W dawnej kaplicy sióstr salezjanek na Starych Bałutach w Łodzi Iwona Karaś, szefowa Specjalistycznego Ośrodka Wsparcia dla Ofiar Przemocy w Rodzinie, opowiada, jak będzie wyglądał Magiczny Ogród SOW-y. Zielona rabata, szpaler nasadzeń, część przeznaczona wyłącznie dla dzieci stanie się mikroplażą, bo zostanie wysypana piaskiem.
„W takim miejscu jak to najgorsza jest bylejakość” – zapewnia, pokazując dokładnie rozrysowaną makietę zmian. Matka dwóch dorosłych synów, prywatnie żona pastora łódzkiego zboru Kościoła zielonoświątkowego, Piotra Karasia, jest szczupła, ma rude włosy i prawie trzy dekady doświadczeń w pracy z ofiarami przemocy w rodzinie.
Przy bramie pozostaną cztery potężne kasztanowce pamiętające czasy Ochronki Bałuckiej założonej w tym budynku na początku XX w. dla sierot i dzieci z polskich i żydowskich rodzin. Salezjanki pojawiły się tam w czasie wielkiego kryzysu gospodarczego w 1930 r. i przetrwały przy Franciszkańskiej kilka następnych dekad, prowadząc m.in. ochronkę, szkołę krawiecką dla dziewcząt, świetlicę. Z jednopiętrowego budynku wysiedliło je zarządzenie okupacyjne, na mocy którego długa ulica wyłożona do dzisiaj kocimi łbami znalazła się w środku żydowskiego getta, utworzonego z Bałut i Starego Miasta w lutym 1940 r.
Grube mury z wysoko sklepionym sufitem nie przepuszczają czerwcowego skwaru. Kanapy i półki z książkami i zabawkami dla dzieci wypełniają dawną kaplicę, która w ośrodku stała się salą przeprowadzania rozmów i spotkań, także terapeutycznych. Iwona Karaś pojawiła się w niej pierwszy raz w 1994 r., kiedy nowo powstały ośrodek, który był wówczas hostelem dla matek i dzieci doświadczających przemocy, szukał pielęgniarki. Ona miała wykształcenie i kilka lat stażu w wyjątkowym miejscu – szpitalu powiatowym w Trzebnicy niedaleko Wrocławia, gdzie od 1973 r. istniał Ośrodek Replantacji Kończyn. Założył go doktor Ryszard Kocięba – chirurg, który przeprowadził z sukcesem pierwszą w Europie operację przyszycia pacjentowi dłoni utraconej w wypadku. Kiedy Iwona Karaś przyjechała do Trzebnicy w 1989 r., jako pielęgniarka tuż po liceum Medycznym, pracowali tam już jego wychowankowie, m.in. doktor Jerzy Jabłecki, który kilkanaście lat później doprowadzi do powstania w Polsce programu przeszczepiania rąk od nieżywych dawców.
W 1989 r. jest jednym z przełożonych Iwony, która zbiera doświadczenia m.in. na oddziale intensywnej terapii. Uczy się szybkiego podejmowania decyzji i pracy w zespole ludzi, dla których najważniejszy jest pacjent. Zabiera tę naukę, gdy z mężem przeprowadzają się do Łodzi, nie mając nic poza rocznym stażem małżeńskim. Łódź, gdzie mieszka dziadek męża, wydaje się dobrym miejscem, żeby zacząć w życiu coś nowego.
Klientki, nie podopieczne
– Zrób cokolwiek – to główna zasada naszej pracy z dziewczynami. Zazwyczaj słyszymy: „Ale ja nie umiem” albo: „Źle to zrobię”. Odpowiadamy: „Zrób, jak umiesz”.
Nasze dziewczyny siadają więc przed białą kartką papieru i próbują pisać. Skreślają, poprawiają, zaczynają po kilka razy. Wiele z nich w nic już nie wierzy, przede wszystkim w możliwości, które wciąż w nich są – to skutek wieloletniego bicia, manipulowania i stosowania kontroli graniczącej z ubezwłasnowolnieniem – więc nie wierzą i w sens tego pisania.
Decyzja o opuszczeniu domu, często nagła, podejmowana w desperacji, była dla nich heroiczna. Po tym, co przeszły i ile kosztowało je wyrwanie się z piekła, liczyły na coś innego. Że tak jak wcześniej partner wszystkim kierował, tak teraz zrobimy to my, tylko bez krzyku i poniżania.
