Subskrybuj
fot. JB Autissier / Panoramic / PAP
Pisarz i redaktor. Za książkę Rzeszot (2021) otrzymał Nagrodę im. Kościelskich. Sekretarz redakcji kwartalnika „Herito”. Jesienią w Wydawnictwie Literackim ukaże się jego nowa powieść 16 na Bourbon. Mieszka w Nowej Hucie

Football Manager ratuje i niszczy życie

Dwadzieścia pięć lat, tysiące godzin. Zamiast nauczyć się w tym czasie mandaryńskiego, grałem w Football Managera. I dobrze mi z tym.

W papierowym wydaniu Miesięcznika ZNAK artykuł ukazał się pod tytułem Srebrne gody


Leżą w łóżku plecami do siebie. Ona ma skrzyżowane ręce, zerka na niego z nutą niezadowolenia i podejrzliwości na twarzy. On, w szarym podkoszulku, trzyma obie ręce na poduszce, jest wyraźnie zamyślony. W najczęściej kolportowanej wersji tego popularnego mema ona jest przekonana, że jej partner z pewnością myśli o innych kobietach, układa logistykę ognistego romansu lub pokątnej chryi, tymczasem on oddaje się rozważaniom o Cesarstwie Rzymskim, zastanawia się, czy jeśli jego syn będzie księdzem, to będzie musiał mu mówić „ojcze”, bądź oddaje się innej, równie niewinnej zabawie umysłowej. Jeśli jednak, tak jak ja, jest milenialsem, wychował się na grach komputerowych i piłce nożnej, istnieje spore prawdopodobieństwo, że snuje dalekosiężne plany: myśli o zimowym okienku transferowym, obiecujących juniorach z drużyn młodzieżowych, których będzie wprowadzał do pierwszego zespołu, o taktyce na najbliższe derby i wygasającym kontrakcie gwiazdora. Bo właśnie to przed snem zaprząta nas, maniaków piłkarskich menadżerów.

Pamiętaj, żeby pójść do pracy

Do historii przeszły dwa duety braci Collyerów: patologiczni zbieracze z Nowego Jorku, bohaterowie książki E.L. Doctorowa Homer i Langley, zrujnowali sami siebie i polegli pod zwałami nagromadzonych rupieci, oraz Paul i Oliver pochodzący ze Strefford w hrabstwie Shropshire, na zachód od Birmingham, odpowiedzialni za ruinę setek, jeśli nie tysięcy mężczyzn, ich związków i zawodowych karier. Książka o grze komputerowej, którą zmajstrowali z nudów w latach 80., nosi tytuł: Football Manager Stole My Life, fani pozostają jednak zgodni, że gra nie kradnie życia, ale może je ocalić (tym tropem poszedł też polski wydawca, tłumacząc tytuł jako Football Manager to moje życie). Football Manager to nie eskapistyczna pasja ani angażujące hobby, to nie obsesja ani uzależnienie. To po prostu druga praca.

Platforma cyfrowej dystrybucji gier Steam bezlitośnie podliczyła, że na graniu w Football Managera 2013 spędziłem 2732 godziny.

Edycja z 2020, pobrana przeze mnie pod koniec stypendium w Bratysławie, kiedy już samotność i nuda, bo ile razy można spędzać dzień na czytaniu i piciu piwa za dwa euro na kąpielisku Delfin, aż tak bardzo mnie nie wciągnęła – to nieco ponad 800 godzin. Zaczynając pierwszą powieść, usunąłem z komputera edycję z 2013. Kończąc ją, grałem już w wydanie z 2020 r. Badacze oszacowali, że nauka mandaryńskiego zajmuje od 2 do 4 tys. godzin, co oznacza, że być może istnieje gdzieś taki wszechświat, w którym robię wielkie wrażenie na mieszkańcach Shenzhen, zamawiając bez akcentu chow mein. Nie jest to jednak ten. Przez lata czułem się jak bohaterowie książki Chucka Palahniuka Potępieni, przemierzający zaświaty niczym Dante z Wergiliuszem, którzy musieli skonfrontować się z Oceanem Zmarnowanej Spermy. Przez lata wizualizowałem sobie, że po śmierci zostaną mi przez diabła o urzędniczym zacięciu zademonstrowane w Power Poincie statystyki mojego marnego żywota, smutna i skrajnie niekorzystna komparacja czasu spędzonego na zarządzaniu klubami piłkarskimi, czytaniu i nauce. Stawałem wobec tych samych pytań, z którymi dziennikarz „Guardiana” i autor wspomnianej już książki o kradzieży Ian Macintosh poszedł do psychologa: dlaczego nigdy nie spałem do trzeciej nad ranem, by napisać książkę, ale robiłem to wielokrotnie, by wyprowadzić Welling United z Konferencji Południowej? Stanąłem jednak przed lustrem, wobec prawdy, i wypowiedziałem słowa: nazywam się Bartosz Sadulski i jestem uzależniony.

