Subskrybuj
Zespół Pieśni i Tańca „Śląsk” na Off Festivalu w Katowicach w 2019 r., spotkanie dwóch muzycznych symboli regionu fot. Michał Murawski / Off Festival
Absolwentka dziennikarstwa Uniwersytetu Wrocławskiego i Duńskiej Szkoły Dziennikarstwa w Aarhus. Swoje reportaże i fotoreportaże publikowała na łamach magazynu „DesignAlive” i kwartalnika „Fabryka Silesia”. W 2017 roku otrzymała stypendium w dziedzinie kultury Marszałka Województwa Śląskiego na...

Śląski matriarchat. Cieszyńska suknia i pluszowa wagina

Choć wydaje nam się, że idea partnerskiego małżeństwa to współczesny pomysł, to zaczął się on rodzić w latach 60. czy 70. w rodzinach robotniczych. Śląskie kobiety też zarabiały pieniądze, współtworzyły domowe budżety. To wzmacniało ich pozycję.

Pochodzi Pani ze Śląska Cieszyńskiego i pracuje w Instytucie Socjologii UJ. Jest Pani antropolożką, a wcześniej była Pani „polskim antropologiem”. Czy może Pani opowiedzieć o tej przemianie?

Jednym z najważniejszych czynników, które zapoczątkowały proces przemiany z „badacza” w „badaczkę”, było moje macierzyństwo. To ono uruchomiło mój feminizm. W 1987 r. urodziłam córkę, w 1991 r. syna, i dopiero mając własną rodzinę, uzmysłowiłam sobie pewne rzeczy. Bycie matką, gospodynią domową, której trudno realizować karierę akademicką, sprawiło, że zaczęłam widzieć siebie jako kobietę, dostrzegać uwarunkowania, w których funkcjonuję. Wszystko to działo się w latach 90. – a więc w czasie dużych zmian w Polsce, które również na mnie oddziaływały. Inspirowała mnie literatura feministyczna, głównie książki Marii Janion. A już przedtem dominująca polskocentryczno-szlachecko-patriarchalno-nacjonalistyczna narracja, zaczęła się we mnie kruszyć. To był długi proces. Wcześniej postrzegałam siebie jako akademika i byłam „symbolicznym mężczyzną” (honorary man) – jak o ówczesnych antropolożkach pisał mój oksfordzki mentor, Edwin Ardener.

Będąc w  domu z  dziećmi, wyraźniej zaczęłam też dostrzegać pewne różnice kulturowe. Naturalne dla mnie kwestie, takie jak współdzielenie obowiązków domowych, okazały się nie takie oczywiste dla mojego męża – krakowianina, pochodzącego z mieszczańskiej rodziny.

Czy może Pani opowiedzieć więcej o tych różnicach kulturowych?

Kilka lat temu rozpoczęłam projekt historii mówionej na Śląsku Cieszyńskim prowadzony z  krakowską Fundacją Dobra Wola kierowaną przez Alinę Doboszewską. Jednym z tematów była praca kobiet w przemyśle ciężkim w okresie komunizmu, zarówno po polskiej, jak i po czeskiej stronie granicy. W trakcie projektu dowiedziałyśmy się, że w Kuźni Ustroń, bardzo dużym, nieistniejącym już zakładzie, 30% załogi stanowiły kobiety. To naprawdę potężna armia. Po czeskiej stronie Ślązaczki pracowały w kopalniach w Zagłębiu Ostrawsko-Karwińskim. Kobiety opowiadały nam o tym, jak system zmianowy w  zakładach wymuszał na ich mężach, którzy pewnie po pracy chętnie zasiedliby z gazetą w fotelu, zaangażowanie w życie rodzinne. Jedna z rozmówczyń opowiadała, że kiedy wracała z pierwszej zmiany, to obiad w domu był już gotowy, a ona po bałaganie w  kuchni, który mąż zostawiał, rozpoznawała, co jedli. Jednak fakt, że on ten obiad gotował, to była istotna zmiana.

Dzisiaj wydaje nam się, że idea partnerskiego małżeństwa to taka współczesna kategoria, ale ona zaczęła powstawać w latach 60. czy 70. XX w. w rodzinach robotniczych. Wprawdzie była bardziej wymuszona sytuacją bytową, niż wywalczona przez kobiety, to jednak układ w tych rodzinach stawał się mniej patriarchalny. Śląskie kobiety też zarabiały pieniądze, współtworzyły domowe budżety. To wzmacniało ich pozycję.