To nie tak: pomagamy, ale nie wyręczamy. Dziewczyny muszą nauczyć się samodzielnego prowadzenia swoich spraw, wtedy trudniej będzie nimi manipulować. A poza tym raz poznanych praw czy odkrytych możliwości już nie dadzą sobie łatwo odebrać.
I dziewczyny piszą, np. podanie do władz miasta o przyznanie lokalu socjalnego. Można na nie czekać nawet pięć lat, ale jeśli nie rozpocznie się procedury, będą musiały je wynająć albo kupić na wolnym rynku. Inne podanie musi być skierowane do sądu: o ustalenie miejsca pobytu dzieci przy matce. Na to z kolei czeka się jakieś sześć miesięcy, czasami dłużej. Bez tego orzeczenia, jeśli ojciec nie ma ograniczonych praw rodzicielskich, może zabrać dzieci, np. gdy będą wracać ze szkoły, i… ma do tego prawo. Nawet jeśli wcześniej był agresorem, a dzieci chce odzyskać m.in. po to, by dręczyć ich matkę, utrudniając jej kontakt z nimi. Kolejna sprawa: własne konto bankowe, na które będą wpływać świadczenia na dzieci, bo do tej pory konto miał tylko partner naszej klientki, więc jest bez grosza. Jeśli dzieci są podrośnięte albo mają opiekę, dziewczyny szukają pracy.
Spraw jest bez liku, jedna pączkuje z drugiej, ale każdy krok do przodu pokazuje im, że wysłuchiwane przez lata komunikaty: „Do niczego się nie nadajesz”, „Nic nie umiesz”, „Beze mnie sobie nie poradzisz” – to były kłamstwa. Nadają się, umieją i sobie radzą. Fachowcy nazywają ten proces odzyskiwaniem poczucia sprawczości.
Jak mówić „nie”
W pomaganiu ofiarom przemocy nie ma spektakularnych przemian. To raczej nauka wykonywania drobnych kroków w dobrą stronę. Ale np. dla Marii dwa krótkie zdania wypowiedziane do męża: „Myślę inaczej. Zrobię, jak będę uważała”, były życiową rewolucją. Przekonała ją o tym jego reakcja: „Boże, co oni z tobą zrobili”. Terapeuci z ośrodka, gdzie spędziła trzy miesiące, zasugerowali jej warsztaty asertywności – była po pięćdziesiątce, kiedy nauczyła się mówić „nie”, przedstawiać własne zdanie i stawiać granice. A przynajmniej próbowała to robić.
###banner###
Gdy pojawiła się przy Franciszkańskiej, miała trzech prawie dorosłych synów, za sobą kilka dekad ciężkiej pracy w gospodarstwie męża i niewielkie oszczędności (mąż nie dzielił się z nią wypracowanymi wspólnie dochodami).
Była głęboko religijna. Dla wszystkich miła i uczynna, pozbawiona własnego zdania i zawsze podporządkowana. Tak ją wychowano, tego oczekiwał mąż. Urządził jej w życiu wiele awantur, które mogły się rozpocząć z każdego powodu, i właśnie podczas jednej z nich Maria, nie bardzo wiedząc, dlaczego właśnie teraz się na to decyduje, spakowała się i wyjechała do Łodzi.
Ktoś przekazał jej adres ośrodka dla ofiar przemocy. Tam opowiadała swoje życie, racjonalizując wszystkie złe rzeczy, które ją spotkały, i usprawiedliwiając męża.
Opowiedz, jeśli chcesz
– Nie mówię do klientki: „Rozumiem” ani: „Nie rozumiem”. Ona tyle przeszła, a ja po kilkunastu zdaniach jej opowieści mam ją zapewniać, że „rozumiem”? W taki sposób mogłabym się zwrócić do osoby, która np. rozpoczyna leczenie onkologiczne, bo sama zakończyłam je dwa lata temu, walcząc z chłoniakiem. Ale też nie do końca, bo nasza sytuacja byłaby jedynie podobna, nie ta sama.
Mówię do dziewczyny: „Widzę, że źle się czujesz”, „Opowiedz, jeśli chcesz”. To jedyne, co mogę zrobić: odpowiedzieć z empatią na problem, który mi się przedstawia. I nie dziwić się, np. niespójności opowieści. Bo jak to? On ją poniża, a ona szuka dla niego usprawiedliwień? Popatrzmy na to oczami ofiary. Kocha i poniża, często bijąc, ten sam mężczyzna. Kobiety słyszą przecież: „Kocham cię, ale…”. I tu następuje litania powodów, które w partnerze budzą agresję: „Spójrz, jak wyglądasz”, „Jak ty się zachowujesz?”, „Teraz to już przesadziłaś!”. Spirala się nakręca. Po latach takiego treningu ona jest przekonana, że na miłość i akceptację trzeba zasłużyć.
