Subskrybuj
Kadr z serialu "Sukcesja" fot. materiały dystrybutora
Dr nauk politycznych, adiunkt w Instytucie Zdrowia Publicznego UJ CM. W 2020 r. opublikował książkę pt. Wszechstronniczość. O deliberacji w polityce zdrowotnej z uwzględnieniem emocji, interesów własnych i wiedzy eksperckiej. Zajmuje się też popularyzacją badań...

Dlaczego przestaliśmy wierzyć w bogaczy?

Długo sądziliśmy, że ludzi zamożnych muszą wyróżniać inteligencja i pracowitość. Dziś coraz częściej widzimy w nich niekompetentnych bufonów.

Niedawny finał popularnego serialu Sukcesja opowiadającego o brutalnej walce o władzę w rodzinie medialnego magnata zbiegł się z szeregiem głośnych wydarzeń, które wyraźnie zwróciły uwagę na świat bogaczy. I o ile zainteresowanie elitami społecznymi – arystokracją, miliarderami, życiem pełnym przepychu – nie jest niczym nowym, o tyle wydaje się, że dokonuje się właśnie ważny zwrot w społecznym odbiorze bogactwa.

Przez całe dekady dominującą narracją w mediach informacyjnych i publicystyce (nie jedyną, ale przemożną) była ta kapitalistyczno-merytokratyczna. Głosiła ona, że bogactwo jest świadectwem zasługi – większej przedsiębiorczości, geniuszu, pracowitości, bo te cechy niechybnie nagradzane są na wolnym rynku. Przekonywała też, że nawet gdy ktoś odziedziczył bogactwo, to bez talentu i pracowitości nie będzie w stanie go utrzymać. Dekretowała – w swojej holistycznej logice – że jeśli bogacze / geniusze są źli, podli, tyrańscy, niszczą ludziom życie, oczywiście jest to bardzo smutne, jednak stanowi drobny negatywny efekt uboczny dobrej większej całości. Może nawet pewne antyspołeczne cechy są nierozerwalnie związane z ich geniuszem. W końcu tak działa „kreatywna destrukcja”. Przecież innowacja to łamanie zasad.

Tymczasem implozja batyskafu „Titan” firmy OceanGate była właśnie dowodem na to, jak łamanie ugruntowanych zasad bezpieczeństwa – do czego przyznawał się dyrektor firmy i uczestnik nieszczęsnej wyprawy Stockton Rush – jest „innowacją”, która zabija. To samo z historią Elizabeth Holmes, której szumnie zapowiadane innowacje w technologii badań medycznych (maszyna, która miała przeprowadzać szybkie badania na podstawie kilku kropel krwi pobranych z palca) – wpisujące się w popularną ideę girl boss, czyli ambitnej, bezwzględnej szefowej – okazały się dla pacjentów niebezpiecznym oszustwem. Nie inaczej jest w przypadku Sama Bankmana Frieda – do niedawna wychwalanego twórcy giełdy kryptowalut, który dał się poznać jako oszust niemający pojęcia, co robi.

A już najlepszym przykładem są ostatnie porażki supergeniusza Elona Muska, który do tej pory uchodził za żywe wcielenie ikonicznej postaci popkultury, Tony’ego Starka – Iron Mana. Chaotyczne, skrajnie nieprofesjonalne i niweczące markę działania wokół Twittera to tylko czubek góry lodowej. Bardziej uważnym obserwatorom życia korporacyjnego nie umknęło, że Musk nie jest wcale twórcą PayPala ani „założycielem” Tesli. W rzeczywistości wszystkie tytuły zagwarantował sobie dzięki biegłości w najbrudniejszej polityce korporacyjnej: swoistymi zamachom stanu w radach nadzorczych i wymuszaniu zapisu o „założycielu” w statutach firm.

Ostatnio zaczęto mówić nawet o „klątwie okładek Forbesa”. To czasopismo biznesowe od lat publikuje listę top „trzydziestu przed trzydziestką” najbardziej obiecujących młodych w świecie biznesu, nauki, mediów i polityki. Spośród przedstawicieli biznesu, których umieszczono na tej liście, coraz więcej osób zostało skazanych za różnego rodzaju poważne przestępstwa finansowe. Wśród nich znalazł się „najbardziej znienawidzony człowiek Ameryki” Martin Shkreli, który jako szef firmy farmaceutycznej wykupił patent na istotny lek przedłużający życie osobom chorym na AIDS i podniósł cenę za pigułkę z 13 dolarów do… 750 dolarów.

