Subskrybuj
Fot. Agencja Gazeta
Pisarz, krytyk literacki, eseista, historyk literatury oraz grafik. Pracownik naukowy Uniwersytetu Gdańskiego. Laureat nagrody Fundacji im. Kościelskich, Paszportu „Polityki”, Nagrody im. Ericha Brosta, Nagrody im. Andreasa Gryphiusa, Nagrody Fundacji Kultury, Nagrody Literackiej Gdynia, i innych....

Samobójstwo i polska „dziwaczność”

Polska perwersyjna „skłonność do samozniszczenia”, o której czasem się mówi i pisze, znajdowała głównie wyraz w aktach polskiej wyobraźni, spragnionej, jak każda wyobraźnia, mocnych efektów, a nie w rzeczywistych aktach samobójstw altruistycznych.

Co jakiś czas w polskich debatach powraca teza o „dziwaczności” polskiej kultury, której dowodem ma być – jak to bywa określane – „perwersyjna forma polskiego patriotyzmu, jego podążanie ku śmierci, samozniszczeniu”, szczególnie widoczna w biorącym się jeszcze z romantyzmu kulcie postaw straceńczych. Teza ta powróciła w dyskusjach nad moją najnowszą książką Oddać życie za Polskę. Samobójstwo altruistyczne w kulturze polskiej XIX wieku, tymczasem wbrew narzucającym się pozorom trzeba powiedzieć wyraźnie: w kulturze polskiej nie dominuje żadna mitologia ani praktyka samobójstwa altruistycznego, nigdy też taka mitologia ani praktyka nie była żadną, wybitnie tylko polską specjalnością, która wyróżniałaby nas spośród narodów świata.

Polskie samospalenia

Przeciwnie: mamy w tym zakresie raczej dokonania skromne, np. w porównaniu z kulturą Japonii czy – szerzej – kulturą wschodniej Azji. Słowo „kamikaze” nie jest, niestety, polskiego pochodzenia. Podobnie jak nie byli Polakami mnisi buddyjscy, którzy w latach 60. XX w. za przykładem Thich Quang Duca setkami popełniali samobójstwa altruistyczne, na ulicach miast Wietnamu Południowego, płonąc żywcem w proteście przeciwko prześladowaniu buddyzmu przez katolicki reżim Ngo Dinh Diema. Polakami nie byli także „dziwaczni” czescy chłopcy – Jan Palach, Josef Hlavatý, Evžen Plocek czy Jan Zajíc – którzy w 1969 r. na czeskich placach i ulicach dokonywali publicznych samospaleń przeciwko okupacji Czechosłowacji przez wojska Układu Warszawskiego.

Jeśli chodzi o nasze „osiągnięcia” w tym zakresie, to możemy się poszczycić co najwyżej trzema samobójcami, którzy się podpalili w politycznym proteście – pierwszy to Ryszard Siwiec, protestujący na Stadionie Dziesięciolecia przeciwko udziałowi polskiego wojska w tłumieniu Praskiej Wiosny, drugi to Piotr Szczęsny, który podpalił się przed Pałacem Kultury, protestując przeciwko rządom PiS-u. O trzecim – Walentym Badylaku – który w 1980 r. podpalił się na krakowskim Rynku w proteście przeciwko katyńskiemu kłamstwu komunistów, chyba nie pamięta dzisiaj prawie nikt poza garstką historyków. Żadna z tych osób nie stała się też w Polsce postacią kultową, którą Polacy chcieliby czcić masowo, gdy tymczasem mnichów buddyjskich – także mniszek – płonących na wietnamskich ulicach było ponad sto i otaczano ich kultem, który utrzymuje się do dzisiaj.

Polakami nie byli, niestety, także ani biblijny król Saul, który – jak mówi Biblia – przebił się mieczem po przegranej bitwie pod Gilboa, by nie dopuścić do profanacji królewskiego majestatu Izraela przez zwycięskich Filistynów, ani sławny Samson, który dokonał samobójczego ataku na Filistynów zgromadzonych w świątyni Dagona, zabijając ich parę tysięcy i ginąc przy tym jak nasz Ordon, wysadzający się w powietrze razem ze słynną redutą 54 na warszawskiej Woli.