Ja również byłam przyzwyczajona do tego, że mój ojciec dzielił z mamą obowiązki domowe. Wykonywał niektóre „kobiece” prace, bo mama była urzędniczką pocztową i musiała chodzić do pracy przed południem, a  potem jeszcze po południu. Moje własne macierzyństwo i  bycie poza Śląskiem sprzyjały refleksji, że wyposażenie kulturowe, które otrzymałam, jest jednak trochę inne. Zaczęłam tę inność poznawać.

Czym więc jest dla Pani ta inność? Często podkreśla Pani, że kultura śląska to „kultura dzika”, używając metafory Ernesta Gellnera.

Każdy ma swoją definicję śląskości. Brytyjski antropolog wywodzący się z Pragi, Ernest Gellner stworzył koncepcję nacjonalizmu, która mówiła, że to nie narody tworzą nacjonalizmy, ale wręcz odwrotnie, to nacjonalizmy tworzą narody. Podczas naszych rozmów okazywało się, że jego czeskie doświadczenie bardzo rezonowało z moim śląskim. Studiując jego Narody i nacjonalizm, zdałam sobie sprawę, że stworzone przez Gellnera pojęcie kultury dzikiej bardzo dobrze ujmuje kwestię śląskości. Według niego istnieją dwa rodzaje kultur. „Kultury ogrodowe”, czyli takie, które są pielęgnowane w instytucjach, nauczane w szkołach, oraz „kultury dzikie”, które trwają jako część ludzkiego życia, system podzielanych wartości i norm. Ta metafora ogrodu jest tu bardzo ważna – mamy drzewka, które są szczepione, pielęgnowane i  elegancko rosną, ale są też te dzikie, które rozwijają się bez specjalnego nadzoru, w spontaniczny sposób. Niektóre z nich mogą się zmienić w ogrodową formę, a inne pozostają dzikie.

Śląskość jest taką kulturą dziką, która rozwijała się zawsze w  cieniu większej, ogrodowej  – niemieckiej, polskiej czy czeskiej. Kontynuując tę metaforę, można powiedzieć, że miały miejsce próby uogrodowienia śląskości  – pojawiły się one już na początku XX w. Na Śląsku Cieszyńskim powstała Śląska Partia Ludowa  – to była próba ustanowienia śląskości jako kategorii politycznej, nie tylko kulturowej czy geograficznej. Ta idea co jakiś czas pojawia się na nowo. Obecnie mamy do czynienia z  ruchem społecznym odwołującym się do polityki tożsamości, czyli dążącym do tego, by polskie państwo przyznało Ślązakom i Ślązaczkom status mniejszości, czy to jako grupy etnicznej, czy językowej. Niestety, na razie te próby są przez państwo odrzucane (bez względu na to, jaka partia jest przy władzy).

Poza tym śląskość jest bardzo zróżnicowana i  w  potocznym odbiorze: Opolszczyzna, przemysłowy Górny Śląsk i Śląsk Cieszyński nie tworzą jednej kategorii kulturowej, choć historycznie tak było.

Ja jestem z Pszczyny, miasta, które nie ma tradycji górniczych. Otoczonego parkiem i pięknymi lasami. Górny Śląsk i ziemia pszczyńska kojarzyły mi się z widokiem drzew, a nie szybów kopalnianych. W rodzinie nikt nie pracował w górnictwie, dlatego bardzo długo nie potrafiłam utożsamić się z narracją o czarnym przemysłowym Śląsku. Chyba też z tego powodu nie czułam się Ślązaczką. Dopiero odkrywanie moich rodzinnych okołopszczyńskich historii pozwoliło mi jakoś tę swoją osobistą śląskość zdefiniować i zrozumieć.

Dla mnie również wymiar historii rodzinnych, które są tak odmienne od tych z innych części Polski, ma duże znaczenie. Przyglądałam się genealogii mojego dziadka Jana Błaszczyka. To była od kilku ładnych pokoleń rodzina hutnicza, mieszkała w Ustroniu, czyli miejscowości, która teraz kojarzy się z  wczasami i  uzdrowiskiem, a  w  XIX  w. to było miasteczko przemysłowe. Cały Śląsk podlegał bardzo dynamicznym zmianom, unowocześniał się znacznie szybciej niż inne tereny obecnej Polski. Nawet Pani zielona Pszczyna podlegała tym modernizacyjnym procesom. Bardzo ważne było doświadczanie wielokulturowości i w wyznaniowości. Bielsko i okolice tworzyły niemiecką wyspę językową. To byli osadnicy, którzy przybyli tam w średniowieczu. W przemyśle pracowało dużo Czechów. W  każdej miejscowości istniała społeczność żydowska.