Wszyscy ci geniusze-milionerzy co rusz dowodzą, że w rzeczywistości są niekompetentnymi bufonami, którzy w życiu zaszli daleko przede wszystkim dzięki rodzinnym pieniądzom, kontaktom i – co istotniejsze – szokującej dozie zachowań antyspołecznych.

Warto w tym miejscu dodać, że fabuła serialu Sukcesja inspirowana jest prawdziwymi wydarzeniami z życia Ruperta Murdocha, magnata medialnego kontrolującego m.in. Fox News, „The Wall Street Journal” i „New York Post”.

Te i mnóstwo innych skandali, afer, oszustw i katastrof zadaje kłam teoriom o inherentnym geniuszu elit i stanowi kompromitację ideologii „innowacyjności” oraz kultu „kreatywnych destruktorów” właściwego szczególnie dla Doliny Krzemowej oraz dla późnego kapitalizmu w ogóle. I to, że coraz wyraźniej widzimy te rzeczy w doniesieniach medialnych, jest pewną nowością. W kulturze masowej – vide słynny Wall Street z Michaelem Douglasem – mieliśmy mnóstwo milionerów złoczyńców, sadystów, psychopatów i okrutników. Lecz bardzo rzadko docierało do nas tyle bufonady i niekompetencji bogaczy.

Akademik Mungera

W dyskusji nad (nie)sprawiedliwością nierówności społeczno-ekonomicznych istotny jest zwłaszcza jeden argument, powtarzany przez myślicieli takich jak Jordan Peterson np. w jego wystąpieniach dla liderów z Doliny Krzemowej. Sprowadza się on do tezy, że kumulacja bogactwa u tak wąskiej grupy elit jest pożyteczna, bo sprawia, że najwięcej zasobów trafi do najlepszych (najbardziej utalentowanych i pracowitych), czyli do tych, którzy najlepiej te zasoby spożytkują.

Ta teza w znacznej mierze opiera się na założeniu, że bogactwo jest w kapitalistycznej merytokracji symptomem bycia wybitnym. Lecz zdejmuje górny limit z poziomu zamożności, bo zakłada też, że im ktoś więcej skumuluje, tym więcej „dobra dla ludzkości” będzie w stanie uczynić: czy to przez swoje przedsięwzięcia biznesowe, czy też w drodze dobroczynności. Na kompletną dekonstrukcję tej tezy można poświęcić całe arkusze wydawnicze, ale jest jeden przykład, który chyba najlepiej uprzytamnia niebezpieczeństwa takiego myślenia.

Charles Munger to miliarder i bliski współpracownik Warrena Buffeta (słynnego inwestora giełdowego). Postanowił on zasponsorować akademik publicznego Uniwersytetu Kalifornii (UC) z siedzibą w Santa Barbara. Jest gotów przekazać UC 200 mln dolarów, ale tylko pod warunkiem, że ten akademik zostanie zbudowany według jego własnego projektu.

Problem w tym, że projekt Mungera zakłada stworzenie molocha dla 4,5 tys. studentów, zbudowanego tak, że mieszkania… nie będą miały okien. Światło w nich mają zapewnić tylko lampy udające okna. Naturalne światło będzie dostępne jedynie w przestrzeniach wspólnych – czytelniach, salach gimnastycznych – biurach administracji uczelnianej i pomieszczeniach technicznych.

Skąd taki pomysł? Tak się składa, że Munger jest architektem amatorem i projektowanie to jego hobby. Inspirował się w tym przypadku teorią wziętą z pewnego eksperymentu społecznego z czasów II wojny światowej, polegającego na skoszarowaniu inżynierów w tak urządzonych barakach. Rzecz wynikała raczej z ograniczeń materiałowych sytuacji kryzysowej, lecz ponoć doprowadziła do tego, że niesympatyczne sypialnie prowokowały mieszkańców do przebywania w przestrzeniach wspólnych i do wymieniania się pomysłami.

