Subskrybuj
fot. Jakub Włodek / Agencja Gazeta
Redaktor miesięcznika „Znak”, doktor filozofii. Współpracuje z magazynem „Kontakt”, pisze również w „Tygodniku Powszechnym” i w Mint Magazine

Postinteligenci i postrobotnicy

PRL tak bardzo zanudzał opowiadaniem o klasach, że przez pierwsze lata III RP ten temat dla nas nie istniał. Dziś widzimy jednak, że nie trzeba być marksistą, by dostrzegać w klasowym zróżnicowaniu jedną z najważniejszych współczesnych spraw.

Karol Kleczka: Czy czuje Pan przynależność do jakiejś klasy społecznej?

Rafał Matyja: W PRL-u przy licznych okazjach należało wskazać na pochodzenie, nawet przy wyjeździe na kolonie. Mój ojciec był państwowym urzędnikiem, matka miała wykształcenie średnie, ale pracowała w wydawnictwie jako księgowa, dlatego też wpisywałem pochodzenie inteligenckie. Jeśli ktoś jest tak ankietowany od dziecka, szybko nabiera poczucia przynależności klasowej.

Czyli określanie takiej przynależności kojarzy się Panu z reliktem czasów PRL-u?

Nie, nie tylko. Ze względu na moje wykształcenie historyczne oraz zainteresowania uważam, że świadomość pochodzenia, domu rodzinnego, możliwości, jakie on stwarza, jest ogromnie ważna. Miałem przy tym zawsze poczucie – także w PRL-u – że klasa, do której należymy za sprawą rodziców, choć w olbrzymim stopniu kształtuje naszą wyobraźnię, nie jest fatum, można wydobyć się z jej ograniczeń. Dla mnie obok klasowego istotny był wątek, który określiłbym jako pokoleniowy. Uważam, że to są te dwie rzeczy, z których każdy się jakoś składa.

Co Pan przez to rozumie?

Zacząłem nabierać świadomości pokoleniowej gdzieś w stanie wojennym, w czasach licealnych. Mój ojciec był członkiem partii, więc bardzo interesowały mnie biogramy ludzi, którzy byli w podobnej sytuacji, a mimo to podjęli bunt. Począwszy od Adama Michnika po Konstantego Miodowicza. Długo miałem przekonanie, że też jestem kimś takim. Jednak potem zrozumiałem, że z grupą komandosów dzieli mnie nie tylko różnica pokoleniowa – czym innym jest być np. dzieckiem komunistów z okresu stalinowskiego o pochodzeniu żydowskim, a czym innym synem zwykłych ludzi partyjnych z późniejszego czasu.

A pokolenia w polityce to naprawdę ważna sprawa. Pracę magisterską poświęciłem młodej prawicy II RP i było dla mnie oczywiste, że dla tamtego pokolenia doświadczeniem absolutnie formującym myślenie okazała się wygrana z Armią Czerwoną w 1920 r.

Jeśli ktoś od dziecka wie, że pokonaliśmy „Ruskich” pod Warszawą, uważa, że jesteśmy mocarstwem średniej wielkości. Człowiek wtedy inaczej postrzega świat niż pokolenie wychowane po 1945 r. w kraju podbitym przez Rosję sowiecką, które widzi raczej, że na Zachodzie żyje się o niebo lepiej niż w peryferyjnym PRL-u.

Powrót do kwestii klasowej w ostatnich latach jest dla mnie czymś intrygującym. Mniej więcej 15 lat temu, gdy zaczynałem studia z filozofii, na zajęciach z filozofii politycznej poświęconych Marksowi dowiedziałem się, że dyskurs klasowy to przeżytek. O takim doświadczeniu pisze też m.in. Kacper Pobłocki w posłowiu do Chamstwa, gdy stwierdza, iż „albo uznawano, że klasy jako takie nie istnieją, albo że istnieje tylko klasa średnia”.

Oczywiście w PRL-u stosowano określenia „marksizm” czy „klasy” w sposób prymitywny. Dlatego w początkach III RP marksizm nie był punktem odniesienia dla rozmowy o klasach czy grupach społecznych. To zmieniło się dopiero w ostatnim dziesięcioleciu.

Sam dystansowałem się od odczytywania problemu klasowego po marksistowsku. Przeżyłem fascynację różnymi konserwatywnymi książkami, miałem zatem dużo przeciwciał, żeby utożsamiać problem klas z marksizmem. Jeśli się spojrzy np. na historie dużych związków robotniczych, to można zauważyć, że często powstawały one pod patronatem Kościoła.

