Próbując zorientować się w naszej cywilizacyjnej sytuacji, używamy różnych „parasolowych pojęć” (umbrella terms). Powiemy więc, że żyjemy w nowoczesności, którą cechują np. indywidualizacja, emancypacja i racjonalizacja. Za każdym z tych terminów kryją się skomplikowane procesy społeczno-kulturowe – uchwycenie ich jednym słowem daje nam poczucie nieco lepszego zrozumienia naszego położenia. Kłopoty pojawiają się jednak, gdy wchodzimy w szczegóły.
Jednym z takich pojęć jest sekularyzacja, przez którą rozumiemy zwykle malejące znaczenie religii w życiu danego społeczeństwa. Gdy pojawiają się nowe dane statystyczne pokazujące spadające wskaźniki religijności w Polsce, też sięgamy po to pojęcie, a wraz z nim powtarzamy pewne uproszczone wyjaśnienia. Jedni powiedzą, że przyczyną sekularyzacji są konsumpcjonizm i rewolucja technologiczna (nadeszło pokolenie „pochylonych głów” zapatrzonych w smartfony – jak to ujął jeden z kościelnych dostojników). Inni stwierdzą, że ludzie odchodzą z Kościoła pod wpływem budzących oburzenie informacji o pedofilii i zamiataniu pod dywan przestępstw seksualnych.
Niby te wyjaśnienia brzmią przekonująco, jednak łatwo dostrzec, że coś w nich zgrzyta. Czy rewolucja technologiczna może być podstawowym nośnikiem…