, pedagogiem, współautorem projektu Muzeum Techniczno-Przemysłowego w Krakowie oraz zdobywcą złotego medalu za projekt polskiego pawilonu na Międzynarodowej Wystawie Sztuki Dekoracyjnej w Paryżu w 1925 r.

Boznańska postawiła ojca przed faktem dokonanym i zaręczyła się z Czajkowskim. Tylko dlaczego nie zdecydowała się na małżeństwo? Czajkowski nie został za granicą, po studiach musiał wrócić do Krakowa, pracował w biurze architektonicznym Stryjeńskiego i Hendla. Niemal codziennie pisał listy do Złotego Maleństwa, kochanej Okruszyny. Mogłaby pojechać do niego – w 1896 r. Julian Fałat zaproponował jej objęcie katedry malarstwa na wydziale dla kobiet w Szkole Sztuk Pięknych w Krakowie. Odstraszyło ją towarzystwo. Kategorycznie odmówiła. Tłumaczyła się ojcu: „Tatuś nie ma wyobrażenia, do jakiego stopnia ludzie w Krakowie są mi antypatyczni. Gdybym musiała z obowiązku być w Krakowie, byłoby mi smutno pewnie. (…) ja nie czuję i nie czułam się zobowiązana poświęcać swego malarstwa i siebie samej dla kilku głupich panien, które z braku innego zajęcia brałyby się na kilka miesięcy do sztuki. Na to jest mi mój zawód zanadto poważny. Tatuś wie, że to moje szczęście, że innego nie pragnę na świecie, i w chwili kiedy nie będę mogła więcej malować, powinnam przestać żyć”. To ostatnie zdanie jest chyba odpowiedzią na pytanie, dlaczego Olga nie poślubiła Czajkowskiego.

Powrotem do Krakowa potwierdziłaby obiegową opinię, że „malarki to są żony dla malarzy”.

Jeszcze w 1898 r. przychodziły do Maleństwa listy pełne miłości. W 1900 r. następuje tragiczne zerwanie. Olga ma 35 lat. Czajkowski przebywa właśnie w Paryżu, oboje mieszkają w tej samej kamienicy przy rue de Vaugirard. Józef pisze w liście straszne słowa: „Uważałem Panią za tak starszą ode mnie, że nic podobnego mi się w głowie nigdy nie zrodziło. Gwałtowna tylko potrzeba od dzieciństwa zaznania jakiejś istoty, która by mnie kochała, czego nigdy dotąd nie zaznałem, i z drugiej strony to, co Pani o sobie mówiła, zrobiły (…), że doszliśmy do tego, do czego prawdopodobnie oboje doszliśmy bezwiednie, spragnieni miłości. (…) W ogóle od początku, nie zdając sobie z tego sprawy, pozycja moja wobec Pani była dziwna. Jak Pani sama silny nacisk na to zawsze kładła, nie chciała Pani być kobietą wobec mnie, a tylko człowiekiem, według Pani słów dwa razy starszym ode mnie i mającym inne absolutnie ideały, sposób myślenia, życia i pojmowania wszystkiego. Nie mogło z tego nic wyjść, to było anormalne, chore i z góry skazane na zagładę, (…) o przyjaźni mowy nie może być. Co do miłości, Pani twierdziła, że nie jest kobietą, a ja z mojej strony jako do kobiety nigdy miłości nie czułem”.

Dla Boznańskiej to tragedia. Chyba jednak nie spodziewała się takiego obrotu spraw. Z portretem Czajkowskiego nie rozstanie się do końca życia. Jeszcze długo wypytuje o niego w listach do Krakowa. Wściekły ojciec pisze półtora roku po zerwaniu, żeby nie wypytywała o smarkacza, bo dość ją i jego oszukał w różnych sprawach i okazał się bez honoru.

Trzy lata po rozstaniu z Czajkowskim Olga kupi pierwsze białe myszki, później pojawią się: pies, kanarek, świnka morska, papuga. Nawet mrówki będą w jej pracowni pod ochroną.

Barbara Smoleń, historyczka literatury, zauważa: „Bolesna identyfikacja kobiety i myszy sprawia szczególnie wstrząsające wrażenie, gdyż świadczy o stopniu (…) utożsamiania się z rolą ofiary i »bezpowrotnego sponiewierania kobiecości«”. Sosnowska pisze, że to samo można powiedzieć o Boznańskiej, dla której zwierzęta, stanowiąc przedmiot ludzkiej agresji i nienawiści, były istotami wymagającymi opieki.

