Ta opowieść zabrzmi jak scena z filmu. Tyle że wcale nie jest fikcyjna, choć film odgrywa w niej ważną rolę. Jesienią 2023 r. prezydent Stanów Zjednoczonych Joe Biden do obejrzenia podczas weekendowego pobytu w Camp David wybrał najnowszą część Mission: Impossible. Film jak film, tyle że w siódmej odsłonie przygód niezniszczalnego agenta Ethana Hunta pojawił się nowy arcywróg: sztuczna superinteligencja nazwana „Entity”.
Entity – uwaga, spoilery! – została stworzona przez amerykańskie służby i podrzucona na rosyjski okręt podwodny, gdzie po tym jak doprowadziła do jego zniszczenia, zostawiono ją samej sobie. Jednak poziom zaawansowania Entity był już tak wysoki, że zaczęła samą się uczyć i urwała z ludzkiej smyczy. Entity, wykorzystując to, jak silnie zależymy od technologii, uruchomiła wielką globalną rozgrywkę mająca prowadzić do zniszczenia Stanów Zjednoczonych i demokracji w ogóle.
Biden wybrał ten blockbuster jako typową rozrywkę. Skończyło się jednak na tym, że niedługo po seansie został opublikowany specjalny prezydencki dekret wykonawczy wzywający administrację rządową Stanów do szczegółowej regulacji AI (Executive Order on Safe, Secure, and Trustworthy Artificial Intelligence).
Można by ironicznie podsumować: Tom Cruise ratuje ludzkość nawet poza kinowym ekranem. Oczywiście nie ma co zakładać, że tylko pod wpływem hollywoodzkiego hitu prezydent USA zajął się sztuczną inteligencją. Lecz i inspiracja, i znaczenie tego aktu prawnego, momentu jego ogłoszenia oraz otoczenia politycznego – szczególnie międzynarodowego – w jakim się pojawił, mówią sporo o atmosferze towarzyszącej politycznym ambicjom wokół AI.
– Zagrożenia, wyzwania związane z AI to nie wizje, jakie pokazuje nam science fiction. To by było wręcz za proste – podkreśla w rozmowie Thomas Metzinger, niemiecki filozof, jeden z ekspertów pracujących kilka lat temu nad założeniami prawnych regulacji sztucznej inteligencji dla Unii Europejskiej. – Te wyzwania to tak naprawdę wielki wyścig o to, kto będzie miał decydującą rolę w tym, jaka AI jest tworzona i do czego jest wykorzystywana. W tym starciu biorą dziś udział najpotężniejsze państwa i nie mniej potężne firmy technologiczne. Interesy ich nawzajem się przenikają, czasem wykluczają, ale wszyscy próbują rozgrywać nasze nadzieje oraz obawy na swoją korzyść. A kwestie bezpieczeństwa międzynarodowego są wręcz w sercu tych przetasowań – dodaje Metzinger.
Spróbujmy więc spojrzeć w kilku wymiarach na tę układankę politycznych ambicji, sojuszy biznesowych, posiadanych zasobów – także tych naturalnych. Próba zrozumienia tych procesów pomoże lepiej odnaleźć się w świecie, gdzie nie tyle fantastyczna superinteligencja jest największym zagrożeniem, ile to, że AI stanie się scentralizowanym narzędziem w rękach najsilniejszych państw i korporacji.
Duch Turinga
Już sama anegdotyczna opowieść o Bidenie zainspirowanym Mission: Impossible byłaby wystarczająca, by zbudować wokół AI i tego, jakie niesie ze sobą wyzwania, odpowiednią atmosferę. Lecz jeszcze ciekawiej robi się, gdy spojrzymy na datę publikacji amerykańskiego dekretu, czyli 30 października 2023 r.
