Co można robić po filozofii? Pytanie to zadał mi niedawno mój syn, tegoroczny maturzysta. Wiedział, że czytuję filozofów, że chętnie się na nich powołuję, że sięgam po ich książki, pisząc własne. Że, krótko mówiąc, filozofia od dawna stanowi niezwykle ważną część mojego życia. Nic prostszego niż udzielić odpowiedzi nastolatkowi, tymczasem ogarnęła mnie prawdziwa bezradność. Po filozofii można oczywiście robić na dobrą sprawę prawie wszystko, ponieważ paleta możliwości zawodowych jest dzisiaj dla młodych ludzi nieporównanie większa niż dwadzieścia kilka lat temu, gdy ja sam zaczynałem swoje dorosłe życie. Lecz jeśli chce się zachować intensywny związek z tak wyjątkową dziedziną myślenia, jaką jest filozofowanie, i jeszcze się z tego utrzymać, wybór ulega drastycznej redukcji. I sprowadza się właściwie tylko do zawodów akademickich. A taki zawód to dla młodego filozofa niebezpieczna pułapka: pchany wcześniej ciekawością myślenia o najbardziej elementarnych sprawach życia i śmierci, stwierdza teraz, że akademicki wymóg profesjonalizacji każe o tym wszystkim zapomnieć, po czym skupić uwagę na wąskich zagadnieniach historycznofilozoficznych jako zdecydowanie bezpieczniejszym obszarze aktywności zawodowej. Młody, zafascynowany myśleniem człowiek staje się z wolna, acz nieubłaganie, „akademicką marudą”, a jego praca sprowadza się do jałowego przeżuwania myśli wielkich poprzedników. Rozgrywa się to przy użyciu wysoce specjalistycznych terminów zrozumiałych dla wąskiego kręgu ludzi czytających się nawzajem i z namaszczeniem przyznających sobie tytuły naukowe. Znamy wielu historyków filozofii, lecz ilu znamy takich, których z czystym sumieniem moglibyśmy nazwać filozofami głodnymi myślenia?
Susan Neiman, właśnie to nazwisko wymieniłem w końcu, chcąc pokazać synowi na konkretnym przykładzie, co powinno być sednem działalności każdego filozofa, każdej filozofki: próba budowania dzięki myśleniu głębokiej, trwałej relacji ze współczesnością. A także z ludźmi, którzy tę współczesność kształtują. No dobrze, lecz czy to naprawdę coś wyjątkowego? Przecież większość ludzi jest przekonana, że wystarczy żyć „tu i teraz”, by bez najmniejszego problemu pozostawać współczesnym. Tylko skoro to proste, dlaczego zazwyczaj tak niewiele rozumiemy z tego, co się dzieje wokół nas i z nami? I dlaczego przyszłość, nawet ta najbliższa, jest dla nas niemal zawsze zagadką? Toteż w praktyce zadanie budowania głębokiej myślowej relacji ze współczesnością jest niezwykle trudne i podołać mu potrafi jedynie niewielu. Do tej garstki należy bez wątpienia Susan Neiman.
Z Atlanty do Poczdamu
Ta prawie całkowicie nieznana u nas filozofka urodziła się w 1955 r. na amerykańskim Południu, w Atlancie. Wychowywała się w żydowskiej rodzinie, a ponieważ Georgia (stan, w którym przyszła na świat) borykała się w latach 50. z poważnym problemem segregacji rasowej, od dzieciństwa była świadkiem wielu przejawów głębokiej niesprawiedliwości społecznej. W wieku 14 lat opuściła szkołę i odtąd przez dłuższy czas pomieszkiwała w komunach, równocześnie tam pracując. Tworzyli je ludzie podobnie jak ona rozczarowani kierunkiem, w jakim kierunku zmierzała Ameryka za prezydentury Richarda Nixona, targana poważnymi kryzysami politycznymi, społecznymi, potem także ekonomicznymi; Ameryka, która usiłując brutalnie podporządkować sobie komunistyczny Wietnam, do reszty traciła wiarygodność jako kraj demokratyczny, praworządny, liberalny. A przede wszystkim sprawiedliwy.
Rozczarowanie współczesnością po kilku latach przerodziło się u wciąż młodziutkiej Neiman w pytanie ogólniejszego rodzaju, tym razem już filozoficzne: w jaki sposób radzić sobie z tym, że rzeczywistość często radykalnie odbiega od naszych nadziei i oczekiwań; od wartości, jakim hołdujemy, od ideałów, które są nam bliskie?
Odpowiedzi szukała Neiman m.in. na Harvardzie u Johna Rawlsa, jednego z najważniejszych myślicieli politycznych ubiegłego wieku, znanego choćby ze sformułowania „dwóch zasad sprawiedliwości”. Pierwsza z nich odnosi się do podstawowych praw obywatelskich (zwłaszcza prawa do wolności), przysługujących bezwzględnie każdemu, z kolei druga próbuje uregulować kwestię nierówności społecznych i ekonomicznych.