Znacznie bardziej zainteresowało mnie, co pisał na temat klas francuski socjolog Pierre Bourdieu. Jego sposób myślenia o klasach w kontekście dystynkcji kulturowych (np. tego, jak spędzamy wakacje czy czytamy książki etc.) był i jest dla mnie bardziej zrozumiały niż podejmowanie tych problemów w stosunku do środków produkcji. Bourdieu, myśląc o klasach, widzi zwłaszcza kapitał kulturowy i symboliczny, czego w analizie Marksa brakuje.

Jak dziś podział ekonomiczny ma się do innych kryteriów, takich jak pochodzenie czy prestiż?

Mało kto identyfikuje się z klasą ludową, bo ludzie nie bardzo wiedzą, jak ją rozumieć. Jeśli nawet mają takie pochodzenie, to nie towarzyszą temu duma, sposoby manifestowania. Zapewne większość Polaków widzi grupy gorzej usytuowane w społeczeństwie albo mniej obyte i towarzyszy im potrzeba odseparowania się od nich.

Bardzo lubię Czechy i podoba mi się tam np. to, że istnieje spory kulturowy obszar, który funkcjonuje jako klasa ludowa, towarzyszy mu poczucie tożsamości. W Polsce następuje raczej odcięcie od niej, bo jedyne w miarę udane i pozytywne skojarzenia to te z disco polo. Stąd deklaratywna popularność klasy średniej.

76% Polaków zalicza siebie właśnie do niej, co, patrząc od strony czysto ekonomicznej, stanowi nieprawdę.

No bo w myśleniu potocznym uważamy tak: jest samochód, jest dom, no to jakoś w tej klasie średniej wylądowaliśmy. Wewnętrzne różnice, jakie w niej zachodzą, mogą być pochodną różnych zbiegów okoliczności, a nie istotowych czynników. Komuś udało się w czasie transformacji albo odziedziczył spadek, ktoś inny się poślizgnął… Jeśli spojrzy się na Niemców czy Anglików, to ich przynależność klasowa wynika jednak z dłuższych okresów ewolucji społecznej, akumulacji kapitału. U nas często przynależność klasowa jest dziś efektem przypadku, a nie procesu.

Jeśli nałożymy na siebie te dwie wspomniane ramy, ekonomiczną i kulturową, całość jeszcze bardziej się komplikuje. Powiedzmy, że ktoś jest profesorem uniwersytetu, ale zapewne nie ma olbrzymiego majątku. Do jakiej klasy należy? Do klasy wyższej? Jeśli istnieje coś, co taką osobę wyróżnia – jakaś dystynkcja – jest to tylko jedna rzecz, a mianowicie język, którym się posługuje. Pomimo upowszechnienia wyższego wykształcenia nadal swobodne operowanie bogatym słownictwem jest tym, co stanowi wyróżnik. Zatem profesorowie są lokowani w klasie wyższej, ale czym miałaby ona być? Wyróżnikiem ekonomicznym jest np. możliwość wykształcenia dzieci za granicą, bo to jednak rzecz finansowo obciążająca. Mogą sobie na to pozwolić tylko najbogatsi – niekoniecznie zwykły polski profesor. Lecz czy zamożni biznesmeni, którzy mogliby to zrobić, posiadają kapitał kulturowy charakterystyczny dla klasy wyższej? Nie mam tu prostej odpowiedzi.

„Jedno jest pewne: żyjemy już w innej, pointeligenckiej Polsce” – wie Pan, skąd to cytat?

Sam tak uważam.

Bo to z Pańskiego tekstu, w którym opisuje Pan przedefiniowanie tej klasy, zastępowanie inteligentów profesjonalistami.

Dlaczego nie ma już tradycyjnej inteligencji jako klasy? Po pierwsze, inteligencję wyróżniał etos solidarności społecznej, poczucie misji, wspólne postrzeganie świata. Takie myślenie przechodzi kryzys. Najmocniej widać to, jeśli popatrzy się na stosunek innych grup inteligenckich do nauczycieli szkolnych. Strajk nauczycieli poniósł porażkę, ponieważ nie uzyskał żadnych sojuszników, nawet w tradycyjnie inteligenckich grupach zawodowych.