Nie słyszałem też, by Polakiem był Leonidas, który samobójczo wystawił się na pewną śmierć w wąwozie Termopile, gdzie dopadły go watahy Kserksesa, likwidując jego samego i jego dzielnych towarzyszy.

Leonidasem, którego kult stał się ważnym elementem cywilizacji greckiej, zachwycił się Słowacki i nawet wspomniał o nim w sławnym wierszu, niemniej ów sławny bohater był królem Sparty, nie Mazowsza. Polacy zaś, jeśli o nim słyszeli, zachwycali się nim raczej od czasu do czasu. Polakiem nie był też sławny rycerz Roland, który wolał, by honorowo unicestwili go Saraceni, mimo że trąbieniem w róg mógł wezwać na pomoc przebywające w pobliżu wąwozu Roncevaux wojska Karola Wielkiego, które bez specjalnego trudu uratowałyby go z kłopotów.

Ordon, Rejtan, Wołodyjowski

Liczba samobójców altruistycznych w Polsce jest zawstydzająco skromna, jeśli chodzi o postacie, które przeszły do narodowej legendy i złocą się w panteonie polskiej kultury. Główny zresztą samobójca altruistyczny romantyzmu polskiego – por. Julian Konstanty Ordon – niestety, w rzeczywistości żadnego samobójstwa altruistycznego nie popełnił, tylko zastrzelił się we Florencji jako schorowany, głuchy starzec, bardzo zresztą krytyczny wobec samobójczych zrywów w rodzaju powstania styczniowego. Reytan popełnił samobójstwo w swoim majątku w Hruszówce, gdy przez okno zobaczył żołnierzy rosyjskich zajeżdżających przed jego dwór, ale po pierwsze do dzisiaj mało kto o tym wie, po drugie – prawdopodobnie zabił się w przypływie choroby psychicznej, więc trudno go pomiędzy polskich samobójców altruistycznych policzyć. Jerzy Zawieyski, który bardzo się przejął historią Reytana, niestety, popełnił samobójstwo niepewne, bo część historyków uważa, że mógł zostać w odwecie za swoje marcowe wystąpienie w  Sejmie wyrzucony z balkonu kliniki rządowej przez funkcjonariuszy tajnej policji politycznej, a część skłonna jest uważać, że wypadł z balkonu, bo był w fatalnym stanie po wylewie krwi do mózgu. Reytan jest postacią kultową w Polsce nie dlatego, że perwersyjnie „podążał ku śmierci, samozniszczeniu”, tylko dlatego, że w akcie straceńczej odwagi rzucił się pod nogi targowiczanom, rozdzierając sobie koszulę na piersiach, co sugestywnie przedstawił Jan Matejko na sławnym obrazie.

O  Rajnoldzie Suchodolskim, który podobno rozdarł bandaże na swoich ranach, konając z upływu krwi, gdy 8 września 1831 r. usłyszał, że Warszawa została zdobyta przez Rosjan, dziś prawie się nie słyszy. O  49 oficerach armii Królestwa Kongresowego, którzy odebrali sobie życie w proteście przeciwko publicznemu znieważaniu godności polskiego żołnierza na pl. Saskim w Warszawie przez potwora, wielkiego księcia Konstantego, prawie nikt nie pamięta. O Karolu Levittoux, który się podpalił w  warszawskiej Cytadeli, by nie wydać na torturach swoich towarzyszy, słyszy się może trochę więcej, ale też nie za dużo. Na jego tablicy pamiątkowej nawet nie umieszczono wzmianki, że był samobójcą. Żadnego kultu tych postaci w polskiej kulturze nie ma. Przez parę chwil po jego strasznej śmierci napisano kilka wierszy o Levittoux, i to wszystko. Trochę o nim śpiewał bard Solidarności Przemysław Gintrowski, a potem cisza jak makiem zasiał. Legenda o królowej Wandzie, która zabiła się, by patriotycznie zapobiec niemieckiej inwazji, jest raczej przedmiotem dobrodusznych żartów niż nabożnego podziwu, jak to bywało w wieku XIX.

