Subskrybuj
Antropolożka kultury, autorka książek Duchologia polska. Rzeczy i ludzie w latach transformacji (2016) oraz Wyroby. Pomysłowość wokół nas (2018) i Czyje jest nasze życie (2017; wspólnie z Bartłomiejem Dobroczyńskim).

Wsiadajcie do śmieszkolotu

Olga Tokarczuk na pogrzebie Marii Janion przestrzegała przed rosnącym „brakiem zdolności do rozumienia metafory” i „pauperyzacją poczucia humoru”. Internetowe żarty wydają się jednak przeczyć jej obserwacjom – memy to dziś skondensowana porcja znaczeń, mistrzostwo ironii i purnonsensu.

Freud pisał, że przeciwieństwem zabawy nie jest powaga, lecz rzeczywistość. A że nasza nie jest zbyt radosna, raczej obfitująca w powody do frustracji i piętrząca poczucie absurdu, tym bardziej powinniśmy się śmiać. Czy jednak faktycznie tak jest? Pozornie lekki temat okazuje się twardym orzechem do zgryzienia, bo gdy zaczynamy poszukiwać informacji na temat poczucia humoru w Polsce, trafiamy na wykluczające się wzajemnie opinie. Wynika z nich, że jako społeczeństwo albo możemy poszczycić się znakomitym poczuciem humoru, tym bardziej wyrafinowanym, że wyćwiczonym na wertepach naszej trudnej historii; albo wprost przeciwnie: że najlepszym rymem do „Polak” jest słowo „ponurak”. I trudno o mniej zabawny naród, z tych samych zresztą co powyżej przyczyn. Wygląda na to, że choć świat znacząco się zmienił od czasów romantyzmu, niejeden wciąż pyta za znakomitą badaczką epoki Dorotą Siwicką: „Czy Polacy mają prawo śmiać się?”. A może „najweselszy barak w obozie” jednak bardziej zobowiązuje? Co zrobić z tym fantem? Może po prostu śmiejemy się, ale inaczej, niż wielu z nas przyzwyczaiło się sądzić? A może nie ma już wcale żadnego polskiego poczucia humoru, tylko globalne w polskiej wersji językowej?

Uwiąd filmowej komedii

Oto w rozmowie udzielonej portalowi Onet z okazji swoich 60. urodzin, powszechnie lubiany aktor Cezary Żak – kojarzony głównie z rolami komediowymi – przyznał, że rozważa pożegnanie z zawodem, i dodał ze smutkiem, że jego zdaniem polskie poczucie humoru nie stoi dziś na najwyższym poziomie. Za ten stan rzeczy obwiniał przede wszystkim telewizję i fakt, że od lat 90. coraz bardziej obniżano loty żartów płynących z ekranu. Smutno słyszeć takie słowa ze strony gwiazdora jednego z najbardziej bezpretensjonalnych i  sympatycznych sitcomów, czyli Miodowych lat, ale wydaje się, że jego obserwacja tylko częściowo może zostać uznana za słuszną. Faktycznie bowiem w telewizji jest coraz mniej zabawnie: o ile powtórki starych seriali, w  tym tych z samym Cezarym Żakiem, wciąż budzą sentyment i  pozytywne emocje (o czym świadczą nie tylko powtórki, ale też fanowskie strony i grupy w internecie), to trudno przypomnieć sobie, żeby w ostatnich latach pojawił się serial komediowy konkurujący popularnością i  rozpoznawalnością z dawniejszymi produkcjami.

Dziś ambicją twórców serialowych jest kręcenie kryminałów czy thrillerów, według standardów wyznaczanych przez Netflixa i HBO, albo tasiemców kostiumowych; sitcom to raczej format na czasy niskich budżetów i chałupniczych metod realizacji.

Komedia filmowa, przez dłuższy czas jedyny konsekwentnie realizowany w  Polsce format kina gatunkowego, od pewnego momentu zaczęła podążać sprawdzoną ścieżką: niezły wynik w box office plus łomot od krytyków i widzów. W pewnym momencie nastąpiło przesilenie i o ile przez dłuższy czas kino potransformacyjne oferowało kiepskie dramaty i drugoligowe sensacje, ale na drugą nogę zapewniało wiele powodów do śmiechu i  zasoby kultowych odzywek, o  tyle stopniowo te pierwsze coraz bardziej podnosiły poziom, podczas gdy komedia nurkowała w Rowie Mariańskim w okolicach tak niesławnych wyrobów jak Wyjazd integracyjny i  Kac Wawa.

