Subskrybuj
James Baldwin, Nowy Jork, 1975 r. fot. Anthony Barboza/Getty
Pisarka i krytyczka literacka. Autorka książek Żywopłoty (2020) i Ucichło (2022), za które otrzymała Nagrodę im. Cypriana Kamila Norwida 2021 oraz Nagrodę Literacką Krakowa Miasta Literatury UNESCO. Jej artykuły, opowiadania i recenzje literackie publikowane były...

Uczciwy człowiek, dobry pisarz

Był autorem powieści, opowiadań, esejów, książki dla dzieci i wierszy, ale przede wszystkim ikoną – nie tylko walki o sprawiedliwość i równość, lecz także zdolności ubierania tej walki w słowa. Sto lat temu urodził się James Baldwin

Bądźmy szczerzy, literatura rzadko realnie wpływa na ludzkie losy, zmienia życiowe decyzje, sprawia, że zamiast dobrze znanej ścieżki „A” człowiek wybiera kręty szlak ścieżki „B”. Literatura może kształtować czytelników, uświadamiać i otwierać oczy, nieczęsto jednak ma tę samą moc odmiany czyjegoś losu co wygrana na loterii, wypadek samochodowy lub narodziny dziecka.

Z tym zastrzeżeniem, że nie dotyczy to literatury stworzonej przez Jamesa Baldwina.

„(…) wiedziałem, ilekroć wstępowałem za próg mojego pokoju w akademiku Beaven, że żadna część tego miejsca w Worcester w Massachusetts nie powstała z myślą o mnie. Czułem to, ale wówczas jeszcze nie miałem zbyt wielu słów, żeby o tym mówić. Dał mi je Baldwin” (tłum. Mikołaj Denderski) – pisze prozaik Edward P. Jones, czarny Amerykanin, we wprowadzeniu do esejów Zapiski syna tego kraju. „Pod wpływem lektury powieści Baldwina nie tylko doszedłem do pełnej samoakceptacji, ale też postanowiłem nigdy więcej się nie bać, gdyby komuś przyszło do głowy »zdemaskować« mnie jako geja” – to z kolei słowa Andrzeja Selerowicza, tłumacza Mojego Giovanniego. A to zaledwie dwa pierwsze z brzegu przykłady. Na różnych szerokościach geograficznych, w różnym czasie, z różnych względów słowa Jamesa Baldwina porzucały swą symboliczną formę i przeobrażały się w namacalne narzędzia wyzwalające ze społecznych okowów czy osobistych uprzedzeń. Wyposażały ludzi w nowe słowniki, przywracały uwięziony w krtani oddech, wskazywały inne drogi. Bierność wpisaną w czynność czytania przekuwały w działanie. Jak to jest w ogóle możliwe?

Ponura opowieść

„Historia mojego dzieciństwa to ponura opowieść, jakich wiele, i możemy ją pominąć” – pisze James Baldwin w Zapiskach autobiograficznych, i rzeczywiście w biografiach pisarza ten okres opisywany jest skrótowo: Baldwin urodził się w 1924 r. w nowojorskim Harlemie, jako najstarszy syn Emmy Berdis Jones i mężczyzny, o którym nic nie wiadomo. Gdy James ma trzy lata, Emma wychodzi za mąż za Davida Baldwina, przyszłego ojczyma pisarza. Davidowi urodzi ośmioro dzieci. James atmosferę Harlemu będzie przyrównywał do natarczywego, klaustrofobicznego pulsowania w czaszce, jakie towarzyszy próbom oddychania w małym, zamkniętym pomieszczeniu. Ustawiczne pojawianie się w rodzinie kolejnych dzieci nazywa „męczącym i tajemniczym zwyczajem” matki i odmalowuje obraz siebie z dzieciństwa: z niemowlęciem w jednym ręku i książką w drugim. Ojczym pisarza przypomina opisywanego nieraz przez Baldwina robotnika, którego wszechobecne szykany na tle rasowym, poczucie zagrożenia i trud wykarmienia rodziny za „dwadzieścia siedem dolarów i pięćdziesiąt centów na tydzień” zamieniają w wiecznie zmęczony i wściekły trybik maszyny. Najstarszy syn – bo Baldwin zawsze nazywa Davida ojcem – właściwie z nim nie rozmawia, nie ma kiedy i nie wie jak. Ojciec rodziny znajdował czas jeszcze tylko na posługę – był kaznodzieją w Kościele zielonoświątkowców, w czym w końcu zacznie mu pomagać także nastoletni James. Pisarz odszedł z Kościoła, jednak prorokiem i kaznodzieją – jak sam o sobie mówił – pozostał na zawsze, tyle że w innej niż boska sprawie. Poetyka Pisma Świętego pojawi się również w tekstach Baldwina i będzie stanowić jeden z kluczy do jego twórczości – najsilniej obecna jest w debiucie powieściowym z 1953 r. Głoś to na górze.