Nie kupuję jednak rokrocznie nowych, zaktualizowanych wydań gry. Managery nie zabrały mi narzeczonej, chociaż po śmierci mamy to raczej w ich ramionach szukałem bezmyślnego pocieszenia. Nie straciłem przez nie pracy ani zleceń, chociaż nawet pracując nad tym tekstem, prokrastynowałem, grając w starą wersję gry, w legendarnego Championship Managera 2001/02, do którego wracam już bardziej jak do matczynego łona niż toksycznej kochanki. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że z Bordeaux zwyciężyłem Ligę Mistrzów. Wygrywałem ją już setki razy, ale pozostaję pod wrażeniem, jak bardzo ten sukces zawsze cieszy. Ostatecznie uznaję, że przez ostatnie ćwierć wieku robiłem research do tego tekstu, a mój wynik i tak nijak się ma do rekordów: Paweł Siciński z Gliwic grał w Football Managera blisko 11 tys. godzin. Jest wpisany na listę rekordów Guinnessa. Na zdjęciach ma zapadnięte policzki. Nie uśmiecha się.

Pamiętaj, żeby się myć

Zanim narodził się ten potężny pożeracz czasu o wyglądzie Excela na kwasie, na komputerze BBC Micro w przerwach między noszeniem obornika, jeżdżeniem traktorem i studiami bracia Collyer stworzyli „Grę”, jak ją nazywali między sobą. Nie chodziło o scenariusz filmu z Michaelem Douglasem ani perwersyjną zabawę z filmu Piła, lecz symulator piłkarskiego trenera czy też – jak się przyjęło nazywać go na Wyspach, gdzie przysługują mu szersze kompetencje niż w wielu innych krajach – menadżera. Zdarzyło się, że sprzęt braci został pogryziony przez kozę, ale kod gry ocalał, dzięki czemu z „Grą” mogli się zapoznać ich znajomi, którzy docenili realizm i intensywność rozgrywki. Gdy na początku lat 90. bracia zdecydowali się wysłać ją do 20 profesjonalnych wydawców, zyskała nazwę European Champions. Giganci z Electronic Arts odesłali odmowny list poplamiony herbatą. Zainteresowały się tylko dwie firmy, w tym Domark, który ostatecznie został wydawcą Championship Managera, wypuszczonego w świat 1 września 1992 r. Dobra data na premierę produktu, który najedzie niejedno męskie życie.

Piłkarskie gry menadżerskie istniały już wcześniej. Collyerowie zagrywali się Football Managerem stworzonym w 1982 r. przez Kevina Tomsa, arcysympatycznego perfekcjonistę wyglądającego na człowieka, z którym można by w pubie przegadać całą noc o finałach pucharów Anglii z lat 70. albo najlepszych skrzydłowych urodzonych na południu hrabstwa Devon, a on jeszcze nad ranem odprowadziłby was do domu, kupując po drodze butelkę mleka. Jego kudłata, uśmiechnięta głowa zdobiła pudełka z grą będącą kamieniem milowym dla gatunku. Toms pierwsze gry planszowe poświęcone piłce nożnej tworzył jako 10-latek – jako programista stawiał głównie na przyjemność i łatwość rozgrywki, a nie pełny realizm. Ten był niezwykle istotny dla Collyerów, którzy w ulotce dołączonej do egzemplarza gry wysłanego do wydawców chwalili się bazą danych zawierającą półtora tysiąca nazwisk piłkarzy. Ta baza, rozrastająca się do setek tysięcy karier, stanie się znakiem rozpoznawczym serii, swoistą encyklopedią futbolu i źródłem, z którego korzystają również ci prawdziwi piłkarscy łowcy talentów. Dała też szansę na zaistnienie setkom anonimowych graczy, którzy w tej alternatywnej rzeczywistości stali się gwiazdami światowego futbolu. Niektórzy przepadli, nie wybili się albo okazali się rozczarowaniem, ale w sercach graczy będą żyć wiecznie.