Tu nie było najmniejszego przypadku. Administracja Białego Domu upubliczniła dokument na dzień przed rozpoczęciem pierwszego światowego szczytu poświęconego bezpieczeństwu sztucznej inteligencji. Szczyt ten zwołany został z inicjatywy brytyjskiego premiera Rishiego Sunaka w ikonicznym Bletchley Park. To tam w czasie II wojny światowej mieściła się siedziba brytyjskiego wywiadu kryptologicznego pracującego pod przewodnictwem samego Alana Turinga. I to duch tego legendarnego matematyka miał się unosić nad politykami, biznesmenami i naukowcami z 28 państw debatującymi, jak uszczęśliwić cały świat obietnicą bezpiecznej AI.
Sunak, organizując ten szczyt, chciał pokazać, że Wielka Brytania ma co do AI konkretny plan, i to o globalnym zasięgu.
– Ewidentnie po brexicie międzynarodowa rola Zjednoczonego Królestwa zbladła – zauważa Luciano Floridi, włoski filozof specjalizujący się w kwestiach związanych ze sztuczną inteligencją, przez lata profesor Oxford Internet Institute i Uniwersytetu Bolońskiego, obecnie pracujący w Yale.
Floridi jest jednym z najbardziej wpływowych ekspertów ds. polityki technologicznej w Europie. Doradzał Komisji Europejskiej, brytyjskiemu Ministerstwu Spraw Zagranicznych, a nawet Watykanowi. Spotykamy się tuż po szczycie w Bletchley Park.
– Ta rozmowa wyglądałaby zupełnie inaczej, gdyby nie doszło do brexitu. Przez lata Wielka Brytania była łącznikiem między Europą a resztą świata. Język angielski, liberalne idee rynkowe, perspektywa zorientowana na konkurencję – to wszystko było ogromną brytyjską wartością. Dziś nie ma już tego rodzaju interfejsu. Dwaj duzi gracze: Unia i USA, rozmawiają ze sobą niezależnie od Londynu. Nic dziwnego, że premier Sunak stara się odzyskać tu pewne pole – mówi Floridi.
W takiej atmosferze na brytyjski szczyt – mimo konsternacji, a nawet sprzeciwów poprzedniczki Sunaka Liz Truss – zaproszono delegację Chin. Przybył też Elon Musk. Wszystko to miało pokazać, że może i Londyn nie ma tak spektakularnych sukcesów jak Stany czy Chiny w budowie wielkich modeli językowych (LLM – Large Language Models) ani nie planuje potężnych regulacji AI jak Unia Europejska, ale ma na siebie inny pomysł. Chce zostać światowym liderem dyplomacji w sprawie bezpieczeństwa i kontroli nad tą nową technologią.
Niespodziewanie jednak polityczną uwagę skradła wiceprezydentka USA Kamala Harris, która na szczyt przybyła w nimbie gotowego amerykańskiego planu regulacji sztucznej inteligencji. Co więcej, dziennikarze najbardziej oblegli Elona Muska, który gdziekolwiek by się zjawił, zawsze ma na podorędziu trochę kontrowersyjnych opinii, które momentalnie lądują na czołówkach mediów i w tweetach.
Jakby tego było mało, w Chinach ledwie dwa tygodnie wcześniej tamtejszy gigant świata technologii, firma Baidu, zaprezentował swój wielki model językowy – Ernie Bot 4.0. Po miesiącach czekania na zgodę partii komunistycznej zaczął on swój komercyjny marsz, co ponownie zwróciło uwagę świata na możliwości, jakie ma Państwo Środka w budowie sztucznej inteligencji.
Jasne stało się, że nikt nie odda Sunakowi i Wielkiej Brytanii walkowerem miejsca na tej planszy. Szczególnie że jest na niej coraz bardziej tłoczno.
Wielki marsz po AI
Oczywiście istnieją dziś dwa kluczowe centra, wręcz pulsujące pracami nad AI. Stany Zjednoczone i Chiny są niekwestionowanymi światowymi liderami także w tej dziedzinie. Na blisko 300 LLM będących podstawą generatywnej AI 150 powstało w Stanach, a 130 w Chinach.