Straszne rzeczy, np. przemoc fizyczna, nie dzieją się od początku. Ona pamięta, że kiedyś był oddany i pomagający. Do dzisiaj potrafi taki być wobec dzieci. Pamiętając dobre chwile, kobieta usprawiedliwia jego agresję. Zwłaszcza jeśli pojawiła się ona na skutek konkretnych zdarzeń: partner stracił posadę albo zachorował, albo czuje się lekceważony w pracy, ktoś go zdenerwował. Budowane latami zagrożenie, w jakim ofiary znalazły się za sprawą najbliższej sobie osoby, staje się dla nich przezroczyste. Nie dziwię się, kiedy kobiety podczas pierwszej rozmowy przed przyjęciem do ośrodka, pytają nas: „Jak to możliwe, że się tu znalazłam?”.
Co jest nie tak?
Anita nie chciała zdjąć antycovidowej maseczki z twarzy, mimo że rozmawiała z Iwoną Karaś w pokoju z wysoko zawieszonym sufitem i przy zachowaniu co najmniej dwumetrowej odległości. „Po co? – wyznała wreszcie. – Mam zdrapaną całą twarz”.
Swędzenie było zbyt natarczywe, żeby się powstrzymać. Ból zaschniętych rozdrapań mieszał się z dziwną przyjemnością zadawania sobie kolejnych ran, bo czuła wtedy, jak się uspokaja. Stres wywoływały banalne uwagi męża, np.: „Po co kupiłaś dziecku dwie koszulki? Przecież szybko rośnie i drugiej nawet nie zdążysz mu założyć”, „Mogłabyś się przyłożyć i sprzątać zabawki po dziecku na bieżąco – jeszcze ktoś się wywróci”. Każdego dnia takich uwag potrafiło paść kilkanaście.
Kobieta nie pracowała, bo, jak tylko na świecie pojawiła się córka, dowiedziała się, że jej wychowania nie da się pogodzić z pracą zawodową. Wydawanie pieniędzy kontrolował mąż, gdy ocenił, że jest nieoszczędna i nie potrafi zrobić sensownych zakupów. Sprzątanie też nie mogło się obyć bez jego uwag, bo i z tym Anita sobie nie radziła, a przecież zajmowała się dorobkiem jego rodziców (mieszkali w domu przez nich zbudowanym). Zadrapania na twarzy stały się koronnym dowodem na zaniedbanie, w którym się pogrąża. Koleżanki? To strata czasu, więc lepiej, jak kolejny raz odkładane spotkanie Anita odwoła. Kontrola? Anitę mąż przekonuje, że to nie jest kontrola, tylko troska o rodzinę.
Dziewczyna nie pamięta, od kiedy większość jej wysiłków jest oparta na jednej kalkulacji – jak uprzedzić kolejne wybuchy poirytowanego męża? O czym pamiętać, co zrobić zawczasu? Zmywać na bieżąco, przecierać półki na mokro i na sucho, zbierać zabawki do jednego miejsca. Żyje jak w strefie przyfrontowej: czujna i zwarta. Mąż nigdy jej nie uderzył, więc właściwie – i to pytanie zadała w ośrodku przy Franciszkańskiej – co jest nie tak, bo jej nie chce się już żyć?
Czas nam dany
– Szef i założyciel ośrodka Jacek Leonkiewicz chciał mieć zespół, który zapewni klientkom wsparcie psychoterapeutyczne. Podejście było pionierskie, bo miejsca, które przyjmowały ofiary przemocy domowej, działały trochę jak przechowalnia. Nie było wówczas żadnych ram działania, nawet Ustawa o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie pojawiła się dopiero w 2005 r. Ale byli ludzie, którzy mieli doświadczenie pracy z ofiarami przemocy. Tacy jak Jacek Leonkiewicz właśnie, od którego brałam wiedzę garściami. I jednocześnie uzupełniałam wykształcenie: studiowałam na Wydziale Nauk o Wychowaniu Uniwersytetu Łódzkiego, ukończyłam Studium Przeciwdziałania Przemocy w Rodzinie (gdzie uczyła mnie m.in. Anna Lipowska-Teutsch, współzałożycielka Ośrodka Interwencji Kryzysowej w Krakowie, jednego z pierwszych w Polsce miejsc wsparcia dla ofiar przemocy) czy specjalistyczny Trening Zastępowania Agresji.