Pierwsze części Championship Managera były umiarowym sukcesem. Krytykowano toporny wygląd gry i brak animacji meczowej: zamiast symulacji gracze czytali napisy komentujące wydarzenia boiskowe – więcej do zaoferowania miała nawet gra Tomsa sprzed dekady. Sprzedaż była rozczarowująca, bracia jednak pracowali nad kolejnymi edycjami i częściami, wypuszczanymi rokrocznie. Przełomem była część trzecia.

Łagodne uzależnienie

Komputer był w moim domu od zawsze: jeszcze kiedy mieszkaliśmy w bloku przy ul. Łokietka w Brzegu, zbudowanym zresztą m.in. rękami mojego ojca, mieliśmy przerośnięty kalkulator, na którym mój starszy brat rżnął w Montezumę i Prince of Persia. Monitor Hercules wyświetlał dwa kolory: bursztynowy i ciemnobursztynowy, lecz dla wyobraźni otwierał się cały wszechświat możliwości. Dorastałem, obserwując, jak brat buduje miasta i cywilizacje w Sim City i Civilization, a z czasem wchodziłem z nim w potyczki toczone turowo w Warlords.

To, że w domu musi być komputer, stało się dla mnie tak samo oczywiste jak obecność w nim biblioteczki i wanny.

Moim drugim konikiem – lub, jak mawia babcia, zajobem – była piłka nożna. Od połowy lat 90. interesowałem się nią w sposób umiarkowanie kompulsywny, ograniczony możliwościami, a moim internetem były legendarne encyklopedie Fuji nieodżałowanego Andrzeja Gowarzewskiego. Wykuwałem je na pamięć i przeglądałem tak, jak inni sycą oczy albumami o sztuce albo ogrodach.

26 marca 1999 r. miała premierę trzecia części cyklu Championship Managera. Miałem wtedy nieco ponad 12 lat, czyli za zakonnicami nie wołałem już „zorro!”, rocznik Fuji za rok 1991 znałem na pamięć, w każdą środę w drodze do szkoły kupowałem „Piłkę Nożną”, którą następnie przed lekcjami przeglądałem na parapecie wspólnie z kolegami, a jako nagrodę w szkolnym konkursie wiedzy ogólnej wybrałem album ze zdjęciami z mistrzostw świata w 1994 r. Za pierwsze miejsce moja daleka kuzynka dostała szpetne wydanie Buszującego w zbożu, co oznacza, że być może było to później, bo jaki zboczeniec daje 12-latkom Salingera.

Recenzję gry przeczytałem zapewne w jednym z licznych czasopism, jakie wtedy wychodziły: „Cd-Action”, „Świat Gier Komputerowych”, a może „Gambler”, i od razu wiedziałem, że została stworzona dla mnie, małego Łobanowskiego z Pisarzowic, bo mieszkaliśmy już wtedy pod miastem. Był to moment w moim życiu, kiedy zapytany o to, co chcę robić w przyszłości, zupełnie serio odpowiadałem, że będę trenerem, chociaż nigdy nie rozważałem kariery sportowca. Historia zna przypadki trenerów teoretyków, jeden z nich wygrał nawet mistrzostwo świata właśnie w 1994 r., ale nie zdarza się to często. Chciałbym jednak wierzyć, że w kolejnym z alternatywnych światów zdobyłem chociaż Puchar Polski z Odrą Opole.