Mamy więc Big Techy o ugruntowanej pozycji jak Microsoft oraz blisko z nim związane OpenAI odpowiedzialne za ChatGPT, Google z modelem Bart czy Metę i jej Llama2. Do tego Amazon, Palantier, X.AI (należący do Muska) i cała masa bardzo aktywnych startupów specjalizujących się w sztucznej inteligencji.
Na Dalekim Wschodzie jednak poruszenie wcale nie jest mniejsze. Oprócz wspomnianego Erniego od Baidu także Tencent rozwija na potęgę własny model, czyli Hunyuan. Nazwa jest świetnie dobrana. Hunyuan to starożytne pojęcie z filozofii i praktyki medytacyjnej taoizmu i oznacza pierwotny chaos lub pierwotne serce wszechświata. I właśnie bycie w sercu tego chaotycznego wszechświata, jaki przynosi nam sztuczna inteligencja, leży w ambicjach Tencenta. Przypomnijmy, że to on odpowiada choćby za WeChat, czyli superaplikację w Chinach niezbędną do wszystkiego (od komunikacji po płacenie), która od lat zbiera dane o 1 mld 330 mln ludzi!
Jedno to Big Techy, czy to amerykańskie, czy chińskie, które rzuciły swoje ogromne zasoby na rozwój sztucznej inteligencji. A drugie to wyraźny konflikt między tymi państwami tak w sferze politycznej, jak i gospodarczej.
Chińska Republika Ludowa pod rządami Xi Jinpinga nie ukrywa swoich ambicji. Nie tylko zapowiada, że do 2047 r. – czyli na 100-lecie ChRL – stanie się największym globalnym mocarstwem, ale także w krótszej perspektywie czasowej, bo do 2030 r., planuje supremację w świecie AI. Stany Zjednoczone zaś od niemalże dekady zwierają szyki i koncentrują swoich sojuszników, by ten Wielki Marsz powstrzymać.
Stąd właśnie wojna celna rozpoczęta jeszcze przez Donalda Trumpa, wpisywanie kolejnych chińskich przedsiębiorstw, z Huawei na czele, na czarne listy firm, z którymi relacje biznesowe są coraz bardziej ograniczane, i wreszcie chyba najmocniejsze uderzenie w chińskie ambicje, czyli w chipy. A konkretnie: ograniczanie eksportu półprzewodników do Chin oraz utrudnianie im budowy własnego przemysłu chipowego, zwłaszcza tego wysokozaawansowanego dla AI.
Chipowy gambit
Półprzewodniki, potrzebny do ich produkcji know-how, a także po prostu mineralne elementy wymagane do ich budowy to ten poziom globalnej szachownicy, który nie jest widoczny, gdy patrzymy tylko na polityczne sojusze.
A przecież, jak pisze Kate Crawford w świetnej książce Atlas of AI. Power, Politics, and the Planetary Costs of Artificial Intelligence (Atlas sztucznej inteligencji. Władza, polityka i koszty planetarne sztucznej inteligencji): „Termin »sztuczna inteligencja« może przywoływać skojarzenia z algorytmami, danymi i architekturami chmurowymi, ale żaden z tych elementów nie może funkcjonować bez minerałów i zasobów, które są podstawą komponentów komputerowych. Akumulatory litowo-jonowe są niezbędne dla urządzeń mobilnych i laptopów, domowych asystentów cyfrowych oraz zapasowego zasilania centrów danych. Stanowią podstawę internetu i każdej platformy handlowej działającej w jego ramach, od bankowości po handel detaliczny i transakcje giełdowe”.
Siła „wojny o chipy” została jeszcze dodatkowo wzmocniona 7 października 2022 r., gdy rząd Stanów Zjednoczonych ogłosił we współpracy najpierw z Japonią, a wkrótce także z Holandią strategię, której analitycy nadali nazwę „mały ogród, wysokie ogrodzenie”. Chodzi w niej o to, by technologie wrażliwe na bezpieczeństwo narodowe były chronione poprzez ścisłe, bardzo rygorystyczne środki.
