Trzy pierwsze kobiety rozpoczęły jesienią 1894 r. studia na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Jagiellońskiego tylko dlatego, że osobiście zgodzili się na to dziekan oraz Ministerstwo Wyznań i Oświaty w Wiedniu. Stanisława Dowgiałłówna, Janina Kosmowska i Jadwiga Sikorska wybrane z ponad 60, które złożyły podania, były na początku jedynie słuchaczkami. Dlaczego starania o uzyskanie tego minimum trwały aż do ostatnich lat XIX stulecia?
Żeby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba przypomnieć kilka faktów. Rozpocznijmy od tego, że senat uczelni wprawdzie wyraził zgodę na przyjęcie kobiet, jednak nie zobowiązywał się ani do ich egzaminowania, ani do wydania dyplomu poświadczającego zdobycie wykształcenia. Po każdym semestrze hospitantki musiały składać pismo do dziekana z prośbą o umożliwienie uczęszczania na wykłady w kolejnych miesiącach. Nieprzypadkowa jest dziedzina, na której studiowanie się zgodzono: farmacja. Poza zasięgiem kobiet wciąż pozostawały kierunki uważane za bardziej prestiżowe, jak medycyna, prawo, historia i matematyka.
Na Wydziale Lekarskim kobiety pojawiły się w 1900 r., a Wydział Prawa otworzył się przed nimi jako ostatni, 19 lat później.
Kobiety nie mogły więc studiować dziedzin, które służyły rozwojowi nauki, bo farmacja wówczas była uważana za materię aptekarsko-pigularską, usługową wobec medycyny. Dziewczyny z ambicjami akademickimi weszły więc do niszy, a i tak budziło to opory na uniwersytecie i wśród osób spoza uczelni. Jadwiga Sikorska-Klemensiewiczowa wspominała, że jej ojciec krytykował zarówno praktykę akuszerską, którą prowadziła przed studiami, jak i samą naukę. Dziewczyny miały świadomość, że wytyczają nowe drogi i nie są jedynymi, które chciałyby nimi podążać, zwłaszcza że możliwość uczenia się na ziemiach polskich czyniła studia bardziej przystępnymi, chociażby ze względów finansowych. Studia były przecież płatne. Wyjazd na uniwersytet w Belgii, Francji, Szwajcarii albo Wielkiej Brytanii, ale też do Sankt Petersburga, gdzie kobiety mogły się uczyć w Cesarskiej Wojskowej Akademii Medycznej, czy do Charkowa te koszty jeszcze podwyższał, bo dziewczyna musiała się w obcym miejscu samodzielnie utrzymać.
Musiała też mieć maturę, tymczasem czteroklasowe gimnazjum dla dziewcząt, kończące się egzaminem dojrzałości i z programem gimnazjów męskich, które były bardziej wymagające niż wiele żeńskich szkół uruchomiono w Krakowie dopiero we wrześniu 1896 r.
Dlatego wiele kobiet, jeśli nie miało możliwości zdania matury w stronach rodzinnych, rozpoczynało życie akademickie od statusu wolnych słuchaczek i zaliczenia egzaminu dojrzałości. Kolejnym wymogiem była biegła znajomość języków obcych, najlepiej francuskiego i niemieckiego. Powodzenie przedsięwzięcia, jakim była migracja akademicka, zależało jednak w dużej mierze od determinacji samych kobiet. Czekało na nie sporo wyzwań, rozpoczynając od długiej podróży koleją żelazną, np. z Warszawy do Szwajcarii, którą znamy chociażby z Nocy i dni Marii Dąbrowskiej. Przebyła ją i sama autorka, studentka uniwersytetu w Lozannie, i jej powieściowa protagonistka Agnieszka Niechcicówna. Na miejscu czekał na kobiety z polskich ziem obcy świat, nie zawsze przyjazny, bo choć wyrwały się spod kurateli rodzicielskiej, kontrola społeczna wobec kobiet na zachodzie Europy potrafiła być równie wymagająca.