Miałam się czego uczyć, bo np. podczas pierwszej w życiu rozmowy poprzedzającej przyjęcie do ośrodka nie zdobyłam się na zadanie jednego pytania: „Czy jest pani uzależniona?”. Pobita, wystraszona kobieta z dwójką małych dzieci, a ja mam się pytać, czy pije? Wydawało mi się to nieludzkie, było tylko nieprofesjonalne. Kobiety, które doświadczają przemocy, sięgają np. po alkohol, żeby choć na chwilę zniknął stres. Upicie się pomaga im przetrwać, jak Anicie drapanie twarzy. A jeżeli wiemy, że ma problem z uzależnieniem, możemy ją skierować na terapię, motywując ją i tym, że jeśli nie poradzi sobie z nałogiem, sąd może jej kiedyś ograniczyć prawa rodzicielskie.
Każda ofiara przemocy zadaje jedno pytanie: dlaczego takie życie przydarzyło się właśnie mnie?
Żyjemy przekonani, że wszystko zależy od nas, więc jeżeli jakieś zdarzenia wymykają się nam spod kontroli, a jeszcze nie mamy pomysłu ani sił, jak z nich wybrnąć, momentalnie pojawia się poczucie winy. Ofiara przemocy zaczyna więc widzieć problem w sobie, przenosząc odpowiedzialność za krzywdy, które ją spotkały, z oprawcy na siebie.
Trzy miesiące, które dziewczyny mogą spędzić w ośrodku, to czas nam dany, żeby zaszczepić w nich chęć rozpoczęcia nowego życia. Muszą uwierzyć, że wiele możliwości może się jeszcze przed nimi otworzyć, więc nie ma się co poddawać, tylko trzeba o to walczyć. Jeżeli porównać życie do regału, na którym ustawione są produkty różnej wartości, to nasze dziewczyny przyzwyczaiły się sięgać po to, co jest najniżej, bo tak jest najłatwiej. Produkty z wyższych półek wymagają wysiłku – trzeba stanąć na palcach, może przynieść drabinę – a one nie mają odwagi, by go podjąć. Wiara w odmianę losu, więc i w sens podejmowanych wysiłków, jest kluczowa. Bez niej wszystkie działania – nawet terapia czy uporządkowanie kwestii prawnych – dadzą niewiele.
Z pokolenia na pokolenie
Marta uciekła z dwójką dzieci. Była pobita, nie pierwszy zresztą raz, przez partnera, ojca dzieci. Najpierw pozwolono jej się wyspać – to duża odmiana po tygodniach awantur, kiedy zasypia się ze strachem przed brutalnością, z jaką zostanie się wybudzonym. Sińce i ślady po uderzeniach straciły na intensywności. Pomyślała, że zrobi coś dla siebie, więc spięła inaczej włosy, włożyła kolorową bluzkę, uczerniła maskarą rzęsy, użyła podkładu do twarzy. „Świetnie pani wygląda” – usłyszała od pracowniczek ośrodka. Poradziły, żeby odpoczywać, zająć się dziećmi: bawić się z nimi, czytać, rozmawiać. Wykorzystać spokojny czas, kiedy nie trzeba się martwić rachunkami i zawartością lodówki, na myślenie o tym, co dalej.
Już nie pamięta, gdzie dokładnie to się stało: czy w dużej sali z wysoko zawieszonym sufitem, gdzie odbywają się wszystkie spotkania i terapie, czy w położonej na parterze kuchni, a może na kamiennych schodach z metalową balustradą, jakie spotyka się w większości kamienic sprzed wieku. Przypomniała sobie, że ona już tu kiedyś była. Zna cztery kasztanowce spod bramy i wysokie okna mijane w drodze do drzwi wejściowych. Miała 10 lat, kiedy przekroczyła je razem z młodszym bratem i ich pobitą mamą. Choć miejsce było obce, to ludzie przyjaźni, więc po raz pierwszy od miesięcy mogli się wyspać i odpocząć. Dokładnie tak, jak ona teraz. Mama po paru dniach zdecydowała: „Wracamy”. W domu nie zmieniło się nic. Marta pamięta swój żal, że mamie tak się spieszyło. Przysięgła sobie, że jej życie będzie inne niż matki, bo ona nigdy nie zwiąże się z takim mężczyzną jak jej ojciec.