###banner###

Dziś znów powstają niezłe i zabawne produkcje, ale różnica między aktualnym stanem rzeczy a realiami lat 90. jest fundamentalna – to po prostu jedne z filmów, na które pójdziemy do kina, a nie kandydaci do panteonu Kultowych Polskich Komedii; cytaty z  nich nie staną się tak powszechnie rozpoznawalne jak te z Kilera czy z Nic śmiesznego. Telewizja też spisana na straty, skoro to ona zrodziła najmniej śmieszny produkt komediowy wszech czasów, czyli Studio Yayo. Przez wiele lat bezkonkurencyjną formułą dla żartu był sceniczny kabaret, przyciągający tłumy widzów przed telewizyjne ekrany i  do amfiteatrów. I o  ile dobrze znane skecze – o wampirze Tofiku Ani Mru Mru, Jerzyk dzisiaj nie pije Kabaretu Moralnego Niepokoju czy program teatru Mumio – bawią do dzisiaj, a cytaty krążą nadal w potocznej mowie, o tyle kabaret coraz częściej jest synonimem kiepskiej rozrywki, korzystającej z najtańszych i najgrubiej ciosanych chwytów. Po internecie od lat zresztą krąży postulat „zdelegalizować polskie kabarety”, a w memach dworuje się bezlitośnie z ich mocno nieświeżej już formuły: „Szczyt komedii? Chłop przebrany za babę! Boki zrywać!”.

Na scenie rozgościł się za to stand-up, czyli monodram w stylu amerykańskim, od wcześniejszego kabaretu różniący się albo bardziej osobistym, albo bardziej niecenzuralnym tonem.

Mem jako wyrafinowana gra

Jeśli tak spojrzymy na sprawę, Żak ma rację: nie mamy się z czego śmiać. A  jednak śmieszkujemy, czasem gorzko, ale robimy to cały czas, na ulicy i w internecie – przede wszystkim tam. Coraz częściej droga błyskotliwej obserwacji, żartu, lapsusu, satyry politycznej prowadzi z online do offline, a nie odwrotnie, np. na pluszaki do samochodu w formie Janusza Nosacza, do reklamy piekarni zachęcającej do zakupu lagunów czy na skarpetki z napisem „San Escobar”. Oczywiście często im szybciej się to dzieje, tym szybciej mem umiera – jak uważają bowiem specjaliści od internetowej folklorystyki, żywiołem tego medium jest ambiwalencja i  gdy mem trafia w tryby reklamy czy do telewizji, traci swoją moc i staje się sucharem. Dzieje się to samo, co wtedy, gdy pokolenie rodziców próbuje posługiwać się młodzieżowym slangiem. Oczywiście są i takie memy, których potencjał wydaje się nieskończony, np. Pieseł (polski to chyba jedyny język, w  którym słynny piesek rasy shiba inu, znany na świecie jako Doge i swobodnie poczynający sobie z angielską gramatyką, otrzymał nowe imię), jednak to memy dynamiczne, ewoluujące, których kolejne pokolenie obserwujemy w internetowym obiegu, wszak internet trudno nazwać już „nowym medium”. Sympatyczny i niezbyt przywiązany do gramatyki żółty pies zyskał nowe wcielenia, np. Ironicznego Pieseła lub pechowego przegrywa Cheemsa i jego antagonisty, umięśnionego Big Doge (Swole Doge) – pieseła sukcesu. To memy o memach, żarty z żartów. Podobnie Janusz Nosacz, nosacz sundajski, piwosz i  cwaniaczek kojarzący się z Ferdkiem Kiepskim, doczekał się przeróbki na poważnie w serii memów, które ukazują go jako skruszonego ojca starającego się naprawić własne błędy wychowawcze.