Izolacja rodziny, do jakiej dążył David Baldwin, i życie w getcie sprawiły, że James żył w pewnym odcięciu od świata wokół. Ma 17 lat, gdy wyprowadza się do New Jersey i podejmuje pracę w zakładach zbrojeniowych z czarnymi i białymi z Południa.

Tam odkrywa bary i restauracje, w których nie może zostać obsłużony – i tym chętniej do nich chodzi. Odkrywa również wiszącą już w powietrzu, zanim zdąży otworzyć usta, niechęć innych ludzi na jego widok. Odkrywa, jak działa sprowadzenie człowieka do jednego elementu jego osoby i na tej podstawie urzeczowienie. „Tamten rok spędzony w New Jersey mam w pamięci jako rok, gdy (…) zaraziłem się strachem, przewlekłą chorobą, której niezawodnym objawem jest szczególny rodzaj szaleńczej gorączki (…). Gdy ktoś zarazi się tym schorzeniem, nigdy już nie zazna beztroski” – pisze w Zapiskach syna tego kraju.Doprowadzony do ostateczności, zaczyna odczuwać wściekłość i nienawiść wobec białych – w tekście Zapisków… odtwarza proces, poprzez który człowiek zamienia się w wulkan pełen sprzecznych emocji. Ten niezwykły esej, którego klamrę stanowi dzień śmierci ojca i w tej samej dobie narodziny najmłodszej siostry Jamesa, pokazuje drogę, jaką przeszedł pisarz w swoim pojmowaniu człowieczeństwa. Gdy gniew doprowadzi go do rzucenia karafką w kelnerkę, która odmówi przyjęcia od niego zamówienia, przeżywa wstrząs. Esej kończą dwa przekonania, do których doszedł w tym okresie i które już zawsze miały wytyczać ścieżki jego myślenia: konieczność akceptacji życia i ludzi takimi, jakie są, oraz imperatyw zwalczania niesprawiedliwości na każdym kroku, z całą mocą. „Walka ta zaczyna się jednak w sercu, a teraz moim obowiązkiem stało się ustrzec własne serce przed nienawiścią i rozpaczą” – napisze.

Ameryka – wojna kochanków

Pisać zaczął wcześnie. Wspomina białą nauczycielkę, która dostrzegła talent w sztuce napisanej przez niego w wieku 10 lat i odtąd starała się wesprzeć zdolnego chłopca oraz całą rodzinę Baldwinów. Już po epizodzie w New Jersey zbliżył się do środowiska nowojorskich artystów, następnie otrzymał stypendium, które pozwoliło mu wyjechać do Paryża, zamiast „zabić kogoś lub zostać zabitym w Ameryce”.

Później mówił o sobie, że był jednym z „ocalonych”. W końcu jego trzej przyjaciele, Medgar Evers, Malcolm X i Martin Luther King, zostali po kolei zamordowani w latach 60.

Śmierć tego ostatniego w 1968 r. wywołała u Baldwina wstrząs psychiczny, po którym jego ciało odmówiło posłuszeństwa. Dochodził do siebie we Francji, w kupowanej kawałek po kawałku za kolejne książkowe honoraria posiadłości na południu, w St. Paul de Vence. Ostatnie 16 lat życia spędził właśnie tam, w „chez Baldwin”.

