Gdy na początku XXI w. zacząłem żeglować po internecie, wciąż jeszcze przypominał raczej archipelag niż świat wielkich platform-kontynentów. Dryfując na falach wyników wyszukiwarki Google, odwiedzałem atol gier LEGO i wyspy angielskiego futbolu. Nie interesowały mnie przyczyny, dla których pożądane przeze mnie strony unosiły się na powierzchni, inne zaś leżały zatopione w głębinach piątej czy piętnastej strony rezultatów. Najważniejsze było, że ktoś nawigował mnie do celu.
Na przełomie pierwszej i drugiej dekady XXI w. internet zaczął ulegać „platformizacji”, a ja znalazłem się w epicentrum ruchów tektonicznych. W nowych światach panowały nowe zasady. Zamiast dostarczać autorskie treści, platformy dystrybuowały wytwory kreatywności swoich użytkowników. Nowo powstała branża speców od mediów nazwanych społecznościowymi oferowała recepty na wiralność, gwarancje, że posty rozprzestrzeniać się będą po całym internecie. Pozornie nowoczesne panacea w składzie miały jednak raczej chleb z pajęczyną. Logika platform pozostawała tajemnicą. Systemy rekomendujące filmy na YouTube znikąd wzbogacały polszczyznę o frazy pokroju „daj kamienia” czy „jestem hardkorem”. Po wielkiej emigracji ze swojskiej Naszej Klasy na facebookową obczyznę kwitnąć zaczęły kariery…