Anne Dufourmantelle, francuska filozofka i psychoanalityczka, zginęła 21 lipca 2017 r., ratując tonące w morzu dwoje dzieci przyjaciół. Dzieci przeżyły, jednak ratownikom nie udało się pomóc Dufourmantelle. Sześć lat wcześniej ukazała się Pochwała ryzyka. Jej śmierć była dla wszystkich szokiem, bolesnym zerwaniem życia w jego pełni (miała przecież zaledwie 53 lata), ale też wydarzeniem nadającym jej historii niesłychaną spójność. Ilustracją jej własnych słów o tym, jak ryzyko przedefiniowuje nie tylko to, co ma się wydarzyć w przyszłości, ale też całą przeszłość, w której nagle inaczej zaczynają rozkładać się sensy i wartości. To wszystko sprawia, że dzisiaj pewnie czytamy ten tekst inaczej niż czytelniczki i czytelnicy, którzy mieli okazję się z nim zapoznać zaraz po publikacji. Na poziomie argumentów nie zmienia się nic, lecz mimo to łatwiej nam uwierzyć autorce na słowo.
Rozpoznanie
Już na pierwszych stronach książki Dufourmantelle stawia diagnozę: żyjemy w kulturze, „która nie potrafi już myśleć o ryzyku, nie robiąc z niego bohaterskiego czynu, czystego szaleństwa lub zaburzenia”. Bezpieczeństwo i zasada przezorności stały się wyznacznikiem tego, jak podejmujemy decyzje, a także tego, jak postrzegamy i przeżywamy niemal wszystko, co się nam przydarza. Czy też raczej tego, jak bardzo unikamy nieprzewidzianych wydarzeń i rzeczy, które wymykają się naszej kontroli.
Oczywiście, wiele z nas na terapii czy też obcując z popularną psychologią, uczy się odpuszczania kontroli i zasadniczo wiemy, że niezdrowo być tzw. control freakiem. Dufourmantelle idzie jednak znacznie dalej – wychwala ryzyko, wystawianie się na niebezpieczeństwo, a nawet narażanie życia. Gdy podjęłam się przekładu jej książki, ta perspektywa od razu mną wstrząsnęła. Pewnie w dużej mierze dlatego, że doświadczałam właśnie pierwszych lat rodzicielstwa i oprócz zmagania się z trudną codziennością, jak wiele innych rodziców zabudowywałam przyszłość bezpiecznym i przewidywalnym racjonalnym projektem. Nie mówiąc o tym, że obowiązywał jeszcze wówczas notorycznie łamany w Polsce nakaz noszenia maseczek i wspólnie ze znajomymi pomstowałam na Facebooku na nieodpowiedzialnych współobywateli i współobywatelki narażających nas na niepotrzebne niebezpieczeństwo.
Nie zawsze jednak tak jednoznacznie wartościowałam bezpieczeństwo. W latach 80. minionego wieku powstało świetne słuchowisko dla dzieci na podstawie Kubusia Puchatka. Jako dziecko bardzo lubiłam słuchać tej kasety, więc z radością odkryłam, że mogę własnej córce puścić nagranie dostępne dzisiaj w Internecie. Słuchowisko dość wiernie przedstawia kolejne rozdziały kultowej pozycji, a z wątku poszukiwania bieguna północnego czyni nić przewodnią splatającą pozostałe przygody. Kiedy Puchatek odwiedza Sowę Przemądrzałą, żeby zaprosić ją na wyprawę, ta z właściwą sobie surowością odpowiada: „Wyprawa na biegun? To szalenie niebezpieczne!”. Co jednak mnie uderzyło, kiedy jako dorosła osoba słuchałam tej opowieści, to fakt, że ta kategoryczna wypowiedź w kontekście opowiadanej historii w ogóle nie ma oznaczać, że bohaterowie powinni porzucić pomysł zdobycia bieguna północnego. Jest to raczej stwierdzenie faktu, który w bardziej ogólnej wersji brzmiałby: przygody są niebezpieczne, to wręcz należy do ich definicji. Jednocześnie przygody w literaturze dziecięcej poprzednich epok są też wartością samą w sobie – warto mieć przygody. Mam wrażenie, że dzisiaj książki dla dzieci często epatują lękiem i ochraniaczami na kolana, niemal na każdej stronie przypominają, by nie bawić się nożyczkami czy młotkiem bez pomocy dorosłego. O tej koncentracji na wyzwaniach codzienności pisała kiedyś Karolina Lewestam na łamach miesięcznika „Pismo”. Ja zaś poszukiwałam książek z przygodami na targach książki w Sopocie i faktycznie, tylko na jednym stoisku przedstawiciel wydawnictwa był w stanie zaproponować mi taką pozycję (jedną!), mimo że wybór wysokiej jakości literatury dla dzieci jest obecnie imponujący.