Po drugie, cechą inteligencji była swoista wzorcowość, która promieniowała na inne grupy. Ludzie np. mieli książki w eksponowanych miejscach w domu. Nawet jeżeli ktoś nie należał do inteligencji, to uważał, że książki trzeba mieć, bo mądrzy ludzie je mają. Dzisiaj książki to coraz częściej nieco krępująca rzecz.

Ale teraz mówi Pan o wzorcu na bardzo płytkim poziomie, jak Jan Winnicki w Alternatywach 4, który ma na ścianie reprodukcję Bitwy pod Grunwaldem w skali 1:1.

To trochę karykaturalny przykład, lecz dla mnie charakterystyczne było to, że we wszystkich domach książki stanowiły przedmiot dumy. Ludzie stali w kolejkach po nowości, odwiedzali księgarnie. Pewnie, że to jakiś snobizm, ale dzisiaj poza dość wąskimi grupami raczej nie posiada się dużej biblioteki będącej potwierdzeniem własnego statusu. To się zupełnie zmieniło.

Po trzecie, inteligencję charakteryzowało śledzenie życia publicznego, czytanie gazet. Pamiętam świat, który dziś wydaje się absurdalny, bo wielu ludzi kupowało codziennie dwie–trzy gazety, żeby być na bieżąco. W weekendy czytano pisma społeczno-kulturalne. Dziś, jeśli ktoś przeczyta tekst w tygodniku, to najpewniej trafi na niego za pośrednictwem mediów społecznościowych, które radykalnie zmieniły nasze nawyki poznawcze, wybór interesujących tematów. Natomiast zanikło takie „bycie w obiegu”. Obecnie nawet wykładowcy wyższych uczelni rzadko czytają prasę.

Jakie są przyczyny tego stanu rzeczy?

Są to przede wszystkim przyczyny ekonomiczne, bo bardziej opłacalną karierę można prowadzić poza zawodami typowo inteligenckimi, jednak w grę wchodzi też pewnego rodzaju „fachowość”.

Czyli jednak ekonomia!

Niezupełnie. Nawet w świecie akademickim nie muszę już wiedzieć, co się dzieje poza moją specjalizacją. Nie ma punktów za ogólną orientację, erudycję, są punkty za wąską wiedzę. Można być ignorantem-profesjonalistą.

Pojawiają się środowiska postinteligenckie – a termin ten traktuję absolutnie pozytywnie jako wolę kontynuacji pewnych zachowań, jak np. aktywiści miejscy – ale coraz częściej są to przestrzenie dla pasjonatów, osób zainteresowanych tematem, a nie zwarta grupa społeczna z jakimś klasowym interesem.

Czy to oznacza, że współcześnie jesteśmy społeczeństwem bardziej wyrównanym klasowo, skoro coraz mniej mamy tych dystynkcji?

Nie, nadal się rozwarstwiamy, zarówno ekonomicznie, jak i kulturowo. Zwróciłbym szczególną uwagę na dwie kwestie: własność nieruchomości i dostęp do dobrej edukacji.

Na razie problem mieszkaniowy nie jest jeszcze bardzo dramatyczny poza pokoleniem 20-, 30-latków – ponieważ w latach 90. osoby niezamożne uwłaszczyły się na mieszkaniach spółdzielczych.

Natomiast olbrzymie dysproporcje pojawią się wtedy, gdy ludzie z Pana pokolenia pójdą na emeryturę. To będzie dramat, bo przyszłych niezamożnych emerytów, którzy nie mają mieszkań na własność, nie będzie stać na wynajem.

Widzę też odpływ klasy średniej i wyższej z publicznej edukacji. Powszechność publicznej edukacji dotąd działała równościowo, dając szansę na wybicie się także osobom z mniejszym kapitałem kulturowym. Dziś zmierzamy w stronę coraz większych różnic między elitarną edukacją prywatną a spauperyzowaną szkołą publiczną.

Łukasz Pawłowski określa to zjawisko „drugą falą prywatyzacji”.

Wie Pan, jaki jest mój ulubiony dowcip klasowy? Czy ludzie o poglądach progresywnych w imię równości zgodziliby się na rejonizację liceów? To jest moment, w którym 90% osób o poglądach lewicowych odpada, bo gwarancją edukacyjnej reprodukcji jest to, że przynajmniej w dużych miastach istnieje kilka liceów, których absolwenci dostaną się na najlepsze studia. W większości miast powiatowych jest przynajmniej jedno takie liceum. Mogą się dziać różne nieszczęścia, lecz jak dziecko już do nich pójdzie, jakoś to będzie. Dla środowisk postinteligenckich możliwość wyboru szkoły jest bezpiecznikiem.