Przemoc rodzi przemoc
– Mówimy dziewczynom: „Rozmawiaj ze swoim dzieckiem, opowiadaj mu”. Gdy sugestia dotyczy niemowlaka, słyszymy: „Ale po co? Przecież ono nic nie rozumie”. Pierwsza okazja, żeby powiedzieć: „A gdzie tam! Wiele rozumie, sporo widzi, emocje wyczuwa od razu”.
Interweniujemy, kiedy matki krzyczą na swoje dzieci, co w ośrodku zdarzyło się już nieraz. Ofiara przemocy krzyczy na inną ofiarę przemocy, tyle że słabszą od niej. Jest zdenerwowana, wykańcza ją niepewność sytuacji. Rozumiemy, ale uczymy, że krzyk nigdy nie rozwiązuje problemów. W sprzeczki wchodzą między sobą same dziewczyny, co też nas nie dziwi. Pochodzą przecież z różnych środowisk, mają odmienne przyzwyczajenia, niełatwe przejścia za sobą, a w ośrodku pokoje są przygotowane na przyjęcie dwóch dorosłych osób z dziećmi. Uczymy więc, czym jest rzecz tak naturalna w życiu jak konflikt i jak go rozwiązywać bez kłótni. Przemoc, z czego też wiele naszych klientek nie zdaje sobie sprawy, to przecież nie tylko fizyczne uderzenie. To też krzyk, poniżające słowa czy protekcjonalne traktowanie.
„Tatuś jest dobry i mnie kocha, a bije tylko wtedy, kiedy jestem niegrzeczna” – powiedziała mi kiedyś kilkuletnia córka klientki. Najgorsze słowa, jakie może usłyszeć terapeuta. W myślenie tej dziewczynki wdrukowano już bowiem wzorzec patriarchalny: jak ktoś kocha, to bije, ale jeśli będziesz grzeczna – czyli nie będziesz się sprzeciwiać, bronić własnego zdania, stawiać granic – nic złego ci nie stanie. Troska i miłość zostały utożsamione z prawem do krzywdzenia. Jeżeli trafi w życiu na przemocowego partnera, ten wykorzysta jej zaufanie, żeby ją kontrolować i nią manipulować. Zastraszona, podda się wszystkiemu, pytając siebie w momentach najgorszego piekła, jakie on jej zgotuje: „Dlaczego stało się właśnie tak?”.
Przemoc rodzi przemoc – to oczywiste. Jeżeli w domu jest na nią przyzwolenie, z dzieci wyrosną albo oprawcy, albo ofiary. Ich marzenia o stworzeniu własnego domu, który nie będzie oparty na przemocy, są szczere, ale jeśli jako rodzice nie nauczą się innych wzorców funkcjonowania niż te, które poznali jako dzieci, w dorosłym życiu powielą to, co znają.
Zapomniane słowo „dom”
Alina przyjechała na Franciszkańską z drugim dzieckiem prosto z porodówki. Jeszcze kiedy była w ciąży, usłyszała od partnera, że drugiego dziecka ma do domu nie przywozić. Jej córka mieszka więc z nią i swoim bratem starszym o kilkanaście miesięcy przy Franciszkańskiej. Nie mają żadnej bliskiej rodziny. Po trzech miesiącach życia w ośrodku przeniosą się do domu samotnej matki – tam poczekają rok albo nawet kilka lat na przyznanie lokalu socjalnego. Dzieci Aliny utożsamią słowo „dom” z częścią pokoju otrzymanego w placówce. Nauczą się, że mama gotuje w kuchni z innymi paniami, które będą nazywać ciociami. Te będą się zmieniać, podobnie jak koledzy i koleżanki, choć niektórzy – tak jak oni – będą już niczym stali mieszkańcy. Nauczą się też, że nie można mieć zbyt wielu rzeczy, bo nie ma na nie miejsca. Poznają regulamin, który np. zabrania hałasowania po 22.00, ustanawia dyżury do sprzątania kuchni i łazienki, obliguje mamę, by mówiła ciociom w sekretariacie, kiedy wychodzi na zewnątrz.
