Subskrybuj
Maciej Podyma, prezes fundacji Łąka, fot. archiwum prywatne
dziennikarka i publicystka. W latach 1996–2008 była redaktorką „Tygodnika Powszechnego”. Laureatka nagrody dziennikarskiej Grand Press w kategorii wywiad (2007). Wydała m.in. Co zdążysz zrobić, to zostanie. Portret Jerzego Turowicza (Znak 2012) oraz Ludzie Znaku (2015)....

Chwast budzi opór

Równo przystrzyżony trawnik w kolorze intensywnej zieleni nie jest niczym złym. Ale czy cały kraj musi nim być?

Mieszkaniec Ziemi, jak obliczyli fachowcy pracujący dla ONZ, potrzebuje rocznie 1700 m³ wody i taki jej zasób państwo powinno zagwarantować każdemu obywatelowi. Poniżej tej granicy rozpoczyna się strefa zagrożenia niedoborem wody. W Polsce według raportu GUS-u z września 2021 r. „wielkość odnawialnych zasobów wody słodkiej przypadająca na jednego mieszkańca” nie przekracza nawet 1600 m³. Daje nam to 24. miejsce wśród 27 państw Unii Europejskiej i stawia w szeregu państw zagrożonych „stresem wodnym”.

Jak poradzić sobie ze strachem przed suchym kranem? Można np. obejrzeć zdjęcia powodzi z lipca 1997 r. W tym roku mija ćwierć wieku od momentu, kiedy Odra i Nysa zalały Kotlinę Kłodzką, potem Opolszczyznę i Dolny Śląsk, a kilkumetrowa fala wody wlewała się na pierwsze piętra przedwojennych kamienic. Fotografie sprzed 12 lat, dokumentujące powódź z deszczowego maja 2010 r. z czubkami domów na Sandomierszczyźnie wystającymi ponad poziom wiślanej fali albo zdjęcia osuwisk z Lanckorony, też mogą obudzić złudne przekonanie, że po latach suchych nadejdą znowu mokre i problem wody rozwiąże się sam. Jeśli jednak odłożyć na bok złudzenia i wyciągnąć wnioski z faktu, że w 97% polskie zasoby wodne powstają za sprawą opadów, wyraźnie widać, co jest do zrobienia .

Suma opadów jest mniej więcej stała każdego roku, ale z powodu zmian klimatu nierównomierna. Tygodnie bez kropli deszczu sąsiadują więc z czasem nawałnic, kiedy spieczona ziemia nie ma szans ich wchłonąć i zmagazynować w wodach powierzchniowych. Tych, z których w Polsce korzysta się w pierwszej kolejności, bo pokrywają 80% potrzeb w gospodarce narodowej. Woda, która nie zostanie zatrzymana pod powierzchnią ziemi ani w wodach głębinowych, spływa rzekami do słonych wód Bałtyku. Chyba że zatrzymają ją bagna i mokradła, o ile przestaną być osuszane. Woda pozostanie też w nieuregulowanych korytach rzek, rozlewiskach i przydomowych stawach. Przeniknie przeschnięte warstwy ziemi, jeśli zamiast ciasno przylegających betonowych kostek zostanie położona ażurowa nawierzchnia. Wreszcie  – wodę zatrzyma odpowiednio wcześniej wysiana łąka.

„A zielona się światłość jarzyła dokoła”

Maciej Podyma, 35-letni prezes Fundacji Łąka, której siedziba zajmuje jeden z drewnianych domów na Jazdowie w Warszawie, od 2014 r. z systematycznie powiększającym się gronem współpracowników (obecnie jest ich już ponad 20) wysiewa łąki na skwerach i poboczach dróg. Łąka nie wymaga zasilania, bo wodę magazynuje sama dzięki plątaninie korzeni, które w przypadku niektórych gatunków potrafią przekroczyć metr. Glebę pod jej założenie można przygotować motyką, szpadlem i grabiami, rękami czyszcząc grudy ziemi ze zbędnych kłączy. By wysiać nasiona na kilku arach, potrzeba jedynie własnej dłoni i odpowiednio dalekiego wyrzutu przedramienia. Do ścięcia roślin raz w  sezonie, zazwyczaj jesienią albo tuż przed końcem najbardziej intensywnego czasu kwitnienia, wystarczy kosa. Wszystkie wymienione czynności są nieskomplikowane i łatwe do wyuczenia.

Łąka rośnie sama. Nie powstanie bez udziału człowieka, ale zasiana, nie oczekuje dalszego zaangażowania, raczej wycofania. I chyba dlatego budzi tyle oporów.