Nierówności ekonomiczne są zatem nadal żywe, ale rzadko mówimy o nich wprost.

Wydaje mi się, że w Polsce nadal nie umiemy opisać świata różnic ekonomicznych. Podejrzewam, że ludzie trzymają się swojej klasy, jeśli chodzi o życie towarzyskie, i to tworzy pewien miraż. Udając się na przyjęcie, na którym goście są w podobnej sytuacji materialnej, odczuwa się, że nie jest się ani za biednym, ani za bogatym.

Zwróciłbym uwagę na jeszcze jedną rzecz, o której w ogóle nie mówimy, opisując klasę średnią, a która jest ciekawa, tzn. kapitał społeczny. Nie byłem tego świadom, dopóki nie wyprowadziłem się z Warszawy do Nowego Sącza. Rafał Smoczyński i Tomasz Zarycki w Totemie inteligenckim piszą, że w stolicy jest on właściwie bardzo skromny, sprowadza się do najbliższych więzów rodzinnych. Lecz jeśli pojedzie się do takiego Sącza, to już go widać. Kapitał społeczny bazujący na relacjach rodzinnych czy sąsiedzkich pomaga w znalezieniu pracy, radzeniu sobie z problemem dostępu do służby zdrowia i mieszkania. Daje asekurację, a także powoduje, że nie czuje się dysproporcji klasowych, skoro jakoś sobie radzimy.

Wprowadził Pan wątek terytorium i jego wpływu na klasowość, zatem nie sposób pominąć Pańskiej ostatniej książki. W Miejskim gruncie pokazuje Pan pewne wyrównywanie klasowe, które wprowadzały w XIX w. miasta. Jednocześnie powstawała w nich odrębna „klasa metropolitalna”.

Mówi się czasem o twórczym napięciu, które rodzi się z poczucia życia w centrum zdarzeń, jakim jest metropolia. Według mnie często przeceniamy jednak różnicę między stolicą a mniejszymi ośrodkami. W Warszawie zarobisz więcej niż na prowincji, ale w mniejszym mieście łatwiej o mieszkanie, czerpiesz też z tego wspomnianego kapitału społecznego, wiele osób korzysta z różnych wzajemnych usług, częściowo w szarej strefie. Dodatkowo 500+ też spełniło funkcję równającą.

Rozmawiamy teraz w dużym mieście, w Krakowie, ale kawiarnia, w której siedzimy, wygląda bardzo podobnie do takiej, którą można odwiedzić nawet w dziesięciotysięcznej Suchej Beskidzkiej. W Rzeszowie, gdzie jakiś czas uczyłem, czy w pobliskim Łańcucie pojawiają się takie same miejsca, replikujące wzorzec metropolitalny.

Jeśli już miałbym się doszukiwać jakiejś specyfiki „klasy metropolitalnej”, to raczej negatywnej. Żyjąc w Warszawie, gdzie niemal wszyscy są przyjezdni i gdzie łatwo zostać warszawiakiem, widziałem olbrzymią potrzebę odcięcia się od korzeni, zapomnienia o nich.

Mimo to w książce zarysowuje Pan historię mieszczan jako klasy modernizatorów. Klasy, co należy dodać, kulturze polskiej raczej obcej. Sam widzę po swoich rówieśnikach, że wychodząc z podobnego kontekstu ludzi przyjezdnych z prowincji do metropolii, z rodzin średnio zamożnych, dziś możemy funkcjonować w zupełnie różnych rejestrach klasowych w związku z wykonywaną pracą i wynagrodzeniem otrzymywanym za nią.

To kwestia nierówności opartych na różnych ścieżkach życia. Tutaj znów widać dwa rodzaje kapitału. Część osób kieruje się kapitałem ekonomicznym, wybierając np. pracę w korporacji, co skutkuje klasowym kopem w górę, choć nie tak wielkim jak w latach 90. Te osoby, które gromadzą raczej kapitał kulturowy, np. dziennikarze czy akademicy, znajdują się w trudniejszym położeniu od starszych pokoleń. Pan musi kombinować trzy razy bardziej, niż ja kombinowałem, a ja i tak byłem w gorszej sytuacji niż ludzie starsi ode mnie o 20 lat, którzy zdobywali tytuł profesora wraz z wszystkimi przywilejami niemalże feudalnymi w sposób nieporównywalnie prostszy niż dziś. Osobiście nie wyobrażam sobie, żebym był naukowcem bez równoległej kariery medialnej czy publicznej, bo ona nie tylko daje satysfakcję, lecz także poprawia sytuację materialną, skutkuje większą niezależnością.