Obrazy
Dlaczego jednak w wartościowaniu bezpieczeństwa miałoby być coś złego? Bezpieczne życie wydaje się celem godnym pożądania i logiczną konsekwencją rozwoju cywilizacyjnego. Spróbujmy sobie jednak wyobrazić, co miałoby oznaczać takie maksymalnie bezpieczne życie. Wyobrazić, czyli stworzyć obrazy, a nie tylko słowa i argumenty. Tak zresztą pisze sama Dufourmantelle. Tym, co najbardziej poruszyło mnie przy pierwszej lekturze, była nie tyle sama diagnoza współczesnej kultury, ile jedna z metafor. W Polsce nie jesteśmy przyzwyczajeni do takiego uprawiania filozofii. Poetyckość wybaczamy zazwyczaj tylko tym tekstom, które wcześniej trafiły do tzw. kanonu. Literackie obrazy, metafory, czy poetyckie niedopowiedzenia budzą nieufność, irytację, a przynajmniej sprawiają, że traktujemy tekst mniej poważnie.
Sceptycyzm wobec literackiej, a do tego miejscami trudnej formy może brać się z dość naiwnego racjonalizmu, który zakłada, że możemy oddzielić sferę myśli od sfery emocji i pragnień i że to oddzielenie chroni nas przed niepewnością, błędem i manipulacją. Psychoanaliza wychodzi jednak z przeciwnego założenia: myślenie zawsze jest w mniejszym lub większym stopniu obudowywaniem teorią pewnego pragnienia. A skoro tak, to tylko dla myślenia lepiej, jeśli tego faktu i tego pragnienia nie próbujemy ukrywać. Dufourmantelle idzie jeszcze dalej i próbuje nas do swojego pragnienia włączać, zarażać nim. Czyli uwodzić. Szczególnie beletryzowane fragmenty sesji terapeutycznych potrafią zachwycić, i to czasem bez wyraźnego powodu. Chyba najbardziej utkwił mi w pamięci ten, w którym psychoanalityk przestaje na chwilę słuchać pacjentki, bo przez okno dostrzega niezwykle pięknego gołębia w gałęziach drzewa. I w tym właśnie momencie po latach terapii dochodzi do przełomu, pacjentka nagle przestaje mówić, a on nie wie, co się wydarzyło, jak brzmiało ostatnie zdanie i dlaczego osoba, która od lat opłakiwała u niego utraconą miłość, nagle stała się kimś innym.
Ten literacki obraz ma bardzo nieoczywistą funkcję w tekście, ale zachwyca, zostaje w pamięci i sprawia, że bardziej nasiąkamy treścią książki. Autorka sama zresztą pisze w innym miejscu o sile obrazów i o tym, że jeszcze u Kanta wyobraźnia zmusza intelekt do „myślenia o czymś więcej”, chociaż ten naddatek myśli nie daje się ująć w „całkiem adekwatnym pojęciu”. Myślenie, które chce tworzyć tylko adekwatne definicje i opisy, gubi sens w tym znaczeniu tego polskiego słowa, które słyszymy np. w pytaniu o „sens życia”. Nie chodzi w nim przecież o znaczenie czy słownikową definicję, lecz raczej o wartość. Tak naprawdę pytamy. „Dlaczego warto żyć?”. Czy Dufourmantelle odpowiada na to pytanie? I tak, i nie. Jeśli miałabym taką odpowiedź wyciągnąć z tekstu, to brzmiałaby ona po prostu: „Warto żyć” – z akcentem zdaniowym padającym na to drugie słowo, nie na pierwsze.