Takie właśnie wysokie ogrodzenie czy wręcz mur budowany jest wokół holenderskiej firmy ASML. Nie słyszałeś o niej, Czytelniku? Nic dziwnego, do niedawna naprawdę była znana tylko ekspertom. Dziś jednak jej globalna sława rośnie. ASML specjalizuje się w produkcji maszyn, które litografują wzory obwodów na waflach chipowych za pomocą światła o niskiej długości fali. Brzmi bardzo skomplikowanie, lecz w skrócie oznacza po prostu maszyny do druku na krzemie, czyli kluczowy element procesu produkcji półprzewodników. ASML nie tylko kontroluje ponad 60% tego rynku, ale jest też jedynym producentem najnowszej, najbardziej precyzyjnej generacji maszyn niezbędnych do tworzenia chipów dla AI. Nic dziwnego, że rząd w Hadze wespół z Waszyngtonem zaczął wokół ASML budować mur przepisów i nakłada coraz poważniejsze ograniczenia w sprzedaży tych maszyn na rynek chiński.
Podobne ograniczenia coraz bardziej też otaczają Nvidię, czyli dziś chyba największego biznesowego wygranego boomu na AI. Ten amerykański producent chipów, którego z dużym prawdopodobieństwem możesz znać jako twórcę karty graficznej twojego komputera, tylko w trzecim kwartale 2023 r. zarobił na AI 14,5 mld dolarów – dla porównania: rok wcześniej było to niecałe 4 mld. I pewnie mogłoby być kilkukrotnie więcej, gdyby nie obostrzenia eksportu do Chin nakładane przez amerykański rząd. Owszem, Nvidia próbuje je wciąż obchodzić, jednak Waszyngton coraz ostrzej pilnuje chipowych zakazów.
Tyle że to wcale nie oznacza, iż Chiny nagle stały się bezbronne. Trzymają bowiem w swoich rękach pionek, który może zagrozić nawet królowej. Jak przypomina Crawford, to one dostarczają 95% światowych zasobów minerałów ziem rzadkich.
Dominacja Chin na rynku wynika nie tyle z dostępu do bogactw geologicznych, ile z gotowości tego kraju do przyjęcia na siebie naprawdę poważnych szkód środowiskowych.
„Chociaż minerały ziem rzadkich, takie jak neodym i cer, są stosunkowo powszechne, proces ich wydobycia wymaga niebezpiecznej metody rozpuszczania ich w dużych ilościach kwasu siarkowego i azotowego” – pisze Crawford.
Zamknięcie oczu na te odpady ma swoją potężną wartość. Podobnie jak mają je dane, na których chińskie firmy mogą uczyć swoje algorytmy. Pobierane są bez utrudnień w rodzaju prawa chroniącego prywatność, a następnie masowo trenowane na potrzeby AI – choćby dlatego, że niczym istną biomasę wykorzystuje się w tym celu np. prześladowanych Ujgurów.
– O tej ciemnej stronie AI generowanej w Chinach, ale wykorzystywanej na całym świecie najchętniej byśmy nie pamiętali i udawali, że to co najwyżej wewnętrzny problem Państwa Środka. A to poważna, globalna przewaga Pekinu – zauważa Luciano Floridi.
Przewaga, która spowodowała, że mimo zimnych relacji z Zachodem do Bletchley Park Chiny zostały zaproszone.
Podobnie było podczas Światowego Forum Ekonomicznego w Davos, które odbywało się w połowie stycznia 2024 r. i temat AI praktycznie je zdominował. Na spotkanie z chińskim premierem Li Qiangiem, który apelował, by innowacje technologiczne nie były wykorzystywane jako sposób na ograniczanie innych krajów, przybyły tłumy. Li mówi, że „aby zachować zdrową konkurencję i uwolnić największą witalność, jedyną drogą jest wzmocnienie współpracy w innowacjach”, i ewidentnie był to przytyk do Waszyngtonu.
Zimna wojna modeli
Profesor informatyki na MIT Aleksander Mądry, który od 2023 r. pracuje w OpenAI, gdzie kieruje Działem Gotowości, czyli komórką odpowiedzialną za przygotowanie takich rozwiązań technologicznych i prawnych, by tworzone technologie były godne zaufania, podkreśla, że nie lubi rozmawiać o AI, używając metafor wyścigu i konfliktu.
