Subskrybuj
Z wykształcenia filozof i teolog. W latach 1961–1983 była redaktorem i sekretarzem redakcji miesięcznika „Znak”. W latach 70. współtworzyła ruch hospicyjny w Polsce i pierwsze polskie hospicjum w Nowej Hucie. Przez pięć lat pomagała terminalnie chorym jako wolontariuszka. W latach...

***

Oto Dzień. Podziwiam żydowski Szabat. To naprawdę jest szczególny czas, doba, w której pamięć wciela się w obrzęd i obyczaj, gromadzi wiernych jej, dyktuje im postępowanie i gesty, tak że nie mogą ani zapomnieć, ani ukryć, kim są. Tego dnia wychodzą, choćby tylko duchem, z najróżniejszych domów niewoli, odnajdują się w swojej cząstce Przymierza; witają rozpoczynający się Dzień Święty, jak oblubieńca.

Podziwiam żydowski szabat i cieszę się, że jest obchodzony, choć jest to praktyka tak trudna, że stosunek do niej dzieli samych Żydów, ich rodziny. Odróżnia, a więc i odcina od niepowołanych do święcenia tego dnia. Szabat był także dniem bólu, dla zmuszonych do ukrywania swej żydowskości; pewnie i dniem wstydu dla małodusznych w tym względzie. Szabat – znak każe myśleć o świadectwie wiary, które jest jak miecz obosieczny, ciężki, a tylko rękojeść można chwycić.

Szabat – różnorakie obserwacje skłaniają też do rozważania o duchu i literze, o obłudzie, która zawsze wciska się tam, gdzie obyczaj zajmuje ważne miejsce, gdzie to, co wewnętrzne, ma się stać widzialne. A także tam, gdzie posłuszeństwo przepisom prawa ma walor komunii z Prawodawcą. Prawo i sprawiedliwość: Prawo – tkanka Przymierza i człowiek Prawu powolny – sprawiedliwy.

Podziwiam Szabat, ale nie potrafiłabym go sobie nałożyć i żyć w obserwanckiej społeczności. A jednak chcę pamiętać, by “dzień święty święcić”. Natchnienie chrześcijańskiej niedzieli jest najpierw w Szabacie. Jezus go przecież obchodził. Myślę, że zstępując do otchłani po swojej prawdziwej śmierci, w pewien sposób spotkał wstępujący Szabat. Umocnił nieodwołane wieczne błogosławieństwo dla Izraela. Marzę o takiej ikonie…

Wiem, że ta myśl pewnie wzburzy i Żydów, i chrześcijan. Jednak ją notuję, bo wyraża się w niej coś, co scala moją wewnętrzną postawę.

Co więc z naszą chrześcijańską Niedzielą?

Najpierw może to, abyśmy w ogóle mieli dni święte, uznawali ludzkie prawo do takich dni. Własne i cudze prawo.

Pracujemy na nasze szabaty – Żydzi też bardzo usilnie pracowali, ale tylko do pierwszej chwili piątkowego zmroku.

Jeśli pogodzić się z uzależnieniem – to podwójnym: od pracy, owszem, ale też i od “dnia świętego”.

W przestrzeni całej zapisanej trudem – vacat. Osobne chwile, godziny, doby wolności. Należą do Boga, ale jeśli ktoś żyje bez kontaktu z Nim, też powinny dla niego istnieć. Każdy musi nieć dni, a raczej doby – to ważne, że całe, od zmroku do zmroku, obejmujące świt.

Myślę ostrożnie o dniach bez zwykłej pracy, bez zaprzątnięcia nią w zwykły sposób – o dniach z dystansem, także wolnych od usilnej rozrywki, pożerającej czas i świadomość. Reżymowi takich dni warto się poddać, ale wtedy, gdy to możliwe z całą dobrowolnością. O dobrowolności świadczy radość. Mamy taką jedną dobę – Święte Boże Narodzenie. Oczywiście nieraz psujemy Wigilię, jak niektóre Żydówki psują swój Szabat przez nadmierne skoncentrowanie na przygotowaniach i trudnych detalach tradycji.

Dzień święty jest też przerwą – właśnie ma być tak, że odłożę niedokończone, by ten dzień powitać.