Ich życie na własny rachunek w obcym kraju, daleko od swoich, z powodu nauki i dla nauki, okazało się jednak ważnym gestem emancypacyjnym, który zainspirował inne kobiety do pójścia w ich ślady. Wytworzyła się migracja łańcuchowa – kobiety zachęcały inne do rozważenia nauki jako sposobu na zdobycie zawodu i samodzielności, np. pisząc listy do przyjaciółek. Helena Deutsch, pochodząca z Przemyśla studentka medycyny na Uniwersytecie Wiedeńskim, jedna z pierwszych współpracownic Zygmunta Freuda i autorka pionierskich prac m.in. na temat seksualności kobiecej, zwraca na to uwagę we wspomnieniach. Nawiasem mówiąc: uczelnie w Szwajcarii otworzyły się przed kobietami nie tylko dlatego, że ich kadra – inaczej niż np. w Wiedniu czy Krakowie – miała bardziej liberalne poglądy na rolę kobiet w społeczeństwie.
Czyżby uczelniom zaczęło brakować studentów?
I pieniędzy, które wnosili w postaci czesnego. Opłaty za wpis i egzaminy ratowały więc budżet. Wracając do Polek na zagranicznych uczelniach: nigdy nie były to masowe wyjazdy, np. na uniwersytecie w Zurychu pierwsze studentki z ziem polskich pojawiły się w latach 70. XIX w. i były to pojedyncze przypadki. Od 1870 r. do końca Wielkiej Wojny studiowało na tej uczelni 3471 kobiet, spośród których dwie trzecie pochodziło z Imperium Rosyjskiego i z Austro- -Węgier. Najwięcej Polek przybyło do Zurychu w latach 80. i 90. XIX w., ale jest to wzrost z kilkunastu do najwyżej stu rocznie. Wiele z nich studiów nie kończyło, uczyły się jedynie parę semestrów. Te, które otrzymały dyplom, niekoniecznie zamierzały kontynuować karierę akademicką, zwłaszcza że z uzyskaniem samodzielności akademickiej, co gwarantowała pracownikom naukowym habilitacja, było jeszcze trudniej niż z przyznaniem „damom”, jak zwracano się do kobiet na uczelniach, praw studenckich.
Polek na studiach było więc niewiele z paru zapętlonych ze sobą powodów, jednak przyczyną najpierwszą, o której często się zapomina, jest brak powszechnej edukacji na sporej części ziem polskich.
Analfabetyzm zniknął przecież w Polsce dopiero po 1945 r., kiedy edukacja stała się powszechna i bezpłatna. Wcześniej, pomijając nauczanie elementarne, kształciły się prawie wyłącznie dzieci z rodzin dobrze sytuowanych finansowo. To ograniczenie działało bez względu na płeć. Różnica polegała na tym, że kiedy w rodzinach mniej zamożnych pojawiała się możliwość posłania dziecka „do szkół”, w naturalny sposób myślano wtedy o chłopcu. Dziewczyny w ogóle nie były brane pod uwagę jako uczennice czy studentki.
W ten sposób wróciłyśmy do zadanego na początku pytania: z jakimi przeszkodami kobiety mierzyły się, wchodząc na drogę zarezerwowaną wyłącznie dla mężczyzn?
Te, które utrudniały im wejście na uniwersytet, nie zniknęły, kiedy część kobiet – naprawdę niewielka – zdecydowała się związać z nauką zawodowo. Nie sprzyjało im przede wszystkim prawo, które nie przewidywało możliwości zatrudniania ich na uczelniach. Żeby je zmienić, trzeba było dalej pracować nad rolami społecznymi, w których tkwili kobiety i mężczyźni. Wiadomo było, co jest kobiecą powinnością – dbanie o dom i wychowanie dzieci, a nie kształcenie się czy samodzielność zawodowa. Nie jest łatwo wyłamać się ze schematu w świecie, w którym kobieta nie dysponowała pełnią praw do samej siebie. Na uczelniach nawet dziś, a cóż dopiero ponad 100 lat temu, najbardziej uznane autorytety naukowe niekoniecznie musiały być awangardą postępu społecznego, którego nieodzowną częścią w omawianych czasach było wejście kobiet do sfery publicznej i uznanie ich prawa do samostanowienia.
Dlatego w 1895 r. Napoleon Cybulski, fizjolog i promotor edukacji kobiet, wyjaśniał przeciwnikom, że nie zna „praw natury, które by przeszkadzały człowiekowi szukać zadowolenia w rozszerzaniu swojej wiedzy”. Natomiast Ludwik Rydygier, chirurg, replikował, że otwarcie uczelni przed kobietami ułatwia im wejście na „fałszywe drogi”.