„Przyszły do mnie motyle, utrudzone lotem”

– Najczęściej słyszę takie wątpliwości: „Czy na łące lęgną się komary? A co z kleszczami?”, „Żaby, czy będą żaby? Bo nie przepadam za płazami…”, „Proszę pana, łąka to na wsi, a tu jest miasto, otoczenie musi być schludne”, „Łąka kwitnie tylko przez jakiś czas, a co potem? Szare przerośnięte chwasty?”. A od urzędników: „Ludziom się to nie spodoba…”.

Kluczowe jest to, co mamy w głowach: co uważamy za ładne, a jaki stan otoczenia uznajemy za nieuporządkowany. Przystrzyżony trawnik, obsadzony przy granicy działki tujami uformowanymi w  czworoboki dzięki nożycom ogrodniczym, łatwo docenić. Budzi podziw dla gospodarza czy gospodyni miejsca, którzy – co widać gołym okiem – nie szczędzą sił, by otoczenie, w jakim mieszkają, było czyste i zadbane. Uczestnicy dyskusji o trawnikach prowadzonych na forach ogrodniczych fachowo objaśniają, czym je nawozić, jak podlewać i przygotować na zimę, z jakich kosiarek czy systemów nawadniania korzystać. To już nie trawa, raczej mozaika albo witraż zbudowany z wielu kolorowych szkiełek – tyle wiedzy i roboty wymaga.

Trudniej zauważyć wysiłek włożony w łąkę. Na pierwszy rzut oka nie widać, że w jej założenie też trzeba włożyć sporo pracy, by spektakularnie zakwitła i od wczesnej wiosny do pierwszych śniegów utrzymywała zieleń. Mimo to na pewno nie wymaga tak dużych nakładów czasu, sił i pieniędzy, choćby dlatego, że łąki nie trzeba kosić co dwa tygodnie. Dla wielu ludzi to nie do przyjęcia. Metry kwadratowe podmiejskich działek kosztują sporo. Nie po to spłaca się wysoki kredyt, żeby żyć w chaszczach czy błocie. Ludzie oczekują zaangażowania, pracy, wyników, a odpuszczenie kojarzy im się z zaniedbaniem i lenistwem. Tak powstaje mentalny grunt, by kształtować otoczenie za pomocą kosiarki, wspartej betonową kostką Bauma.

##

„Parna ziemia przez kwiaty żar dzienny wydycha”

Łodyga krwawnicy pospolitej (Lythrum salicaria L.) jest wyprostowana i kanciasta, gęsto obrośnięta liśćmi, a kłącza ma zdrewniałe. Purpurowe kwiatostany, przypominające kłos, przyciągają pszczoły. Te przenoszą na sobie pyłki między kwiatami, umożliwiając roślinie zawiązanie nasion.

Marchew zwyczajna (Daucus carota L.), z której wyhodowano marchew pastewną i niektóre odmiany jadalnej, trzyma się mocno w ziemi dzięki długiemu korzeniowi palowemu i sieci korzeni bocznych. Kwitnie dopiero rok po wysianiu, lecz ułożone w baldachim białe kwiaty, osadzone na łodydze sięgającej nawet metr, wyglądają jak ozdobny krzew.

Złocień właściwy (Chrysanthemum leucanthemum L.), nazywany rumiankiem albo margerytką z powodu białych płatków spiralnie otaczających żółtą koronę z pręcikami, potrafi ukorzenić się nawet na suchym ugorze i w zaroślach, potocznie określanych nieużytkami.

Miododajny groszek żółty (Lathyrus pratensis L.) dzięki głęboko sięgającemu korzeniowi i wydłużonym rozłogom podziemnym znajduje dogodne miejsce do życia w całej Polsce, aż po granicę kosodrzewiny. Podobnie są zabezpieczone na czas długiego trwania bez kropli deszczu fioletowopurpurowy chaber (Centaurea jacea L.) i koniczyna łąkowa (Trifolium pratense L.) z korzeniem schodzącym do nawet 150 cm w głąb ziemi.