Ludzie także lgnęli do Boznańskiej, ale ona nie umiała nawiązywać bliskich kontaktów. Pragnęła być szczęśliwa, a coraz głębiej odczuwała smutek. W 1903 r. napisze: „Czy są tu tacy panowie, którzy mnie kochają, ja nie wiem, wiem, że ludzie do mnie ciągną, bo wiedzą, że ich nie odepchnę, czy kobiety, czy mężczyźni. Wiedzą, że niczego od nich nie żądam i że zawsze rada będę każdemu pomóc”.

Sosnowska tak to tłumaczy: „Odgrodziła się od ludzi zasłoną dziwactw, wystrzegając się cielesnego zbliżenia. Nie pragnęła go nawet przez sztukę. Według słów znajomych Boznańskiej z okresu jej młodości uważała małżeństwo za okrucieństwo fizyczne zadawane kobietom, a do tych, które były w ciąży, czuła wstręt. (…) Nie wyszła za mąż, wypierając się swej kobiecej seksualności, która umarła wraz z jej matką. Stopniowo rezygnowała ze swego ciała, aż stało się ono nieobecne, nie było go ani pod suknią szczelnie zapiętą pod szyją, ani w zaciszu pracowni. W obrazach ukazujących wnętrza naznaczone prywatnością nikt się już nie pojawiał, stały się wizerunkiem nieobecności kogoś, kto odszedł. (…) Ciało było dla niej tabu nie do przekroczenia. W malarstwie próba usunięcia go naznaczona była stopniowym rozpadem formy, a na co dzień rodzajem presji wywieranej na własne ciało, ukryte pod sukniami, wycieńczone i zaniedbane w zdziwaczałym życiu”.

Obywatelka świata

Alicja Okońska w książce Malarki polskie napisała, że Boznańska nie osiągnęła szczęścia, lecz osiągnęła wielkość.

Olga najbardziej szczęśliwa czuła się w Monachium. Od 1893 r. brała udział w wystawach „secesji” i odtąd w Niemczech zaliczano ją do grona modernistów i nowatorów. Jej pozycja w Monachium była tak wysoka, że zrzeszenie artystów zwolniło ją z obowiązku przedstawiania prac jury. Dwa lata później w tym mieście czasowo kierowała szkołą malarską.

Od końca lat 90. XIX w. do ok. 1920 r. wykształciła własny język sztuki: malowała olejno na słabo zagruntowanej tekturze, małymi, suchymi plamkami, zróżnicowanymi w tonie i odcieniu, choć czasem wracała do płócien.

Znała twórczość Maneta, Whistlera, Carriere’a, darzyła kultem Velazqueza, podziwiała Wilhelma Leibla. Znała dobrze impresjonizm, ale impresjonistką nie była. „Ja i impresjonizm?” – powiedziała do Heleny Blum. Brała intensywny udział w życiu artystycznym Europy, chodziła na wystawy i sama wystawiała dużo, dosłownie na całym świecie.

W 1896 r. prace Boznańskiej zostały przyjęte na wystawę w Pałacu przy Polu Marsowym. Pisze do ojca: „Tatuś nic nie wie, co to dla mnie znaczy. Otwiera się nowy kraj przede mną dla mojej sztuki, kraj taki, o którym marzyłam długie lata i który w końcu zdał mi się zupełnie nieprzystępnym. (…) Stało się to, czego najwięcej pragnęłam w życiu, wystawiłam prace swoje bez protekcji na Polu Marsowym. Mogę jeszcze kiedyś o wiele lepiej malować niż dziś, większy honor już mnie nigdy spotkać nie może”.

– Ta, która nie skończyła akademii sztuki, wystawia obrazy z kolegami, którzy ją pokończyli, i zdobywa nagrody – mówi Ewa Bobrowska.