W słoneczne niedzielne popołudnie pojechaliśmy na giełdę komputerową na wrocławskiej politechnice, gdzie spod stołu ojciec kupił mi, najpewniej za 15 albo 20 zł, egzemplarz gry, która zawładnęła moim życiem na ćwierć wieku. Sam nie wiem, czy jestem bardziej zdziwiony czy przerażony tym, ile minęło czasu od tego popołudnia, kiedy brat pomógł mi ją zainstalować, co trwało koszmarnie długo, bo wybrałem wszystkie dostępne ligi z piętnastu krajów. Początkowa przyjemność gry była żadna, słabo rozumiałem angielskie komendy i napisy, gra muliła się zupełnie, jakby mój komputer otrzymał zadanie obliczenia pełnej liczby Pi, a całość wydawała się nadmiernie skomplikowana. Z grą oswajałem się powoli, metodą prób i błędów, a moim pierwszy transferem było sprowadzenie niesfornej i upadłej gwiazdy angielskiego futbolu, czyli Paula Gascoigne’a, do Manchesteru United. Nie pamiętam, kiedy dokładnie przepadłem. W gimnazjum i liceum uczyłem się tak źle, że miałem szlaban na komputer i telewizor, więc zacząłem więcej czytać.

Kiedy jednak szedłem poboczem kilka minut na korki z matematyki do starej matematyczki, która wówczas zdawała mi się demoniczną siostrą Euklidesa, myślałem o meczach do rozegrania i piłkarzach do kupienia. Ona nauczyła mnie mnożenia ułamków, dzięki grze znam klub z każdego europejskiego miasta, więc kiedy lecę z kimś samolotem, nierzadko każę mu czytać miasta z siatki połączeń WizzAir albo Lotu, a ja próbuję sobie udowodnić, że całe to granie nie było po nic. Na studiach nagle sam zostałem dysponentem własnego czasu i byłem chyba zbyt tym faktem przerażony, jak również zbyt zaangażowany w bycie poetą, żeby przepaść na dobre w czeluściach gry.

Mogę zrezygnować z tej gry, kiedy tylko zechcę, po prostu jeszcze nie chcę

Wcześniej grałem w piłkarskie zręcznościówki, one nudziły się dość szybko, zupełnie jakbym szukał formy, która zaspokoi nie tylko mój wieczny głód informacji, ale też potrzebę kontroli. To do niej ostatecznie wszystko się sprowadza: menadżer nie jest zwykłym czasoumilaczem, przy którym minuty łagodnie prześlizgują się przez palce, za oknem subtelnie zmieniają się pory roku, a życie jest obowiązkiem, do którego w każdej chwili można powrócić. Nie. Football Manager jest czarną dziurą, w którą wchodzisz raz, łagodnie, ale tylko po to, żeby jak w Interstellar Nolana znaleźć się nagle po drugiej stronie i pukać w regał, na którym inni ustawiająnagrody za życiowe osiągnięcia. Bezlitosność tej gry jest legendarna i anegdotyczna, nie istnieje osoba, która włączyła ją, żeby zagrać jeden mecz, i tylko ten mecz faktycznie zagrała, tak jak nie istnieje alkoholik, który wyszedł tylko na jedno piwko. Zazwyczaj wygląda to tak, że włączasz grę z zamiarem zagrania meczu, mija kilkanaście minut i nagle jest piąta rano, trzy dni później, bolą cię oczy i głowa, jesteś głodny i brudny, za to zdobyłeś Ligę Mistrzów z Hutnikiem Kraków. Jesteś szczęśliwy. I nienawidzisz siebie w tym samym czasie, jak przy każdym uzależnieniu.

Macintosh uczucie towarzyszące grze opisywał w swoim tekście dla „Guardiana” tak: „Czuję się jak bóg, siedzący na szczycie góry, spoglądający w dół na śmiertelników, którzy biegają jak mrówki, zdesperowani, by spełnić moje rozkazy, bojąc się mojego gniewu”.

Gra stała się dla mnie nieskończoną strefą komfortu, nigdy mnie nie zawiodła, bo doskonale wpisuje się w oczekiwania.

Mikael Jakobsson i T.L. Taylor w swoim tekście z 2003 r. podkreślali, że przyjemność z gry jest uzyskiwana dzięki zespoleniu immersyjności, kontroli i działania i łączeniu ich z elementami intertekstualności oraz narracji. Gry Collyerów, którzy po konflikcie z wydawcą Championship Managera założyli własne studio Sports Interactive i 20 lat temu reaktywowali serię Football Manager, były doskonałym, perfekcyjnie uzależniającym miksem.

