Subskrybuj
Ilustracja: Aleksandra Stanglewicz / fot. Anna Rezulak / KFP / Reporter
Dr psychologii, pisarka, filozofka, pracuje w PAN w Warszawie. Autorka m.in. książek Bezmatek (2020), za którą otrzymała Paszport „Polityki” i Historia polskiego szaleństwa (2018)

Ciało pamięta

Właśnie teraz, w czasie trwania wojny tuż obok, życie z częścią siebie, do której nie mamy dostępu, uderza najmocniej, prosto w twarz, w ciała osób dziedziczących traumy.

Kiedy w  roku 2015 opublikowałam pierwszy tekst skierowany do szerszego niż środowisko akademickie grona odbiorców, moje życie zawodowe opierało się na dwóch filarach: naukowym i choreoterapeutycznym. Wtedy jeszcze nie sądziłam, że wkrótce będę więcej pisać, niż tańczyć. A debiutowałam właśnie w tym miejscu, na łamach miesięcznika „Znak”, artykułem o terapii tańcem (choreoterapii). Kiedy jeszcze leczenie za pomocą ruchu stanowiło nie tylko moje główne źródło utrzymania, ale i satysfakcji, prowadziłam sesje grupowej i indywidualnej terapii niewerbalnej, szkolenia choreoterapeutyczne, improwizacje ruchowe i „Pogotowie taneczne”. Ale samo doświadczanie efektów terapii tańcem okazało się niewystarczające. Przeprowadzałam więc badania na temat skuteczności stosowanej metody pracy z pacjent(k)ami i prezentowałam wyniki metaanaliz, czyli systematycznego przeglądu badań na temat efektywności terapii tańcem wraz ze statystyczną analizą uzyskanych w nich rezultatów na konferencjach naukowych. Już same te praktyczno-teoretyczne dociekania dawały podstawy, by zaufać choreoterapii. Zwłaszcza jako skutecznej metodzie leczenia depresji i  zaburzeń lękowych. Terapia tańcem i ruchem przynosi bowiem najlepsze rezultaty u osób, których problemy psychiczne odzwierciedlone są w ciele lub które doświadczyły traumy dotykającej ciała. Dobrze było wiedzieć i  widzieć, jak taniec pomaga.

Mimo pełnego przekonania co do skuteczności terapii tańcem na kilka lat rozstałam się z  tą metodą, zarówno jako narzędziem w leczeniu innych, jak i rodzajem samopomocy. Nigdy nie myślałam o tym zaprzestaniu pracy terapeutycznej jako porzuceniu, porażce czy innym rodzaju dającej się łatwo (nad)interpretować reakcji. Tu trzeba było po prostu uwierzyć w okoliczności życiowe.

Ale kiedy wybuchła wojna w Ukrainie, spontanicznie wróciłam do tańca i jego terapeutycznego zastosowania. Może znów zaczęłam korzystać z  choreoterapii, bo bariery językowe nie pozwalały mi wspierać rozmową uchodźców wojennych potrzebujących pomocy psychologicznej?

A może, mieszkając w kraju przyfrontowym, sama właśnie w ciele, w gestach, w ruchach najmocniej poczułam coś, czego nie miałam czuć, a co odezwało się jako wyraz traumy międzypokoleniowej? To nie tak, że od razu całkowicie zarzuciłam werbalne sposoby rozumienia: psychoanalizę i pisanie, ale im bardziej oswajałam się z wojną za pomocą słów, tym bardziej przeciążałam ciało. Ile tekstów powstanie o tej wojnie, a ile choreografii? – to pytanie od początku wojny w Ukrainie cisnęło mi się na usta. I jeszcze: czy dzieci, dla których werbalizacja uczuć jest zwykle mniej dostępna niż uwalnianie emocji za pomocą ruchu, mogą teraz tańczyć?