Rozłożyste, szorstkie albo lepkie liście wyłapują pyły i kurz. Zacieniając ziemię, z której wyrastają rośliny, ograniczają wyparowywanie z niej wilgoci. Produkują więcej tlenu niż źdźbła trawy, bo wystawiają na działanie promieni słonecznych większą powierzchnię wypełnioną chlorofilem. Powierzchnia ziemi, spulchniona korzeniami łąkowych roślin, sprawniej wchłania wodę, zabezpieczając się przed zaschnięciem w nieprzepuszczalną skorupę. Łąka jest też domem: dla owadów, w tym zapylających, jak pszczoły i trzmiele. Dla ropuch, jeży, myszy i wielu drobnych gryzoni. Dla ptaków. I miejscem intensywnych zabiegów przyrodniczych, np. mrówek, które roznoszą nasiona roślin i jaja motyli czy innych owadów.

Nie ma łąki, która kwitnie cały sezon. Zmienia się każdego dnia, zgodnie z rytmem wegetacji tworzących ją roślin i żyjących na niej zwierząt. Całą sobą komunikuje, że nic nie jest na stałe i każda sprawa – dobra czy zła – mija.

„Kochać łątkę i mysz polną”

– O pieniądzach, jakie można zaoszczędzić, chroniąc bioróżnorodność przyrody, rozmawiam tylko z inwestorami, np. autostrady Radomsko–Kamińsk w kierunku Częstochowy, gdzie kontrakt podpisany wiosną 2022 r. pozwala nam założyć łąki na 90 ha poboczy. Zabiegaliśmy o to wiele miesięcy, a mój współpracownik Grzegorz Walkiewicz wykonał w tej sprawie dziesiątki.

Sam nie przeliczam jednak na pieniądze np. korzyści wynikających z obniżenia temperatury powietrza za sprawą utrzymania różnorodnych gatunkowo terenów zielonych. To nie miałoby sensu, stratą – i to niepoliczalną – jest sam fakt znikania kolejnych gatunków czy zielonych obszarów. Przyroda jest ważna sama w sobie i wierzę, że Homo sapiens nie zniszczy jej całkowicie, choć od początku ery przemysłowej pracowicie piłuje gałąź, na której siedzi.

###banner###

Daję ludziom czas – sami zrozumieją. Otrzeźwienie już nadchodzi. Zagorzali entuzjaści samochodów narzekają na korki, które blokują im sprawny wyjazd na podmiejskie osiedla jednorodzinnych domów, dokąd się wynieśli, tęskniąc za zielenią. Na razie wielu z nich uważa za przyrodniczą oazę równo przycięty trawnik i posadzone w rządku iglaki, jednak to się może zmienić. W Stanach Zjednoczonych trawniki, pod względem wielkości nawadnianego areału, zajmują drugie miejsce po polach kukurydzy, a u 25% dzieci wychowujących się na przedmieściach badania wykazują ślady pestycydów we krwi, ponieważ dla wytępienia roślin traktowanych w tamtym otoczeniu jako chwasty używa się środków chemicznych. Za niewykoszenie trawnika dostaje się mandat, bo szpeci otoczenie, obniżając wartość sąsiadujących z nim posesji.

Mimo to nie odrzucam „kultury kosiarek”, zwłaszcza jeżeli ktoś nie planuje łąki, tylko chciałby pozostawić trawnik sam sobie. Przecież nie wie, jaki bank nasion kryje jego ziemia, może nawłoci kanadyjskiej albo nawłoci późnej? To inwazyjne rośliny, które niekoszone, w ciągu kilku sezonów wyprą każdy rodzimy gatunek. A  kilka milionów ludzi w  Polsce, którzy są alergikami? Koszenie traw i innych roślin łąkowych przed ich kwitnieniem jest dla nich ważnym wsparciem. Ale nie jedynym. W 2014 r., kiedy uruchamiałem Fundację, miejska łąka była traktowana jako ekologiczna fanaberia. Dzisiaj to opcja brana na poważnie pod uwagę przez osoby dzielące miejskie czy dzielnicowe finanse, a  mieszkańcy zgłaszają pomysł jej stworzenia w ramach budżetu obywatelskiego. Z  kolei łąka na poboczach stała się innym sposobem gospodarowania, choć długo uważano, że nie jest innym, tylko złym.

Dajmy sobie wybór, choćby w kwestii częstotliwości koszenia, jeśli łąki i  niekoszone trawniki potrafią wyprodukować tyle tlenu ile las.