 We Francji zyskał jednak dom już 20 lat wcześniej, gdy jako 24-latek z paroma dolarami w kieszeni przyjechał do Paryża. „Dom ma się dopiero wtedy, gdy się go opuści, a gdy się go opuści, nigdy się nie wraca” – napisze w Moim Giovannim. Dla niego domem, o którego dobrostan walczył, była Ameryka, ale to Francja pozwoliła mu ten dom zobaczyć i nabrać powietrza niezbędnego, by o nim mówić i pisać. Co prawda to właśnie w Paryżu został aresztowany i przeżył parę koszmarnych dni w więzieniu za – aż trudno w to uwierzyć – posiadanie kradzionego prześcieradła, które nieświadomy jego pochodzenia, pożyczył. Zdołał to jednak Francji wybaczyć. Potrzebę powrotu do Ameryki poczuł po raz pierwszy, gdy zobaczył zdjęcie Dorothy Counts – dumnej, samotnej, szykanowanej 15-latki, kiedy szła jako pierwsza czarna uczennica do szkoły w Karolinie Północnej, w której dotąd uczyli się wyłącznie biali. Poczuł, że jego obowiązkiem jest udzielenie wsparcia. Ta potrzeba wsparcia walczących na miejscu i tęsknota za liczną rodziną pchały go do ojczyzny parokrotnie, choć nigdy na dłużej.

Był autorem powieści, opowiadań, esejów, książki dla dzieci i wierszy, ale przede wszystkim ikoną – nie tylko walki o sprawiedliwość i równość, lecz także zdolności ubierania tej walki w słowa.

Posiadł umiejętność perfekcyjnego opisu odczucia, które jest udziałem wielu ludzi, umiejętność, która wyzwala w czytelnikach poczucie iluminacji. „[W]ojna artysty z własnym społeczeństwem przypomina wojnę kochanków i może on, co najwyżej, stworzyć sobie obraz ukochanej postaci i w ten sposób poczuć się naprawdę wolnym” (tłum. Elżbieta Pawełkiewicz) – mówił. Krytyka ojczyzny, podobnie jak cała jego twórczość, wynikała z miłości, łączonej z dwoma innymi filarami, wokół których krążyło jego pisanie: poszukiwaniami własnej tożsamości i tożsamości Ameryki, „zaglądaniem pod powierzchnię, doszukiwaniem się źródła”.

Lista zarzutów wobec Ameryki jest długa, rozpisana na wiele esejów. To jednak więcej niż akty oskarżenia: to próby zrozumienia i próby pokazania, do czego prowadzi urzeczowienie ludzi ze względu na kolor skóry, na ubóstwo czy orientację seksualną. James Baldwin doświadczył każdego z tych prześladowań. „Kocham Amerykę bardziej od wszystkich innych krajów na świecie i z tej właśnie przyczyny domagam się prawa do nieustannego jej krytykowania” – napisał w Zapiskach autobiograficznych. Ta krytyka jednak zawsze ma swoje źródło w samym wnętrzu problemu: Baldwin opisuje wspólną klatkę, w której znajdują się prześladowany i prześladujący, pokazuje, jakie ryzyko niesie ze sobą zemsta, gdy jedyną zmianą sytuacji będzie zamiana miejsc ludzi wewnątrz klatki. Na rasizm potrafił spojrzeć od strony nie tyle społecznych rozwiązań i problemów, ile myślowych ślepych zaułków. Jak w eseju Many Thousands Gone, gdzie pokazuje na przykładzie literatury, że jedyna akceptowana postać czarnego to ta, która upodabnia go do białego.