Obroniwszy u Rawlsa doktorat, w 1986 r., Neiman wyjechała do Berlina, skąd trzy lata później wróciła do Stanów, tym razem jednak na Yale University, gdzie spędziła kolejnych siedem lat, zajmując się głównie filozofią moralną i polityczną. Swoje badania kontynuowała następnie, od 1996 r., na uniwersytecie w Tel Awiwie. Jednak powiedzieć o Neiman tamtych czasów „uczona”, to nie powiedzieć jeszcze nic. Na przestrzeni lat filozofka nie straciła bowiem swojego pierwotnego usposobienia aktywistki. Przeciwnie, cały czas mocno angażowała się w różne działania społeczne, m.in. w protesty przeciwko wojnie irackiej, a jeszcze później np. w kampanię prezydencką Baracka Obamy. Obecnie jest zaś (a to tylko jedna z jej rozlicznych funkcji) członkinią Komisji Wartości Podstawowych, utworzonej w roku 1973 z inicjatywy Willy’ego Brandta i stanowiącej ciało doradcze dla polityków niemieckiej SPD.
Niemcy dostrzegli zresztą bardzo wcześnie potencjał Neiman, osoby łączącej w sobie filozoficzne wykształcenie, intelektualną niezależność, społeczną wrażliwość, polityczny temperament oraz odwagę wyrażania własnych przekonań. W 2000 r. zaoferowano jej stanowisko dyrektorki Forum Einsteina, instytucji publicznej, zajmującej się rozwijaniem interdyscyplinarnych projektów naukowych o wyraźnie społecznym charakterze, realizowanych przez specjalistów z wielu dziedzin, ale programowo otwartych dla szeroko pojętej sfery publicznej. Siedziba Forum nieprzypadkowo znajduje się w Poczdamie. To właśnie w tym mieście biło kiedyś jedno z serc europejskiego oświecenia, epoki duchowej, która dla intelektualnych i politycznych wyborów Neiman stanowi od dawna główny punkt odniesienia. W pismach jej twórców amerykańska filozofka odnajduje inspirację dla własnych prac, wolnych od akademickiego żargonu, jasnych i precyzyjnych w wywodzie.
I bardzo pomysłowo łączących filozoficzną tradycję dawnych wieków z palącymi kwestiami współczesności. Pomysłowość tę dostrzec można zwłaszcza w ostatnich książkach Neiman, o których jeszcze będzie mowa.
Natomiast, będąc autorką tekstów pisanych dla tak wpływowych gazet i czasopism jak „The New York Times”, „The Boston Globe”, „Frankfurter Allgemeine Zeitung” czy „Die Zeit”, które docierają do niezwykle szerokich rzesz odbiorców, Neiman pokazuje imponującą paletę swoich możliwości jako publicystka. O liczne komentarze proszono ją zwłaszcza w ostatnich miesiącach, po ataku terrorystów Hamasu na Izrael i pacyfikacji Gazy. Komentarze te budzą do tej pory kontrowersje, podobnie jak wywołuje je najnowsza książka Neiman, zatytułowana Left Is Not Woke (Lewica nie jest woke), opublikowana w ubiegłym roku. Do tych spraw również jeszcze wrócę.
Unde malum?
Pierwszą książką, którą Neiman zwróciła na siebie uwagę nie tylko koleżeństwa z branży akademickiej, lecz także wszystkich czytelników po prostu głodnych filozofowania, była obszerna monografia Evil in Modern Thought (Zło w myśli nowoczesnej) wydana w 2002 r. i poświęcona filozoficznej refleksji nad złem od czasów oświecenia po współczesność. Swoją książkę Neiman nazwała w podtytule alternatywną historią filozofii. Śmiało, lecz rozmyślnie, cała bowiem argumentacja autorki zmierza do tego, by wykazać, że problem zła stanowi główną siłę napędową współczesnego myślenia o sprawach dla człowieka tak fundamentalnych i ostatecznych jak zło, dobro, śmierć, życie, nienawiść, miłość, przeznaczenie, nadzieja, upadek, wiara. Słowem, o wszystkich tych zagadnieniach, które decydują – zwłaszcza gdy czynimy je przedmiotem świadomej refleksji – o kształcie naszego istnienia; o kierunku, w jakim zmierza nasza egzystencja. Dlatego też problem nie jest wyłącznie problemem teoretycznym, lecz również par excellence egzystencjalnym.
Jak wytłumaczyć zło niewytłumaczalne? Stawiając tę kwestię w taki właśnie sposób, Neiman pokazała, że nie interesuje jej wyłącznie przeszłość, czyli historia filozofii.