Synonimy
Wraz z upływem czasu przychodzą mi na myśl kolejne możliwe odpowiedzi na pytanie „O czym jest ta książka?”. O tytułowym ryzyku, to oczywiste. Ale ryzyko, o którym pisze Dufourmantelle, ma wiele synonimów. Pierwszym jest z pewnością doznawanie – w niedokonanym aspekcie otwartości na to, co inne, co przychodzi bez zaproszenia i bez zapowiedzi, żeby nas doświadczyć, coś nam zrobić. Może nam zrobić dobrze lub źle albo przekształcić nas w taki sposób, jaki sprawi, że nasze dotychczasowe przekonania na temat tego, co dobre lub złe, przestaną obowiązywać i zaczniemy patrzeć z zupełnie innej perspektywy. O tym mówi np. rozdział Jak (nie) stać się sobą…, w którym popularny slogan „Bądź sobą” zastąpiony zostaje postulatem stawania się nie-sobą, wystawiania się na doświadczenie radykalnej transformacji, które może być paradoksalnie bardziej zgodne z naszym człowieczeństwem niż ogrywane przez coaching „odnajdywanie siebie”. Bo co by miało się dziać po tym, jak już siebie odnajdziemy czy też staniemy się sobą? Mamy dalej stawać się sobą bardziej, lepiej? Jeśli tak, jest to możliwe tylko przy założeniu, że jesteśmy już inną osobą niż ta, która zaczynała szukać. W przeciwnym razie stoimy przed przerażającą perspektywą trwania, i to nawet nie wiecznego, tylko ograniczonego w czasie trwania do śmierci. To zresztą być może najbardziej bolesny aspekt tzw. kryzysu wieku średniego: oto staliśmy się sobą.
Kolejne synonimy tytułowego ryzyka to życie i miłość, które w XXI w. rozpatrujemy przede wszystkim pod kątem czasu trwania i zdrowia (szczególnie braku takiej czy innej toksyczności). Gdzieś między 1968 r. a wybuchem pandemii zgubiła nam się intensywność. Niby jeszcze powtarzamy, że ta młodzież to by tylko chciała silnych wrażeń, ale w głębi duszy wiemy, że to już nieprawda, nawet jeśli nie znamy statystyk, które potwierdzają, że pokolenie Z wartościuje bezpieczeństwo bardziej niż wszystkie przed nim. Metaforą, która mocno ukłuła mnie podczas pierwszego spotkania z Pochwałą ryzyka, był przewijający się przez książkę obraz całunu. Dufourmantelle pisze, że wartościując przede wszystkim bezpieczeństwo i zasadę przezorności, żyjemy tak, jakbyśmy już teraz powoli owijali się całunem. Całun izoluje nas od niebezpiecznej rzeczywistości, która może nas zranić czy w inny sposób wytrącić z równowagi. Ale owijając się nim, kładziemy się do (jeszcze bezpieczniejszego) grobu, a z życia czynimy umieranie. Oczywiście życie zawsze jest w jakimś sensie umieraniem, ma jednak jeszcze drugi sens, który w języku polskim najlepiej oddaje nieco abstrakcyjny termin „witalność”, a który po angielsku wyraża się często prostym słowem alive, „żywy”. W tym znaczeniu życie nabiera intensywności, którą możemy stopniować, pytając np.: „Co sprawia, że czujesz się najbardziej żywy?” – czy stwierdzając, że jakaś osoba jest „tak bardzo żywa” lub też sprawia, że my czujemy się żywi. To życie, które nie jest przedmiotem sądu logicznego (istnieje) ani wartościującego (jest dobre lub złe), ale czucia, które może być mniej lub bardziej intensywne, bolesne, rozkoszne lub jeszcze inne. Tak rozumiane życie nie jest ani nagim faktem biologicznym, ani uwikłaną w dzieje biografią. Raczej nasyceniem naszej historii witalnością, którą napędza pragnienie. Ono prowadzi zaś prostą drogą do kolejnego, wspomnianego wyżej synonimu tytułowego ryzyka, czyli do miłości.