– W 1898 r. przeniosła się z Monachium do Paryża, gdzie przeżyła 42 lata. Uwielbiała Paryż, lecz nie lubiła Francuzów. Świat się zmienił z wybuchem I wojny. Olga jest we Francji, ale ma problem: jako obywatelka państwa pozostającego z nią w stanie wojny powinna wyjechać. Pankiewicz, który mieszkał na południu Francji, musiał, jako persona non grata, przekroczyć granicę hiszpańską, Muter i Makowski wyjeżdżają do Bretanii, a jedynie Boznańska dzięki znakomitym relacjom w świecie ważnych ludzi zostaje w Paryżu. Nie są jednak organizowane wystawy, rynek sztuki zamarł, pieniądze z czynszu za wynajmowaną w Krakowie rodzinną kamienicę przestały przychodzić, bowiem zamarła komunikacja bankowa. Po raz pierwszy Boznańska zmaga się z problemami finansowymi. Wystawia w Szwajcarii dzięki rozmaitej pomocy przyjaciół mieszkających w tym neutralnym kraju. Po wojnie ma zamiar wyjechać do Ameryki, ale do tego nie dojdzie. Czy dlatego, że nie chce zostawić siostry? Choć się z nią kłóciła, była z nią zżyta. Nie przeszkadzało jej to prowadzić bogatego życia towarzyskiego, bo najczęściej zaproszenia kierowane były do obu sióstr.

Iza studiowała pianistykę w konserwatorium w Lipsku, jej talent dostrzegł Paderewski. Była nadwrażliwa, nie umiała występować przed większą publicznością. Jej koncert w Krakowie skrytykował „Czas”, przeszła załamanie nerwowe i rzuciła muzykę. Potem studiowała nauki przyrodnicze w Genewie, dyplom zrobiła dopiero w 1900 r. na Sorbonie w Paryżu. Podobno była wybitną chemiczką. W młodości była zazdrosna o sukcesy Olgi. Z czasem rozwijała się u niej choroba psychiczna. W 1907 r. wpadła pod koła dorożki. Piła, brała narkotyki, leczenie nie przynosiło skutku, popełniła samobójstwo w 1934 r.

Olga pisała w jednym z listów 1906 r.: „Straszliwie smutno, że nie mam już nikogo na świecie, ojciec dzieckiem się stał, a siostra… (…) czyha na nią śmierć duchowa i wszystko bym dała, aby ją ratować… i nie mogę, jestem bezsilna, nie mogę. Czekać muszę spokojnie, aż rozum straci, a wtedy się ją zamknie między niepoczytalnymi do końca życia, jeżeli sama życia sobie wcześniej nie odbierze. Taka jedyna przyszłość dla tej istoty. Czy Pan sobie wyobraża, jak to wszystko boli!”.

Ojciec był przeciwny przenosinom Olgi do Paryża, mimo to nadal wysyłał jej pieniądze i utrzymywał Izę. Zapisał córkom znaczną gotówkę (pieniądze przepadły podczas wojny) i kamienicę w Krakowie. Do pensji córek dodawał dochody z czynszów. Mieszał się w życie Olgi, jeździł do Paryża, znał jej towarzystwo, oceniał adoratorów, karcił jej styl życia.

Pisał do Izy: „Ty, moja Iziu, masz więcej względu dla Tatusia, lecz Oluni jest rzeczą obojętną wydawać, co ma, nie oglądając się na jutro, a później kończy się na tym, że ja płacić muszę. Pojechała więc do Paryża i cóż robi? Znów maluje familię Mordantów, ich dzieci (nie wiem dlaczego), bo te obrazy znów daruje i zejdzie dwa miesiące za darmo i wyda około 600 franków, zamiast malować modela, co mogłaby sprzedać. Zastanów się więc, czy nie mam racji? Mogłaby malować martwą naturę, jeśli nie chce wydawać na modele. Znów rok zejdzie za darmo i co będzie dalej? (…) przyznam Ci się, że to mnie bardzo martwi, i dlatego byłem w opozycji ciągłej przeciwko podróży jej do Paryża. Z tego powodu przechodzi u mnie chęć pisania do niej, bo jest upartą do nieskończoności – nie chce jeść, wygląda jak trup i pytam się: jaki będzie koniec? Odpowiedź bardzo łatwa i bardzo smutna. Zabija się herbatą, papierosami i niejedzeniem”.

Do I wojny rosło powodzenie sztuki Boznańskiej w świecie. Sytuacja materialna Olgi była dobra: stać ją było na utrzymanie pracowni przy Boulevard Montparnasse i drugiej – w Krakowie – oraz coroczne wypady do stolicy Galicji.

Brała tam udział w wystawach, ale szybko uciekała do Paryża. Nie zdecydowała się wrócić do Polski na stałe, mimo że miała tam przyjaciół. Pisała do Izy o „straszliwym letargu, w jakim tkwi Kraków”, a do ojca, że to miasto zdziera całą energię i indywidualność z każdego człowieka, który tam przebywa. Początkowo jej obrazy nie były tam rozumiane. W 1887 r. pisała w liście do matki: „Nie rozumiem, dlaczego artyści (w Krakowie) uważają głowy, które posłałam, za brzydkie; prawdę mówiąc, myślę, że ich nie rozumieją (…). Myślę, że jeśli się szkice nie podobają, to może dlatego, że są trochę szarawe i nie mają kolorowości, którą lubią w Krakowie”.