Jej książka pojawiła się w rok po terrorystycznych atakach na World Trade Center, które kazały przemyśleć problem zła na nowo. I na nowo postawić stare pytanie, zadawane jeszcze przez teodyceę, powracające uporczywie na przestrzeni wieków: unde malum? Skąd zło? Skąd zło tak niewyobrażalne jak to, które miało miejsce 11 września? Albo to, którego dopuszczali się w Kambodży Czerwoni Khmerzy? Albo to, którego w obozach zagłady dopuścili się naziści? Albo to, które zostawili po sobie stalinowscy oprawcy w Gułagu? A co z Hiroszimą i Nagasaki? Co z ludnością Wietnamu, będącą w latach 60. i 70. ofiarą bezlitosnych amerykańskich działań wojennych? Co z dziedzictwem niewolnictwa, zjawiska notowanego na wszystkich kontynentach, w bardzo wielu społecznościach i od niepamiętnych czasów?
Korzenie tak rozumianej refleksji nad złem sięgają jednak znacznie głębiej, mianowicie epoki oświecenia, która musiała zmierzyć się ze złem zupełnie innego rodzaju, do tej pory niewyobrażalnym i dlatego niezrozumiałym. Otóż w 1755 r. silne trzęsienie ziemi, którego następstwem były najpierw pożary, potem gigantyczne tsunami, zrównało z ziemią Lizbonę, jedno z najwspanialszych miast ówczesnej Europy, stolicę portugalskiego imperium kolonialnego. Tragedia ta wybudziła wielu filozofów oświecenia z czegoś, co moglibyśmy nazwać dogmatyczną drzemką. Dogłębnie przekonani, że wszystko da się racjonalnie wytłumaczyć, że świat ma swoje zasady i swój niewzruszony porządek, stanęli wobec zjawiska, którego nie potrafili wyjaśnić: dlaczego dobry Bóg dopuścił do tak potwornego zła? Dlaczego pozwolił umrzeć w męczarniach kilkudziesięciu tysiącom niewinnych ludzi? Dlaczego nie zrobił nic, by ich uratować, by zapobiec ich cierpieniu?
Dzisiaj oczywiście inaczej postrzegamy katastrofy naturalne, ponieważ dzięki badaniom naukowym od dawna wiemy, jaka jest ich przyczyna. A już na pewno jesteśmy dalecy od tego, by rozpatrywać je od strony etycznej. Po pierwsze, dlatego że nie łączymy ich już z naszą wiarą, zależnością od Bożej opatrzności – o ile jeszcze wierzymy w jakąkolwiek transcendencję. Po drugie, uznajemy powszechnie, że natura nie jest w swej istocie ani dobra, ani zła. Dobre i złe może być jedynie to, co robi człowiek, istota myśląca.
Jednak w XVIII w. słowa „Lizbona” używano powszechnie, i celowali w tym zwłaszcza filozofowie, mniej więcej w takim kontekście i w takim znaczeniu, w jakim dzisiaj przywołuje się słowo „Auschwitz”.
Lizbońskie trzęsienie ziemi uznawano za wstrząs dla ludzkiego myślenia. Od tamtej pory zmieniło się nasze rozumienie zła, także pod wpływem okropności zafundowanych nam przez historię XX w. Nie zmieniła się jednak intensywność refleksji filozoficznej, piórami swoich najbardziej prominentnych przedstawicieli usiłującej sprostać wyzwaniom, jakie stawia przed nami ta odwieczna kwestia: skąd zło? Licząca sobie z górą 400 stron książka Neiman wnikliwie rozważa pod tym kątem koncepcje najważniejszych myślicieli ostatnich 250 lat, takich jak Leibniz, Pope, Rousseau, Kant, Hegel, Marks, Nietzsche, Freud, Camus, Hannah Arendt. Być może zresztą właśnie ta ostatnia myślicielka patronuje – czy może raczej matronuje! – refleksjom Neiman w sposób szczególny. Z dzisiejszej perspektywy możemy przecież chyba stwierdzić, że najważniejszą i najbardziej wpływową książką filozoficzną XX w. był Eichmann w Jerozolimie. Rzecz o banalności zła, publikacja Arendt w swym zamyśle tyleż filozoficzna, co… reporterska. Szczegółowo ukazująca kulisy procesu nazistowskiego zbrodniarza wojennego, ale też stawiająca pytania ogólniejszego rodzaju, przede wszystkim o naturę ludzką i o miejsce, jakie zajmuje w niej zło. Arendt udało się to, co filozofom nie udaje się wcale często, nawet tym najwybitniejszym: powiązać uniwersalne kwestie historycznofilozoficzne z bolączkami ludzi współczesnych. I niekoniecznie tylko tych, którzy przedtem uzyskali solidne wykształcenie akademickie.