Dzieci Aliny będą dorastać, nie używając słów „mój dom” ani „moja rodzina”. Nigdzie nie będą miały prawa czuć się u siebie. Jak prawie 2 tys. dzieci mieszkających w hostelach i ośrodkach dla ofiar przemocy, schroniskach dla bezdomnych kobiet i domach samotnej matki, których Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej doliczyło się w 2019 r. Szacunki podwyższyłyby się, gdyby doliczyć do tej grupy dzieci mieszkające z rodzicami lub opiekunami np. w namiotach albo w altankach działkowych. Statystyki ich nie ujmują, bo jeśli chodzą do szkoły i są zadbane, instytucje pomocowe nie mają powodu, by się nimi interesować.
Po pierwsze, nie wstydź się
– Lubimy oceniać, prawda? Jak ją leje tyle lat, dlaczego od niego nie odejdzie? Lepszy kawałek pokoju w obcym miejscu niż narażanie siebie i dzieci. Wystarczy chcieć. I tak dalej. To nie jest takie proste. Wiele moich klientek starało się wyjść z matni – szukały pomocy u rodziny i znajomych, liczyły na przemianę partnera, korzystały z pomocy policji i innych służb. Próby wyjścia z kryzysu były chaotyczne i prowadzone niekonsekwentnie, więc kończyły się powrotem do punktu wyjścia. Każde nieudane działania utwierdzały je w przekonaniu, że tak już musi być. Przetrwanie cierpienia, którego stały się ofiarą, kosztuje je mnóstwo energii, a wystarczyłoby, lekko licząc, 30% tych zasobów przeznaczyć na wyjście z kryzysu, żeby próba zakończyła się powodzeniem.
Jedna z moich klientek cztery razy wracała do agresywnego partnera, na dodatek z dwójką małych dzieci. Za każdym razem, jak zwykle u nas, wspólnie opracowywaliśmy plan zmiany jej życia: krok po kroku, jak przepis, rozpoczynając od rzeczy najprostszych. Pokazywaliśmy jej kolejne drzwi, które może otworzyć i raz na zawsze wyjść z piekła. Gdy pakowała się przed następnym powrotem do domu, gdzie nie zmieniło się nic, a mąż przyszedł po nią, jak po worek ziemniaków, zapytałam: „Po co pani to robi?”. Rozpłakała się. „Bo mnie już nikt nie zechce…” – usłyszałam.
Jak pomóc osobie, której nikt nigdy nie kochał? Wiele naszych dziewczyn jako dzieci było nieważnych i krzywdzonych każdym rodzajem nadużycia, jaki można sobie wyobrazić. Nauczyły się, że z życia będą miały dokładnie tyle, ile uda im się wyszarpać, i próbują zahaczyć się o cokolwiek, np. o uczucie człowieka, który się nimi zainteresował i którego za to pokochały. Wierzą w jego obietnice, usprawiedliwiają brutalność, racjonalizują błędy. Wybaczą mu wszystko, bo jego miłość była jedyną, jaką w ogóle w życiu poznały. W desperacji popełniają mnóstwo błędów, krzywdzą własne dzieci. Kiedy opuszczają ośrodek, a wiara w to, jak „on się teraz zmienił”, bije z każdego jej słowa, nie powtarzam jej kolejny raz, że przede wszystkim powinna uwierzyć w to, ile sama potrafi. Mówię po prostu: „Gdyby jednak nie wyszło – nie wstydź się. Na nic nie czekaj, tylko przyjdź”.
*
Iwona Karaś drzwi oddzielające pracę od rodziny zamyka bardzo szczelnie. Dziewczyny i ich sprawy zostawia przy Franciszkańskiej. W domu gotuje i sprząta, matkuje dorosłym synom, z mężem, który zajmuje się m.in. terapią uzależnień, stara się rozmawiać o czymś innym. Doświadczenie zawodowe wykorzystuje, pomagając kobietom, które w Zborze zielonoświątkowym szukają wsparcia w problemach rodzinnych. Jasne rozgraniczenie jest jej potrzebne, by się w pracy nie zatracić i nie uwierzyć w złudzenie osobistej sprawczości. To równie ważne, jak zgrany zespół współpracowników, których myślenie o pomaganiu ofiarom przemocy jest mniej więcej zbieżne. Czyli: zrobią tyle, ile mogą, ale nie przeżyją za nikogo życia. Są jak towarzysze podróży, którzy przejdą z każdym, kto tego potrzebuje, taki odcinek jego drogi, na jaki on sam pozwoli.
Imiona niektórych bohaterek tekstu, jak też szczegóły, które umożliwiłyby ich identyfikację, zostały zmienione.