Pomijając kwestię, czy taka koncepcja to dostateczna podstawa do projektowania akademika (kontekst covidowych lockdownów czyni ją szczególnie koszmarną), UC nie ma wyjścia. Jeśli chce otrzymać 200mln dolarów, musi ten akademik zbudować tak, jak tego chce Munger. I oczywiście można na sprawę patrzeć i z lepszej strony, że w tej sytuacji – dramatycznych niedoborów mieszkaniowych w Kalifornii, szczególnie dla studentów – taki budynek to rozsądny kompromis, do którego akurat studenci mogą szybko przywyknąć.

Rzecz jednak w tym, że ten pomysł w szerszej perspektywie podtrzymuje głębsze problemy systemowe, spychając niektórych ludzi do chowu nieomal klatkowego. Przyzwyczaja nas do świata rodem z filmu Przepraszam, że przeszkadzam (2018), gdzie klasa pracująca dla poprawy bytu może dać się pozamykać w masowych mikroapartamentach czy koszarach i zdać na łaskę biznesmenów innowatorów o autentycznie niecnych planach.

Można jeszcze przekonywać, że przecież to dar od prywatnej osoby przy braku publicznych pieniędzy: „Jak ktoś daje i dzięki niemu nie trzeba wydawać publicznych pieniędzy, to chyba ma prawo decydować, jak ten dar zostanie wykorzystany. Szczególnie, że zasób publiczny na tym nie traci”. Publiczna uczelnia dzięki temu będzie miała więcej na inne cele. Prawda? No niestety. Sytuacja jest bowiem taka, że Munger daje 200 mln na inwestycję, która ma kosztować 1,5 mld. To oznacza, że publiczny uniwersytet musi wysupłać jeszcze 1,3 mld ze swoich zasobów. I musi tyle wydać na realizację projektu, który został całkowicie określony przez kogoś, kto przekazał tylko część potrzebnej kwoty.

Wychodzi ponownie na to, że w amerykańskim, na wskroś oligarchicznym modelu gospodarczym wszyscy – nawet publiczne uczelnie – są na łasce kaprysu najbogatszych. Studenci – zagrożeni bezdomnością i brakiem własnej sypialni – po rękach całują kogoś, kto „da” im do spania choćby komórkę na szczotki. A podatnicy dopłacą po wielekroć więcej do tej fanaberii domorosłego architekta-miliardera, tylko dlatego, że on skumulował te zasoby. No bo to przecież on wie, jak najlepiej spożytkować tę kasę – jego oraz publiczną!

Chyba najbardziej dosadnie skomentował to publicysta Chris Hayes, który zwrócił uwagę, że gdy miliarderzy już luksusowo się urządzą, kończą im się pomysły na wydawanie kasy dla siebie i zaczynają wymyślać dystopijne eksperymenty dla reszty społeczeństwa (dodajmy, że po protestach opinii publicznej projekt akademika Mungera nie został na razie ostatecznie zatwierdzony, a uczelnia planuje rozważenie alternatyw).

Świat z konferencji TED

Ideą, że elity – najbogatsi i najbardziej wpływowi – są najbardziej kompetentną klasą społeczną do zmieniania świata na lepsze, zajął się Anand Giridharadas, amerykański dziennikarz i publicysta. Uczynił to szczególnie w książce z 2018 r. pt. Winners Take All. The Elite Charade of Changing the World (Zwycięzcy biorą wszystko. Szarada elit zmieniających świat).

Autor, sam wykształcony w elitarnych uczelniach, bywalec salonów i osoba przez te salony doceniana, analizuje ideologię, jaka panuje na spotkaniach takich jak konferencje TED (Technologia, Rozrywka i Design). Składają się one z serii kilkunastominutowych wykładów na rozmaite tematy i gromadzą tysiące słuchaczy na żywo i miliony w internecie. Giridharadas zauważa, że dominuje w nich ideologia kultu elit i legitymizacji nierówności polityczno-ekonomicznych. Założeniem bazowym jest przekonanie, że niezależnie od tego, z jakim problemem mamy się mierzyć jako społeczeństwa, to przedstawiciele elity są najbardziej kompetentni, by go rozwiązać. Mimo że nagminnie są to te same elity, które problemy wywołały.

Konferencjom TED, a na pewno ich uczestnikom, przyświecało np. założenie, że problem globalnego ocieplenia niechybnie znajdzie rozwiązanie dzięki nowej technologii wynalezionej przez jakiegoś geniusza. Zdaniem autora w tych kręgach brakowało refleksji nad tym, jak ich własne polityki – pogoń za zyskiem, deregulacja, zmniejszanie podatków dla najbogatszych w imię tzw. teorii skapywania – podważają zasady demokracji i rządów prawa, kładąc podwaliny pod flirtujące z faszyzmem ruchy populistyczne.