W ten sposób problem zła, wcześniej stopniowo wypierany z obszaru myśli filozoficznej, uznawany poniekąd za staroświecki, jakby nieprzystający do epoki atomu, znów nabrał niepokojącej aktualności. I mieć jej nie przestaje. Przeciwnie, po okresie względnej globalnej stabilizacji lat 90., gdy po upadku komunizmu wydawało się, że ludzkość wreszcie osiągnęła stan równowagi politycznej, ekonomicznej i społecznej, przyszedł kolejny cios, który wybudził nas z tej kolejnej dziejowej drzemki. Był to oczywiście zamach na World Trade Center. Od tego czasu historia nie szczędzi nam nowych przejawów zła, będących bardzo poważnym wyzwaniem dla naszego rozumu praktycznego, dla naszych sumień, naszej wrażliwości. Pod tym względem ostatnie lata należy ocenić jako wyjątkowo dramatyczne. Kryzys ekonomiczny, migracyjny, polityczny, społeczny. Terroryzm. Wojna w Ukrainie. Wojna w Gazie. Wyniszczające konflikty w Afryce. Wielu dorzuciłoby do tej czarnej listy kryzys ekologiczny, niszczycielskie tsunami w Tajlandii (2004), katastrofę w Fukushimie (2011). A zwłaszcza epidemię koronawirusa: już dawno nie zostaliśmy, jako ludzie, dotknięci doświadczeniem tak traumatycznym i tak w swym zasięgu powszechnym; którego skutki zdrowotne i psychiczne są wciąż trudne do oszacowania i w przyszłości na pewno będą wymagały przemyślenia także od strony filozoficznej. O ile bowiem światopogląd naukowy nakazywał wcześniej oddzielać sferę zjawisk naturalnych od refleksji metafizycznej czy etycznej, o tyle obecnie można zauważyć odrodzenie myślenia poniekąd animistycznego: coraz częściej słyszymy o „zemście” natury za naszą niepohamowaną eksploatację planety oraz za eksperymenty na organizmach żywych. Efektem tej zemsty miałyby być właśnie zaburzenia klimatu czy globalne epidemie.
Boga się co prawda już raczej w to nie miesza, niemniej jednak wskazuje się palcem winnego „zła”: to człowiek, z jego szalonymi ambicjami, chciwością, krótkowzrocznością, niemoralnością, pychą.
Neiman podkreśla, że jej książka o złu nie ma ambicji wywierania bezpośredniego wpływu na aktualną rzeczywistość, zwłaszcza polityczną, ponieważ problemy polityczne wymagają politycznych rozwiązań i takich też działań. Zadanie filozofii jest inne: dzięki myśleniu usiłuje ona osiągnąć pewien stopień jasności, który może być pomocny przy moralnej ocenie polityki, a w konsekwencji jej rozwiązań i działań. Lepiej wiedząc, co jest dobre, a co złe, jesteśmy po prostu mniej podatni na manipulację ze strony decydentów i bardziej świadomie podejmujemy wybory. Na szczęście w życiu trzeba liczyć zawsze, ale dobrze, jeśli szczęściu pomaga porządne myślenie. Nie jest ono panaceum na zło, panoszące się w świecie, lecz potrafi łagodzić zwątpienie.
Evil in Modern Thought – publikacja poruszająca temat bardzo trudny, na dodatek robiąca to bez taryfy ulgowej dla wrażliwości czytelnika – jest wspaniałą lekturą. Można oczywiście zarzucić jej (co też wielu czytelników, nawet tych życzliwych, czyniło) liczne braki, niedociągnięcia czy uproszczenia, jednak o to samo można wszak obwiniać wielką poprzedniczkę Neiman, Hannah Arendt. Co do mnie, jestem przekonany, że dokonań filozofów nie ocenia się ze względu na to, czy mają rację czy nie – bo przecież bardzo często jej nie mają, bardzo często potężnie się mylą. Ich dokonania ocenia się raczej ze względu na to, jakie pytania stawiają, jak pobudzają głód myślenia oraz do przekroczenia jakich horyzontów skłaniają. Tego rodzaju dokonaniem jest niewątpliwie książka Susan Neiman, która – tak można by to ująć – „updatuje” problem zła, dostosowując go do wrażliwości współczesnego odbiorcy. Należy tylko mieć nadzieję, że znajdzie się polski wydawca, który w końcu dostrzeże wyjątkową wartość mądrej książki Susan Neiman i opublikuje jej polski przekład.
Dorosła idealistka
Kolejne publikacje książkowe amerykańskiej myślicielki nie mają już może tego ciężaru filozoficznego ani też nie usiłują tak głęboko wniknąć w historię filozofii. Co złośliwsi krytycy zarzucają Neiman, że przestała być filozofką i skręciła w stronę doraźnej publicystyki, jak gdyby na miano filozofii zasługiwało wyłącznie to, co pokryła szlachetna patyna czasu, a najlepiej jeszcze delikatna warstewka antykwarycznego kurzu. Otóż nie, filozofia, jeśli ma pobudzać głód myślenia, w jakimś stopniu zawsze musi być sprawą naszego „tu i teraz”. W przeciwnym razie grozi jej, że stanie się zajęciem głównie dla bibliotekarzy i archiwistów.