– To nie jest tak, że w AI może wygrać jeden kraj. To jest technologia, która dobrze tworzona, spowoduje, że wszyscy możemy skorzystać. Wprowadzanie języka wyścigu, konfliktu powoduje, że pojawiają się siły polityczne, które zaczynają dążyć do supremacji – mówi Mądry, lecz i tak sam zaczyna porównywać globalny balans wokół wykorzystywania AI i dbania o jej standardy do szukania równowagi w czasie zimnej wojny, gdy działania Stanów Zjednoczonych i ZSRR były nie tylko ograniczane siłą przeciwnika, ale także wspólną obawą, by nie przekroczyć cienkiej linii.
– Oczywiście dziś sytuacja jest o tyle inna, że dostęp do sztucznej inteligencji jest znacznie bardziej otwarty, niż był dostęp do broni jądrowej. Nie mamy tu zamkniętej puli państw z takim zasobem. Sytuacja jest więc znacznie bardziej skomplikowana i wymaga fak tycznej międzynarodowej współpracy – dodaje Mądry.
Zanim więc zapędzimy się w proste założenie, że wszystkie globalne procesy napędza tu wyłącznie konkurencja amerykańsko-chińska, zerknijmy trochę głębiej. A tam nie brakuje rys utrudniających wręcz zwulgaryzowane spojrzenie na układ sił, w którym dwóch najsilniejszych graczy działa w zdecydowany sposób przeciwko sobie.
Według raportu Indeksu Sztucznej Inteligencji Uniwersytetu Stanforda z 2023 r. między tymi państwami trwa w najlepsze silna współpraca badawcza nad AI.
Co więcej, w latach 2010–2021 wręcz czterokrotnie wzrosła. Oczywiście tempo tej współpracy zaczęło w ostatnich latach (także z powodu epidemii koronawirusa i drastycznego zamknięcia Chin) spowalniać i prawdopodobnie będzie nadal spadać. Ale jednak nie mamy wcale do czynienia z drastycznym decouplingiem i wzajemnym odcięciem się w imię politycznych celów.
– Bo i do tego odcięcia jest bardzo długa droga, jeżeli chcemy rozwijać faktycznie godną zaufania, bezpieczną AI dla całego świata – podkreśla prof. Mądry.
Trzeba jednak pamiętać, że produkty OpenAI w Chinach są niedostępne i oficjalnie zablokowane przez partię komunistyczną. Mądry dodaje, że oczywiście gdy rozpatrujemy te kwestie w obrębie tzw. like-minded countries, czyli krajów mających pewne zbieżne poglądy wynikające z podejścia do praw człowieka i demokracji, to jest i w kwestii bezpieczeństwa AI sporo zbieżności.
– Lecz ta wspólnota tak naprawdę działa tylko w szerokich ramach. W szczegółach, choćby dotyczących codziennego życia, tego, co wypada, a czego nie, w poszczególnych kulturach, nawet w obrębie Europy, widać ogromne różnice. Ustawienie więc jednolitych zasad AI dla całego świata może być naprawdę karkołomne – twierdzi Mądry. – A co dopiero z krajami spoza tej zachodniej wspólnoty? Nie uważam bynajmniej, że tu wszystko jest stracone. W końcu przecież wszyscy żyjemy na jednej planecie, na jednej Ziemi, i trzeba jakoś koegzystować. Czy te globalne rozmowy o etyce, o bezpieczeństwie AI będą trudne? Na pewno. Ale przecież mamy już doświadczenie w takich rozmowach. Mamy ONZ, które mimo trudności potrafi niekiedy działać skutecznie – przekonuje ekspert pracujący dla OpenAI, czyli firmy, która odnosi największe sukcesy w budowie generatywnej AI, ale i budzi też największe kontrowersje. Także pod kątem tego, jak lobbuje wokół regulacji czy ich braku dla sztucznej inteligencji.