Niedziela chrześcijańska. Dzień wspólnego uroczystego odmówienia Modlitwy Pańskiej. Jeśli się ten dzień wyrwie z kieratu, jeśli uznamy, że stać nas na przerwę… Prawo do niej przyznajemy sobie w oparciu o ufność. Tego dnia – jak w Szabat – pracuje na nas Bóg odpoczywający nad dziełem Stworzenia. Uważa na nas, jeśli my Mu dajemy przestrzeń, oczekującą pustkę.

NIE CHCĘ ZERA

Któregoś dnia, niedawno, pod naciskiem frustracji napisałam tekst “Zero obłudy”. Miała to być jakaś moja odpowiedź na kampanię “Zero tolerancji”. Ale ten mój własny tekst też mi się nie podoba. Naprawdę nie chcę popierać żadnego ZERA czegokolwiek. W żądaniu, by “wyzerować” tkwi jakiś fanatyzm czy fundamentalizm. “Zero” w sposób ponury kojarzy się z “ausrotten” – wytępić. Jeśli chciałabym cos wytępić – to chyba obłudę, ale na pewno byłoby to wyrywanie chwastu-kąkolu z ledwie wschodzącego zboża. “Zero tolerancji” dla czegoś, co ktoś uznał za zło, oznacza straszną pewność siebie, pewność swojej diagnozy i straszną, równie straszną, groźną niecierpliwość. Widzę to stratowane pole, gwałtem wypielone kosztem zasiewu, delikatniejszego niż chwasty, które pewnie przetrwają.

Zerowanie jest sprzeczne z umiarem, koniecznym w obchodzeniu się z istotami żywymi.

SEN

Zachowane z niego tylko szczątki, które mnie kuszą, by je zapisać. A więc nocne miasto pełne niewyraźnych błysków (zaczynam śnić zgodnie z tym, jak teraz widzę). W tym mieście grozi mi niebezpieczeństwo. Wiem, że ktoś ma do mnie strzelić z tej ciemności, zza węgła – kiedy wysiądę z samochodu. Ktoś odwraca się ku mnie nad oparciem przedniego siedzenia. Wyraźnie widzę jasno oświetloną młodą twarz, zarys dość ciemnych brwi nad opuszczonymi powiekami, włosy rozgarnięte na boki, gładkie, lekko spocone czoło. To on ma zginąć, czy ja? On za mnie?

Naprawdę nie oglądam takich filmów przed zaśnięciem. Noszę w sobie filmotekę. I tak dość rzadko do niej zaglądam.

GOTOWCEGotowce dziennikarskie – materiał dostarczany przez rzeczników w nadziei, że lenistwo każe się nim zadowolić. – A gotowce egzystencjalne? Odziedziczone albo własnej produkcji, według podpatrzonych wzorów. Gotowce: coś, czego już nie poddajemy dalszej obróbce, nie weryfikujemy. Są mocne, usztywnione, wydają się praktyczne, przydatne. To złudzenie. Gotowce, to małe, pozorne oczywistości. Bezgłośnie włączają się w myślenie, jak trujące priony BSE. Mnożą swoją obecność, zmieniają tkanki w gąbczastą masę. Może być z tego otępienie albo szaleństwo. Mowa oczywiście o gotowcach złośliwych, choć ta ich natura nie od razu się ujawnia. Gotowce zdają się być syntezą doświadczenia, skarbem na drogę życia, lekarstwem na dezorientację. Zasób gotowców pozwala czuć się pewnym, że wiemy, kim są “Oni”, kto nam zagraża – czego się spodziewać po Żydach, Niemcach, Ruskich i Triobranczykach. * Mam wiele wspomnień, które mogły by przerodzić się w gotowce – odmienne od tych będących w obiegu – moje własne gotowce, oryginalne skamieliny wrażeń. Wędruję dalej, tracę bezpośredni kontakt z miejscami zakończonego pobytu. Ale to co kiedyś było żywe, przywołane dziś, powraca żywe, zastanawiające, tajemnicze, nie zaszufladkowane. Wspominanie nie jest przeglądem rozszyfrowanych schematów. Oglądam mozaikę, fragment za fragmentem, inność za innością. “To” kojarzę z “owym”, dostrzegam jakieś utkanie rzeczywistości. Słyszę szept “Popatrz – znowu… to znowu tak”. Znowu tu, to było jak tam; znowu coś przeżera intryga; sobkostwo marnuje szansę; zaślepienie depcze godność… Znowu. Ale ja wciąż się temu dziwię. To, co znowu się dzieje…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Śmierć i co dalej? Co wiemy o życiu wiecznym