A nic nie jest bardziej odległe, przypomnę, od temperamentu Neiman. Moral Clarity: A Guide for Grown-Up Idealists (Moralna jasność. Przewodnik dla dorosłych idealistów), książka uznana przez „New York Timesa” za jedną z najważniejszych anglojęzycznych publikacji 2008 r., stanowiła ważny głos w debacie nad tożsamością współczesnej Ameryki, ideologicznie zdominowanej przez konserwatyzm administracji George’a W. Busha. Była to Ameryka zagubiona, straumatyzowana atakami terrorystycznymi na World Trade Center, skręcająca wyraźnie w prawo. Ameryka przekonana, że najlepszą reakcją obronną będzie inwazja na Irak, przy czym im dłużej ten konflikt trwał, tym bardziej rosły moralne wątpliwości, czy aby nie chodzi tutaj po prostu o kolejną odsłonę pewnej formy imperializmu, karmionego prawicowymi „snami o potędze”. Ta wyśniona potęga objawiała zresztą cechę doprawdy nieznośną: przywdziewała szaty globalnej strażniczki moralności, zawłaszczając na własny polityczny użytek tak uniwersalne wartości jak rodzina, małżeństwo, patriotyzm, pracowitość, wierność, bohaterstwo, wiara. Zawłaszczając z sukcesem, również dlatego, że środowiska lewicowe nie zrobiły nic, by przeciwdziałać temu niekorzystnemu zjawisku. Wręcz przeciwnie, uznały, że społeczeństwo potrzebuje nie wartości, lecz ich dekonstrukcji, która też dokonywała się stopniowo od lat 70., m.in. na fali tzw. zwrotu antyimperialistycznego, jak również pod wyraźnym wpływem gender studies, studiów postkolonialnych czy polityki tożsamościowej.
Ubocznym efektem tych skądinąd potrzebnych zmian stała się, niestety, podejrzliwość środowisk lewicowych wobec wszelkich wartości uniwersalnych, traktowanych teraz hurtowo jako uroszczenia „białych, żądnych władzy mężczyzn”, którzy szermując wzniosłymi hasłami, tak naprawdę pragną tylko umacniać swoją dominację nad światem.
Tymczasem Neiman – która sama uznaje się za przedstawicielkę lewicy – nie zgadza się, by każdy ideał automatycznie uznawać za (męską) ideologię w przebraniu. Odwołując się do klasycznych zasad europejskiego oświecenia, przekonuje, że wiara w uniwersalne wartości jest potrzebna i, co więcej, nadal możliwa. Z tego też powodu nadała swojej książce podtytuł „Przewodnik dla dorosłych idealistów”, a więc dla ludzi, którzy wcale nie sądzą, by wraz z przekroczeniem progu dorosłości trzeba było porzucić wszystkie młodzieńcze ideały i zostać cynicznym „realistą”. W tym przypadku zadaniem „dorosłej” filozofii byłoby m.in. kształtowanie tego, co filozof Immanuel Kant nazywał władzą sądzenia albo rozumem praktycznym. Taki rozum pozwoliłby prawidłowo oceniać również zjawiska z obszaru polityki. Władza powinna przecież służyć w pierwszym rzędzie – Neiman podąża tutaj śladami myśli Thomasa Jeffersona – prawu i szczęściu obywateli. Idealistyczne? Jeśli o mnie chodzi, wolę być idealistą z Susan Neiman niż „realistą” z jej oponentami.
Czego uczyć się od Niemców?
Publikując książkę za książką, Neiman cały czas pełniła różne oficjalne funkcje. Przede wszystkim byłą dyrektorką Forum Einsteina. Niemcy stały się jej drugim domem, toteż sytuacji w tym kraju poświęcała zawsze dużo uwagi jako filozofka i publicystka. Tak dużo, że w 2019 r. opublikowała książkę pod znamiennym i być może odrobinę nawet prowokacyjnym tytułem Learning from the Germans. Race and Memory of Evil (Ucząc się od Niemców. Rasa i pamięć o złu). Dobre pytanie: czego można uczyć się od Niemców? Przede wszystkim tego, w jaki sposób radzić sobie, jako społeczeństwo, ze złem, które się wyrządziło innym. Nietrudno zauważyć, że Neiman częściowo powraca do kwestii, którą omawiała w książce Evil in Modern Thought. Lecz tym razem sytuuje ją w odmiennym kontekście, mniej filozoficznym, za to bardziej historycznym, politycznym i społecznym. I wyraźnie profiluje swojego odbiorcę, którym jest przede wszystkim współczesny Amerykanin. Obywatel kraju, którego historię wypełniają liczne przypadki działań naprawdę haniebnych, a który wciąż pielęgnuje swój wizerunek państwa tolerancyjnego i sprawiedliwego dla wszystkich bez wyjątku; państwa o nieporównanie wyższym statusie moralnym niż inne.