A podziały polityczne biegły w poprzek konstelacji rodzinnych.

W rodzinie mojego dziadka Błaszczyka to było wyraźnie widoczne. Dwie jego siostry miały za mężów Niemców właśnie z tej „bielskiej wyspy”. Obaj moi dziadkowie zginęli jako Polacy w obozie koncentracyjnym, aresztowani przez Niemców na początku wojny za swoją propolską działalność dwie dekady wcześniej. Brat mojego dziadka też zginął, ale jako żołnierz Wehrmachtu. Podobnie ich siostrzeniec. Niemieccy mężowie ciotek zostali już po wojnie zamordowani, jeden w  Bielsku-Białej, a drugi w Boguminie przez władze czeskie. Wojna ciężko doświadczyła tę rodzinę.

I w domu zostały same kobiety? Myślę, że to też jest bardzo śląskie doświadczenie – od XIX w. mężczyźni zaczęli znikać z gospodarstw przez kolejne wojny, począwszy od wojny niemiecko-francuskiej, po II wojnę światową, pracę w przemyśle. Mój pradziadek wyjeżdżał z podpszczyńskiej wsi do Katowic na cały tydzień, wracał w sobotę, by w niedzielę znów wyruszyć. Wychowaniem dzieci i gospodarstwem zajmowała się prababcia. Do dziś krążą rodzinne opowieści o jej silnym, dominującym charakterze. „Niby chłopa się słucha, ale wiadomo, że kieruje baba”, ponoć tak mawiała. Czy na tym polegał śląski matriarchat?

W sensie antropologicznym kultura śląska nie jest matriarchalna. Pojęcie matriarchatu pojawiło się w antropologii za sprawą ewolucjonistów, którzy przedstawiali za jego pomocą pewien model rozwoju życia społecznego. Według nich była to forma struktury społecznej oparta na matriarchalnych grupach pochodzeniowych, w których dziedziczenie, sukcesja, odbywało się w linii żeńskiej, a system władzy uwzględniał przodującą rolę kobiet.

###banner###

Potocznie zaś matriarchat to władza kobiet w rodzinie. I tu skłaniałabym się do stwierdzenia, że rzeczywiście rola kobiety była bardzo silna w śląskiej rodzinie. Ojciec opowiadał mi, jak ważnym elementem było to, że w  dniu wypłaty mąż przychodził do domu z tym, co zarobił, i dawał żonie wszystkie pieniądze i „cetel”, czy „posek”, czyli potwierdzenie wypłaty. To był ważny wskaźnik jej pozycji – owszem, on zarabiał pieniądze, ale potem wracał do domu i  „kierowniczce rodziny” dawał swoją wypłatę. Coś tam mógł sobie zostawić, jednak większością finansów zarządzała ona.

Mam też w  pamięci obraz moich babć, które były bardzo spokojnymi, serdecznymi kobietami. To były gospodynie, które wiedziały, że cały kosmos jest na ich barkach. Po aresztowaniu mężów zostały właściwie pozbawione środków do życia, ale dzięki własnej pracowitości, aktywnej postawie dzieci oraz wsparciu sieci rodzinnych, a szczególnie sióstr, jakoś udało im się przetrwać i po wojnie wykształcić swoje potomstwo.

Myślę o mojej mamie, która po śmierci taty przejęła rodzinny biznes. Wcześniej całe życie zajmowała się domem i wychowaniem czworga dzieci. W wieku 60 lat zaczęła prowadzić sklep z częściami motoryzacyjnymi, nauczyła się wszystkiego od podstaw – od obsługi kasy fiskalnej po negocjacje z hurtowniami, klientami. Pokazała ogromną siłę, talent, przedsiębiorczość – wszystko to „na stare lata”, dopiero kiedy zniknął mąż. I nie była to kwestia tego, że ojciec był jakimś despotą, lecz mamie zawsze wydawało się, że jej miejsce jest w domu, przy dzieciach.