Mój trzyletni syn mówi o „dzieciach z Krainy”, a ja bardzo lubię tę jego pomyłkę ucinającą „u”, od którego zaczyna się to, co niesie wojna: „uciekanie”, „ukrywanie”, „umieranie”. („Tak, synku, to są dzieci z Krainy. Będziemy z nimi tańczyć”). To był mój pierwszy pomysł. Wrócić do terapii tańcem. Jednak stosunkowo szybko moja praca choreoterapeutyczna w  tym obszarze została zastąpiona działaniami ukraińskich terapeutów i tancerzy, którzy lepiej reagowali na potrzeby swoich współobywateli. O moim doświadczeniu interwencyjnym na tym polu nie potrafię jeszcze pisać. Ale chciałabym opowiedzieć o szerszym zjawisku, o innym cierpieniu na poziomie ciała, które ujawniła wojna. Chodzi o  międzypokoleniowy przekaz traumy i próby mierzenia się z nim za pomocą tańca i ruchu. Bo w chwili gdy wybuchła wojna, do wielu zaczęła dobijać się trauma, własna lub odziedziczona, która wtłacza w nas nieobecność. Jakbyśmy to nie my poruszali tą nogą, tą szyją, tą ręką. Sami dla siebie staliśmy się nieautentyczni, obcy, odcięci od wnikania w rzeczywistość własnymi ciałami.

Można by mieć obawy, że pisząc o transgeneracyjnym przekazie traumy i o wojnie, która ją „odgrzewa” – każdemu inaczej, im bliżej, tym mocniej  – popadamy w pułapkę „równania reguły z wyjątkiem oraz rozwadniającej uniwersalizacji”, o czym pisał niegdyś Henryk Grynberg. Bo po pierwsze, oczywiście czym innym jest ta wojna dla osób bezpośrednio w nią zaangażowanych, czym innym dla osób żyjących w kraju przyfrontowym. Po drugie, „koszmarna odziedziczona pustka nie jest »wspólnym, człowieczym dziedzictwem«”, jak przypominał Grynberg. Innymi słowy, nie wszystkich po równo dotyka wojna w Ukrainie i nie wszyscy odczuwamy emocje w związku z wydarzeniami, z którymi sami bezpośrednio nie mieliśmy do czynienia, jak to się ujawnia w międzypokoleniowym przekazie traumy. Ale właśnie teraz, w czasie trwania wojny tuż obok, życie z częścią siebie, do której nie mamy dostępu, uderza najmocniej, prosto w twarz, w ciała osób dziedziczących traumy.

O  międzypokoleniowym przekazie traumy wiemy wiele dzięki m.in. takim badaczkom jak Rachel Yehuda, a w Polsce Katarzyna Prot-Klinger. Okazuje się, że są pewne granice efektywności terapii werbalnej w  jej leczeniu, zwłaszcza u  kolejnych pokoleń ocalonych z Holokaustu. Pomocna i skuteczna może zatem okazać się choreoterapia.

Praca terapeutyczna polega w  niej na zachęcaniu pacjentów do podążania za własnym ciałem w  improwizacji ruchowej, która z kolei pozwala na powstawanie obrazów i  emocji wyrażanych ruchem. Terapeut(k)a zwraca uwagę na powtórzenia ruchowe (stereotypie), obszary napięcia i dysocjacji w ruchu, i na tej podstawie określa, gdzie potrzebna jest pomoc w ukończeniu sekwencji ruchowej lub jej modyfikacja. Rozwijając umiejętność dostępu do traumy międzypokoleniowej, choreoterapia kładzie nacisk na upodmiotowienie, zintegrowanie pamięci urazu, wyrażenie go, przepracowanie, nadanie mu nowego znaczenia, a następnie pozostawienia w przeszłości.

Skuteczność tej metody z pewnością wymaga dalszych badań, lecz już dziś możemy mówić o: zmniejszeniu cierpienia osób korzystających z terapii tańcem w leczeniu traumy transgeneracyjnej, o wzroście świadomości ciała i, co się z tym łączy, poczucia obecności oraz autentyczności, a także o zmniejszeniu poziomu lęku i trudności w regulacji własnych emocji.

Mój powrót do tańca okazał się nie tylko próbą radzenia sobie z bezradnością wobec ofiar wojny, ale też sposobem odniesienia się do traum międzypokoleniowych. Bo mimo że mamy coraz więcej dowodów na biologiczną transmisję mentalnych ran, wciąż za mało robimy w celu leczenia ich na poziomie ciała. Za mało tańczymy. Nie tylko po to, żeby przetrwać, lecz też znacznie więcej: żeby tworzyć, odzyskać poczucie, że przyszłość istnieje (co jest fundamentalne dla nadziei) i żeby znaleźć możliwość odniesienia się do przeszłości, nawet jeśli nie własnej, to właśnie odziedziczonej. A przecież o tym ciało najlepiej pamięta.

Artykuł pojawił się w numerze: Mądrość ciała