Tomasz Zarycki twierdzi, że inteligencja humanistyczna nadal sprawuje w Polsce rząd dusz. Nie mam takiego poczucia i myślę, że to ulega olbrzymiej zmianie. Istnieje oczywiście postinteligencja, z którą jest trochę jak z dawną arystokracją, spadkobiercami umarłych klas.

Tyle, że to sytuacja nieszczególnie pocieszająca.

Można mieć jakiś pałac, ale żeby go utrzymać, trzeba wydawać znacznie więcej, niż żeby utrzymać bibliotekę [śmiech]. Natomiast całkiem poważnie przekłada się to na status takiej grupy. Dla roczników takich jak np. pokolenie zmarłego niedawno Pawła Śpiewaka rola publicznego intelektualisty była nobilitująca, ale dla moich rówieśników nie jest to już źródło żadnego prestiżu ze względów, o których wspominałem. Choć myślę, że pewne zadania wciąż na nas czekają, np. w tworzeniu nowych kategorii myślowych.

W swoich tekstach zwraca Pan uwagę na zależność popularności haseł populistycznych od porządku klasowo-ekonomicznego. Czy populizm jest czymś, co napięcia klasowe rozbraja, dając klasom niższym poczucie podmiotowości?

Odpowiem trochę naokoło. Uważam, że w Polsce dzieje się dużo procesów, które sprawiają, że nie może się kształtować nawet podstawowa świadomość bycia pracownikiem najemnym – a to oczywiście skutkuje niemożliwością pojawienia się takich napięć, o jakich Pan wspomina.

Przecież przeszliśmy przez debatę o umowach śmieciowych, która pokazała, że jest taka klasa jak prekariat.

To może inaczej. Nie widzę operacjonalizacji takiej klasy w polityce. Gdyby taka grupa była jakoś jednolita, zwarta, Partia Razem byłaby w czołówce sondaży, ale nic takiego się nie stało, dlatego, że wspomniana przez Pana klasa jest politycznie za słaba.

Tu znów przywołam brak poczucia dumy, tym razem związany z pracą w sektorze publicznym. Brakuje międzygrupowej solidarności. Lekarze nie zrobią strajku wespół z nauczycielami.

Wspomniałem już strajk nauczycieli, który dla mnie osobiście był jednym z najsmutniejszych wydarzeń epoki, smutniejszym nawet od niewrażliwości na krzywdę sędziów, bo przynajmniej wobec tej drugiej grupy jakieś wyrazy solidarności miały miejsce. A w przypadku nauczycieli?

Okazało się tylko, że ta grupa nie cieszy się żadnym uznaniem, nikt nie wspiera aktywnie jej postulatów. Pouczająca jest książka Przemysława Sadury Państwo, szkoła, klasy, gdzie wyraźnie pokazuje on dziedziczenie niechęci do szkoły. Szkoła jest traktowana jako miejsce upokorzeń klasy ludowej, bo jej dzieci nieładnie mówią i są mniej lubiane przez nauczycieli, podczas gdy dzieci inteligentów posługują się bogatym i poprawnym językiem. W tym systemie szczytem nobilitacji jest opinia na wywiadówce, że dziecko jest zdolne, ale leniwe.

PiS rozegrał nauczycieli na poziomie klasy kulturowej, lansując pogardę wobec inteligencji. Przedsiębiorca budowlany nie jest ekonomicznie wykluczony względem profesora, skoro zarabia od niego kilka razy więcej. Mimo to budowlaniec będzie się czuł „tym gorszym”, a populizm występuje w jego imieniu. Lustrzanym odbiciem populizmu jest pogarda wobec wyborców PiS, określanie ich jako ciemniaków, ludzi leniwych i roszczeniowych. Przecież to nieprawda. To jest jak w starych opowieściach o lokomotywach wzrostu, których nie znoszę, bo one sugerują, że jeśli lokomotywą są pracownicy korpo w Krakowie, którzy wyrabiają PKB, to wszędzie indziej są wagoniki. A producenci żywności spod Żywca nie wyrabiają PKB, tylko żyją na koszt korpo? Rozgrywka między PiS-em i Platformą jest właśnie taką licytacją na upokorzenia.