„Kto całował mak w zbożu…”

Pierwszy o sensie zakładania miejskich łąk mówił Łukasz Łuczaj – botanik, wykładowca w Uniwersytecie Rzeszowskim, którego praca habilitacyjna była przeglądem dziko rosnących roślin jadalnych obecnych w  polskiej kuchni od poł. XIX w. do współczesności. Opracował pierwsze mieszanki rodzimych roślin łąkowych do samodzielnego wysiewania. Od 2015 r. na kilkunastu hektarach gospodarstwa w Pietruszej Woli na Podkarpaciu sadzi drzewa na terenach porolnych i odtwarza runo leśne, utrzymuje łąki kośne, a przede wszystkim sadzi kolejne rośliny – ginące, bo uważane za chwasty. Rozpoznawalność zapewniły mu jednak nie tyle argumenty na rzecz walorów dzikiej przyrody w mieście, ile książki (przede wszystkim wydana w 2013 r. Dzika kuchnia) o tym, co z dzikiej polskiej przyrody – nie wyłączając bezkręgowców – można zjeść.

„…nie zazna niedoli”

– Zrobienie licencjatu z biologii zabrało mi osiem lat, bo kilkanaście razy podchodziłem do egzaminu z matematyki i statystyki. Mimo to bliskie mi jest myślenie naukowe: sprawdzanie i wyciąganie wniosków, mnożenie wątpliwości i stawianie pytań. Rodzice – oboje naukowcy – nigdy nie wywierali presji, czym mam się zajmować w życiu, choć przez długi czas wiedziałem tylko, czym nie chcę się zajmować, np. pracą w urzędzie, nawet w Ministerstwie Rolnictwa, czy w organizacjach, które prowadzą taką działalność, na jaką aktualnie najłatwiej zdobyć grant. Nie interesowało mnie też prowadzenie firmy, w której chodzi wyłącznie o zarabianie pieniędzy.

W 2014 r. urodził się mnie i Natalii – mojej żonie, botaniczce, która zajmuje się tworzeniem mieszanek nasion – Lew, nasz syn. Stawiał pierwsze kroki, kiedy powiedzieliśmy rodzicom, że porzucamy dotychczasowe zajęcia, żeby założyć fundację, która będzie się zajmowała wysiewaniem łąk.

„Najgorzej to pójść na swoje” – ostrzegała moja teściowa, sama przedsiębiorczyni. Moi rodzice, od zawsze na etacie, byli przerażeni. Natalia też zdawała sobie sprawę, że taka firma to wariactwo, ale pozwoliła mi je popełnić. Gdy w 2017 r. na świat przychodziła Malina, nasza córka, robiliśmy pierwszy duży projekt – wysiewaliśmy 10 ha łąk w Krakowie – i wiedzieliśmy już, że warto było zaryzykować.

„Trawa z ziemi wyrwana pachnie, lecz nie boli…”

Łąka wysiana na skwerze jest zaprzeczeniem przyrody w mieście – ucywilizowanej, bo powtarzalnej i kontrolowanej, więc oswojonej i bezpiecznej. Zwolenników pozyskuje powoli.

Istnieje już jednak co najmniej siedem sklepów internetowych, które sprzedają mieszanki łąk kwietnych, i kilka firm, które zajmują się ich zakładaniem.

W ten sposób na początku trzeciej dekady XXI w. doszło do łąkowej retroinnowacji – używa się najnowszych technologii i możliwości organizacyjnych, żeby odtworzyć łąki sprzed kilkuset lat, kiedy były konieczne, żeby wykarmić konie i krowy – podstawy bytu. Dziś są ludziom potrzebne, by potrafili żyć w stworzonej przez siebie cywilizacji, energochłonnej i niszczącej przyrodę. Wmontowane w podłoże czujniki sprawdzają więc wilgotność gruntu i stopień wchłaniania wody. Satelita, umieszczony na orbicie okołoziemskiej przez Europejską Agencję Kosmiczną, obserwuje zmiany zachodzące na obszarach, gdzie łąki się znajdują. Zakłada się w ich obrębie kolonie mikroorganizmów, a do pracy używa, poza siłą własnych mięśni, sprzętu, który nie truje środowiska spalinami.

Jedno nie uległo zmianie: tak samo jak kilkaset lat temu łąka rośnie na dawnym życiu martwych zwierząt i obumarłych roślin.