Z kolei w noweli Dziś rano, dziś wieczór, tak prędko żoną głównego bohatera, czarnego Amerykanina, jest Szwedka poznana we Francji. Narrator w przededniu powrotu do Stanów uświadamia sobie, że w ojczyźnie ich miłość nigdy nie byłaby możliwa. Nie z powodów prawnych czy obyczajowych, ale dlatego, że ona, gdyby wychowała się w Stanach, nie mogłaby dojrzeć i pokochać w nim mężczyzny, on z kolei nie widziałby w niej kobiety, człowieka, lecz jedynie jej kolor skóry. Dopóki bohater mieszkał w Ameryce, między nim a każdym innym człowiekiem stawał „groźny, wrogi, morderczy świat”. „Cokolwiek robiłem, mówiłem lub odczuwałem, jedno oko zawsze zwrócone miałem na świat – ten świat, któremu nauczyłem się nie ufać niemal równie wcześnie, jak poznałem swoje imię, (…) świat białego człowieka” (tłum. Wacława Komarnicka). Amerykę oskarża przede wszystkim o niszczenie relacji międzyludzkich – zabijanie miłości, przyjaźni, szacunku, niszczenie potencjału na wspólnotę i braterstwo, które mogłoby się wydarzyć, gdyby tylko ludzie urodzili się gdzie indziej. Nie o geografię tu jednak chodzi, ale o splot politycznych i społecznych uwarunkowań, które doprowadziły Amerykę do tego momentu.

Trzeba zabić tę miłość

Pisanie Baldwina wynika z miłości, z głoszonej przez niego potrzeby radykalnej empatii wobec drugiego człowieka. Dlatego być może trzonem większości jego fabuł jest romans – niemożliwa zazwyczaj, czysta miłość dwojga ludzi, którą w sposób brutalny niszczy wspomniany świat zbudowany na nierównym porządku zakładającym krzywdę jednej osoby kosztem drugiej. W jego przedostatniej powieści, zekranizowanej w 2018 r. Gdyby ulica Beale umiała mówić, związek dwojga ludzi, Fonny’ego i Tish, zalążek rodziny, jaką tworzą, skazany zostaje na nieszczęście tylko dlatego, że żyją w Ameryce – w państwie przesiąkniętym braterską nienawiścią. W Innym kraju podobny los spotyka związek Rufusa i Leony, czarnego chłopaka i białej dziewczyny z Południa.

Z kolei w powieści Mój Giovanni (w oryg. Giovanni’s Room) – chyba najciekawszym z Baldwinowskich dzieł pod kątem literackim – głównym bohaterem jest biały Amerykanin David, który mieszka w Paryżu i właśnie pożegnał udającą się w podróż narzeczoną Hellę.

Dziewczyna wyjechała do Hiszpanii, by nabrać dystansu do planowanego ślubu z Davidem i mieć czas na namysł nad tą życiową decyzją. David również rozmyśla – wraca we wspomnieniach do epizodu homoseksualnego z młodości – i korzysta z uroków Paryża. W jednym z barów poznaje Giovanniego, młodego Włocha, który we Francji szuka nowego początku. Giovanni z wzajemnością zakochuje się w Davidzie. Niebawem do Paryża wraca Hella, a w tle nad wszystkimi bohaterami zawisa zbrodnia o dramatycznych konsekwencjach. To piękna historia o uwikłaniu we własne emocje i o konsekwencjach ciągłych wyborów „mniejszego zła”. Ale też znacznie więcej: wynajmowany przez Giovanniego tytułowy pokój staje się tu w paru kluczowych dla fabuły momentach metaforą. Bywa miejscem schronienia, „miłosnym gniazdkiem”, później zaś, gdy David chce się odciąć od niewygodnej relacji z Giovannim, klaustrofobiczną norą pozbawioną powietrza. Giovanni okazuje się kimś więcej niż symbolem skrywanej orientacji seksualnej – to uciekający przed osobistą traumą bardzo młody człowiek, który tak długo wykorzystywany jest przez innych, aż w końcu zbrodnia właściwie sama dokonuje się jego rękami. Giovanni – postać inspirowana być może wielką miłością Baldwina, o osiem lat młodszym Szwajcarem Lucienem – pochodzi z ubogiego włoskiego południa, we Francji nie otrzymuje od nikogo wsparcia, nie ma punktu zaczepienia innego niż niewielki pokoik. Oprócz rozterek uczuciowych bohaterów Baldwin pokazuje mechanizm społeczny, w którym przestaje być ważne, kto zabił – ważne, by znaleźć osobę, którą można za to znienawidzić.

Baldwin będący doskonałym eseistą to równie sprawny twórca czułych opowieści o miłości zabijanej przez zło tego świata.