O tym za chwilę. Na razie wróćmy do tego, co geopolityka lubi najbardziej: geografii.
Baśnie tysiąca i jednej AI
Oprócz Waszyngtonu (i Doliny Krzemowej) oraz Pekinu (z Shenzhen) w globalnym atlasie AI jest jeszcze kilka ważnych punktów. Zanim trafimy do Brukseli, warto odwiedzić Dubaj i Rijad.
Zjednoczone Emiraty Arabskie oraz Arabia Saudyjska bardzo aktywnie wchodzą w świat technologii. W dużej mierze to decyzje czysto gospodarcze, bo choć kraje Zatoki Perskiej wciąż mają duże zapasy ropy naftowej, to Międzynarodowy Fundusz Walutowy ostrzega, że zapotrzebowanie na ropę będzie maleć mniej więcej od 2040 r. Dlatego pojawia się potrzeba dywersyfikacji przychodów, a technologie, ze sztuczną inteligencją na czele, są idealnym kierunkiem dla państw posiadających petrodolary do zainwestowania.
Zjednoczone Emiraty Arabskie już w 2017 r. ogłosiły strategię dotyczącą sztucznej inteligencji, która zakłada że do 2031 r. ten kraj ma być liderem rozwoju AI.
Także w 2017 r. ZEA – jako pierwsze państwo na świecie – oficjalnie stworzyły w rządzie stanowisko ministra ds. sztucznej inteligencji. Arabia Saudyjska w podobnie jednoznaczny sposób inwestuje w rynek gier komputerowych, który przecież też jest jednym z beneficjentów rozwoju AI. I zgodnie ze swoim planem Vision 2030 do końca dekady chce stać się tu globalnym potentatem. Następny gracz w kolejce do supremacji światowej!
Oczywiście część z tych działań to nic ponad techwashing mający odwrócić uwagę od wewnętrznych problemów tych państw, łamania praw człowieka czy semiautorytarnych rządów. Lecz nie mniej ważny jest w nich także geopolityczny komponent. Na początku tego roku Arabia Saudyjska, Iran i Zjednoczone Emiraty Arabskie zostały wybrane na nowych członków BRICS, wspólnoty, która do tej pory obejmowała Brazylię, Rosję, Indie, Chiny i RPA. Ewidentnie wskazuje to na ich przesunięcie w stronę Chin. A efekty już są widoczne: to przez ZEA i Arabię Saudyjską zaczynają do Chin płynąć chipy.
– Tych ważnych graczy jest jeszcze więcej. I łączą ich sojusze z Chinami czy Stanami, ale przecież Korea Południowa, Indie czy Unia Europejska mają i ambicje, i ogromny potencjał do tego, by rozwijać własną AI i własne do niej podejścia – podkreśla Floridi.
I właśnie ambicje stają się tu niezwykle ważnym paliwem.
Koń i wóz
– Uważajmy, aby nie postawić wozu przed koniem – tak francuski minister gospodarki Bruno Le Maire ostrzegał Unię Europejską przed nazbyt w jego mniemaniu rygorystycznym regulowaniem AI.
Tej metafory Le Maire użył tuż po wspomnianym szczycie w Bletchley Park. Według francuskiego polityka „jeśli Unia Europejska chce utrzymać się w wyścigu o sztuczną inteligencję w XXI w., wszystkie kraje europejskie muszą połączyć swoje siły, umiejętności i technologie oraz inwestować szerzej i szybciej”.
Jak to pilnowanie, by koń – czyli innowacje – miał należyte miejsce w szeregu priorytetów, wygląda, Francja pokazała kilka tygodni później. Razem z niemieckimi urzędnikami i politykami doprowadziła do poważnego impasu w pracach nad AI Act, czyli dużą regulacją sztucznej inteligencji, którą Unia przygotowuje od 2018 r. Gdy już wydawało się, że wszystko jest na ostatniej prostej i przed głosowaniami w Parlamencie Europejskim zostały tylko ostateczne rozmowy na tzw. trilogach (nieformalnych spotkaniach przedstawicieli najważniejszych organów Unii: Komisji, Rady i Parlamentu), to właśnie tam prace zostały zawieszone.
