Kiedy rozmawia się o Izraelu z amerykańskimi Żydami wystarczająco długo, można dostrzec pewną rzecz. Konwersację można co prawda zacząć od tematu Izraela, ale rzadko się ona na nim skończy. Zazwyczaj pod koniec będzie skupiała się na „nich”.
Ci, którzy wyrażają zaniepokojenie dofinansowaniami, jakimi Izrael wspiera osadników z Zachodniego Brzegu, usłyszą, że osadnictwo nie ma znaczenia, bo „oni” nie zgodzą się na istnienie Izraela w żadnych granicach. Ci, którzy zacytują słowa byłego szefa agencji bezpieczeństwa Shin Bet Yuvala Diskina o tym, że „w ciągu ostatnich 10–15 lat Izrael stawał się coraz bardziej rasistowski”, usłyszą w odpowiedzi, że jakiekolwiek byłyby niedoskonałości Izraela, to przecież „oni” uczą swoje dzieci nienawidzić i zabijać. Ci, którzy wspomną, że były premier Izraela Ehud Olmert określił Mahmuda Abbasa, prezydenta Autonomii Palestyńskiej, partnerem w walce o pokój, usłyszą, że to, co „oni” mówią po arabsku, znacznie różni się od tego, co mówią po angielsku.
Kilka miesięcy temu, wiosną, obejrzałem film dokumentalny The Gatekeepers („Strażnicy”), w którym sześciu byłych szefów Shin Bet ostro skrytykowało politykę Izraela dotyczącą Zachodniego Brzegu. Na pokazie w Nowym Jorku Żydzi stanowili większość widowni. Po seansie pewien człowiek przyznał, że to był interesujący dokument. Po czym zapytał, dlaczego „oni” nie krytykują działań po swojej stronie tak, jak robią to Izraelczycy.
Zazwyczaj niezdarnie próbuję odpowiadać na twierdzenia dotyczące Palestyńczyków, które tak często trawią rozmowy amerykańskich Żydów dotyczące Izraela, lecz coraz częściej zdarza mi się…