Po sukcesie portretu Nauena sytuacja się zmieniła. Do Krakowa na wystawę w Towarzystwie Przyjaciół Sztuk Pięknych zaprosił ją sędziwy Henryk Rodakowski. Później wystawiała tam coraz częściej, dostała prestiżową nagrodę Akademii Umiejętności im. Probusa Barczewskiego, miała w mieście przyjaciół i klientelę.

Olga od Polaków i Francuzów wolała jednak Niemców i mimo okrucieństw I wojny światowej traktat wersalski uważała za krzywdę Niemiec. „Paskudna jest teraz Polska, bo skrzywdziła Niemców, zabierając Śląsk, Pomorze i Wielkopolskę. O ile piękniejszą była Polska, gdy była w rozbiorach i cierpiała, niż teraz, gdy prześladuje biedne Niemcy i rabuje ich ziemie, które od wieków należały do Niemiec”.

Późne lata

Wojna zmieniła życie Olgi. Dobiegała pięćdziesiątki, jej malarstwo nie było już tak atrakcyjne jak wcześniej – do głosu doszły nowe kierunki w sztuce, które jej nie interesowały. Po obejrzeniu wystawy Maurice’a de Vlamincka powiedziała, że to nie malarstwo, lecz atrament. Powojenny Paryż nie rozumiał sztuki niemodnej malarki. Rostworowska zauważa, że mężczyźni częściej widzieli w niej damę, a kobiety – dziwaczkę.

Z czasem, jak Boznańskiej przybywało lat, miała coraz większe kłopoty finansowe. Feliks „Manggha” Jasieński karcił ją, że źle prowadzi swoje interesy: rozdaje obrazy lub sprzedaje za bezcen.

Po wielkim kryzysie z końca lat 20. jej sytuacja jeszcze się pogorszyła. Amerykanie przestali przyjeżdżać do Paryża, skurczyła się liczba klientów, papiery wartościowe przepadły w czasie wojny, kamienica w Krakowie wymagała remontów. Bolały ją oczy, rozpoznano u niej początki sklerozy, cierpiała na egzemę na twarzy i artretyzm. Miała trudności z dotrzymaniem terminów zamówień, choć jeszcze odnosiła sukcesy: w 1923 r. wystawiała w Carnegie Institute w Pitts­burghu z Bonnardem, Denisem, Monetem, Signacem. W 1937 r. dostała Grand Prix za malarstwo na Światowej Wystawie w Paryżu, a największym sukcesem był pokaz jej prac na Biennale w Wenecji w 1938 r. Stawała się despotyczna, zaniedbana z braku pieniędzy, izolowała się w pracowni.

Samlicki w pamiętniku wspomina: „Pierwszy pokój był ciemną norą, założoną połamanymi meblami i pakami nie tylko swoimi, ale i zdeponowanymi. Na nich pełno było szmat i papierów. Z tego magazynu rupieci szło się po dwóch czy trzech schodkach do właściwej pracowni, która była jednocześnie mieszkaniem malarki, oświetlonym bocznymi oknami i szklanym pułapem. (…) Malowała, stojąc, lekko oparta o bardzo wysoki, prymitywny stołek malarski, tak charakterystyczny dla Paryża. Na środku stało podium, na nim krzesło barokowe o wypłowiałym, wytartym zaplecku, a za nim w podobnym stanie barokowa kanapa, pokryta starą, wyblakłą, jedwabną tkaniną w zielonkawym, ulubionym przez Boznańską kolorze. (…) W kącie pracowni wisiał większy obraz Henri Martina, który artystka dostała, a raczej zamieniła za swój portret. Pod ścianą łóżko założone stosem szmat i pościeli, obok, tuż za parawanem Steinway, na którym sama artystka grała bardzo rzadko, ale często grywali na nim różni muzycy, między innymi Rubinstein. Pod oknem dającym więcej światła stał stół zawalony gratami. Na nim maszynka spirytusowa do gotowania herbaty, pełno gazet, książek, filiżanek i wszelkiego rodzaju rupieci. (…) Podłogę zaścielały chodniki i resztki dywanów oraz szmaty niewiadomego pochodzenia i użyteczności. Tu i ówdzie tektura, kto wie, czy nie posiadająca na odwrocie jakiegoś portretu czy szkicu. Tak się zdarzyło z moim portretem. Po dłuższej przerwie w pozowaniu przychodzę raz na posiedzenie i czekam na ustawienie tekturki na sztalugach. Boznańska szuka wszędzie obrazka nadaremnie (…). Już dałem za wygraną, pewny, że nie znajdziemy, gdy przypadkiem rzucam okiem na podłogę i widzę między szmatami kawałek tektury. Podnoszę i patrzę. To właśnie mój portret. – Aha, przypominam sobie – mówi artystka – założyłam nim szparę w podłodze tymczasowo, bo nie miałam pod ręką innej tektury. Miałam ją zmienić i zapomniałam. Nic się nie stało. Umyślnie malowidło odwrócone do spodu, by się nie starło i nie zabrukało. Zupełnie w dobrym stanie”.