Moc przekazu pisarza przesłania nieraz jego literacką wrażliwość i sprawność warsztatową, tymczasem zbudowane przez niego fabuły nie odstają od twórczości eseistycznej ani nasyceniem treścią, ani urodą tekstu. We wszystkich utworach myśl Baldwina wykracza poza konkret: nie pisze o konkretnych rozwiązaniach systemowych, tylko o przyszłości kraju; jego walka o równość czy sprawiedliwość jest tak naprawdę walką o ideę jeszcze wyższą – dobro; gdy pisze o losie czarnych czy białych Amerykanów, przyświeca mu obawa o perspektywy człowieczeństwa, nie zaś narodu. Podobnie Mój Giovanni to nie książka o skrywanej orientacji seksualnej czy homofobii, ale utwór o istocie miłości. Spytany w wywiadzie o rolę seksu w swoich fabułach, odpowiada: „Nie odgrywa [seks] w moich książkach większej roli niż w życiu człowieka. (…) W moim dziele nie ma obscenów. Oczywiście, jeśli zaakceptuje pan moje pojęcie o obscenach. Dla mnie obsceniczna jest bomba neutronowa – a nie penis. Dla mnie obsceniczne jest »strzelam«, kiedy ma się na myśli »nadchodzę«, a nie słowo »spółkować«” (tłum. Ryszard Pollak).

Tożsamość – nadzieja ocalenia

„Między tym własnym »ja« a mną leżała narosła przez wieki skała. Ta skała raniła rękę, w zetknięciu z nią kruszyły się wszelkie narzędzia. A jednak moje »ja« gdzieś tam było: czułem, jak wierzga w niewoli i przeciwko niej. Nadzieja ocalenia – tożsamość – zależała od tego, czy tę skałę będzie się potrafiło rozszyfrować i opisać” – notuje w 1984 r. w przedmowie do kolejnego wydania Zapisków syna tego kraju. W swoich esejach próbuje odzyskać tożsamość, zrozumieć, jak i po co została mu odebrana. Dekonstruuje fantazmat „jurnego czarnucha”, rozpisuje na części pierwsze mit „wszechmocnego białego człowieka”. „Murzyn w Ameryce nie istnieje naprawdę poza ciemnością naszych umysłów” – pisze w eseju Many Thousands Gone. Podobnie jak nie istnieje biały. Rasa to konstrukt wzajemnej zależności, istniejący tak długo, jak długo jedna ze stron w niego wierzy i potrzebuje go, po czym siłą podporządkowuje do niego innych.

Baldwin w swoich sądach jest przenikliwy: w filmie Nie jestem twoim murzynem Raoula Pecka stwierdza, że biali nigdy nie patrzą na czarnych, nigdy ich naprawdę nie „widzą”, co daje mu przewagę: „Więcej wiem o was, niż wy wiecie o mnie” – mówi Baldwin.

To, co widzi, przeraża: pisarz opisuje, jak biali najpierw wykorzystują czarnych, a gdy ci przestają być potrzebni na plantacjach bawełny, zaczynają ich zwalczać i kastrować – dosłownie i w przenośni – tylko po to, by poczuć własną siłę i wartość. We wstrząsającym opowiadaniu Na spotkanie człowieka opisuje białego policjanta, który jako dziecko jedzie z rodzicami na coś w rodzaju pikniku będącego tak naprawdę krwawym linczem na czarnym mężczyźnie. Nienawiść i okrucieństwo zostają bohaterowi niejako zaszczepione w pierwszych latach życia, jednak ten obraz nie ma stanowić usprawiedliwienia późniejszych okrutnych działań dorosłego mężczyzny o takiej przeszłości, lecz raczej pokazać długi rodowód panującej nienawiści.