Zdaniem Giridharadasa najbardziej widocznym symptomem tej kultury są występy TED Talk, które tworzą system kooptacji najlepszych badaczy – w tym także tych społecznych, formułujących poważną krytykę systemu gospodarczego – do grona łaskawie dopuszczonych do salonu „najwybitniejszych”. Autor zresztą sam należy do tej grupy; podobnie jak np. lewicowi ekonomiści Thomas Piketty i Janis Warufakis. Wyjaśniając swoją i wielu innych sytuację w tym wszystkim, Giridharadas przywołuje koncept kredytów idiosynkrazji (idiosyncrasy credit) – wiele osób przyjmuje, że aby móc przeprowadzić zmianę, trzeba zebrać renomę poszanowania ładu, niejako punkty konformizmu.

Problem z konferencjami TED polega na tym, że aby dopasować się do ich formuły, należy sprowadzać poważne badania dotyczące systemowych problemów do przystępnego, krótkiego przekazu z prostym jednoczynnikowym rozwiązaniem w stylu „magicznego pocisku”.

Ten przekaz indywidualizuje problemy społeczne, orientuje się na poczucie spersonalizowanej empatii i z założenia ma ignorować systemowe, wieloczynnikowe przyczyny. W szczególności pomija to, „kto jest temu winny”, kto zbudował istniejący system i kto na nim korzysta.

Giridharadas podaje przykład badaczki zajmującej się dyskryminacją płciową w miejscu pracy. Na potrzeby swojego wystąpienia na konferencji TED skupiła się na opowiadaniu o technice emancypacji kobiet za pomocą tzw. power posing (czyli pozy emanującej siłą, pozy Wonder Woman, czegoś w duchu maksymy Jordana Petersona – „wyprostuj się, trzymaj głowę wysoko”). Typowym przykładem jej zastosowania jest sytuacja, gdy kandydaci na dane stanowisko zamykają się przed rozmową rekrutacyjną w łazience i ćwiczą podnoszenie rąk. Poza ta ma – przez procesy psychosomatyczne – wygenerować poczucie bycia większym, a tym samym bardziej pewnym siebie, asertywnym, dając lepsze samopoczucie. Tymczasem power posing okazał się tylko kolejnym „życiowym hackiem” o wątpliwych podstawach naukowych.

Dla autora Winners Take All konferencje TED mają być – przynajmniej były w momencie pisania książki – sposobem na kooptowanie poważnej krytyki społecznej i rozbrajanie jej do prostych strawnych rozwiązań, które niczego nie zmienią w realnej strukturze władzy i dystrybucji dobrobytu. Niektórym mówcom udaje się nie ulec tej tendencji i robią rzeczywiście treściwe prezentacje. Jest to jednak bardzo trudne, bo widownia konferencji TED, a już szczególnie decydenci i selekcjonerzy, niespecjalnie jest życzliwa prawdziwym buntownikom – tym, których uznaje za niewdzięczników. Giridharadas zauważał w 2018 r., że sama struktura wydarzeń TED jest problematyczna: „Ludzie lubią zwycięzców, a nie lubią przegranych”. TED nie zaprasza przegranych, a krytycy systemu to najgorsza forma przegranych, bo uderzają w zwycięzców i chcą ich strącić z piedestału. To przegrani z resentymentem. Nie ma dla nich miejsca na tych konferencjach.

Giridharadas podkreśla, że w takim klimacie intelektualnym kwitną narracje głoszące, że wszystko jest dobrze, albo że ma się ku lepszemu, więc można właściwie siedzieć z założonymi rękami. Wpisują się w nie opowieści takie jak Stevena Pinkera, autora Nowego oświecenia, o tym, jak to maleje przemoc na świecie i że ewidentnie zmierzamy ku nieuchronnemu postępowi. Niestety, nagminnie takie narracje interpretuje się w tym duchu, że nic nie trzeba zmieniać. Na opis takiej logiki ukuto nawet czasownik pinkering, czyli „pinkerowanie” (mimo że sam Pinker by się pod nią nie podpisał). Chodzi tu o używanie wspomnianej tezy o spadku przemocy, redukcji biedy i wielu innych obserwowalnych zmian – które same w sobie mogą być prawdziwe – do absolutnie nieuprawnionego delegitymizowania protestów przeciw status quo i prób naprawy realnych problemów. Szczególnie gdy w ten sposób broni się tego status quo, które powstało za sprawą polityk wdrażanych od lat 80. (neoliberalnego demontażu państwa dobrobytu) i które właśnie podminowały mechanizmy społecznego postępu: zwiększając nierówności, niszcząc zasoby naturalne, generując niepokoje społeczne itp.