Olga wyprzedaje dawniejsze obrazy. Gmina Kraków nałożyła na nią podatek za położenie chodnika przy rodzinnym domu. Pokrywa go ze sprzedaży Muzeum Narodowemu w Krakowie portretu Sienkiewicza. Iza użala się, że Olga beztrosko udziela pożyczek, jednak mimo to pomaga siostrze – przez podstawione osoby kupuje jej obrazy. Na początku lat 30. Olga spędza niemal rok w Krakowie. Po powrocie do Paryża nasiliły się jej nerwowość, gwałtowność, zagubienie i bezradność. Przybyło chorób i smutków.

W 1937 r. w Warszawie zawiązał się Komitet Przyjaciół Olgi Boznańskiej.Zaczęła się publiczna dyskusja o tym, czym dysponuje Boznańska, jak się ubiera, ile ma lat i co z nią zrobić – była niezależna, uparta wręcz despotyczna, nieufna.

Jan Szymański, opiekun Olgi, radca ambasady polskiej, pod koniec jej życia pisał ciepło o jej dziwactwach: „…zawsze chodziła w sukience, którą tatuś kupił jej przed rokiem 1906. Po 30 latach dosyć się zniszczyła. Miała tren. Kiedyś wyszła ze mną na spacer w kierunku bulwaru Raspail (ja ubrany wizytowo). Koło »Coupole« wszyscy przyglądali się pannie Oldze – sukienka cała pełna była szpilek, którymi spinała rozłażący się materiał. Tren wzbijał tumany kurzu. Nagle na rogu bulwaru Monparnasse i Raspail zatrzymał się elegancki samochód, wysiadła elegancka dama i wręczyła Oldze Boznańskiej wiązankę kwiatów – była to, jak się okazało, żona jednego z ambasadorów. Gapie oniemieli”.

Za obrazy sprzedane na Biennale Sztuki w Wenecji w 1938 r. Boznańska dostała sporą sumę – 22 tys. franków – lecz niewiele to zmieniło w jej sytuacji. Artystka była bezradna finansowo. Szymański zauważył raz, jak podpalała papierosa zwiniętym banknotem tysiącfrankowym. Przy życiu trzymało ją tylko malarstwo. „W chwili kiedy nie będę mogła więcej malować, powinnam przestać żyć” – powiedziała pół wieku wcześniej. Wybuchła II wojna, obrazów nie kupowano, znajomi odchodzili, w opustoszałej pracowni pod stosami rzeczy leżały nadgryzione przez myszy obrazy. Nie zadbano, by je opisać. Do kraju dotarła fałszywa wiadomość, że Boznańska wyszła z domu i zaginęła. W rzeczywistości artystka zmarła 26 października 1940 r. w Szpitalu Sióstr Miłosierdzia na drugi dzień po przewiezieniu jej tam. Przy jej śmierci nie było nikogo.

Korzystałam m.in. z: Olga Boznańska (1865–1940), Kraków 2014 (katalog wystawy w Muzeum Narodowym); H. Blum, Olga Boznańska, Kraków 1964; J. Sosnowska, Poza kanonem. Sztuka polskich artystek 1880–1939, Warszawa 2003; M. Rostworowska, Portret za mgłą. Opowieść o Oldze Boznańskiej, Warszawa 2003; Z. Stryjeńska, Chleb prawie że powszedni. Pamiętnik, Warszawa 1995

Artykuł pojawił się w numerze: Dotknij mnie