Niewiele jest pewnie bardziej uniwersalnych doświadczeń niż intensywność przeżywania towarzysząca zakochaniu i namiętności. Temat miłości w takiej czy innej formie przewija się przez całą książkę i często przybiera kontrowersyjną formę. Czytamy o ryzyku namiętności, niewierności, porzucaniu rodziny, skandalu – a to tylko tytuły rozdziałów. „Nie zaleca się namiętności – pisze Dufourmantelle – a jednak każdy jej wypatruje i każdy potajemnie chciałby doświadczyć tej śmiercionośnej choroby”. Autorka z jednej strony nie przestaje uwodzić, lecz z drugiej – jej opisy miłości zarówno we fragmentach teoretycznych, jak i literackich opowieściach o pacjentach niemal zawsze mają w sobie mrok. Nie czytamy wszak naiwnego marketingu, jakim byłaby każda „Pochwała miłości”, próbująca nam sprzedać receptę na szczęśliwe i udane życie. Dufourmantelle funkcjonuje raczej poza optymizmem i pesymizmem, podobnie jak carla bergman i Nick Montgomery – autorzy książki Joyful Militancy (Radosny aktywizm), którzy piszą o tym, że przede wszystkim chodzi o przyjęcie wobec przyszłości postawy afirmującej niepewność i niewiedzę, a nie wypełnianie jej optymistyczną lub pesymistyczną prognozą. Nie chodzi zatem o receptę, obietnicę ani nawet o wizję lepszego świata. Nie (zawsze iluzoryczna) trwałość szczęścia, ale radość (joy) burzenia, budowania, odkrywania, doświadczania, kochania – zawsze obarczona ryzykiem, że coś lub ktoś się popsuje, zniszczy lub pogrąży w rozpaczy. Rozpacz zaś może być jeszcze głębsza niż radość namiętności i Dufourmantelle nie boi się patrzenia w tę otchłań, choćby wtedy, kiedy przywołuje wczesnych romantyków. Przypomina obecną w romantyzmie jenajskim fascynację mrokiem, która „wypędziła Kantowską czystą formę a priori, podmiot pozbawiony jakiejkolwiek możliwości bycia z zaczarowanego królestwa i wezwała ludzi, by odpowiedzieli nocy”. Ryzyko namiętności, miłości, nadmiernego rozkoszowania się życiem to także ryzyko szaleństwa, upadku, utraty, bólu krzywdy i bólu krzywdzenia.
Afirmacja bierności
Dufourmantelle jest ambiwalentna, ale daleko jej do symetryzmu widzącego w smutku tylko drążenie miejsca na radość. To kojąca wizja, ale przecież nigdy nie wiemy, jaka będzie proporcja dotykających nas doświadczeń, ile będzie w nich rozkoszy, a ile rozpaczy. Na tym właśnie polega ryzyko. W wystawianiu się na cierpienie, smutek czy krzywdę nie chodzi o to, że kiedyś spotka nas za to jakaś nagroda czy że „co nas nie zabije, to nas wzmocni”. Chodzi o otwarcie się na to, co nieznane, przy czym Dufourmantelle nie postuluje jakiegoś radykalnego aktu wyboru czy decyzji o zmianie status quo. Raczej uświadamia nam, że i tak nie mamy wyboru. „Życie jest ryzykiem bezrefleksyjnie podejmowanym przez nas – żyjących”, czytamy na pierwszej stronie książki. Życie zawsze jest ryzykiem, zawsze nam grozi – śmiercią, cierpieniem, traumą. W tym sensie Pochwała ryzyka jest pochwałą radości, ale w rozumieniu Spinozy, jako zdolności do poruszania, ale też bycia poruszanym (wzruszanym). Większość mężczyzn filozofów skupia się przede wszystkim na pierwszym członie tej zdolności. Sprawczy podmiot sterujący za pomocą woli swoim ciałem i działaniami, jednostronnie przekształcający swoją pracą świat, niezależny pełnosprawny obywatel zawiązujący z podobnymi sobie umowę społeczną – tę męską perspektywę krytykowały m.in. etyczki troski, kiedy podkreślały, jak bardzo zawsze jesteśmy zależni od innych, nie tylko na początku i na końcu życia. To vulnerability, tłumaczona czasem pięknie jako „ranliwość”, jest dla nich wyjściową kondycją ludzką, na podstawie której tworzymy relacje i społeczności. Ryzyko zranienia towarzyszy nam, czy tego chcemy, czy nie, a nasza sprawczość jest zawsze bardziej ograniczona, niż nam się wydaje.