„Kosą grozi twa miłość, co pożera kwiaty”

– Jako dziecko bałem się zasnąć z obawy, że się nie obudzę. Tak bliska wydawała mi się śmierć, jakby bezprzyczynowa. Gdy dorosłem, myślenie o śmierci wróciło do mnie dopiero wówczas, kiedy choroba Parkinsona zaczęła odbierać kolejne umiejętności mojemu ojca. Dzisiaj ma problemy z poruszaniem się, a jeszcze osiem lat temu biegał w maratonach. Jest niepijącym alkoholikiem, co utrudniało postawienie diagnozy i przez lata nie sprzyjało naszym relacjom. Paradoksalnie za sprawą choroby nawiązaliśmy ze sobą lepszy kontakt niż kiedykolwiek wcześniej. A przecież sporo mu zawdzięczam. Jest, podobnie jak mama, botanikiem. Oboje pracowali w Instytucie Hodowli i Aklimatyzacji Roślin, prowadzonym przez Szkołę Główną Gospodarstwa Wiejskiego w Radzikowie. Mieszkaliśmy w jednym z 10 bloków, wybudowanych na środku uczelnianych pól, gdzie co drugie mieszkanie zajmowała osoba z tytułem doktora albo po habilitacji, a pomiędzy nimi żyły osoby zajmujące się pracą fizyczną na polu. Ciekawa społecznie mieszanka, zwłaszcza w tamtym czasie – transformacji końcówki lat 90. i pierwszych lat nowego wieku.

Tato opowiadał o pszenżycie – tym się zajmował w instytucie. Interesowała mnie treść jego książek, co nowego wynikało z prac badawczych, po co zakłada – jeden z pierwszych w Polsce – bank genów. Ale też, jaki jest sens sprowadzania najlepszych odmian nasion z różnych stron świat do klimatu, w którym nigdy nie rosły, i jak wygląda sprawdzanie, czy nie przyjęłyby się u nas. Naukowcy z instytutu wyprzedzali swój czas, pracując nad kolejnymi odmianami zbóż, z których najbardziej efektywne rozwożono po Polsce jako ziarno zasiewowe. Kukurydza mogła zrobić karierę w Polsce właśnie dzięki naukowcom z Radzikowa.

Uprawy monokulturowe to nie jest filozofia moja ani naszej fundacji, bo działać trzeba przede wszystkim na podstawie tego, co jest dostępne lokalnie. Gdyby człowiek swoją działalnością nie doprowadził do globalnych zmian klimatycznych, wywołując głód w regionach, gdzie nigdy wcześniej on się nie pojawiał, nie odstąpiłbym od takiego myślenia na krok. W świecie podwyższonej temperatury powietrza, niespodziewanych susz i gwałtownych zmian pogody, utrudniających prowadzenie tradycyjnych upraw, wymiana roślin to jednak konieczność. Odpowiedzi na globalne problemy musimy szukać w bogactwie genetycznym całej planety, nie jednego regionu.

Rodzinny background naukowy zrobił więc ze mnie ekologa, który jest zaprzysięgłym zwolennikiem tworzenia puli genetycznej dzikich roślin, jednak dopuszcza modyfikacje genetyczne. Te były zresztą przeprowadzane przez człowieka od zarania kultury rolniczej. Tyle że użyteczne gatunki przekształcał wolniej i mniej subtelnymi metodami niż używane w laboratorium.

„Mówić o tym, co było, a czego się nie wie…”

Do pierwszego masowego wymierania gatunków, które zdarzyło się na Ziemi ponad 400 mln lat temu, miał się przyczynić bliski wybuch supernowej niszczący dla warstwy ozonowej, istotnej dla podtrzymania życia na planecie. Drugie wymieranie, wywołane zmianami na styku ocean–ziemia i powstawaniem stref bez tlenu, przetrzebiło populację i gatunki fauny rafowej. Podczas kolejnej katastrofy nazwanej wymieraniem permskim, której przyczyn nie udało się ustalić, zniknęły m.in. drzewiaste odmiany skrzypów i paproci, ponad 90% gatunków żyjących w morzu, liczne owady, płazy i gady. Wymieranie triasowe spowodowały prawdopodobnie zmiany klimatyczne wywołane aktywnością wulkanów. Piąta apokalipsa – doszło do niej w epoce kredowej, ponad 60 mln lat temu – miała się rozpocząć uderzeniem planetoidy i  ochłodzeniem klimatu na tyle drastycznym, że doprowadziło do śmierci niemal 75% wszystkich żyjących wówczas na Ziemi gatunków.

Jak wysokie jest prawdopodobieństwo uderzenia asteroidy w Ziemię? Albo gwałtownego uruchomienia się dużej liczby wulkanów czy pojawienia się śmiercionośnego wirusa? Policzalne, choć niewielkie. Jednak i bez tych wydarzeń, jak twierdzi wielu ekologów, szóste wymieranie już się rozpoczęło, a  jego bezpośrednią przyczyną jest ludzka zachłanność. Świat najpewniej przetrwa kolejną katastrofę, podobnie jak przeżył wcześniejsze, a  śmierć jednych gatunków zrobi przestrzeń do życia dla innych. Trzeba się tylko do tego przygotować, jak do wysiania łąki, która zakwitnie w maju, jeśli grunt pod nią zostanie przygotowany we wrześniu.