Ich dyskusja była częścią debaty prowadzonej wówczas w modernizujących się społeczeństwach Europy Zachodniej. Podobne fermenty dochodzą do głosu w Warszawie, gdzie od 1882 r. działał Uniwersytet Latający – tajna uczelnia i jedyna w dawnym Królestwie Polskim, w której kursach mogły uczestniczyć kobiety. Poziom zajęć, prowadzonych przez ludzi nauki, którzy nie mogli albo nie chcieli wykładać na zrusyfikowanym Cesarskim Uniwersytecie Warszawskim, był akademicki. Tajną uczelnię ukończyła m.in. Maria Skłodowska, a jedną z wykładowczyń była Zofia Daszyńska-Golińska, historyczka i ekonomistka, która uzyskała tytuł doktora na uniwersytecie w Zurychu, gdzie wcześniej studiowała. Kilkanaście lat później, zainspirowana przykładem Elise Richter, romanistki, która w 1905 r. uzyskała habilitację na Uniwersytecie Wiedeńskim, Daszyńska-Golińska, pracując w Krakowie, zdecydowała się na ten sam krok na UJ. W świetle prawa habilitacje kobiet nie były możliwe, o czym przekonuje reskrypt ministerialny z 1907 r., potwierdzający – w uznaniu osiągnięć naukowych i zasług Richter – jej venia legendi, czyli prawo do prowadzenia wykładów. Uznano jednak za „przedwczesne regularne dopuszczenie kobiet do habilitacji”, więc każdy wniosek w takiej sprawie musiał być rozpatrywany indywidualnie, gdyż, jak zakładano, takie sprawy będą miały „charakter bardzo incydentalny”.
Daszyńskiej-Golińskiej habilitacji odmówiono mimo wielu wydanych książek i opublikowanych artykułów naukowych. Krakowscy profesorowie orzekli, że nie może zostać samodzielnym pracownikiem naukowym, ponieważ ich zdaniem, jak napisała naukowczyni we wspomnieniach wydanych w 1932 r., kiedy od lat była profesorką i wykładowczynią Wolnej Wszechnicy Polskiej, jej „prace nie zaznaczyły się wybitnie w nauce europejskiej”. W jednozdaniowym uzasadnieniu decyzji nie ma o tym mowy, lecz można domniemywać, że problemem było także zaangażowanie ekonomistki w ruch kobiecy, a przede wszystkim jej socjalistyczne poglądy. Zapytano ją nawet przy jakiejś okazji, czy nie zechciałaby zmienić nazwiska na dyplomie doktorskim z Daszyńskiej na Golińską.
Które zachowała po pierwszym mężu, zmarłym w 1890 r. Feliksie, bracie Ignacego Daszyńskiego.
„Odmówiłam ze śmiechem i goryczą w sercu” – wspominała. Nie przypuszczam, żeby mężczyźnie zaproponowano zmianę nazwiska, gdy to, które nosił, kojarzyło się z niepopularnymi poglądami politycznymi.
Nie tylko w tym przypadku środowisko uniwersyteckie stało się laboratorium zmiany kulturowej – czasami utrwalania, a czasami kruszenia porządku płci, czyli mitów na temat tego, czym jest płeć, jakie wzorce społeczne kształtuje, co powinna sobą reprezentować. Profesorowie, co mnie nie dziwi, z oporem przyjmowali zmiany, które naruszały ich uprzywilejowaną pozycję. Nie tylko na uniwersytecie, gdzie pojawiła się konkurencja w postaci kobiet, i to takich, jakie z założenia były zdolniejsze i bardziej ambitne niż wielu mężczyzn, bo inaczej nie miałyby szans tam się znaleźć. Żeby oddać sprawiedliwość uczonym, którzy okazali się pionierami przeobrażeń społecznych, popierając dążenia kobiet do samodzielności, wymienię przynajmniej niektórych z nich: Odo Bujwid, bakteriolog z UJ, Stanisław Bukowiecki, wykładowca ekonomii w Towarzystwie Kursów Naukowych, a z czasów II RP choćby Karol Lutostański i Leon Petrażycki, prawnicy z UW. Czytelnicze triumfy na początku wieku święciła jednak książka Ottona Weiningera Płeć i charakter, wydana w 1903 r., w której – ujmując rzecz w dużym skrócie – autor utożsamił mężczyzn z logiką, a kobiety z próżnością i nieuctwem.
Dlatego miano czasami pomysły wprowadzenia numerus clausus dla kobiet? W pierwszych latach ich obecności na uczelniach niektórzy profesorowie próbowali z kolei sadzać kobiety w wydzielonych ławkach.