Neiman wychowała się na amerykańskim Południu w czasach, gdy dyskryminacja rasowa była na porządku dziennym; gdy w wielu stanach Ameryki w dalszym ciągu obowiązywały tzw. prawa Jima Crowa, przewidujące kary za utrzymywanie kontaktów z osobami innej rasy.
Lecz podczas gdy społeczeństwo niemieckie świadomie wykonało po wojnie olbrzymi wysiłek, w efekcie którego lepiej poznało własną trudną przeszłość, po czym przepracowało ją w takiej mierze, w jakiej to było możliwe, Amerykanie takiej lekcji nie odrobili.
I najwyraźniej nadal nie mają takiego zamiaru. A przecież to jedyny kraj Zachodu, który np. bardzo długo czerpał zyski z niewolnictwa, a następnie długo tolerował, i wciąż toleruje, rozmaite przejawy rasizmu, nieraz bardzo brutalne. Zabójstwo czarnoskórego George’a Floyda, dokonane przez białego policjanta w maju 2020 r., po raz kolejny ujawniło zatrważającą skalę tego zjawiska. Czy Amerykanie potrzebują własnej wersji niemieckiego Vergangenheitsbewältigung, czyli obrachunku z przeszłością? Zdaniem Neiman bez wątpienia tak.
Co prawda swoją opinię o Niemcach, wcześniej może faktycznie trochę zbyt jednostronną (co podnoszono w niektórych recenzjach), amerykańska filozofka zweryfikowała w ostatnich miesiącach. Powodem tej zmiany była reakcja niemieckiego rządu i opinii publicznej na działania izraelskiej armii w Gazie, które przeprowadzono w odwecie za zmasowany, niezwykle brutalny atak wojsk Hamasu na Izrael 7 października ubiegłego roku. Działania te powszechnie wzbudziły, i wciąż budzą, mnóstwo kontrowersji. Zagraniczni obserwatorzy słusznie zwracają uwagę na masowy kryzys humanitarny, celowo wywołany przez stronę izraelską i uderzający przede wszystkim w niewinnych mieszkańców Gazy. Krytykę takich działań rząd Izraela bez wyjątku odrzuca, nierzadko sugerując, że wszystkie tego rodzaju opinie godzą w interesy samego narodu izraelskiego i należy je traktować jako przejawy antysemityzmu. Jest to oczywista manipulacja polityczna, ponieważ krytyka działań obecnego rządu izraelskiego (w skład którego wchodzą liczni politycy o przekonaniach jawnie nacjonalistycznych, by nie powiedzieć: faszystowskich) jest w pierwszym rzędzie zrozumiałą reakcją na ludzką krzywdę. Taki też pogląd wyrażała w artykułach, o które ją ostatnio proszono, Susan Neiman, Żydówka, obywatelka Stanów Zjednoczonych, ale również Izraela. Tymczasem niemiecki rząd, niemiecka prasa i niemiecka opinia publiczna (wiedzione, jak się wydaje, głęboko zinternalizowanym poczuciem historycznej winy za zbrodnie nazizmu) nie tylko jednym głosem wyraziły poparcie dla działań Izraela, lecz także początkowo publicznie piętnowały każdego, kto próbował wyłamać się z „jedynie słusznego” chóru głosów. Oberwało się również samej Neiman, która lepiej od większości jej oponentów rozumiejąc skalę złożoności konfliktu izraelsko-palestyńskiego, usiłowała w swoich artykułach uświadomić niemieckim czytelnikom niebezpieczeństwa politycznej pułapki, jaką zastawia na nich prawicowy rząd Izraela. A także zwyczajnie uwrażliwić ich na skalę zbrodni popełnianych w Gazie.
Pułapkę na zachodnią opinię publiczną zastawiają jednak również ci, którzy w imię opacznie, zdaniem Neiman, rozumianych wartości lewicowych dosłownie odsądzają Izrael od czci i wiary.
I mniej lub bardziej otwarcie sugerują (jak np. filozofka Judith Butler czy aktywistka Greta Thunberg), że należy mieć zrozumienie dla działań Hamasu, gdyż stanowią one symboliczny akt emancypacji „wykluczonego Południa” wobec instytucjonalnej przemocy, jakiej wobec krajów Trzeciego Świata od wieków dopuszcza się „biała Północ”. Takie ideologicznie motywowane uproszczenia – a może jest to zwyczajne zaślepienie? – zdaniem Neiman nie tylko uniemożliwia zrozumienie skomplikowanego podłoża konfliktu między Izraelem a Palestyną, lecz także szkodzi interesom obu uwikłanych w tę wojnę społeczeństw. Społeczeństw na dobrą sprawę będących od dawna zakładnikami interesów rządzących nimi prawicowych polityków (casus Izraela) i członków organizacji terrorystycznych (przypadek Palestyny). Z tych wszystkich powodów wybór między stanowiskiem proizraelskim a propalestyńskim jest, według Neiman, głęboko fałszywy. Wybierać należy zawsze prawa człowieka i to je chronić przede wszystkim. Dlatego filozofka nazywa samą siebie, gdy ją o to zapytać, uniwersalistką. Żydowską, ale uniwersalistką.