Zaszczepić kult samobójstwa altruistycznego w polskiej świadomości starali się natomiast bardzo polscy pisarze i artyści, a za nimi polska szkoła, ale  – niestety  – z miernym skutkiem. Jeden Sienkiewicz z panem Wołodyjowskim wiosny nie czyni.

Zresztą większość Polaków nie uważa Wołodyjowskiego za żadnego samobójcę. Pan Michał – jak mówią – nie popełnił, broń Boże, jakiegoś samobójstwa, tylko wysadził się w  powietrze razem z  twierdzą w  Kamieńcu, a to coś zupełnie innego.

Samobójców altruistycznych chciał zrobić z obrońców Westerplatte Gałczyński, zapewniając, że prosto do nieba czwórkami szli, ale jemu także nie wyszło. Major Sucharski na szczęście przypominał Leonidasa i „Hektora kamienieckiego” tylko trochę, bo po siedmiu dniach dzielnej walki rozumnie poddał się Niemcom, za co oni pozwolili mu pójść honorowo do niewoli z  własną szablą oficerską. Nie mamy zatem w naszej narodowej historii XIX i XX w. żadnych prawdziwych Termopil, może z wyjątkiem Wizny, gdzie we wrześniu 1939 r. wysadził się w oblężonym przez Niemców bunkrze kpt. Władysław Raginis.

Trzy tysiące samobójstw

Bolesne statystyki mówią, że w II poł. XX w. na całym świecie dokonano około 3 tys. publicznych samobójstw altruistycznych. Liczba trzech samobójstw polskich – Siwca, Badylaka i Szczęsnego – nie przedstawia się na tym tle imponująco. Podpalali się publicznie nawet Amerykanie, naród protestancko­ -pragmatyczny, raczej daleki od „dziwacznego” żaru Polaków-zapaleńców. Norman Morrison zrobił to w 1965 r. w proteście przeciwko wojnie w Wietnamie przed samym Pentagonem, za co komunistyczny północny Wietnam uczcił go wydaniem specjalnego znaczka pocztowego, a nawet nazwał jego imieniem ulicę w Hanoi. Tydzień po jego śmierci z tego samego powodu podpalił się Roger Allen LaPorte. Wcześniej w Detroit spłonęła pacyfistka Alice Herz.

Także w Rosji sowieckiej kult samobójstwa altruistycznego był dużo silniejszy niż u  nas, więc nie jest wcale jakąś  – jak to się czasem mówi – „dziwaczną” specjalnością narodów słabych, które po bolesnych klęskach szukają urojonej mocy w  fantazmatach bohaterskiego samozniszczenia. Samobójców altruistycznych chcą mieć także potężne imperia, i to nawet bardzo. Sam pamiętam z dzieciństwa opowieści nauczycieli o czynach żołnierza sowieckiego, który  – niczym rosyjski Winkelried  – w  dniach wielkiej wojny ojczyźnianej własną piersią zasłonił niemieckie gniazdo karabinu maszynowego, żeby jego towarzysze walki mogli skutecznie atakować wroga, co na upartego można by uznać za „perwersyjną formę patriotyzmu, podążania ku śmierci, samozniszczenia”, ale chyba tylko na upartego. Nawet sama Wisława Szymborska na podstawie materiałów propagandowych o  obronie Stalingradu w  1952  r. napisała wiersz o  żołnierzu sowieckim, który  – choć w  rękach wybuchła mu butelka z benzyną – płonąc żywcem, rzucił się na czołg niemiecki i wysadził go w powietrze, z czego – jeśli się zdarzyło naprawdę – trudno zresztą żartować. Ileż to ja się naczytałem o  lotnikach wielu narodowości, którzy w  przypadku trafienia, płonącym samolotem uderzali w obiekty wroga, zamiast wyskoczyć na spadochronie (o  takim sowieckim kamikaze Szymborska napisała wiersz Lotnik myśliwiec – Rogalski z tomu Dlatego żyjemy).