Te desperackie pomysły pojawiły się, gdy kobiet było już na tyle dużo, że ich obecność stała się zauważalna w salach wykładowych. Nie wszystkie studentki były jednakowo dobrze przygotowane do nauki. Nie każda kierowała się li tylko etosem inteligenckim. Podobnie jak mężczyźni, którzy rozpoczynając studia, nie zawsze przecież mieli na uwadze jedynie pracę i służbę ojczyźnie. Na konferencjach rektorów zgłaszano więc pomysły zapanowania nad „żywiołem kobiecym”, by zapobiec sytuacjom, kiedy mężczyźni bardziej się interesowali koleżankami niż nauką. Kobiety nie odpowiadały za rodzaj aspiracji kolegów, ale w głowach niektórych profesorów wciąż mocno był osadzony tradycyjny porządek płci, wedle którego kobieta była postrzegana przede wszystkim jako uwodzicielka oraz przyszła żona i matka, a nie człowiek z aspiracjami akademickimi. Czasami zresztą jedno nie wykluczało drugiego. Znam korespondencję matematyków, jeszcze sprzed 1918 r., w której kolega opowiada przyjacielowi, że ma już 30 lat, chce pracować naukowo, lecz nie ma żony! Przyjaciel opowiada mu o znajomej, która studiowała matematykę, zatem koniecznie musi ich ze sobą poznać, bo choć dziewczyna nie ma posagu, jej największym walorem jest to, że wie, czym jest całka i różniczka, przeto „ona go zrozumie”.
Wiele takich kobiet, o których Julia Hartwig pisała w Odzie feministycznej, że „bez słowa skargi rezygnują ze swoich uzdolnień”, stoi za sukcesami swoich mężów albo szefów.
W książce, nad którą obecnie pracuję, nimi właśnie się zajmuję: kobietami związanymi z nauką, znajdującymi się na drugim albo i trzecim planie. Takimi jak np. Zofia Kulikowska-Weigl, pierwsza żona Rudolfa Weigla, odkrywcy szczepionki na tyfus plamisty, która poza pracą naukową zajmowała się założonym przez męża Instytutem Badań nad Tyfusem Plamistym i Wirusami przy Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie. Finanse, korespondencja, sprawy personalne – to wszystko było na jej głowie. Podobnie jak prowadzenie domu, gdzie wychowywała jej jedyne z Rudolfem dziecko – syna Wiktora. Na sukces naukowy Weigla pracował też sztab kobiet zatrudnionych m.in. jako laborantki i pomocnice laboratoryjne. W tamtym czasie tak właśnie wyglądało życie naukowe: prace badawcze prowadził z reguły mężczyzna, natomiast ich techniczną i przez to mniej kreatywną stronę brały na siebie kobiety, nawet jeśli nie brakowało im przygotowania naukowego. Od momentu pojawienia się pierwszych absolwentek to właśnie one stały się trzonem personelu pomocniczego, koniecznego w każdej pracowni. Nie budziło to większych oporów. Milcząco przyjmowano też, że kobiety po studiach nie pozostawią przypisanych im tradycją ról, np. pani domu, jeśli chcą zaangażować się naukowo, tylko pogodzą obie funkcje.
Z takimi oczekiwaniami kobiety będą się mierzyć przez wiele następnych dekad. Zdziwiło mnie natomiast, że – jak Pani obliczyła – przez całe dwudziestolecie międzywojenne jedynie 40 kobiet otrzymało habilitację. Mniej więcej tyle, ilu mężczyzn otrzymywało wówczas ten tytuł każdego roku. Co poszło nie tak z emancypacją w wolnej Polsce, że samodzielnych pracownic naukowych było tak mało?
A wydawałoby się, że mogłoby być już tylko lepiej, zwłaszcza po tak istotnym geście emancypacyjnym wykonanym przez państwo jak przyznanie kobietom w listopadzie 1918 r., w uznaniu ich niepodważalnego zaangażowania w odzyskanie niepodległości, praw wyborczych. Dla ludzi nauki, nie tylko kobiet, równie kluczowa była ustawa o szkołach akademickich, uchwalona w połowie lipca 1920 r., która gwarantowała uczelniom autonomię i swobodę badań oraz podkreślała równy dostęp do edukacji dla „studentów i studentek”. To był pierwszy krok do uporządkowania życia akademickiego, opierającego się na przepisach pochodzących z trzech zaborów.