Miejskim gruncie opisuje Pan klasotwórcze strajki. Czy dzisiejsze protesty mogą odgrywać podobną rolę ognisk klasowego oporu?

Do tego, aby strajk czy szerzej: protest, był skuteczny, potrzeba trzech rzeczy. Po pierwsze, ludzi. W Polsce XIX-wieczny ruch prouwłaszczeniowy był słaby, co wynikało z niewielkiej liczebności wsi i małej gęstości zaludnienia. Gdy ludzi jest dużo, to są w stanie nastraszyć pana. Po drugie, siły politycznej. Nie ma w Polsce formacji, która byłaby autentycznie nastawiona na wsparcie rewolucji. To, co odróżnia lewicę sprzed 100 lat od współczesnej, to radykalizm. Gdy przeciętny przedwojenny działacz socjalistyczny słyszał o strajkach i zamieszkach, rosły mu skrzydła. Dziś większość polityków lewicy, prócz może skrajnych marksistów, rewolucji się boi, bo kojarzy się ona z populizmem, tym ciemnym ludem, z którym nie chcemy mieć wiele wspólnego. Te dwa elementy tworzą trzeci, tzn. upadek wiary w protest jako narzędzie zmiany społecznej.

Może chodzi o coś, co Mark Fisher określał jako niemożliwość wyobrażenia sobie życia poza kapitalizmem. Może właśnie sama natura kapitalizmu ostatecznie wchłonęła i zniwelowała napięcie klasowe – dziś wszyscy po prostu chcą mieć więcej?

Zwrócę uwagę na kilka czynników, które sprawiają, że tak to działa. Po pierwsze, technologia i media społecznościowe, które bardzo zmieniły reguły gry w protest. Ułatwiły flashmoby, ale utrudniły regularną akcję protestacyjną. Możliwy jest strajk kobiet, który wstrząsa Polską przez kilka dni, lecz potem całość się rozchodzi, kapitał polityczny tego protestu znika. Nie chodzi o to, że liderki strajku popełniły błędy, tylko o samą naturę takich spontanicznych akcji zrodzonych w przestrzeni serwisów społecznościowych, które, paradoksalnie, utrudniają funkcjonowanie długotrwałych działań społecznych.

Po drugie, to wspomniane już kilkukrotnie poczucie dumy. Dlaczego jako akademicy nie potrafimy być tak dumni jak kolejarze, którzy zakładają mundur z poczuciem zrobienia czegoś ważnego? Każdy stał się panem swojego losu, lecz wobec tego utracił solidarność z grupą i powiązanie z jakąś klasową reprezentacją polityczną.

Zwraca Pan głównie uwagę na elementy kulturowe. A ekonomiczne?

Weźmy zatem trzeci powód zaniku walki klas, którym jest struktura zawodowa oparta na czymś, co niezbyt trafnie określa się jako rynki pracy. Ludzie odpływają z małych miast nie dlatego, że jest tam obciachowo czy że nie można iść do teatru. Gdyby krakowianie chodzili do teatrów w takim stopniu, jak pojawia się to jako argument do ucieczki z małych miast, teatry pękałyby w szwach. Coś innego stanowi o sile dużych ośrodków: praca. Myślimy, że jak nas wyrzucą z roboty, to pójdziemy gdzie indziej. I to jest ten element, który zaburza strukturę solidarności klasowej. Ludzie, którzy z różnych względów mają lepszy dostęp do rynku pracy, są w innym klasowym punkcie niż reszta.

Pomyślmy zresztą, co się stanie, jeśli część z tych rynków pracy zaniknie za, powiedzmy, 10 lat. Nie wiemy, czy krakowskie korporacje – po odpływie tych miejsc pracy np. do Indii – się w coś przemienią, czy raczej postawią swoich pracowników w takiej sytuacji, w jakiej znaleźli się robotnicy z Nowej Huty. To może być analogiczna sytuacja jak ta, gdy z roku na rok padały wielkie zakłady przemysłowe, z tą różnicą, że nie ma poduszki w postaci klasowej solidarności.