Lewica potrzebuje uniwersalizmu
Z zachodnią lewicą starła się Neiman (która, przypomnę jeszcze raz, określa swój światopogląd jako bezwarunkowo lewicowy) jeszcze mocniej, publikując w ubiegłym roku bestsellerową książkę zadziornie zatytułowaną Left Is Not Woke.
Słowo woke rozpowszechnione jest w zachodnim dyskursie humanistycznym, politycznym i publicystycznym dużo bardziej niż w Polsce, a oznacza tyle co politycznie „przebudzoną” świadomość niesprawiedliwości społecznej.
Początkowo, w latach 30. XX w. i później, odnosiło się do ujawniania wszelkich symptomów rasizmu. Z czasem zostało przejęte przez dyskurs lewicowy, a jeszcze później postkolonialny i aktywistyczny. „Stay woke!” – wołali np. uczestnicy masowych protestów organizowanych przez ruch Black Lives Matter. „Wokeizm” – tak niekiedy bywa określany ten nurt światopoglądowy – jest z pewnością całkiem zrozumiałą reakcją na wiele przejawów politycznej, społecznej i ekonomicznej krzywdy. Krzywdy w wymiarze lokalnym i globalnym, gdy w grę wchodzą takie choćby zjawiska jak kryzys migracyjny czy kryzys ekologiczny, dotykające przede wszystkim kraje uboższe, przeludnione. Wywołany – jak utrzymuje cała rzesza „przebudzonych” – przez chciwą „Północ”, od wielu stuleci bezwzględnie kolonizującą i eksploatującą „słabszych”.
Ale trzeba też uznać wokeizm za rezultat ogólniejszych przemian światopoglądowych. Otóż mniej więcej od poł. XX w. notuje się w narracjach historycznych zwrot od historii pisanej przez „zwycięzców” ku takiej, jaka dawałaby głos ich ofiarom. Narracje te stopniowo przestały być domeną akademików i upowszechniły się. Dzisiaj przekonanie, że historia musi zostać poddana „przeprogramowaniu” i wreszcie oddać sprawiedliwość tym, którym wcześniej długo jej odmawiano, jest artykułowane bardzo głośno, bardzo wyraźnie. I bardzo często przez przedstawicieli lewicy.
Neiman nie neguje moralnej słuszności wielu postulatów wokeizmu.
Jednak w swojej książce – polemicznej, napisanej z ostrym publicystycznym „pazurem” – bierze pod lupę jego negatywne skutki. A także jego nieuświadamiane sobie przez „wokeistów” filozoficzne tło, które każe postawić pytanie, czy wokeizm nadal jest jeszcze lewicowy.
Wątpliwości Neiman budzi przede wszystkim, podobnie jak w Moral Clarity, powszechny odwrót zachodniej lewicy od myślenia w kategoriach uniwersalistycznych, często traktowanych z ogromną nieufnością jako przejaw „zachodniego”, „białego”, „męskiego” imperializmu pojęciowego. Czy może – tak określił to kiedyś pomysłowo filozof Jacques Derrida – jako oznaka dyskursu fallogocentrycznego. W miejsce uniwersalizmu postuluje się tzw. politykę tożsamościową, której ramy wyznaczają już nie wartości ogólnoludzkie, ponieważ takie zdaniem wielu lewicowych „wokeistów” są groźne dla tożsamości mniejszych grup społecznych, dotychczas wykluczanych z przestrzeni publicznej. Wyznacza te ramy przynależność do określonej rasy, płci, klasy, a więc „klanu”. Koło się zamyka: „wokeizm” woli nie mówić o „ludziach” i powszechnych wartościach, które ich łączą. Zamiast tego mówi o „białych”, „czarnych”, „kobietach”, „mężczyznach”, „imigrantach”, „gejach” itd. Słowem – przekonuje Neiman – o takich czy innych „plemionach”, które co prawda potrafią artykułować swoją tożsamość głosem coraz silniejszym, lecz równocześnie tracą poczucie łączności z innymi „plemionami”. Nie mówiąc o tym, że tracą uniwersalistyczne poczucie przynależności do sfery, którą od czasów oświecenia nazywano ogólnoludzką. Bo to właśnie oświecenie, które przyszło po stuleciu wyniszczających całą ówczesną Europę wojen, próbowało przekonać, że w pierwszym rzędzie jesteśmy nie Polakami, Prusakami, Austriakami, Duńczykami czy Węgrami, tylko ludźmi. Nieco późniejszą konsekwencją tego przekonania stała się wiara w istnienie praw człowieka, przysługujących każdemu i w każdych okolicznościach, niezależnie od rasy, płci czy wyznania. Zauważmy, że Powszechną Deklarację Praw Człowieka uchwalono w 1948 r., krótko po zakończeniu najstraszliwszej wojny w historii świata; wojny, której zarzewiem była ideologia „plemienna”. Dzięki Deklaracji chciano się z tą ideologią raz na zawsze symbolicznie pożegnać.