Panował duży entuzjazm w pokoleniu MSC…
Czyli?
Generacji Marii Skłodowskiej-Curie. Stworzyłam to pojęcie na określenie rówieśniczek noblistki, które zainspirowała do osiągania samodzielności przez zdobycie wykształcenia, dzięki czemu wywarły później duży wpływ na świat, nie tylko uniwersytecki.
Obejmuję nim bowiem także te kobiety, które zostały nauczycielkami, dziennikarkami, urzędniczkami. Posiadana przez nie wiedza i zdobyte umiejętności były zarówno ich kapitałem, bo mogły o sobie stanowić, samodzielnie zarabiając na utrzymanie, jak nowo powstającej polskiej państwowości, której brakowało ludzi wykształconych. Wśród nich entuzjazm zaangażowania się w odbudowę państwa był ogromny! Wychowane w duchu pracy organicznej i odpowiedzialności za wspólnotę narodową, uważały za oczywisty powrót do kraju i zaangażowanie w odbudowę kraju. Helena Willman-Grabowska była w Collège de France i Ècole Pratique des Hautes Études na Sorbonie wybitnym fachowcem od sanskrytu i pali, kiedy w 1927 r. wróciła do Polski, by w Krakowie kierować Katedrą Sanskrytu i Filologii Indyjskiej. Na przyobiecany jej przed powrotem z zagranicy tytuł profesora zwyczajnego czekała jednak 10 lat. Nie bez znaczenia dla tej zwłoki było podpisanie przez nią listu protestującego przeciwko osadzaniu przeciwników politycznych sanacji w Berezie Kartuskiej.
Zadziwiająca pamiętliwość.
Zwłaszcza że chodziło o wybitną naukowczynię na skalę co najmniej europejską. Przyjechała z Paryża o niczego, bo katedry indologii w Krakowie nie było. Ona ją stworzyła w 1930 r. w kilku pustych pomieszczeniach, do których z pierwszymi współpracownikami przenosiła zdobyczne meble i skompletowaną przez siebie bibliotekę. Na przykładzie tej uczonej widać też, że wchodzenie kobiet do nauki w ostatniej ćwiartce XIX w. przełożyło się na rozwój nowych dyscyplin, np. antropologii, bakteriologii, etnografii, studiów nad językami pozaeuropejskimi, rehabilitacji sportowej. W uznanych dziedzinach, gdzie od dekad istniała hierarchia, trudniej było im robić karierę, co nie znaczy, że nie potrafiły się tam odnaleźć, np. Helena Polaczkówna i Łucja Charewiczowa uzyskały habilitacje z historii. Pierwsza na uniwersytecie w Poznaniu, druga we Lwowie. Jeżeli jednak miały równe szanse, stawały się de facto twórczyniami nowych dziedzin. Willman-Grabowska uosabiała cechy wielu z nich: zadaniowa, suwerenna w sądach, zdolna do walki o swoje. Na pewno nie była typem cierpiętnicy, która czeka na łaskawe uznanie osiągnięć przez ministerialnych urzędników czy kolegów akademików.
Józefa Joteyko, pedagog i psycholog, która w Instytucie Fizjologicznym uniwersytetu w Brukseli opracowała pionierskie prawa na temat zmęczenia, zamieszkała w Warszawie w 1919 r. Została szefową jednej z katedr w Państwowym Instytucie Pedagogicznym, była angażowana w prace kilku ministerstw, ale Katedry Psychologii na UW, mimo zasług, jej odmówiono.
Zaproponowali jej habilitację, czyli status Privatdozenta – pracownika naukowego bez stałego zatrudnienia. Po wielu latach spędzonych we Francji i w Belgii nie traktowano Joteyko jak swojej – była uczoną z zagranicy, która osiedliła się w Polsce, pozostając poza układami koleżeńsko-przyjacielskimi, które miały wpływ na obsadę stanowisk. Do Polski na parę lat wróciła też Helena Sparrow-Germa, zaangażowana w programy szczepień m.in. przeciwko błonicy i szkarlatynie, która na UW została profesorem bakteriologii. Były i osoby mniej rozpoznawalne, ale z bogatym i udokumentowanym doświadczeniem zawodowym, które w Polsce nie znalazły adekwatnego do osiągnięć uznania.