„Bądźmy zawsze gotowi i zawsze na straży”

– Po apokalipsie też jest życie. W dzieciństwie wyobrażałem sobie, że ląduję niespodziewanie na bezludnej wyspie. Sam, z jednym narzędziem – maczetą – i sobie radzę. Buduję szałas, bronię się przed drapieżnikami, znajduję jedzenie i źródło słodkiej wody. Do dzisiaj układam w głowie scenariusze na okoliczność, „co by było, gdyby…”. Gdybym musiał uciekać z dziećmi, gdyby zabrakło żywności, gdyby odcięto nam wodę, gdyby wybuchła wojna… I wybuchła – w Ukrainie, więc całkiem blisko nas. A jeszcze wcześniej naiwni ludzie, zwabieni przez dyktatora, znaleźli się w pułapce, jaką stała się granica polsko-białoruska.

Nawet się nie obejrzeliśmy, gdy świat, który wydawał się niewzruszony, skończył się. I tak jak wcześniej zastanawiałem się, co by się stało, gdyby na dwa lata zrezygnować z koszenia trawy w mieście, teraz myślę o tym, jak przeżyć kilka tygodni w ziemiance, którą można opuszczać tylko w rzadkich chwilach wolnych od ostrzału. Dwie kilkuletnie Ukrainki, które z rodzinami spędziły kilka dni w siedzibie Fundacji na Jazdowie w pierwszych tygodniach konfliktu, już się tego dowiedziały. A kilkadziesiąt innych osób z Ukrainy, które też przenocowaliśmy, poznało, czym jest konieczność ucieczki z jedną reklamówką w ręce, do której w pośpiechu trzeba powrzucać to, co niezbędne.

Jak przetrwać kilkanaście push-backów, wie z kolei Kelly z Nigerii, który spędził na granicy prawie miesiąc, żywiąc się przede wszystkim jabłkami. Uciekł ze swojego kraju, bo jako syn opozycjonisty aktualnego rządu nie miał w ojczyźnie życia. Wczesną wiosną 2022 r. daliśmy mu pracę i dom w kilkuhektarowym gospodarstwie pod Wyszkowem, które prowadzę tam razem z Fundacją. Gospodarstwo ma być samowystarczalne. Chcemy hodować zwierzęta, uprawiać ziemię. Jest własna studnia, a przetwory ze spiżarni powinny starczyć na pół roku.

Namawiam inne firmy i fundacje, żeby kupowały tereny w tym regionie. Po co? Po nic – dosłownie. Zależy mi, żeby tereny kupione przez świadomych właścicieli mogły pozostać takimi, jakie są. Skoro tyle, jako ludzie zniszczyliśmy, możemy też coś zostawić następnym pokoleniom w stanie znanym od stuleci.

„Straszno łodzią w świat popłynąć”

Drewniane domy na Jazdowie postawiono wiosną 1945 r. dla pracowników Biura Odbudowy Stolicy na terenach należących do rozwiązanego chwilę wcześniej Szpitala Ujazdowskiego. Teren między skarpą wiślaną i parkiem Ujazdowskim, gdzie do dziś stoją dawne budynki prosektorium i oddziału psychiatrycznego, były chyba jedynym wolnym od gruzu i zielonym obszarem w stolicy. Z ponad 400 domów przetrwało jedynie 27, w większości z nich ulokowane są organizacje pozarządowe.

Z kuchni domu zajmowanego przez Fundację Łąka widać kolejkę ludzi z papierami w ręku, czekających na wyznaczoną im godzinę złożenia dokumentów w znajdującym się tuż obok betonowym kompleksie ambasady Niemiec. Przeważnie składają podanie o azyl. Z miejsca pochodzenia wygnały ich konflikty, także te, które wybuchają z powodu suszy i braku żywności. Katastrofa już się dzieje, a świat, jak łąka w pełnym rozkwicie, przypomina, że jest nieprzewidywalny.

Śródtytuły są cytatami z poematu Łąka Bolesława Leśmiana (Wydawnictwo Jakuba Mortkowicza, Warszawa 1920). Dostęp w domenie publicznej Polona.

Artykuł pojawił się w numerze: Mądrość ciała