Delegacje Francji i Niemiec wywróciły cały stolik do góry nogami i ogłosiły, że nie zgadzają się na to, by tzw. modele podstawowe, czyli najszersze rozwiązania AI, były poddawane rygorystycznej kontroli przed dopuszczeniem na rynek.
Cała filozofia AI Act tym samym zostałaby wyrzucona do kosza, bo ten akt prawny skonstruowano w taki sposób, by właśnie te duże rozwiązania były poddawane kontroli już u dostawcy. Francja i Niemcy zażądały jednak, by dopiero konkretne produkty budowane na ich bazie były kontrolowane na wypadek stwarzania zagrożeń, choćby dla prywatności.
Szybko okazało się w obronie jakich konkretnie koni stanęły te państwa. Chodziło o startupy: francuski Mistral i niemiecki Aleph Alpha. Oba pracują nad wielkimi modelami językowymi i oba zdobyły silne polityczne plecy.
Nie jest to szczególnie zaskakująca sytuacja, że państwa – nawet te z najbardziej liberalnymi rządami – opiekuńczo traktują lokalnych przedsiębiorców, wspierając ich na międzynarodowej arenie. Tym razem jednak takim parasolem ochronnym próbowano objąć nie kluczowego gracza zatrudniającego dziesiątki tysięcy ludzi, nie firmę podpisującą duże umowy o strategicznym znaczeniu dla bezpieczeństwa, nawet nie silną korporację, tylko mające ledwie kilka miesięcy startupy.
Christoph Lütge, uznany niemiecki filozof i ekonomista stojący na czele Instytutu Etyki Sztucznej Inteligencji na Uniwersytecie Technicznym w Monachium, broni takiego podejścia.
– Dla wielkich techkorporacji te regulacje nie będą szczególnym problemem. One mają wielkie prawne departamenty, dadzą sobie radę. Tym, co naprawdę powinno nas martwić, jest los małych i średnich firm z Europy, i to nie tylko tych niemieckich. Przecież Polska na pewno ma też swoje przedsiębiorstwa, które pracują nad generatywną AI i które powinny mieć stworzone możliwie najlepsze warunki do rozwoju – Lütge wykłada to, co Unia Europejska od kilku lat próbuje praktykować jako budowę „cyfrowej suwerenności”.
To podejście jednak nie spotyka się z powszechnym poklaskiem w Unii. Ella Jakubowska, która w ramach fundacji European Digital Rights od czterech lat obserwuje prace nad AI Act, o niemiecko-francuskim sojuszu mówi, że ewidentnie stanął on w obronie partykularnych interesów.
– Na zewnątrz podlewany był sosem cyfrowej suwerenności całej Unii. Oczywiście argument, że musimy w tym wyścigu o AI wspierać lokalne firmy, trafi na podatny grunt. Ale nie oszukujmy się, z otwartych furtek w pierwszej kolejności skorzystają właśnie największe Big Techy i to im będzie jeszcze łatwiej wejść ze swoimi rozwiązaniami i niekontrolowanymi modelami – podkreśla ekspertka.
Thomas Metzinger – też niemiecki uczony – to ustawianie konia przed wozem widzi jako próbę przeniesienia amerykańskiego liberalizmu na europejski grunt bez głębszego zrozumienia mechanizmów działania wielkich technologicznych graczy.
– Owszem, warto budować samodzielność na rynku AI. Ale by faktycznie to była suwerenność, nie wystarczy niezależność tylko od Stanów czy od Chin, ale potrzeba jej także od wszystkich cyfrowych korporacji. Trzeba więc zacząć traktować je jako aktywnych politycznych graczy – podkreśla Metzinger.
Uwaga! Apokalipsa!