W innym opowiadaniu, wspomnianym już Dziś rano, dziś wieczór, tak prędko, bohater – czarny Amerykanin, piosenkarz o pewnej rozpoznawalności – tłumaczy koledze, hollywoodzkiemu producentowi, że Ameryka nic nie dała jego synowi: „Dlaczego ma jechać taki szmat drogi tylko po to, żeby mu wymyślano od czarnuchów?” – pyta. „Dała mu ojca” – odpowiada znajomy. Ta scena jest kwintesencją wykorzenienia, o jakim pisze Baldwin – spuścizną czarnych Amerykanów nie jest cała historia tego kraju: jego kultura czy dokonania przodków, ale sam fakt urodzenia się w jego granicach, nic więcej. Baldwin pisze o poczuciu oderwania od spuścizny Afryki, z którą on sam nie czuje się w żaden sposób związany, o poczuciu wyrwania z historii Ameryki i tym bardziej Europy, której dzieje także nie należą do niego. Wyjęcie poza nawias historii, kultury, dziejów świata, skazanie na bycie „bękartem Zachodu” to coś więcej niż pozbawienie przywilejów czy niesprawiedliwość. To skazanie na uczestnictwo w świecie na cudzych zasadach i ciągłe poczucie dyskomfortu. „Miałem przyswoić sobie te białe stulecia, sprawić, by stały się moimi – miałem pogodzić się z własnym szczególnym do nich stosunkiem, moim szczególnym miejscem w tym projekcie – inaczej nie miałbym miejsca w żadnym” – stwierdza w Zapiskach autobiograficznych. Historia o czarnych obywatelach milczała, jakby nie mieli przeszłości, bez której nie sposób zrozumieć swojego istnienia w czasie teraźniejszym. Rasizm odziera ludzi z najbardziej podstawowego prawa człowieka, jakim jest posiadanie własnej tożsamości, „czucie się sobą”. Zamiast tego skazuje na wieczny dysonans, wyniszczającą grę w udawanie, że się nie istnieje lub istnieje się tylko przez krótki moment – bez przeszłości, dziedzictwa i przyszłości, którą można by z resztą świata kształtować na równych prawach.

Baldwin pisze o własnej nienawiści wobec czarnych, bo w ich historii nie ma Rembrandta ani innych „wielkich”, do których można aspirować; pisze o nienawiści wobec białych, którzy zawłaszczają dzieje świata.

O byciu sprowadzonym do cienia człowieka – intruza – aż w końcu samemu zaczyna się w ów cień wierzyć i nienawidzić samego siebie. Ów cień będzie istniał tak długo, jak długo biali będą potrzebować Innego, Dzikusa, by poczuć siłę. „Kwadratura koła, jaką jest kolorowość, to dziedzictwo każdego Amerykanina i każdej Amerykanki, zarówno czarnych, jak i białych, czy w świetle prawa, czy w świetle dnia. To straszliwe dziedzictwo, za które rzesze sprzedały swoje przyrodzone prawo” – pisze w Przedmowie… do kolejnego wydania Zapisków syna tego kraju. Rozgoryczenie, będące efektem ubocznym tego procesu, jest zabójcze – zabiło ojca Jamesa Baldwina i zagrażało także życiu pisarza. Nazywając siebie „ocalonym”, być może nie miał na myśli tylko przetrwania, gdy jego przyjaciele w tej samej walce ponieśli śmierć. Być może mówił też o tym, co udało mu się ocalić poprzez swoją twórczość. Esej Zapiski autobiograficzne kończy próbą opisu samego siebie, próbą zawarcia fragmentu swojej tożsamości w słowach: „Poza tym uwielbiam jeść i pić – żywię niewesołe przekonanie, że rzadko kiedy jadłem wystarczająco dużo (a to dlatego, że nie sposób najeść się wystarczająco, gdy człowiek martwi się, kiedy zje kolejny posiłek) – i uwielbiam spierać się z ludźmi, którzy w poglądach nie różnią się ode mnie w sposób zasadniczy, a także uwielbiam się śmiać. Nie przepadam natomiast za cyganerią, nie przepadam za ludźmi, których najwyższym celem jest przyjemność, oraz za ludźmi, którzy traktują wszystko poważnie. Nie lubię ludzi, którzy lubią mnie dlatego, że jestem Murzynem, podobnie jak nie mam sympatii do ludzi, którzy w tej samej okoliczności znajdują powód, by mną pogardzać. (…) Uważam, że wszystkie teorie są podejrzane, że najlepsze zasady mogą wymagać modyfikacji, a wręcz że wymogi życia potrafią nieraz obrócić je w proch i że z tej racji człowiek musi odnaleźć własny kompas moralny i iść przez świat z nadzieją, iż kompas ten poprowadzi go właściwie. (…). Pragnę być uczciwym człowiekiem i dobrym pisarzem”.