Wspominał Pan o braku identyfikacji z klasą ludową i przyznam, że to spostrzeżenie trochę mnie zaskoczyło. Ten dyskurs akurat w ostatnich latach rozkwitał. Po pierwsze, zaczęliśmy mówić o klasach, czytając o nich w zagranicznej literaturze, np. u noblistki Annie Ernaux, u Didiera Eribona czy choćby Sally Rooney. Po drugie, zaczęliśmy fascynować się „ludowymi historiami Polski”. Jak Pan ocenia ten fenomen? Skąd potrzeba takiego historiopisarstwa?

Myślę, że jest to działanie rozliczeniowe w stosunku do starszego pokolenia. Renesans ludowych historii Polski stanowi próbę powiedzenia czegoś bardzo ważnego przeciwko poprzedniemu pokoleniu, które o tym nie mówiło albo uważało, że historia ludowa jest zamknięta. W moim pokoleniu przejawiała się potrzeba transcendencji będącej mentalną ucieczką z PRL-u, z rzeczywistości, która była nie do wytrzymania. W takiej sytuacji trzeba sobie wyobrazić, że jest coś silniejszego niż bieżące wydarzenia. Stąd atrakcyjność religii i historii jako czegoś, co wyzwala z presji „tu i teraz”. Wydaje mi się, że obecne pokolenie młodych jest w podobnym miejscu. Młodzi ludzie o lewicowych poglądach mogą dziś doświadczać takiego wyczerpania, braku zaangażowania w jakąś sprawę czy rewolucję. Partia Razem poniosła porażkę, jednak jej punkt widzenia ma ciągle moc inspirującą. Tyle że w relatywnie małym kręgu. Małym jak na wybory, dużym jak na życie umysłowe i popularność książek.

Osobna rzecz jest taka, że ludowe historie wypełniają pewną lukę w humanistyce. Dobrze to rozumiem, bo w podobne miejsce wpisuje się moja ostatnia książka poświęcona miastom innym niż Warszawa. Widzę, że takie historio-pisarstwo jest potrzebne, bo ludzie żywiołowo przyjmują te książki, nawet jeśli nie zawsze są one dobre.

Myślę, że widać też w tym kontestację lat 90. Z ich etosem powszechnego sukcesu, formowaniem nowej elity.

Z pewnością historie ludowe rodzą się w kontekście kontestacji kapitalizmu, ale patrząc klasowo, moim zdaniem są to książki obojętne dla klasy ludowej. Powraca tu wątek powiązania z ludowością, rozumienia jej. Mówiąc anegdotycznie: dla polskiej lewicy istotną dystynkcją jest to, by dbać o wegańskie jedzenie na imprezach. Zapytałem kiedyś kolegę z Czech, czy ludzie z mającej bardziej plebejski charakter Partii Socjaldemokratycznej mają podobne kryteria przy organizacji kongresów. Nie był mi w stanie powiedzieć, co by to miało być. Smażony ser? To pokazuje, że w Polsce nastąpiło zupełne rozejście kultury robotniczej czy ludowej, jej stylu życia, z dyskursem inteligenckim.

Sama kultura ludowa w Polsce jest zaniedbana, bo też nie do końca wiadomo, czym miałaby być. Może środowiska kibicowskie były jakimś jej elementem? One w końcu poszły jednak w dziwne strony. Część socjologów dostrzegała przejawy takiej ludowości w kulcie żołnierzy wyklętych, lecz często były to po prostu postawy kontestatorskie względem elity ze stolicy.

Zatem badamy ludowe korzenie, czytamy o nich, ale to już nie jest historia o naszym życiu.

Nie doceniamy też prowincji. Polska prowincja składa się w znacznym stopniu z małych biznesów, które dają odporność choćby w zakresie samowystarczalności żywieniowej, budowlanej, usługowej. Jednocześnie gołym okiem widać przepływ ludności do dużych miast. Wydaje mi się, że to ogromny błąd, który będzie skutkował olbrzymimi nierównościami. Obawiam się scenariusza, w którym w ciągu 20 lat jesteśmy krajem jakby kolonialnym, bo mamy pięć metropolii i słaby interior. W najbliższych latach to los małych i średnich miast będzie rozstrzygał o przyszłości kraju.

—

Rafał Matyja

Dr hab., prof. Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, politolog, publicysta. Autor m.in. książki Miejski grunt. 250 lat polskiej gry z nowoczesnością (2021) wyróżnionej nagrodami im. Marcina Króla i Jana Długosza

Artykuł pojawił się w numerze: Co z ciebie wyrośnie