Tak, matriarchat brał się też z braku mężczyzn. Historia mojej rodziny również mi to uzmysłowiła. Kobiety były ostoją rodziny, bo mężczyzn zabrakło z powodów polityczno-historycznych. Władza kobiet polegała na tym, że one musiały wszystko, mówiąc kolokwialnie, ogarnąć. Najstarsza siostra w  rodzinie Błaszczyków w  latach 30. wpadła na pomysł wybudowania pensjonatu w Wiśle, który był po II wojnie światowej azylem dla członkiń rozbitej rodziny, tych kobiet z dziećmi, które nie miały się gdzie podziać. Ciocia z Białej, której mąż Niemiec został zamordowany, miała w mieście piekarnię, którą skonfiskowano jako mienie poniemieckie. Została bez środków i osiadła w Wiśle u siostry. Najmłodsza z sióstr straciła dwóch mężów – pierwszy był strażnikiem granicznym, przed wojną został zamordowany w  obozie Mauthausen. Drugi, o którym już wspominałam, został zabity po wojnie. Ciocia również ewakuowała się do wiślańskiego pensjonatu. I wreszcie ich najmłodszy brat, który przez pięć lat siedział w obozie jenieckim w  Murnau, także znalazł schronienie w Wiśle z osieroconym przez matkę synem.

Czy śląskie kobiety wykorzystały tę szansę? Bo chociaż ich losy były często tragiczne, to jednak można to trudne położenie widzieć w kategoriach szansy na emancypację.

Myślę, że musimy rozróżnić kwestie kulturowe od politycznych czy społecznych. Władza kobiet w domu nie przekładała się na sferę publiczną. Właściwie kobiet długo w ogóle w niej nie było. Pamiętajmy, że podział ról był ściśle określony. Kultura śląska była kulturą chłopską. Kobieta na wsi musiała być silna, zorganizowana. Miała być robotna i rodzić dzieci. To był wyznacznik kobiecości wiejskiej. Podobnie było z robotnicami. One musiały pracować, bo wymagała tego ich sytuacja życiowa, a nie dlatego, że chciały robić karierę we współczesnym znaczeniu. Te nasze stereotypowe wyobrażenia o kobiecości są klasowo uwarunkowane i niekoniecznie pasują do śląskich przodkiń, do tamtego systemu społecznego. Kobietom było bardzo trudno tę ważną pozycję, którą miały w  domu, przenieść do sfery publicznej. Do tego było potrzebne wykształcenie.

Honor” górnika nie pozwalał na pracę żony. W tradycyjnej śląskiej rodzinie to on ciężko pracuje i zapewnia byt, a ona zajmuje się całą resztą. Kiedy to się zaczęło zmieniać?

Do tej zmiany było potrzebne wykształcenie i  podejmowanie pracy zawodowej. Przyglądałam się, jak proces zdobywania wykształcenia wyglądał na moim Śląsku Cieszyńskim, w szczególności w społeczności ewangelickiej. Jedną z idei towarzyszących reformacji była koncepcja powszechnej edukacji. Wiadome jest, że przy każdym nowo powoływanym zborze powstawała szkoła, jednak historycy nie zadawali sobie pytania, czy do tych placówek uczęszczały też uczennice, ale są pewne poszlaki, które wskazują, że faktycznie dziewczęta się uczyły. W okresie kontrreformacji ewangelicy zeszli do podziemia, a nauczanie odbywało się prywatnie. Od początku XVIII  w., kiedy powstał kościół Jezusowy w Cieszynie, a przy nim szkoła podstawowa i gimnazjum, zawsze pewien procent – mniejszy lub większy – stanowiły dziewczęta.

Próbowałam dociec, kiedy na Śląsku Cieszyńskim pojawiły się pierwsze studentki. Dotarłam do historii trzech sióstr Buzkówien, które przed I  wojną światową studiowały w Krakowie. Elżbieta studiowała na Uniwersytecie Jagiellońskim nauki ścisłe, ale popełniła samobójstwo z powodu miłosnego zawodu. Druga z nich wyszła za mąż w trakcie studiów, lecz udało jej się skończyć chemię na uniwersytecie, jednak nigdy nie pracowała w zawodzie. Trzecia – Adela, skończyła farmację. Pochodziły z ubogiej rodziny, ale dzięki wsparciu matki i własnej pracy udało się wszystkim dzieciom zdobyć wyższe wykształcenie.