###banner###

W  polskiej szkole socjalistycznej byliśmy co jakiś czas raczeni podobnymi opowieściami obok opowieści o dzielnym Ordonie i Emilii Plater. Wypada więc powiedzieć wyraźnie, że samobójca altruistyczny to jest smakowity kąsek nie tylko dla „dziwacznych” Polaków, mających rzekomo straceńcze skłonności, lecz dla wszystkich państw i narodów świata, które – co zrozumiałe – nie chcą być pod tym względem gorsze od innych. O, mieć w katalogu swoich bohaterów samobójcę altruistycznego, to dla wszystkich ludów Ziemi prawdziwa przyjemność.

Każda kultura narodowa lubi mieć takich samobójców – najlepiej bohaterskich kamikaze – nie tylko polska. Trudno wskazać choćby jedno państwo na świecie stanowczo potępiające żołnierza, który podczas wojny nakrywa swoim ciałem eksplodujący granat, by ocalić życie towarzyszy walki. Nawet Kościół nie potępia jednoznacznie takich czynów, sprytnie zastępując w tym przypadku niewygodne określenie „samobójstwo altruistyczne” dużo bardziej wygodnym określeniem „szlachetna samoofiara”.

Kiedy w Polsce przed rokiem 1939 przeprowadzono wielką akcję werbunku do oddziałów „żywych torped”, zgłosiło się około 5 tys. ochotników, gotowych zginąć w samobójczym ataku na niemieckie pancerniki, ale z całej sprawy wyszły nici, bo Polacy nie potrafili sami wyprodukować nawet jednej torpedy, która by się nadawała do takich akcji. Tymczasem we Włoszech, Japonii i Niemczech takie „dziwaczne” oddziały powstały i działały najzupełniej realnie z dużą skutecznością. Polska perwersyjna „skłonność do samozniszczenia”, o której czasem się mówi i pisze, znajdowała głównie wyraz w aktach polskiej wyobraźni, spragnionej, jak każda wyobraźnia, mocnych efektów, a także w wyczynach polskich pedagogów, chętnie przedstawiających polskim dzieciom samobójców altruistycznych jako szczytowy wzór patriotyzmu.

Bardzo na tym skorzystał finansowo Sienkiewicz, dając Polakom w swojej powieści o Wołodyjowskim dokładnie to, czego chcieli, to znaczy urojone alibi, że są zdolni do czynów ekstremalnych, w co bardzo chcą wierzyć wszystkie narody, które chętnie podziwiają swoich patriotycznych straceńców, same rozumnie wystrzegając się wszelkich akcji ryzykownych, związanych z utratą świętego daru życia.

Oczywiście szczególnie państwo narodowe – zarówno polskie, jak i niepolskie – chętnie stara się zaszczepić kult samobójców altruistycznych w sercach dzieci oraz ludzi dorosłych. W Polsce służy do tego głównie Reduta Ordona. Wysiłki te jednak spływają po polskich duszach zwykle jak woda po gęsi, nie zostawiając trwalszego śladu, i to nie tylko w przypadku Polaków pochodzenia folwarczno-wiejskiego, którzy stanowią u nas narodową większość, ale też w przypadku inteligentów pochodzenia szlacheckiego, zważywszy choćby, z jaką lubością w czasach PRL-u chodzili oni do teatru na Śmierć porucznika Mrożka, choć inni – ci spod znaku ministra Moczara – mocno Mrożka za jego antysamobójcze żarty kąsali. Ernest Bryll ze swoim antysamobójczym sceptycyzmem obsługiwał głównie duchowe potrzeby inteligencji pochodzenia chłoporobotniczego, która wolała robić Solidarność, niż iść na czołgi Jaruzelskiego z butelkami benzyny, co by przyniosło wiadomy skutek.