Teoretycznie świadomość tych wyzwań już jest. Ulrike Franke, ekspertka ds. polityki w Europejskiej Radzie Spraw Zagranicznych (ECFR), jeszcze w 2021 r. przedstawiła Parlamentowi Europejskiemu analizę sześciu obszarów, w których AI może zmienić globalny układ sił. To: wspomniana chińsko-amerykańska konkurencja, AI wspierająca reżimy autorytarne, wzrost nacjonalizmów wokół rozwoju nowych technologii, rewolucja w wojskowości, AI podbijająca potęgę prywatnego sektora oraz AGI, czyli ogólna sztuczna inteligencja.
Tę ostatnią, rodem z Mission: Impossible oraz pogranicza popkultury i filozofii, zostawmy na boku. Pozostałych pięć obszarów zmian zaś już wyraźnie widzimy. Także na polu potężnego wzrostu znaczenia technologicznych biznesów.
Jak piszą Jared Cohen i George Lee, analitycy Goldman & Sachs, w artykule The generative world order: AI, geopolitics, and power (Generatywny porządek świata: AI, geopolityka i władza), dzisiaj rozwoju AI nie napędzają już inicjatywy poszczególnych państw. Faktyczna siła jest tu rękach biznesu: „Ekosystem generatywnej sztucznej inteligencji wzmocni istniejące przedsiębiorstwa, a także prawdopodobnie zdefiniuje następną generację Big Techów”.
Takich choćby jak OpenAI, którego wycena w ciągu roku podskoczyła o 500% do 80 mld dolarów. A to dopiero początek, bo według prognoz Goldman Sachs Research prywatne inwestycje w AI mają wzrosnąć do ponad 160 mld dolarów do 2025 r.
By to było jednak możliwe, firmy chcą mieć zagwarantowane jak najlepsze warunki rozwoju. Stąd choćby wielkie tour lobbingowe prezesa OpenAI Sama Altmana w maju 2023 r. po Europie, a dwa miesiące później także po krajach Zatoki Perskiej. A to i tak był tylko wstęp. „Financial Times” na początku stycznia tego roku opisał, jak amerykańskie firmy OpenAI, Anthropic i Cohere, zaangażowały się w tajną dyplomację z chińskimi ekspertami od AI z Uniwersytetu Tsinghua i innych chińskich instytucji wspieranych przez państwo. Dwa spotkania miały mieć miejsce w Genewie w lipcu i październiku ubiegłego roku.
Podobno odbyły się za wiedzą Białego Domu oraz członków rządów Wielkiej Brytanii i Chin. Jednak organizowała je dosyć tajemnicza Shaikh Group, prywatna organizacja, która „ułatwia dialog między kluczowymi aktorami w regionach konfliktów”. Podobno też te spotkania okazały się takim sukcesem, że już planowane są kolejne, na których dyskutowane mają być kwestie dopasowania systemów AI do kodeksów prawnych oraz norm i wartości różnych społeczeństw. Co więcej, pojawił się pomysł utworzenia międzynarodowego organu regulacyjnego oraz wprowadzenia specjalnych procedur „wyłączania AI” na wypadek jakiegoś ogromnego niebezpieczeństwa.
Podobno.
Nad tymi spotkaniami nie było kontroli, nie wprowadzono na nie urzędników, zewnętrznych obserwatorów, dziennikarzy… Rozmowy o tym, kto ma porządkować pionki na planszach, trwają sobie w wąskim gronie.
– Rzecz jasna od tych firm będziemy słyszeć o konieczności uważania na sztuczną superinteligencję. Będą nam mówić, że to ją trzeba globalnie regulować. Ale to tak jakbyśmy słuchali Big Pharmy ostrzegającej przed apokalipsą zombie i nawołującej do przygotowania regulacji na jej wypadek. A równolegle przekonującej, że nie ma co przeregulowywać wypuszczania nowych leków na rynek, bo przecież ludzie ich potrzebują – ironizuje prof. Floridi. – Prawdziwie apokaliptyczne będzie dopuszczenie do tego, by Big Techy przekonały nas do wizji samoregulacji i by stały się silne jak państwa.
A są już na najlepszej drodze do tego. I nie będzie tu żadnego Ethana Hunta, który stanie im naprzeciw, by bronić ludzkości.