Drugim kierunkiem do podjęcia studiów był Wiedeń. Tam naukę pobierała pochodząca z bogatej cieszyńskiej rodziny burmistrzów Edith Demel. Studiowała filologię, ale po trzecim semestrze zaręczyła się z niejakim Ernestem Schmettanem, a  wtedy ojciec postawił jej ultimatum – studia lub zamążpójście. Niestety, wybrała to drugie i nigdy nie skończyła wyższej edukacji. Potem bardzo tego żałowała, bo podczas wielkiego kryzysu ich sytuacja finansowa była bardzo trudna, a ukończone studia pozwoliłyby jej podjąć lepszą pracę. Po wojnie napisała powieść, której akcja rozgrywa się w Cieszynie. Od kilku lat próbuję znaleźć finanse na tłumaczenie tej pierwszej cieszyńskiej powieści. Wygląda na to, że chyba wreszcie się to uda, bo sprawą zainteresowało się wydawnictwo Biblioteki Śląskiej.

Czytałam niedawno opracowanie prof. Urszuli Swadźby dotyczące pracy zawodowej kobiet na Górnym Śląsku. Pod koniec XIX w. kobiety stanowiły 9% załogi w górnictwie i aż 25% w hutnictwie cynku. Pracowały tylko młode kobiety przed zamążpójściem oraz wdowy. I choć praca tych pierwszych była akceptowana społecznie, bo pozwalała podreperować rodzinny budżet, bardzo przeciwny aktywizacji zawodowej panien był Kościół katolicki. Pismo „Katolik” donosiło, że praca zarobkowa prowadzi młode robotnice do rozwiązłości, pychy i współzawodnictwa, ponadto nie pozwala należycie przygotować się do przyszłej roli gospodyni domowej. Czy Kościół ewangelicki bardziej wspierał kobiety w emancypacji?

Nie przeceniałabym tutaj jakoś szczególnie roli Kościoła ewangelickiego, choć pierwsze studentki śląskocieszyńskie rzeczywiście były ewangeliczkami. Z  pewnością wpływ na emancypację i w ogóle kształtowanie społeczeństwa obywatelskiego miała idea powszechnej edukacji, a od XVIII w. kolejne pokolenia dziewcząt na Śląsku Cieszyńskim wychowywały się w przekonaniu, że edukacja jest także dla nich.

Prowadzę również badania dotyczące diakonis-pielęgniarek. Pod koniec XIX w. powstała przy szpitalu w Cieszynie, założonym przez zbór ewangelicki, ważna instytucja szkoląca i  organizująca pracę pielęgniarek w  tym szpitalu: Schlesische Evangelische Schwesternhaus. Była ona związana z Kościołem, lecz dziewczyny mogły odejść z diakonatu w każdej chwili. Po pięciu latach nie musiały zwracać pieniędzy za pobierane nauki. Był to więc pierwszy krok ku profesjonalizacji zawodu pielęgniarki. Ale też edukacja odbywała się pod kuratelą Kościoła, więc te wszystkie „niecne aspekty samodzielności kobiecej” były kontrolowane.

Ciągle rozmawiamy o dwóch kategoriach – kobietach i śląskości. Na ile nastąpiła emancypacja śląskich kobiet? Czy obecnie ta śląskość jakoś wybrzmiewa w dążeniach do emancypacji?

Kiedy pracowałam nad artykułem do monografii Ustronia, zauważyłam wyraźną zmianę tendencji. W wielu gminach Śląska Cieszyńskiego rządziły kobiety: były naczelniczkami wydziałów, wójcinami, piastowały wysokie stanowiska w urzędach. Obecnie, po raz pierwszy w historii, burmistrzynią Cieszyna jest kobieta. To jest znaczące, biorąc pod uwagę wcześniejszy brak sprawczości politycznej.

Musimy pamiętać też o tym, że w naszych rozważaniach ważną rolę odgrywa kwestia klasowa. Przemiany społeczne na Śląsku, o których rozmawiamy, dotyczą głównie klasy ludowej, chłopskiej i  robotniczej  – bo taka tu dominowała, i w związku z tym pewne procesy zachodzą inaczej. Nie miałyśmy śląskiej Bujwidowej czy Kuczalskiej-Reinschmitt. Tutaj nie było takich kobiet, wykształconych ziemianek.