Wspomniany entuzjazm z wolna zastępowało więc rozczarowanie. Teodora Męczkowska – absolwentka studiów przyrodniczych na uniwersytecie w Genewie, nauczycielka i działaczka ruchów kobiecych – w latach 30. nazywała prawa wywalczone przez kobiety u progu wolnej Polski „papierową fikcją”, bo zasada równouprawnienia, deklarowana w przepisach, nie przekładała się na zwiększenie obecności kobiet w przestrzeni publicznej, także w strukturach państwowych. Droga od wydania przepisów do zmiany społecznej, jaką mają wywołać, zawsze jest kręta i powolna, co najtrafniej oddaje puenta Anny Żarnowskiej, historyczki, odnosząca się do II RP i praw wywalczonych przez kobiety: „Równe prawa, nierówne szanse”.
Jak wyglądały zarobki naukowczyń?
W XII-stopniowej skali uposażeń urzędników państwowych, która obejmowała także ludzi nauki, zarobki większości z 5 tys. kobiet zatrudnionych w tych strukturach – także posiadających tytuły naukowe – były zaszeregowane w grupach XII–VII, czyli wśród osób najmniej lub średnio zarabiających. Niewielka ich część znalazła się w grupie VI. Spośród badanych przeze mnie pierwszych habilitantek rzadko która miała szansę na kierowanie katedrą oraz profesorskie stanowisko i pensję. Habilitantki prowadziły zajęcia na uczelniach jako docenci prywatni, czyli bez zatrudnienia i pewności dochodów, znajdując etat gdzie indziej. Wspomniana Helena Polaczkówna pracowała więc we lwowskim Archiwum Akt Miejskich.
W liście do Oswalda Balzera, promotora i przełożonego, pisała, że zaszeregowano ją – fachowca z 20-letnim stażem pracy w archiwach – do niższej grupy uposażeniowej niż jej młodszego kolegę. Uznała to za dowód jej dyskryminacji, jako urzędniczki i kobiety, o czym nie krępowała się mówić. Jakże więc była niewygodna dla urzędników rozdzielających zaszeregowania!
Łucja Charewiczowa z kolei zarabiała na życie jako kustoszka w Muzeum Historycznym Miasta Lwowa. Wiele habilitantek, m.in. Stefania Skwarczyńska, literaturoznawczyni, było nauczycielkami gimnazjalnymi. Karolina Lanckorońska, historyczka sztuki, jako właścicielka ziemska, mogła sobie pozwolić na niezarabianie.
Na uniwersytetach preferowano mężczyzn?
Po Konstytucji kwietniowej z 1935 r. nastroje społeczne, także uniwersyteckie, usztywniły się, dokonują ponownego zwrotu w kierunku tradycji, więc w przypadku wakatu na stanowisku np. szefa katedry mężczyźni mieli większe szanse na jego objęcie. Samodzielność naukowa akademiczek znowu była traktowana jako rzecz niekonieczna, bo na tworzenie stanowisk i zatrudnianie nowych ludzi brakowało pieniędzy. Polska wychodziła przecież w II poł. lat 30. z wielkiego kryzysu gospodarczego.
Szansą okazał się dla kobiet rok 1945, bo wojna i jej konsekwencje wszystkich „wysadziły z siodła”.
W związku z tym akademicy z Wilna czy ze Lwowa budowali stanowiska pracy od podstaw, przede wszystkim w nowo utworzonych uniwersytetach w Toruniu i Łodzi, gdzie wspomniana Skwarczyńska otrzymała Katedrę Teorii Literatury. Szansą była wymiana kadrowa, która zaszła we Wrocławiu, dokąd przyjechały uczone ze spalonej Warszawy czy ze Lwowa.
Tuż przed wybuchem wojny studentki pięciu uniwersytetów – w Krakowie, we Lwowie, w Poznaniu, Warszawie i Wilnie – stanowiły 45% pobierających naukę na wydziałach filozoficznych, a 30% na medycynie.
Wydział Prawa UW, dzięki takim uczonym jak Leon Petrażycki, prawnik i filozof, stał się niemal mekką dla dziewcząt, gdyż studiowało ich tam więcej niż w tamtym czasie na wielu uniwersytetach niemieckich. Do tego dochodzą absolwentki politechnik i wydziałów weterynaryjnych. Reasumując: kobiet z wyższym wykształceniem, nawet biorąc pod uwagę, że wiele ich zginęło w latach 1939–1945, było po wojnie nieporównanie więcej niż w 1918 r. W zrujnowanym życiu akademickim stanowiły więc istotny kapitał społeczny. Przynajmniej do 1948 r. mogły się łudzić, że nowy system będzie ziszczeniem ich marzeń o emancypacji i równości dla każdego.