Niezłomnych samobójców altruistycznych mieliśmy w Polsce, co kot napłakał. Oczywiście sporo ich było w więzieniach gestapo i NKWD, gdzie ostateczne nieszczęścia popychały ludzi do czynów skrajnych. Ale tego rodzaju samobójstwa więzienne zdarzały się i zdarzają na całym świecie. Polska nie należy do krajów specjalnie się wyróżniających w tej domenie. W Irlandii w 1981 r. Bobby Sands wraz z dziewięcioma towarzyszami zagłodził się na śmierć w więzieniu, walcząc o status więźniów politycznych. Naród irlandzki czci go do dzisiaj jak bohatera, malując sprayem jego murale na czynszowych domach z czerwonej cegły w Belfaście, co sam widziałem na własne oczy, przejeżdżając obok jednego z budynków przy 49 Falls Rd. U nas, w Polsce, patriotyczne głodówki, choć się zdarzały, nie kończyły się jednak takim finałem. Znamienne też, że choć samobójców wśród żołnierzy wyklętych było sporo, naród polski znacznie mocniej ukochał niezłomną sanitariuszkę Łupaszki, Inkę, która nikogo nie wydała i żadnego samobójstwa w więzieniu nie popełniła, tylko została „dwukrotnie” rozstrzelana w gdańskim więzieniu na Kurkowej.

Między realnym życiem a sztuką

Także polskie powstania nie były w intencjach ich uczestników akcjami samobójczymi. Przeciwnie: były one mocnymi przejawami życia, które broniło swoich praw.

Co innego jednak polscy artyści, którzy niejeden raz chcieli przerobić Polaków na naród wzniosłych patriotycznych straceńców. W polskiej sztuce fascynacja akcjami straceńczymi czy nawet zbiorowymi samobójstwami altruistycznymi szalała niekiedy bez ograniczeń. Mieliśmy sporo twórców zachwyconych obrazem Polaka, który idzie w śmierć jak w dym, ciągnąc za sobą do zbiorowego grobu tysiące swoich współbraci. Nie przypadkiem legioniści Piłsudskiego śpiewali pieśń o rzucaniu własnego życia na płonący stos.

Trzeba jednak wyraźnie powiedzieć, że we wszystkich krajach na ziemi sztuka jest marginesem realnego życia, więc nie należy jej traktować jako świadectwa rzeczywistej mentalności ludzi, z których wielu uczestniczyło w powstaniach z mocną nadzieją na zwycięstwo. Co prawda, i w poezji powstania styczniowego, i w poezji powstania warszawskiego pobrzmiewały straceńcze tony, a nawet byli tacy, co planowali powstania jako samobójczą demonstrację, która miała wstrząsnąć sumieniem świata, ale realnych powstańców warszawskich radował każdy zrzut broni z alianckich samolotów, który pozwalał na kontynuowanie bicia Niemców, więc o żadnej „dziwacznej” perwersyjnej „skłonności do samozniszczenia” nie było tu mowy.

Ani razu w polskiej historii nie zdarzyła się też sytuacja podobna do tej, która się wydarzyła w Masadzie, gdzie w tragicznym finale powstania zelotów 900 obrońców powstańczej placówki pod dowództwem Eleazara ben Jaira dokonało – razem z całymi rodzinami – zbiorowego samobójstwa, gdy armia rzymska zaczęła wdzierać się na mury tej wspaniałej twierdzy nad Morzem Martwym, co sugestywnie opisał Józef Flawiusz w swojej monumentalnej Wojnie żydowskiej. Warto jednak pamiętać, że podobne zdarzenia trafiały się i w innych krajach świata, kiedy to ludzie oblężeni odbierali sobie życie na ostatnich redutach, by uniknąć udręk niewoli i haniebnej śmierci. Takie litewskie samobójstwo, które zdarzyło się podczas wojen krzyżackich, opisał Władysław Syrokomla w swoim poemacie Margier. Zbiorowe samobójstwo w Masadzie jest jednym z filarów współczesnej kultury Izraela, bo właśnie w ruinach sławnej twierdzy nad Morzem Martwym dzisiejsi izraelscy poborowi składają przysięgę wojskową.