Podobną perspektywę przedstawia np. Annemarie Mol w eseju I eat an apple, w którym przywołuje porównanie zachodniego i wschodniego myślenia o cielesności. W tym pierwszym ciało to przede wszystkim mięśnie, i to tylko te zewnętrzne, prążkowane, odpowiadające na polecenia woli. A przecież w jedzeniu jabłka jedynie gryzienie i połykanie stanowią akty woli. To, co jest najważniejszym sensem „jedzenia”, czyli przyswajanie wartości odżywczych, zachodzi zupełnie niezależnie od naszych decyzji. Czy jesteśmy w tej sytuacji podmiotem w większym stopniu niż jabłko, które dzieli się z nami swoją treścią? Wiemy dzisiaj, że największą sprawczość ma tutaj flora bakteryjna. Akt woli jest w najlepszym razie drugorzędny w stosunku do skomplikowanego procesu obejmującego niewyobrażalną różnorodność elementów wchodzących ze sobą w nieustające relacje na wielu nieredukowalnych do siebie płaszczyznach. Możemy oczywiście stać się podmiotem poznania i spróbować jak najbardziej adekwatnie objąć myślą cały ten proces. Ale nie po to sięgamy po jabłka.
Spinozjańska radość przejawia się zatem u Dufourmantelle przede wszystkim w aspekcie bierności, bycia poruszanym czy też wzruszanym, jeśli trzymać się polskiego przekładu Etyki. Doskonale ilustruje to zakochanie, które zawsze jest czymś, co nam się przytrafia niezależnie od naszej decyzji lub wręcz wbrew postanowieniu. I zawsze jest ryzykiem, którego nie możemy nie podjąć. Nawet jeśli nie odpowiemy na ten afekt, istnieje zagrożenie, że zacznie nas on nawiedzać. Podobnie będzie z żałobą, której nie chcemy przeżyć lub też którą chcemy przedwcześnie zakończyć. Kilka miesięcy temu trafiłam na podkast, w którym prowadzący pyta gości o ich ostatnią sesję psychoanalizy. Pojawia się w nim również Fred, którego ostatnia sesja u Anne Dufourmantelle odbyła się dzień przed jej tragiczną śmiercią. Fred mówi m.in. o tym, że nie chce nigdy pozbyć się bolesnej kuli w gardle pojawiającej się, kiedy myśli o swojej dawnej terapeutce. Tak jak nie chciałby się pozbyć tego dławiącego smutku, jeśli straciłby inną bliską osobę. Nietrudno to zrozumieć. Wszak dławiące nas łzy są też łzami wzruszenia, wdzięczności, miłości, przyjaźni – to w nich możliwe jest przeżycie po śmierci w tym sensie, w jakim wcześniej mowa była o życiu. Nie tylko jako trwanie zapisu, informacji o czyimś losie, nie jako biologiczne trwanie życia, ale jako przeżywanie intensywności doświadczenia, którym była dla nas czyjaś obecność.