Przyjemność z porzucenia własnej tożsamości i przyjęcia innej jest uważana za kluczową w grach cyfrowych. W przeciwieństwie jednak do wielu innych gier fantazje konstruowane w piłkarskich menadżerach są kształtowane i zasilane nie tylko przez naturę gry, ale także przez tożsamość społeczną i zainteresowania gracza poza nią: jedynie tutaj możesz sprawić, że twój lokalny klub stanie się najlepszy na świecie, a nowy stadion zostanie nazwany twoim imieniem. Jednocześnie całość jest niczym innym jak dobrą historią, którą można opowiedzieć przy piwie lub opisać, tak jak zrobili to gracze zaproszeni przez autorów książki Football Manager to moje życie.

Immersyjność Football Managera nie zasadza się na niesamowitej, realistycznej grafice, jest bowiem co najwyżej interaktywnym, gargantuicznym zbiorem danych, lecz przypomina grę w szachy lub go, gdzie gracz jest zanurzony w myśleniu i planowaniu ruchów oraz strategii: swoich oraz przeciwników, w zależności od tego, czy gra z innymi online czy przeciwko komputerowi. Niektórzy badacze sugerują, że kluczowym elementem immersji w grach jest niepewność, strach przed nieznanym, a intensywne doświadczenie rodzi się w efekcie prób przygotowania się do każdej sytuacji. Tym właśnie jest mecz piłkarski, który może potoczyć się na nieskończoną ilość sposobów, a meczów piłkarskich w sezonie rozgrywa się kilkadziesiąt. Sezon to w istocie nieustanna karuzela emocji skondensowana w kilku godzinach rozgrywki, a nie, jak w rzeczywistości, rozłożona na 10 miesięcy roku. Co więcej, przyjemność gry jest zależna od stopnia zaangażowania: im więcej czasu poświęcisz na zbudowanie swojej doskonałej drużyny, tym trudniej będzie ci ją porzucić. Potrafiłem zapomnieć, jakie studia kończyła moja dziewczyna, jednak nigdy nie zapomnę nazwisk z mojego ukochanego Rayo Vallecano, lewicowego klubiku z przedmieść Madrytu, który doprowadziłem na futbolowe szczyty. W grze czujesz się jak twórca, nie jak gracz, ale jednocześnie jej zasady są proste i klarowne. Skasowałem tamtą grę, żeby pisać powieść, lecz czasami myślę o tych wspaniałych chłopakach przed snem, czasami organizuję w mojej głowie konferencje prasowe i odpowiadam na pytania fantomowych dziennikarzy.

Lekarz, do którego poszedł Macintosh, nie potępiał go za robienie tego samego: „To immersja, która do ciebie przemawia, jest tym, co cię przyciąga do gry. Po prostu utrzymujesz sytuację przy życiu, robisz to, co musisz, aby utrzymać marzenie. Dopóki nikogo nie krzywdzisz, wszystko jest w porządku”. Znakomity dziennikarz sportowy Jonathan Wilson uważa, że dzięki grze ludzie zyskali większy wgląd w samą piłkę nożną: lepiej ją rozumieją i bardziej świadomie oglądają.

Pamiętaj, że istnieje świat zewnętrzny

W mojej rodzinie jest długa historia alkoholowa, jednak tam, gdzie mój ojciec sięgał po piwo, ja przeklikuję problem. Na tym w swojej istocie polega ta gra: na klikaniu. Po tylu latach odbywa się to automatycznie, czasami bezmyślnie, żeby tylko nie myśleć o skarbówce dyszącej nad uchem za nierozliczony podatek za 2018 r., o rozstaniu, o drugiej powieści, o rosnącej racie kredytu. Nigdy nic nie zawładnęło mną tak jak możliwość kierowania klubem piłkarskim, ale staram się już unikać nocy nieprzespanych z powodu pogoni za kolejnym trofeum czy oczekiwaniem, aż wielki talent z Ameryki Południowej osiągnie pełnoletność i będzie mógł przyjść do mojego klubu.

Statystyki i badania są zgodne, że mężczyźni są nawet trzykrotnie bardziej podatni na uzależnienia od substancji psychoaktywnych. Chłopcy są bardziej niż dziewczęta narażeni na sięganie po substancje psychoaktywne i uzależnienia behawioralne. W 2019 r. Światowa Organizacja Zdrowia uznała gaming disorderza zaburzenie zdrowia psychicznego: charakteryzuje się upośledzoną kontrolą nad grami, odsunięciem na bok innych zainteresowań i znacznym pogorszeniem funkcjonowania osobistego, rodzinnego, społecznego, edukacyjnego i / lub zawodowego przez co najmniej rok. Zaburzenie zostało dodane do Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób ICD-11 w 2022 r.