Willman-Grabowską uczelnia przesuwa w stan spoczynku już w 1947 r. „skutkiem przekroczenia granicy wieku”, nie zapewniając jej jednak emerytury. Przyczyny odsunięcia były polityczne. Rozczarowań wśród akademiczek na pewno nie brakowało.
Naturalnie, choćby dlatego, że rozwiązano Stowarzyszenie Kobiet z Wyższym Wykształceniem, które akademiczki odtworzyły po wojnie. Trudno mi też mówić o tak oczywistych dziś sprawach jak trudność w godzeniu pracy akademickiej z wychowaniem dzieci i prowadzeniem domu. Tak było już przed wojną, tak się działo przez wiele późniejszych dekad. Urodzenie i wychowanie dziecka było równoznaczne z przerwaniem pracy naukowej. Po 1945 r. pojawiły się co prawda darmowe żłobki i przedszkola, jednak przyjmowano, że wysiłek podołania obowiązkom domowym spoczywa na kobietach, bo w świecie naukowym, podobnie jak w społeczeństwie, wciąż rezonował tradycyjny porządek płci. Kariery wielu akademiczek w takich warunkach wyhamowały. Natomiast w drenażu mózgów, tzn. odchodzeniu z nauki utalentowanych osób, znaczenie miała płeć, ponieważ z kariery akademickiej, z powodu obowiązków rodzicielskich, częściej rezygnowały kobiety niż mężczyźni.
Dlatego w Polsce, choć większość studiujących to kobiety, kadrę akademicką od lat w dużej mierze tworzą mężczyźni.
Zgadza się, a nie powinno do tego dojść, biorąc pod uwagę, ile kobiet skorzystało z szansy zdobycia wykształcenia, którą powszechnie otrzymały dopiero po 1945 r. O ile tylko potrafiły przezwyciężyć uprzedzenia obecne w środowiskach, z których pochodziły, nawet chłopskie córki mogły zostać profesorkami. Edukacja, do studiów włącznie, stała się przecież bezpłatna. Pojawiły się stypendia dla niezamożnej młodzieży, bursy i akademiki
„Odporność przeciw zniechęceniu, cierpliwość, wytrwałość, ufność w siebie, w swą szczęśliwą gwiazdę” – wyliczała w zapiskach dziennikowych „warunki powodzenia”, kiedy „liczyć można tylko na siebie samego”, Ludwika Dobrzyńska-Rybicka, filozofka, od lat 30. profesorka uniwersytetu w Poznaniu. Wciąż bardzo to pasuje do kobiet w nauce. Czy jako akademiczka czuła się Pani kiedykolwiek traktowana inaczej niż mężczyźni?
Z badań relacji płci sprzed 100 lat wiem, że zmian nie można zadekretować, dlatego nie oczekuję radykalnej przemiany porządku myślenia u współczesnych naukowców. Od lat jestem migrantką edukacyjną, jak wiele przypomnianych tu kobiet (włącznie z Dobrzyńską-Rybicką, która doktoryzowała się w Zurychu), co mnie mocno uwrażliwiło na różnice w sposobie traktowania kobiet i mężczyzn, nie tylko w nauce. Uważam jednak, że nie jest ważne, co nam się przytrafia, ale co potrafimy z tym zrobić. W tym sensie cytowany zapis nigdy nie straci na aktualności, bo taka właśnie jest nauka: wymagająca. Temu wyzwaniu trzeba sprostać. Jednocześnie trzeba jednak zachować w sobie niezgodę na zachowania, obyczaje i regulacje dyskryminujące ludzi ze względu na ich płeć, pochodzenie czy konstelacje rodzinne, odważnie przeciwko nim występując. Uczone, o których tu opowiadałam, taką niezgodę i wolę walki miały.
Iwona Dadej
Dr nauk humanistycznych, pracowniczka Freie Universität Berlin i Instytutu Historii PAN. Zajmuje się historią nauki, kobiet i płci kulturowej. Autorka m.in. książki Habilitacja – bariera czy kariera? Porządek płci w polskiej kulturze akademickiej pierwszej połowy XX wieku (Warszawa 2022)