Spotkania
Dowartościowanie owej bierności doświadczania nie oznacza oczywiście zaniechania aktywnego działania. Podobnie jak u Spinozy, te dwa aspekty są u Dufourmantelle splecione i wzajemnie się wzmacniają. Im bardziej dajemy się kochać, tym więcej miłości możemy dać drugiej osobie. Nie tylko w seksie, który znakomicie ilustruje tę zasadę, a który często w języku sprowadzamy do gry o sumie zerowej, „dawania” czy, co gorsza, wypełniania obowiązku. Tymczasem afektywność rozumiana jako spinozjańska radość ma zdolność mnożenia się, które nie wymaga zapłacenia proporcjonalnej ceny. Uszczęśliwiamy innych doświadczaniem radości i przyjemności, a nie poświęceniem i rezygnacją z siebie. Jakże daleko jesteśmy tutaj od umartwiania się dla innych czy „dla sprawy”. A zarazem odnajdujemy w Pochwale ryzyka zaskakująco życzliwy obraz przejawów religijności. Choćby wtedy kiedy pisze o nieco zapoznanej dzisiaj intymnej przestrzeni modlitwy. Bardzo obecny na kartach książki jest też Emmanuel Levinas – być może ulubiony religijny myśliciel niewierzących. W cytacie z Czas i to, co inne czytamy: „Pieszczota nie szuka jedwabistości czy ciepła tej oto dłoni dostępnej mi poprzez dotyk. Poszukiwanie pieszczoty stanowi jej istotę o tyle, o ile pieszczota nie wie, czego szuka. Najistotniejsze jest w niej to »nie wiem«, owo zasadnicze nieukierunkowanie. Jest ona jakby grą z czymś, co się wymyka, i to grą zupełnie bez projektu ani planu, grą nie z tym, co może stać się nasze czy też nami, lecz z czymś innym, zawsze innym, zawsze niedostępnym, zawsze dopiero nadchodzącym. Pieszczota jest oczekiwaniem tej czystej, beztreściowej przyszłości” (tłum. J. Migasiński). Podmiot jest tutaj aktywny, jednak nie próbuje kontrolować rzeczywistości, przetwarzać jej ani też produkować wiedzy, sztuki czy jakiegoś użytku. Poszukuje doświadczenia, jednak nie szuka tylko tego, co zna czy czego może się domyślać na podstawie wcześniejszych doświadczeń. Atrakcyjność pieszczoty kryje się w tym, co nas zaskoczy i uczyni z niej wydarzenie przekształcające uczestniczące w nim osoby. Owa nieznana „beztreściowa przyszłość” jest tutaj sensem pieszczoty w takim samym rozumieniu jak wspomniany wcześniej sens życia – odpowiedzią na pytanie „Dlaczego to robisz?”. Spotkanie z radykalną innością z definicji zaś nie jest w swej istocie doświadczeniem poznawczym, dającym wiedzę, ale bliżej mu do doświadczenia estetycznego, przy czym doświadczaną wartością nie musi być tradycyjnie rozumiane piękno. Mamy tu rozmytą aksjologię pragnienia, doświadczania, życia… Wiedza jest raczej skutkiem ubocznym niż poszukiwanym rezultatem.
A co z tymi, którzy i bez tego czują za bardzo? Dla osoby wysoko wrażliwej sama lektura Pochwały ryzyka może być męczarnią i wiem, że potrafi doprowadzić do łez. Może ryzyko jest godne pochwały tylko dla niektórych? Może otwarcie się na nie to kwestia pewnego przywileju – sytości materialnej francuskiej intelektualistki albo wiecznie niezaspokojonego temperamentu? Czy nie jest tak, że tego typu książki są tylko nieuprawnioną ekstrapolacją bardzo partykularnych pragnień? Niewątpliwie, i może obecność psychoanalizy w filozofii ma właśnie tę wartość, że o tym partykularyzmie piszącego podmiotu nieustannie przypomina. Jednak Dufourmantelle odpowiada też na ten zarzut: owszem, jesteśmy uwarunkowani kulturowo, klasowo, genderowo, rodzinnie – mimo to zaryzykujmy uniwersalność, powiedzenie czegoś o człowieku w ogóle. Nie dlatego, że da nam to ostateczne odpowiedzi, nie o nie zresztą chodzi. Potrzebujemy uniwersalności dlatego, żeby móc się spotkać, opowiedzieć swój świat innemu, zderzyć się z jego radykalną innością, a swoją pojedynczość wystawić na to zderzenie. Dlatego przykładem wartości uniwersalnej jest gościnność – uniwersalna zasada odnoszenia się właśnie do partykularyzmu i obcości Innego. Sięgamy więc po uniwersalną opowieść o nas samych, za każdym razem ryzykując, że się w ogóle nie zrozumiemy, trafimy kulą w płot, a książką ktoś rzuci o ścianę. Ale też ryzykując „komunizm myśli”, nagłe poczucie jedności, które obiecuje, że kolejne doświadczenie tego, co nieznane, będziemy przeżywać razem.