Badania z 2023 r. pokazują, że na świecie ponad 2 mld ludzi grają w gry wideo, a 3–4% graczy jest od nich uzależnionych. Znaczna większość, między 75% a 90% z nich, to mężczyźni.

Gry stały się naszą podstawową rozrywką, a Football Manager jest najbardziej męską z męskich zabaw – graczki stanowią niewielki odsetek, chociaż gra daje możliwość wybrania płci, a twórcy Football Managera zapowiedzieli, że kolejna edycja gry będzie zawierała także, po raz pierwszy, żeńskie drużyny. Odpowiedzialny w znacznej mierze za sukces gry Miles Jacobson stwierdził: „Nie da się ukryć, że obecnie istnieje szklany sufit dla kobiecej piłki nożnej i chcemy zrobić wszystko, co w naszej mocy, aby pomóc go przebić. Wierzymy w równość dla wszystkich i chcemy być częścią rozwiązania. Chcemy być częścią procesu, który stawia kobiecą piłkę nożną na równi z męską”.

Nadal jesteśmy jednak w męskiej szatni. Naukowcy uważają, że w trakcie gry u mężczyzn intensywnie aktywują się obszary mózgu w jądrze półleżącym, ciele migdałowatym i korze oczodołowo-czołowej. Są to części mózgu związane z nagrodą, to ta część naszej osobowości wygrywa Ligę Mistrzów i dlatego znane są przypadki, kiedy gracz na najważniejszy mecz sezonu wkładał garnitur. Robbie Williams był tak uzależniony, że w końcu połamał płytę z grą. Dwa dni później zamówił ją ponownie na Amazonie. Narzeczona nie była zadowolona. W 2021 r. twórcy informowali, że wszystkich części cyklu sprzedało się ponad 33 mln kopii. W tej dekadzie dojdziemy zapewne do 50 mln.

Gdy włączy się alarm przeciwpożarowy, należy opuścić budynek!

Sympatyczny bloger w moim wieku, prowadzący na YouTubie kanał FM Blog, przepadł mniej więcej w tym samym czasie co ja – w 1999 r. To oznacza, że świętujemy w tym roku srebrne gody. W jednym z filmów przyznał, że z uzależnienia pomogła mu wyjść dorosłość: etat, praca, rodzina, dziecko, pewnie pies i urząd skarbowy. U mnie jest podobnie. Nadal czasami wolę symulację od prawdziwego meczu. Myślę jednak, że gra więcej mi dała, niż zabrała. Że ostatecznie pomogła mi w chwilach, kiedy nie miałem żadnych narzędzi, żeby poradzić sobie z własnymi emocjami. Przeklikałem się przez nie, aż znalazłem wyjście. Nie wygrywałem w życiu, ale w symulacji, a emocje, które czułem, były przecież prawdziwe. Nie wiem jednak, czy napisałbym to samo, gdybym był nadal bezrobotnym freelancerem koczującym ze starym, huczącym laptopem w mieszkaniu znajomej, gdzie w szafkach wciąż znajdowałem poukrywane przez jej zmarłą matkę alkohole. Zwycięstwo na tym komputerze smakowało jednak tak samo jak to odnoszone teraz, na prężnym laptopie we własnym mieszkaniu. Wtedy jednak było jedynym, jakie miałem w zasięgu.

Dziś staram się być dobrym pracownikiem, wstaję o siódmej, wracam o osiemnastej, regularnie się myję, zapełniam lodówkę, usuwam grę, kiedy trzeba pisać. Ale czasami woła mnie, a ja ulegam, a kiedy mam wystarczająco silną wolę, żeby nie ulec, przed snem wspominam, jakim cudownym uczuciem było ściągnąć za darmo tego młodego lewego obrońcę z Lyonu. Uśmiecham się.

Śródtytuły są komentarzami Championship Managera 01/02 do zapisanych gier

Artykuł pojawił się w numerze: Pokolenie sztucznej inteligencji