W Polsce podobnego obrzędu nie ma, chociaż można by sobie wyobrazić analogiczną przysięgę wojskową na resztkach reduty Ordona w Warszawie. Westerplatte jest świętym miejscem Polaków nie dlatego, że było to miejsce samobójstwa zbiorowego heroicznych bohaterów zdecydowanych walczyć do ostatniej kropli krwi, lecz miejsce – co podkreślał Jan Paweł II – niezłomnej walki, która zresztą skończyła się rozumną kapitulacją i zbiorowym pójściem do niewoli. W tym przypadku sztuka polska zachowywała raczej chłodny dystans wobec tego zdarzenia, czego dowodem choćby oba filmy o obronie polskiej placówki – Westerplatte Stanisława Różewicza i Tajemnica Westerplatte Pawła Chochlewa. Z powstaniem warszawskim jest pewien kłopot, bo rzeczywiście byli w dowództwie AK ludzie, przekonani, że zbrojne wystąpienie już w punkcie wyjścia jest przegrane, a jednak mimo to chcieli wydać rozkaz rozpoczęcia walk. Tych strategów samobójczego gestu Czesław Miłosz chciał postawić po prostu przed sądem, a gen. Władysław Anders otwarcie potępiał. Szczególnie tragiczne były zbiorowe samobójstwa w bunkrach podczas likwidacji powstania w getcie warszawskim, do których, niestety, dochodziło. Samobójcą altruistycznym był także Szmul Zygielbojm, który odebrał sobie życie z rozpaczy, żeby obudzić kraje Zachodu z letargu obojętności wobec zbrodni Holokaustu w Polsce. Nigdy bym jednak tych wydarzeń nie nazwał dowodami „dziwacznego” perwersyjnego „podążania ku śmierci, samozniszczeniu”.

Polska kultura kartoflowato-korzeniowata

Oczywiście rozumiem potrzebę specyfikacji polskiej kultury jako kultury „podążania ku śmierci, samozniszczeniu”, która dochodzi do głosu w polskiej sztuce i polskich debatach, bo wtedy kultura ta – właśnie jako „dziwaczna” – staje się wyraźniejsza, a może nawet bardziej atrakcyjna w swojej trumiennej wyrazistości. Niemniej specyfikacja taka nie daje się obronić do końca. Możemy się upierać, że znakiem firmowym naszego „dziwacznego” perwersyjnego „podążania ku śmierci, samozniszczeniu” jest czarna twórczość Artura Grottgera, niemniej warto pamiętać, że cykl Wojna jego autorstwa, w którym pobrzmiewały okropne echa krwawego „samobójstwa styczniowego” z 1863 r., chętnie kupił sam cesarz Franz Josef, więc jakoś to dzieło konweniowało z jego zupełnie niepolskim, szwabsko-austriackim duchem.

Naród polski nie miał i nie ma żadnych „dziwacznych” samobójczych skłonności. Polska kultura w swoim mainstreamie jest mocną kulturą życia, kartoflowato-korzeniowatą, która trzyma się ziemi i rozmaite samozniszczeniowe ekstrema umieszcza w izolatorium polskiej sztuki, z którym nie ma do czynienia większość Polaków, bo w przeważającej liczbie mają oni polską sztukę zupełnie gdzieś, gdyż jej po prostu nie znają.

Pewne suicydalne akcenty, które się w niej pojawiają – np. samobójczo-­inteligenckie Przesłanie Pana Cogito Zbigniewa Herberta – są drobnym liszajem na zdrowym plebejsko-folwarcznym ciele narodu, który uważnie rozgląda się na boki, nie bardzo mając ochotę na nadstawianie głowy w jakiejkolwiek sprawie, chociaż chętnie wierzy, że jest dumnym spadkobiercą „żołnierzy wyklętych”, powstańców warszawskich, straceńczej odwagi Kmicica i samobójczej niezłomności płk. Wołodyjowskiego, nawet jeśli w swojej masie zasadniczej, jaką we wszystkich krajach świata jest milcząca większość, zwykle siedzi cicho pod każdą władzą jak burak cukrowy w wilgotnym czarnoziemie.