Olga Tokarczuk w  słynnym przemówieniu na pogrzebie Marii Janion mówiła o  chorobie literalizmu. „Pierwszym jej objawem jest brak zdolności do rozumienia metafory, potem pauperyzacja poczucia humoru. Towarzyszą jej skłonność do wydawania ostrych, pochopnych sądów, nietolerancja niejednoznaczności, zanik wrażliwości na ironię i – w końcu – powrót dogmatyzmu i fundamentalizmu”, ostrzegała noblistka. Internetowy humor wydaje się jednak przeczyć jej obserwacjom i o ile w zażartej debacie online, tzw. inbie literalizm sieje spustoszenie, o tyle mem często okazuje się skondensowaną porcją metaznaczeń, upakowanych w zabawną i zwięzłą jak aforyzm formę, która pozwala na przewrotne potraktowanie właściwie dowolnego tekstu kultury, włącznie z utartymi frazeologizmami i przysłowiami (myślę tu np. o zdjęciu gapiącego się cielaka z podpisem: „POV: jesteś malowanymi wrotami”, albo o popularnym formacie mema z poziomami coraz wyższej ewolucji mózgu, gdzie szczytem rozwoju jest chłopski rozum). Przemiana memów, od typowych „śmiesznych obrazków” w kierunku purnonsensu i ironii wpadającej momentami – znów mówiąc po memicznemu – w czwartą gęstość, wydaje się współgrać z wynikami badań statystycznych (badanie TNS z 2016 r.), zgodnie z którymi w Polsce w porównaniu z poprzednimi latami popularność traci klasyczny humor sytuacyjny, a coraz bardziej śmieszy abstrakcyjny i  absurdalny. Okazuje się on, być może za sprawą faktu, że memów nie trzeba opowiadać, a więc trudno je spalić, zaskakująco demokratyczny; sądząc po powszechnej dystrybucji tego typu humoru, z pewnością nie jest on specyfiką wyłącznie młodzieży czy produktem o wysokim progu wejścia, tylko dla inteligentów. Przeciwnie – jego materią jest bowiem dobro powszechne, czyli nasza mowa. Śmieszą więc celowe błędy w polszczyźnie i nieudolny slang, kalambury-suchary (tu przoduje profil fejsbukowy: „Zapisz obrazek jako ahgsfds”), cytaty dla beki przypisywane słynnym osobistościom. Przetworzeniu i przepuszczeniu przez nowy filtr ulegają też stare treści komediowe, co – mam nadzieję – może pocieszyć Cezarego Żaka.

Ciekawym zjawiskiem w polskim internecie jest bowiem eksploracja uniwersum Polsatu i tworzenie absurdalnych memów na bazie Miodowych lat czy Świata według Kiepskich, zwykle na podstawie dobrej znajomości materiału źródłowego i z dużą sympatią wobec niego.

Pewną nowością wydaje się też humor poczciwy, jak pozwalam sobie tłumaczyć angielski termin wholesome. Jest to żart podnoszący na duchu i pozbawiony agresji – rzecz dla internetu wręcz nietypowa. Nie mówię tu jedynie o pieskach zapraszających do śpiulkolotu, ale również o tym, że lukrowane obrazki z życzeniami „smacznej kawusi i miłego dzionka” nie muszą mieć sarkastycznego wydźwięku. Miewają, ale niekoniecznie; częściej wyrażają sentyment wobec nieco babcinej, domowej i  miłej wizji świata.

