Karol Kleczka: Czy czuje Pan przynależność do jakiejś klasy społecznej?
Rafał Matyja: W PRL-u przy licznych okazjach należało wskazać na pochodzenie, nawet przy wyjeździe na kolonie. Mój ojciec był państwowym urzędnikiem, matka miała wykształcenie średnie, ale pracowała w wydawnictwie jako księgowa, dlatego też wpisywałem pochodzenie inteligenckie. Jeśli ktoś jest tak ankietowany od dziecka, szybko nabiera poczucia przynależności klasowej.
Czyli określanie takiej przynależności kojarzy się Panu z reliktem czasów PRL-u?
Nie, nie tylko. Ze względu na moje wykształcenie historyczne oraz zainteresowania uważam, że świadomość pochodzenia, domu rodzinnego, możliwości, jakie on stwarza, jest ogromnie ważna. Miałem przy tym zawsze poczucie – także w PRL-u – że klasa, do której należymy za sprawą rodziców, choć w olbrzymim stopniu kształtuje naszą wyobraźnię, nie jest fatum, można wydobyć się z jej ograniczeń. Dla mnie obok klasowego istotny był wątek, który określiłbym jako pokoleniowy. Uważam, że to są te dwie rzeczy, z których każdy się jakoś składa.
Co Pan przez to rozumie?Zacząłem nabierać świadomości pokoleniowej gdzieś w stanie wojennym, w czasach licealnych. Mój ojciec był członkiem partii, więc bardzo interesowały mnie biogramy…