Swoją rolę w toczącej się w Ameryce walce określał jako misję „świadka”, życie poświęcił więc świadectwu. Uważał, że pisarz powinien posiąść sztukę nabierania dystansu, który pozwoli mu patrzeć w sposób przejrzysty daleko wstecz, ku przeszłości.

Przeszłość pozwala zrozumieć teraźniejszość. Sztukę dla sztuki uważał za europejski wynalazek, z którym mu nie po drodze. Literatura, jego zdaniem, ma sens tylko wtedy, gdy porusza kwestie moralne. Jego pisanie miało wymiar społeczny, umieścił je w przestrzeni paradoksu, między twierdzeniem, że literatura jest niezbędna do życia, i drugim, że nie ma żadnej siły sprawczej. Zamierzał za jej pomocą zmieniać świat mimo pełnej świadomości walki z wiatrakami. W jednym z wywiadów mówił: „Świat zmienia się zgodnie z tym, jak widzą go ludzie, i jeśli zdołam to patrzenie pojedynczego człowieka lub ludzi zmienić choćby o milimetr, zmienię tym samym świat” (tłum. Elżbieta Pawełkiewicz). Odmienił wiele ludzkich istnień, ale świat zdaje się dążyć ku zmianie w okrutnie żółwim tempie.

W filmie Nie jestem twoim Murzynem zamieszczono nagranie z telewizyjnego programu Dicka Cavetta, w którym dyskutują zaproszeni goście, wśród nich zasiada James Baldwin. Po rozmowie z pisarzem prezenter zaprasza na salę profesora z Yale Paula Weissa, który od razu deklaruje, że nie zgadza się z przedmówcą, ponieważ ten sprowadza ludzi do koloru ich skóry, a przecież ta kwestia nie powinna się w ogóle liczyć. „Ma pan więcej wspólnego z białymi pisarzami niż z czarnymi o innej profesji. Po co roztrząsać wciąż kolor skóry?” – mówi. James Baldwin słucha z uwagą, a gdy przychodzi czas na jego wypowiedź, jest wyraźnie poruszony. Przemawia z emfazą. Nie może widocznie uwierzyć, że oto biały profesor stara się przemilczeć dekady przemocy i udawać, iż mordy, gwałty i lincze nie mają żadnego znaczenia, a problem rozwiąże udawanie, że kwestie rasowe nie istnieją. Nie o udawanie tu chodzi, tylko o nazwanie krzywdy po imieniu. Podobna frustracja przemawiała przez Reni Eddo-Lodge, brytyjską dziennikarkę, gdy w 2014 opublikowała w internecie tekst Dlaczego nie rozmawiam już z białymi o kolorze skóry. W książce (wydanej w Polsce przez Wydawnictwo Karakter, które publikuje też książki Baldwina w nowej serii) będącej rozwinięciem tego głośnego wpisu pisze o tym, ile szkody wyrządza ów „daltonizm”, a „biały przywilej” definiuje właśnie jako nieobecność skutków rasizmu i przechodzenie nad nimi do porządku dziennego. „Definiowanie tej nieobecności pomaga choć trochę zdecentralizować białość i przypomnieć białym, że ich doświadczenie nie jest normą dla nas, pozostałych” (tłum. Anna Sak) – pisze. W jej książce pobrzmiewa wiele konstatacji Jamesa Baldwina, dziennikarka opisuje podobne nieporozumienia i krzywdy, ilustruje je wieloma przykładami. Książka Reni Eddo-Lodge ukazała się równo 30 lat po śmierci Jamesa Baldwina i ponad 60 od publikacji esejów Zapiski syna tego kraju.


James Baldwin Następnym razem pożar tłum. Mikołaj Denderski, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2024, s. 120

James Baldwin Mój Giovanni tłum. Andrzej Selerowicz Wydawnictwo Karakter, Kraków 2024, s. 208

Artykuł pojawił się w numerze: Jak żyć w ciałopozytywnym świecie