Nie było, ale być może też niewiele o naszych śląskich przodkiniach wiemy. Niedawno brałam udział jako jurorka w konkursie dla szkół Silesia Incognita, który od kilku lat organizowany jest przez Muzeum Miejskie w Tychach. W tym roku motywem przewodnim były kobiety na Górnym Śląsku. W pytaniach konkursowych pojawiły się takie postacie, jak: Joanna Gryzik, astronomka Maria Cunitz, śląskocieszyńska pisarka i pilotka Maria Wardasówna czy urodzona w Katowicach noblistka Maria Goeppert-Mayer. Kto z nas zna te nazwiska? Kiedy zaczynamy grzebać w lokalnych dziejach, okazuje się, że kobiety tam są, tylko do tej pory nie opowiadaliśmy ich historii.

Przed I wojną światową działalność organizacyjno-emancypacyjną wśród robotnic prowadziła, pochodząca z Galicji, Dorota Kłuszyńska, o której też z pewnością niewiele osób słyszało. Ten proces wydobywania kobiet z niepamięci już się dzieje. W Cieszynie działa Władysława Magiera, która od lat opracowuje „cieszyński szklak kobiet”. Przyznam szczerze, że jest to jedno z moich najważniejszych życiowych osiągnięć, bo cała idea szlaków kobiet została zapoczątkowana przez dwie absolwentki Uniwersytetu Jagiellońskiego – Natalię Saratę i Ewę Furgał. Jedna z nich, studentka w naszym instytucie, przeczytała moją książkę Siostry Malinowskiego, czyli kobiety nowoczesne na początku XX wieku. Ta lektura stała się dla nich inspiracją do tworzenia właśnie takich herstorycznych szlaków.

Projekty historii mówionej, którymi od lat się zajmuję, także prowadzone są ze Ślązaczkami. Postanowiłyśmy rozmawiać tylko z kobietami, właśnie po to, żeby zrównoważyć ten niedostatek kobiecych głosów w przestrzeni publicznej. Czasami spotykamy się z zarzutem, że takie projekty nie są reprezentatywne. Ludzie nie są bowiem przyzwyczajeni do tego, że kobieta też może być głosem całej społeczności.

Na przykład projekt dotyczący robotnic w przemyśle ciężkim to jest mówienie o pewnym doświadczeniu z kobiecej perspektywy, która jest nieobecna na co dzień w przestrzeni publicznej. Kto pamięta, że góralki z Istebnej pracowały jako kowale w Kuźnicy Ustroń? W tej najcięższej, ale też najbardziej prestiżowej pracy w zakładzie. Trzeba to wyciągać, trzeba o  tym mówić. Albo projekt dotyczący letników i  uzdrowiskowego charakteru Istebnej, Ustronia czy Wisły. Okazało się, że to przyjmowanie letników miało modernizacyjną funkcję, bo od gości z miasta Ślązaczki uczyły się miejskiego stylu życia. To kobiety były odpowiedzialne za podejmowanie gości. Praca ta przynosiła im dochód, ale też powodowała zmiany w obyczajach. Kobiety, a pochodziły one głównie z rodzin chłopskich czy robotniczo-chłopskich, uczyły się nowoczesności.

Rola opowiadania tych historii to przywrócenie godności – kobiecym opowieściom, a także śląskości.

Chodziło o to, żeby kobiety opowiadały swoje historie po śląsku. Przy czym okazało się, że niektóre publicznie nie chciały mówić po naszymu. „Jak udzielam wywiadu, to automatycznie mówię po polsku”  – odpowiadała jedna z rozmówczyń.

W ramach jednego z naszych projektów powstał film Żywobyci przi granicy. Babski godki z obu strón Olzy. To opowieść o doświadczeniach kobiet żyjących w krainie podzielonej na pół  – w  polskiej i czeskiej części Śląska Cieszyńskiego. Językiem filmu jest śląszczyzna: w tym języku są napisy oraz moje komentarze. To było niezwykle istotne. I chyba odegrało pewną rolę. Po każdym pokazie zawsze toczy się dyskusja na temat mówienia po naszymu. I  ludzie zaczynają sobie uzmysławiać, że ta hegemonia polszczyzny ich okalecza. Sama przeszłam ten proces, bo kiedy pojechałam na studia do Krakowa, ktoś mi powiedział, że nie mam śląskiego akcentu, a  ja byłam z  tego taka dumna. Chciałam schować tę śląskość, mówić ładnie po polsku, i nie być nawet podejrzewaną o to, że mam śląskie korzenie. Później nastąpił powrót do śląskości i „mojij ślóńskij rzeczy”, jak zatytułowałam autoetnograficzny artykuł na ten temat.