Stereotypy i polityka

A co dla odmiany już nie śmieszy? To, co lepiej szczerze zrzucić z  kolektywnej wątroby, czyli np. zatrute relacje międzyludzkie. Skryte w wielu kawałach z brodą założenie, że teściowa musi być wredna, mąż pije w tajemnicy, a żona to hetera, dzisiaj już nie jest powodem do śmiechu, a raczej dowodem na to, jak długo przemoc czy wzajemna wrogość w rodzinie były traktowane jak zło konieczne, które można w  najlepszym wypadku obśmiać pod nosem. Dzisiaj zmienił się kontekst społeczny: wypada o takich sprawach mówić na głos i poważnie, a żarty budzą konsternację i  niesmak wśród ludzi, którzy nie wstydzą się już wizyty u psychoterapeuty. Nie bawią nie tylko wspomniany przy okazji postulatu delegalizacji kabaretów „chłop przebrany za babę” i inne przejawy topornego dowcipu przywodzącego na myśl złote czasy programów Tadeusza Drozdy, ale też wszelkiego rodzaju wyższościowy, paternalistyczny śmiech cudzym kosztem: z biedniejszego, ze wsi, z niepełnosprawności, z wyglądu albo pochodzenia. Takie poprawianie sobie nastroju coraz częściej uznawane jest za nieakceptowalne i jak najgorzej świadczące o „dowcipnisiu”. Całe szczęście, choć zastanawia, skąd taki zwrot na polu humoru w czasach, gdy „poważna” debata polityczna i społeczna staje się coraz bardziej otwarcie agresywna i napastliwa.

Skoro o tym ostatnim mowa – humor w  polskim kontekście często naturalnie ciąży w  kierunku politycznych aluzji, polityka i absurd nierzadko idą wszak ramię w ramię; do dziś zdarza się nam pewnie podsumować jakieś wydarzenie ze sfery publicznej, że jest „jak z Barei”. Zostanie obiektem śmiechu wydaje się również wpisane w zawód polityka, co oznacza w Polsce przede wszystkim konieczność pogodzenia się z byciem nielubianym i znoszeniem bluzgów pod swoim adresem. Humor polityczny, po doświadczeniach cenzury i dzięki wprawie w mowie ezopowej, jesteśmy skłonni interpretować jako broń Dawidów w walce z Goliatami. W satyrze politycznej kryje się jednak pewien paradoks. Może ona zadziałać na korzyść obiektu drwiny, czasem bowiem dostarcza władzy wentyl bezpieczeństwa (albo stwarza pozory pluralizmu: „przecież można się ze mnie śmiać”), a czasem wręcz jej przewrotnie schlebia, budując wrażenie, że skoro tak bardzo próbuje się jej dopiec, to musi być naprawdę potężna. Skoro więc rząd PO starał się prezentować „nowocześnie i na luzie”, ale jednocześnie był wyjątkowo czuły na sprawy PR-u, to każda gafa mogła poskutkować nieusuwalną rysą na jego teflonowo gładkim wizerunku i tym samym oznaczała punkt dla ówczesnej opozycji, która – jak miało się okazać wkrótce przed wyborami – lepiej opanowała też język internetu. Rząd PiS wydaje się wizerunkiem zupełnie nie przejmować, nie słynie też z poczucia humoru – i ani liczne wpadki polityków, ani Ucho Prezesa, ani marsze KOD nie podkopywały jego popularności. Poważna kolizja z  żywiołem śmiechu nastąpiła dopiero przy okazji Strajku Kobiet, gdzie absurdalne, humorystyczne hasła protestujących przywodziły na myśl happeningi Pomarańczowej Alternatywy, a zdumiona władza, próbując na nie jakkolwiek reagować, jedynie obnażała swoją bezradność. Do politycznej rewolucji nie doszło, ale na ulicach dokonała się wówczas faktycznie rewolucyjna zmiana, bo śmiech okazał się paliwem dodającym odwagi, a nie tylko przejawem zgranego opozycyjnego folkloru. Dlatego humor jest znowu traktowany, jak najbardziej serio w kręgach polityki: niech świadczy o tym fakt, że podczas prezentacji programu Polskiego Ładu premier skorzystał z formatu mema z Cheemsem pokonującym walczące Godzillę i Konga.

*

Czy możemy zatem mówić o współczesnym polskim poczuciu humoru? Może raczej o  poczuciach, przez większe rozdrobnienie mediów i  dróg, którymi dociera do odbiorców kultura. Być może nie będziemy już wspólnie, jako społeczeństwo, śmiać się z jednej i tej samej komedii. Ale popularność powiedzenia „kto w Polsce mieszka, ten się w cyrku nie śmieje” dowodzi, że nie wątpimy w znaczenie śmiechu dla nas wszystkich – i w naszą zdolność do niego.

Artykuł pojawił się w numerze: Z czego się śmiejemy