Pochwała ryzyka po raz kolejny okazuje się pochwałą miłości, i to w tym jej wymiarze, który potocznie nazywamy romantycznym. Oczywiście nie chodzi o to, żeby negować słuszną krytykę tego modelu, którą znajdziemy np. w Pochwale przyjaźni Michała Herera. Przyjaźń z pewnością jest elementem kluczowym i pewnie ciągle niewystarczająco obecnym w wielu relacjach. Zresztą przy odpowiednio szerokim rozumieniu zakresy obu tych pojęć w dużej mierze się pokrywają. Wszak miłością nazywamy nie tylko relacje romantyczno-erotyczne, ale też uczucie do dzieci, rodzeństwa, rodziców. To, co je łączy, to trwała troska o dobro innej osoby, którą odnajdujemy też w przyjaźni. Dlatego często odmawiamy miana miłości chwilowym zauroczeniom, budując niejako bezpieczny mur wokół sfery domu i rodziny. Czujemy podskórnie, że w rozszerzeniu jej na te ulotne afekty kryje się niebezpieczeństwo – ryzyko zranienia, zburzenia, wstrząsu, po którym nic już nie będzie takie samo. A jednocześnie czy te „bezpieczne”, trwałe relacje miłości, rodziny i przyjaźni nie zawierają w sobie ryzyka? A jeśli wszystko ma być „oswojone” – swoje, moje, znane – to czy jest jeszcze miejsce na doświadczenie inności? Paradoksalnie, „komunizmu myśli” doświadczamy również wtedy, kiedy nie patrzymy wspólnie w tym samym kierunku, ale na siebie nawzajem, doświadczając wzruszenia i wzniosłości nie mniejszej niż tej w obliczu piramid. W tym sensie Dufourmantelle znowu blisko jest do Levinasa i jego doświadczenia Absolutu poprzez twarz Innego. Nie trzeba (chociaż można) przecież wierzyć w transcendencję, żeby przeżyć wzniosłość spotkania i oczywistość tego, jak bardzo taka chwila przekracza sumę uczestniczących w niej „ja”. I żeby całe życie szukać tego „naddatku” niedającego się ująć w „adekwatnym pojęciu”.
W najkrótszym rozdziale książki Dufourmantelle pisze o tym tak:
Ryzykując to, co nieznane
Ryzykując zaproszenie kobiety do tańca i wyszeptanie jej „zamknij oczy”.
Ryzykując wyjazd na obiad na mieście, który kończy się następnego dnia, po całonocnej podróży, w Rzymie, ponieważ zmieniliśmy zdanie.
Ryzykując, że gdy widzimy, jak nasz mężczyzna po raz pięćdziesiąty odmawia zakupienia (nadwiędniętej) róży od niewysokiego pakistańskiego sprzedawcy, kupimy od niego całe naręcze róż i rozdamy wszystkim obecnym.
Ryzykując nieprzespane noce.
Ryzykując napisanie listu miłosnego do kogoś prawie nieznanego, z powodu jakiegoś „prawie nic”, które przeniknęło nas w nieznanym nam wcześniej przebłysku.
Ryzykując nieprzerwane uprawianie miłości.
Ryzykując modlitwę bez ratunku od jakiegokolwiek Boga – albo nawet z nim.
Ryzykując przyjaźń – ukrytą, szaloną, nieprzytomną, nieskończoną. Gorszą niż miłość.
Ryzykując nudę i polubienie tej nudy bez wyjścia.
Ryzykując samotny spacer po mieście i czekanie na to, że w tym właśnie momencie przyjdzie do nas sens całego życia. I wiedzę, że jutro wszystko to zniknie.
Ryzykując słuchanie w kółko Pasji według św. Mateusza Bacha.
Ryzykując wzięcie na siebie odpowiedzialności, którą miał ponieść ktoś inny. Wszystko, byle nie zasada ostrożności.
Ryzykując zbieranie wypolerowanych przez morze szkiełek na plaży i rozsypanie ich wieczorem.
Ryzykując komunizm myśli. Ryzykując radość.
Anne Dufourmantelle Pochwała ryzyka tłum. Barbara Brzezicka, Wydawnictwo Scholar, Warszawa 2022, s. 252