W szerszym ujęciu książka Giridharadasa stanowi uzasadnienie walki klas na gruncie zasad liberalizmu. Sam autor w swoich wystąpieniach publicznych jest wzorowym przykładem tego, że kategoria walki klasowej wcale nie jest tylko konsekwencją marksistowskich założeń. Oto mamy przykład przekonującej argumentacji na rzecz tezy, że nie jest współcześnie możliwe rozwiązanie typu win-win, zwłaszcza w schemacie „teorii skapywania”. Wygłasza ją syn imigrantów z Indii, który nasiąknął wartościami amerykańskiego snu, lecz potrafi spojrzeć na nie krytycznie.

Wolność to także mobilność społeczna – w wymiarze realnej możliwości zapracowania własnymi siłami na sukces przy systemie, który te wysiłki nagradza. Neoliberalizm odebrał tę społeczną mobilność, choćby w ten sposób, że przesunął ciężar solidarnej redystrybucji, opodatkowania na najbiedniejszych – uwalniając od niego najbogatszych. I tak ograbił ludzi z wolności – z tego poczucia podmiotowości dawanego tylko przez realną systemową solidarność, w której ci, którym się udało, dają szansę tym, którzy zaczynają lub którzy się potknęli.

Śmierć narracji o geniuszach z małymi wadami

Jednym z wymiarów kultu zwycięzców są próby usprawiedliwiania zachowań antyspołecznych prowadzących do zwycięstwa jako symptomów geniuszu. Przykłady tego znaleźć można nawet w świecie nauki, jak choćby w głośnym artykule Franceski Gino i Scotta S. Wiltermutha. Tekst opublikowany w „Psychological Science” w 2014 r. o wymownym tytule Evil Genius? How Dishonesty Can Lead to Greater Creativity (Zły geniusz? Jak nieuczciwość może prowadzić do większej kreatywności) zawierał abstrakt o następującej treści: „Stawiamy tezę, że nieuczciwe i kreatywne zachowania mają ze sobą coś wspólnego: i te, i te dotyczą łamania zasad. Ze względu na tę wspólną cechę kreatywność może prowadzić do nieuczciwości (jak pokazano we wcześniejszej pracy), a nieuczciwość może prowadzić do kreatywności (hipoteza, którą testowaliśmy w tym badaniu). W pięciu eksperymentach uczestnicy mieli okazję zachowywać się nieuczciwie, zawyżając swoje wyniki w różnych zadaniach. Następnie wykonali jedno lub więcej zadań zaprojektowanych do pomiaru kreatywności. Ci, którzy oszukiwali, byli następnie bardziej kreatywni niż ci, którzy nie oszukiwali, nawet jeśli uwzględniliśmy indywidualne różnice w ich zdolnościach twórczych (Eksperyment 1). Za pomocą losowego przydziału potwierdziliśmy, że nieuczciwe działanie prowadzi do większej kreatywności w kolejnych zadaniach (Eksperymenty 2 i 3). Związek między nieuczciwością a kreatywnością tłumaczy się zwiększonym poczuciem nieskrępowania regułami (…)”.

Tutaj narracja o złych geniuszach jest wyrażona wprost. I mogłaby ona być pewną ciekawostką z obszaru psychologii społecznej, gdyby nie to, że sugeruje bardziej życzliwe spojrzenie na zachowania dewiacyjne, jeśli praktykowane są przez zwycięzców, ludzi sukcesu, najbogatszych, elity. A to z kolei uzasadnia pobłażliwość, a nawet ułatwienia dla takich praktyk. Takie badania legitymizują rzeczy, takie jak: deregulacja sektora finansowego, redukcja podatków dla najzamożniejszych, osłabianie kontroli podatkowej i nadzoru finansowego, postulowanie samoregulacji branż, osłabienie odpowiedzialności produktowej korporacji przed konsumentami, pobłażliwość względem oszustw finansowych i inne. Wszystkie te polityki są tymi, na których korzystają przede wszystkim najbogatsi i przestępcy w białych kołnierzykach. To właśnie dzięki tym narracjom udało się od lat 80. zrealizować reformy prawne w USA, przez które nikt nie poszedł do więzienia za wywołanie kryzysu finansowego 2008 r.