Codzienność to drugi temat, który chcemy w  tym projekcie wyeksponować. Kobiety często mówią: „Przecież ja nie mam nic ważnego do powiedzenia, w moim życiu nic się nie wydarzyło”. Wierzę, że okazując nasze zainteresowanie ich życiem i  ich opowieściami, dowartościowujemy ich kobiecość i śląskość. Projekty tego typu mają emancypacyjny charakter również dla młodych badaczek – dostrzegają one, że o kobiecej codzienności można z zainteresowaniem mówić i słuchać.

Podsumowaniem tego procesu stawania się feministką i Ślązaczką był dla Pani projekt uszycia sobie śląskiej sukni, a właściwie stroju cieszyńskiego.

Ten pomysł dojrzewał we mnie bardzo długo. Początkowo miał to być artystyczno-etnograficzny projekt. Chciałam uszyć sobie taki strój, obserwować ten proces i poddać go analizie badawczej. Podchodziłam do tematu tak, jak antropologowie podchodzą do obiektu swoich badań.

Momentem przełomowym był rok 2008 i spotkanie na temat cieszyńskiego stroju w ramach imprezy Otwarte Ogrody w  Ustroniu. Wtedy po raz pierwszy założyłam śląską suknię, którą pożyczyła mi Danuta Pawlus z Jaworza. Kiedy już wszystko na mnie upięto, spojrzałam do lustra i poczułam, jak ten strój mnie wzmacnia, jak dowartościowuje. Poczułam siłę i godność moich przodkiń.

Musiała jednak minąć kolejna dekada, zanim sama dałam sobie uszyć taką suknię. Impulsem było zamążpójście mojej córki, która postanowiła pójść do ślubu w cieszyńskim stroju pożyczonym od mojej młodej koleżanki, Ani Dobranowskiej (ją zaś zainspirowało moje ogrodowe spotkanie).

Sprawienie sobie śląskiej sukni było trudnym zadaniem, bo pochodzę z rodziny, w której nikt już takiego stroju nie nosił. Nikt w moim otoczeniu nie szykował, nie wkładał, nie upinał śląskiej sukni. Musiałam więc zgłębić nie tylko estetykę, ale też praktykę tego stroju. Chciałam stworzyć strój, który będzie ubraniem, a nie przebraniem na dożynki. To musiała być suknia, w której będę się dobrze czuć, i  która będzie współgrać z moim poczuciem estetyki.

Myślę, że to był mentalny powrót do moich przodkiń. Dowartościowałam żeńską linię tradycji. I choć moje babcie już nie nosiły takich sukien, okazało się, że jedna i druga jakoś uczestniczyły w produkcji tych strojów. Moja babcia Kubicowa, kiedy aresztowano dziadka, szyła jakle, by zarobić na życie. Babcia Błaszczykowa zajmowała się sprzedażą czepców, które wykonywała jej siostra metodą klockową. Bardzo się ucieszyłam, gdy się dowiedziałam, że był to ważny element ich doświadczenia życiowego.

Jednocześnie zdałam sobie sprawę, że to moje przedsięwzięcie, które naprawdę było bardzo feministyczne i bardzo śląskie, może zostać odczytane jako prosty tradycjonalizm. „Baba se uszyła suknie”. Ale moja śląska suknia to feministyczny gest łączności z  przodkiniami, ze śląskością i chłopskością. Raczej progresywny niż tradycjonalistyczny.

Dlatego dałam sobie zrobić zdjęcie w mojej sukni w krakowskim Domu Norymberskim, gdzie feministyczne artystki prezentowały swoje prace, przy wielkiej różowej pluszowej waginie autorstwa rzeźbiarki Iwony Demko.

I  powiedziałam: „No, to jest właściwy kontekst dla mojego gestu”.

Grażyna Kubica-Heller
Profesorka nadzwyczajna w Zakładzie Antropologii Społecznej Instytutu Socjologii UJ. Interesuje się problematyką śląską, ewangelicką i żydowską oraz antropologią polityczną, wizualną i feministyczną, a także historią mówioną i autoetnografią. Pochodzi z Ustronia na Śląsku Cieszyńskim

Artykuł pojawił się w numerze: Planeta Śląsk