Obecny lewicowy odwrót od uniwersalizmu – uniwersalizmu, który w XIX i XX w., paradoksalnie, najsilniej definiował światopogląd lewicy – jest zdaniem Neiman bardzo niebezpieczny.
I wcale nie świadczy o jakimkolwiek „przebudzeniu”. Wręcz przeciwnie: cały szereg antyoświeceniowych gestów współczesnej zachodniej lewicy należy odczytać jako symptom regresu do mentalności „plemiennej”. Coś, co miało swój początek w autentycznej trosce o ludzi wykluczonych i cierpiących, na naszych oczach przekształca się w ideologicznie motywowany trybalizm. Nierzadko towarzyszy mu na dodatek etycznie wątpliwy proces „kreowania krzywdy”.
W stanowisku Neiman jest coś, uważam, na rzeczy. Słuchając podczas ostatniej Gali Festiwalu Conrada w Krakowie wykładu mistrzowskiego indonezyjskiej pisarki Intan Paramadithy, oczywiście rozumiałem jej intencje, gdy mówiła o tworzeniu i czytaniu literatury głównie pod kątem pochodzenia, płci czy koloru skóry. Rozumiałem także jej niepokój, obawy, nadzieje związane z tymi kwestiami. Lecz jednocześnie zadawałem sobie w duchu pytanie: czy rzeczywiście do tego teraz ma się sprowadzać rozmowa o literaturze? I czy w ogóle mówimy tu o literaturze? Czy po prostu znów o „klanach”?
Tego właśnie Neiman nie potrafi wybaczyć współczesnej zachodniej lewicy: rasa, płeć, kolor skóry i inne tego rodzaju wyznaczniki tożsamości są oczywiście bardzo ważne, nikt temu nie zaprzeczy. Lecz absolutyzowane – czy też, formułując to bardziej filozoficznie, esencjalizowane – stają się oznaką zwyczajnej reakcyjności.
I zamykają drogę do dyskusji o problemach, wykraczających poza horyzont poszczególnych „plemion”. Tak oto lewicowe woke, słowo dawniej określające zrozumiałą potrzebę „dekolonizacji” myślenia o świecie i ludziach wykluczonych, zmieniło się w swoje przeciwieństwo. A przede wszystkim samo zostało skolonizowane: przez trybalizm, który dawniej stanowił domenę najbardziej reakcyjnej prawicy. Tak zwana cancel culture, kultura wymazywania, praktykowana w wielu środowiskach lewicowych, jest tego doskonałym, choć smutnym przykładem.
Mocne słowa i mocne oskarżenia. I oczywiście mnóstwo krytyki ze strony tych, którzy słusznie poczuli się wywołani do tablicy przez autorkę. Również z powodu tych kontrowersji Left Is Not Woke prędko wystrzeliło w górę w notowaniach księgarzy, zajmując pierwsze miejsca na listach bestsellerów, zwłaszcza w Niemczech, gdzie takie książki zawsze mogą liczyć na duże zainteresowanie.
Takie, czyli jakie? Filozoficzne, choć nie pisane tylko dla filozofów. Wolne od akademickiego żargonu, dzięki czemu mogą docierać do szerokich rzesz czytelników. Pamiętajmy, że jako Amerykanka Neiman dużo zawdzięcza anglosaskiej szkole myślenia. Jasność i precyzja wywodu, okraszonego tu i ówdzie żartobliwymi wstawkami, nierzadko też polemicznymi, ironicznymi, zaczepnymi, była dla przedstawicieli tej szkoły zawsze znacznie ważniejsza niż dla autorów kontynentalnych, uwielbiających skomplikowane gry słowne, uznających humor za mało „głęboki”. Takich, którzy jakby się uparli, że przemalują flagę filozofii na czarno. Do dziś w wielu podręcznikach do historii filozofii znajdziemy przecież portrety i fotografie myślicieli, którymi można by straszyć dzieci na dobranoc. Neiman? Nic z tych rzeczy. Ktoś kiedyś powiedział o niej, że jest master storyteller. To prawda, jest mistrzynią opowieści. Tym przecież także powinna być filozofia: dobrze opowiedzianą historią.