Moją myśl można ująć w jednym zdaniu: umiera personalizm, powraca osoba (mógłbym także powiedzieć: umiera personalizm, przez co należałoby rozumieć: niech umiera, nawet jeśli…, być może byłoby lepiej, gdyby umarł po to, by…).
Wytłumaczę się najpierw ze zwrotu „umiera personalizm”, nadając mu w trybie oznajmującym wartość zapisu pewnego faktu kulturowego. Ogólnie rzecz biorąc, żałuję nieszczęśliwego wyboru, jakiego dokonał założyciel ruchu Esprit, decydując się na termin z końcówką „-izm” i stając do rywalizacji z innymi „-izmami”, które dzisiaj wydają się nam w ogromnej mierze najzwyklejszymi pojęciowymi fantomami. Rozwinę może moją myśl.
Otóż przede wszystkim uważam, że inne „-izmy” przedstawiały takie wzorce myślenia, które były znacznie lepiej wyartykułowane pojęciowo. Wystarczy przypomnieć, jak złożona praca konceptualna kryje się za pojęciem egzystencjalizmu w Bycie i nicości u Jeana Paula Sartre’a albo u Maurice’a Merleau-Ponty’ego w Fenomenologii percepcji lub Les Aventures de…