Po palącej traumie masakry powstania warszawskiego wszelkie „dziwaczne” perwersyjne „skłonności do samozniszczenia, śmierci” z polskich głów wywietrzały zupełnie. Dowodem na to choćby rok 1956, kiedy to wszyscy – partia, naród i kard. Wyszyński – z rozumnym tchórzostwem patriotycznego oddania Polsce robili wszystko, by, broń Boże, nie rozwścieczyć Rosji, która właśnie pacyfikowała powstanie węgierskie, żeby tylko w Warszawie nie powtórzyły się krwawe płomienie Budapesztu. Podobnie w 1980 r. – partia, naród i kard. Wyszyński – zgodnie starali się nie doprowadzać, broń Boże, Rosji do furii, z rozumnym tchórzostwem patriotycznego oddania Polsce wybierając „samoograniczającą się rewolucję” Solidarności oraz własnoręcznie wprowadzając stan wojenny. W czerwcu 1956 r., kiedy wybuchło buntownicze powstanie poznańskie, żadne z polskich miast się do tego buntu nie przyłączyło, więc jednodniowe walki zostały szybko zduszone w zarodku. Podobnie było z buntem w 1970 r. na Wybrzeżu. Gdy stoczniowcy ginęli na ulicach, domagając się chleba i  wolności, milcząca większość narodu przyglądała się temu z bezpiecznej odległości, oczywiście solidaryzując się z duchem bohaterów, co daje satysfakcję moralną i równocześnie pozwala uniknąć cielesnych przykrości, jakie towarzyszą walkom ulicznym. Do zbuntowanego Gdańska i Szczecina nie przyłączyły się ani patriotyczna Warszawa, ani górnicze Katowice, ani biało-czerwony Kraków, ani święta Częstochowa. W latach 40. XX w. samobójczy heroizm „żołnierzy wyklętych” został zduszony w parę miesięcy nie tylko przez działania wojskowo-policyjnej maszynerii państwa komunistycznego, ale także dlatego, że 99% Polaków po masakrze II wojny nie miało ochoty na żadne akcje straceńcze, tylko wolało posłać dzieci na studia, kupić meble do nowego mieszkania i  wyjechać na tanie jak barszcz, państwowe wczasy do Szklarskiej Poręby w ramach sławnego Funduszu Wczasów Pracowniczych…

I  żadne oficjalne celebry, trąby, bębny, ordery, chorągwie i  przemowy tej twardej prawdy nie zmienią, choćbyśmy na głowie stanęli, upierając się, że w latach 1944–1956 nasz „dziwaczny” naród straceńczo rwał się do walki o  wolność, marząc o  wybuchu III wojny światowej, która w błyskach i dymach atomowej pożogi przyniosłaby Polsce upragnioną wolność, choć – nie przeczę – z pewnością byli wśród nas i tacy, którzy o takiej wojnie marzyli. W swojej masie ogólnej naród nasz wystrzegał się raczej wszelkich gwałtowniejszych ruchów, dobrze wiedząc, co z tego wyniknie, jeśli posunie się za daleko, chciał bowiem przetrwać w każdych warunkach, za co go czasem mocno szturchali w polskiej sztuce patriotycznie nastrojeni artyści, których zwykle nic to nie kosztowało.

Dwa skrzydła

Jeśli zaś chodzi o sprawy edukacyjne, to widziałbym je tak.