Tak się jednak składa, że nauka ma mechanizmy samonaprawy. Okazało się, że w tych i wielu innych badaniach na temat uczciwości – o ironio – sami badacze dopuścili się ewidentnego manipulowania danymi, tak żeby pasowały do ich hipotezy o złych geniuszach. Ten i mnóstwo innych artykułów liderującej tym badaniom, sławnej już dr Franceski Gino zostało usuniętych. Jak wyjaśniała redakcja „Psychological Science”, wycofanie tych artykułów było konieczne po pozyskaniu i analizie danych bazowych: „W wyniku usunięcia anomalii danych różnica w średnich wynikach dla oszustów i nieoszustów zmniejszyła się, a trend średnich wyników dla RAT [test na kreatywność: Remote Associates Test] uległ odwróceniu, tak że wartości były wyższe dla nieoszustów, podczas gdy w artykule podano je jako wyższe dla oszustów”.

Innymi słowy: wyniki badania były dokładnie odwrotne, niż przekonywali autorzy: to osoby uczciwe – a nie oszuści – okazały się bardziej kreatywne.

Wyniki badań Gino i Wiltermutha idealnie pasowały do kultu „kreatywnie destrukcyjnych” elit: bezwzględnych geniuszy z Doliny Krzemowej, ludzi takich jak Elon Musk, Elizabeth Holmes i Sam Bankman-Fried. Doskonale wpisywały się w popularną w Dolinie Krzemowej filozofię efektywnego altruizmu i wyrastające z niej zasady longtermizmu. Ten ostatni, w swojej karykaturalnej wersji, sprowadzany był do kuriozalnego przekonania, że egoistyczne kumulowanie bogactwa – a nawet bycie oszustem – można usprawiedliwić perspektywą uczynienia więcej dobra w przyszłości. No i przecież bycie oszustem jest naturalnie sprzężone z kreatywnością. Przy takich dowodach naukowych jakże można ścigać bogaczy za oszustwa podatkowe, za okradanie pracowników, za narażanie życia klientów i pracowników, a już tym bardziej za szkodzenie społeczeństwu? Przecież to geniusze – źli, ale społecznie niezbędni, bo „kreatywni”!

I to nie jest jedyny przypadek, w którym w rzeczywistości z badań wynikało, że bogacze mają deficyt tych cech etycznych, które często się im przypisuje. W badaniach na temat wpływu przynależności do klasy społecznej na neuronalne reakcje empatyczne Michael Varnum z innymi badaczami zauważył w 2015 r., że „wyższy SES [status ekonomiczno-społeczny] był powiązany ze zmniejszonymi neuronowymi odpowiedziami empatycznymi. Co ciekawe, wyższy SES był pozytywnie skorelowany z deklarowaną przez samych siebie empatią jako cechą, co sugeruje, że osoby o wyższym statusie mogą nie zdawać sobie sprawy, że w rzeczywistości mają niższą empatię”.

Z kolei wszechstronne badania Paula Piffa z zespołem już w 2012 r. sygnalizowały, że przynależność do wyższej warstwy społeczno-ekonomicznej koreluje z większą skłonnością do zachowań nieetycznych.

Co więcej, badania te wskazują, że zwycięstwo czy sukces i uprzywilejowana pozycja wpływają na redukcję poczucia empatii i osłabiają zwykłą ludzką przyzwoitość. Ciekawym przykładem były eksperymenty z planszową grą Monopoly, gdzie jeden z graczy w serii rozgrywek na starcie był uprzywilejowany – miał więcej pieniędzy i uzyskiwał ich więcej przy każdym przejściu przez pole „start”, miał też więcej ruchów i większe dochody. Mimo tej oczywistej nierówności uprzywilejowani gracze nagminnie napawali się swoimi sukcesami, jakby były ich zasługą. Jak stwierdza abstrakt jednej z publikacji naukowych Piffa i jego współpracowników:

„W badaniach nr 1 i 2 osoby z klas wyższych częściej łamały prawo podczas jazdy w porównaniu z osobami z klas niższych. W dalszych badaniach laboratoryjnych osoby z klas wyższych częściej niż osoby z klas niższych przejawiały nieetyczne tendencje do podejmowania decyzji (badanie 3), zabierały wartościowe dobra innym (badanie 4), kłamały w negocjacjach (badanie 5), oszukiwały, aby zwiększyć swoje szanse zdobycia nagrody (badanie6),i popierały nieetyczne zachowania w pracy (badanie7).Dane (…) pokazały, że nieetyczne tendencje jednostek z wyższych sfer wynikają częściowo z ich bardziej przychylnego nastawienia do chciwości”.

W tym kontekście wspomina się czasem o zjawisku dewiacji elit, opisanej w książce Elite Deviance z 1982 r. autorstwa Davida Simona (ostatnio wznowionej w 2018 r.). Wynika ono z obserwacji, że łamanie prawa i zasad etyki – z poważnymi szkodami konsumentów, podatników i całego społeczeństwa – jest tak powszechne wśród amerykańskich elit biznesowych i politycznych, że przestaje być postrzegane jako anomalia, a staje się regułą prowokowaną przez warunki strukturalne.

„Zjeść bogaczy”

W takim oto klimacie – większej widoczności elit, ale i bardziej krytycznej ich percepcji – uprawdopodobniona zdaje się teza publicysty Toma Beckmana, że hasło „zjeść bogaczy” (eat the rich) będzie dominującą twórczą narracją w 2023 r.

Do łask po raz wtóry wraca film Oni żyją Johna Carpentera z 1988 r. Jak pisał Paweł Mączewski „to straszne, jak bardzo ten film przewidział naszą przyszłość”. To film, w którym „śledzimy losy zwykłego robotnika, który orientuje się, że Ziemia jest jedynie galaktyczną kolonią Trzeciego Świata, która jest eksploatowana przez rządy, korporacje i elity”.

Tryumfy święcą też nowe produkcje demaskujące wyższe sfery. W zeszłym roku Złotą Palmę w Cannes otrzymał W trójkącie Rubena Östlunda – satyryczny obraz walki między klasami. Wspomniana Sukcesja czy serial Biały Lotos pokazują próżność i toksyczność elit; filmy Nie patrz w górę i Glass Onion: Na noże eksponują figury muskoidalnych „geniuszy”, którzy okazują się przekonanymi o własnej nieomylności, groteskowymi i groźnymi dla otoczenia bubkami. Hasło „zjedzenia bogoli” nie jest oczywiście wezwaniem do zastąpienia weganizmu kanibalizmem. Sygnalizuje jednak zmęczenie kultem elit i stanowcze wezwanie do zmuszania bogaczy do systemowego solidaryzmu – skoro ewidentnie nie można liczyć na ich dobrowolne dochowanie umowy społecznej.

W powszechnej percepcji te elity i bogacze tak wychwalani przez dekady neoliberalizmu i bronieni przed „nadmierną redystrybucją” już dostatecznie udowodnili swoją etyczną problematyczność. W roku 2022 David Hope i Julian Limberg opublikowali wynik badania na temat gospodarczych konsekwencji znacznych cięć podatków dla najbogatszych w ostatnim półwieczu. Jak wyjaśniają, badanie to gruntownie falsyfikuje flagową teorię neoliberalną o „skapywaniu” bogactwa od najbogatszych do najbiedniejszych: „W ciągu ostatnich 50 lat we wszystkich rozwiniętych demokracjach doszło do dramatycznego spadku podatków nakładanych na bogatych. (…) Obserwujemy, że obniżki podatków dla bogatych prowadzą do większych nierówności dochodów zarówno w perspektywie krótko-, jak i średnioterminowej. Natomiast takie reformy nie mają znaczącego wpływu na wzrost gospodarczy czy bezrobocie. Nasze wyniki dostarczają zatem mocnych dowodów przeciwko wpływowej koncepcji polityczno-ekonomicznej, zgodnie z którą obniżki podatków dla bogatych »skapują« w celu pobudzenia całej gospodarki”.

Czas pokaże, jakie będą dalsze konsekwencje tej zmiany nastrojów.

Artykuł pojawił się w numerze: Co z ciebie wyrośnie