Każda kultura ma dwa skrzydła. Jedno mroczno-patetyczno-tyrtejskie i drugie jasno-ironiczno-racjonalistyczne. Zdrowa kultura to taka kultura, która zachowuje oba te skrzydła we względnej równowadze, bo oba są potrzebne. Głupia jest samobójczo-tyrtejska jednostronność w propagandzie patriotyzmu straceńczego, ale równie głupia jest jednostronność jasno-­ironiczno-racjonalistyczna, skłonna czasem do jadowitych szyderstw i kpin. Ponieważ kultura powinna przygotowywać nas na wszystkie możliwe sytuacje, jakie mogą się zdarzyć w przyszłości, także te najokropniejsze, w których trzeba robić czasem różne boleśnie „dziwaczne” rzeczy, jakie robił np. Krzysztof Kamil Baczyński, „niepotrzebnie” ginąc w powstaniu. Dlatego jestem przeciwny usuwaniu ze szkół Reduty Ordona. Tak jak jestem przeciwny usuwaniu z nich Śmierci porucznika Mrożka. Samobójstwo Rajnolda Suchodolskiego uważam za niedorzeczne i jestem przeciwny jego fetowaniu, bo lepsza była w jego przypadku emigracja, na którą zresztą poszły setki jego kolegów, żołnierzy powstania listopadowego, ale tylko człowiek nierozumny może drwić z Karola Levittoux, który odebrał sobie życie z obawy, że nie wytrzyma tortur brutalnego śledztwa i zacznie sypać swoich towarzyszy, narażając ich na męczarnie, zesłanie i śmierć. Powinniśmy w szkole nie tylko mówić i o Reytanie, i o sanitariuszce Ince, ale również – dla równowagi – uważnie czytać z uczniami Trans-Atlantyk Gombrowicza, żeby nie popadać w idiotyzm tej czy innej jednostronności, która jest najgorszą rzeczą z możliwych. Należy lecieć w niewiadomą przyszłość narodu i świata na dwóch skrzydłach, przezornie nie zapominając ani o jednym, ani o drugim, bo lot na jednym skrzydle jest zawsze kulawy i może się źle skończyć dla wszystkich.

Na koniec dodam, że samobójstwo altruistyczne jest niezmiennie smakowitym tematem dla twórców i odbiorców współczesnej kultury masowej na całym świecie, archaiczne mity straceńcze, o których bezrozumne czczenie jesteśmy posądzani, mają się zatem w dzisiejszych głowach świetnie. W Japonii do dziś kręci się patetyczne filmy o chłopcach z oddziałów kamikaze, chociaż od walk na Pacyfiku minęło 80 lat (np. Kamikaze Takashiego Yamazaki z 2013 r., Kamikaze, boski wiatr w reżyserii Taku Shinjo z 2007 r., reklamowany jako „wstrząsająca historia legendarnej jednostki samobójczej”). Na sławny film Zacka Snydera z 2006 r. 300 o Leonidasie straceńcu, popełniającym wzniosłe samobójstwo wojenne ze swoimi greckimi kolegami-rycerzami w wąwozie Termopile, waliły miliony widzów. Wspomnijmy też Armageddon Michaela Baya z 1998 r., w którym Bruce Willis popełnia altruistyczne samobójstwo dla dobra Ameryki i całej ludzkości, wysadzając się w powietrze w lecącej ku Ziemi asteroidzie, by zapobiec jej zderzeniu z naszą planetą. Szczyty zaś mitologicznej ekstazy samobójczej osiągnęli Amerykanie w rozrywkowym Dniu Niepodległości Rolanda Emmericha z 1996 r., w którym sam amerykański prezydent jako altruistyczny samobójca osobiście wlatuje odrzutowcem do środka bazy kosmitów, żeby eksplodować skutecznie w jej wnętrzu i zniszczyć wrogów niczym polska „żywa torpeda”. Dodajmy do tego słynnych Żołnierzy Panfiłowa Kima Druzhinina i Andreja Szalopy, rosyjski film z 2016 r. o 28 sowieckich spartanach z dywizji gen. Iwana Panfiłowa, którzy zginęli prawie co do jednego, heroicznie zatrzymując armię Hitlera u progów Moskwy, więc i putinowska Rosja ma swoje zbiorowe, patriotyczne samobójstwo altruistyczne, które opiewa jako godne podziwu, a nawet naśladowania, widząc w nim jeden z mitów założycielskich aktualnego rosyjskiego imperium, chociaż historycy przestrzegają, że żadnej takiej akcji straceńczej w rzeczywistości nie było, tylko została ona wymyślona przez sowiecką propagandę.

Polskie samobójstwa altruistyczne, nawet te gromko opiewane przez polską sztukę od czasów romantyzmu, prezentują się na tym tle skromnie, lokalnie i siermiężnie… Gdzież im do hollywoodzkiego rozmachu „dziwacznie perwersyjnych” samobójstw, w których na oczach zdumionego świata giną heroiczni Amerykanie, Japończycy czy Rosjanie.

Artykuł pojawił się w numerze: Oswajanie samotności