Wybory samorządowe traktowane są jako polityczny test. Politycy zajmujący się sprawami ogólnopolskimi traktują je jako próbę sił. Znacznie bardziej wiarygodną niż sondaże, w których respondenci mogą odpowiadać nieszczerze. Wybory takie są jednak także testem społeczeństwa obywatelskiego. Testem, na który składają się trzy pytania. Pierwsze dotyczy poziomu zaangażowania mieszkańców w sprawy publiczne. Drugie tego, czy zaangażowanie działaczy motywowane jest szczerą troską o dobro wspólne, czy wyłącznie chęcią włączenia się w grę o podział postawu czerwonego sukna, jakim są wspólne zasoby. Wreszcie trzecie kwestii, czy reguły gry, jakie tworzą się w demokratycznych instytucjach, nakierowują aktywistów na dobro wspólne, odwodząc od pokus prywaty i jałowych rozgrywek, czy też pokusy takie wzmacniają. Czy wzmacniają „obywatelskość” i przywództwo, czy polityczny klientyzm i kumoterstwo?
Instrumentalizacja
Z billboardów rozwieszanych w trakcie samorządowej kampanii można było przypomnieć sobie, kto jest ministrem, a kto liderem parlamentarnej opozycji, nie sposób zaś było się dowiedzieć, kto jest kandydatem na marszałka województwa. Największe partie potraktowały ogólnopolski wymiar samorządowego głosowanie na tyle poważnie, że podporządkowały mu właściwie całą uwagę krajowych sztabów wyborczych. PO i PiS – partie chorobliwie scentralizowane – nie bardzo chyba potrafiły zaakceptować coś innego. Odwoływanie się do ogólnopolskich podziałów politycznych, które przesądzają o decyzjach wielu wyborców także na szczeblu lokalnych, było także jedyną nadzieją Lewicy i Demokratów. To ugrupowanie w kończących kadencję samorządach mogło się najczęściej pochwalić aferami odziedziczonymi po SLD. Faktem jest, że slogan LiD – „Dobry samorząd – żadnych popisów” – jest jak dotąd najbardziej jednoznacznie negatywną, nakierowaną na inne partie strategią, zastosowaną w polskich wyborach. Koncentracja na ogólnopolskich problemach była także pochodną walki o władzę wewnątrz ugrupowań. Donald Tusk ratował swoje przywództwo w PO poprzez wymuszenie posłuszeństwa kolegów partyjnych. Dla Marka Borowskiego celem nie była prezydentura Warszawy – w to nikt przecież nie wierzył. Chodziło o dołączenie do grona liderów nowoutworzonego bloku, zdominowanego dotąd przez parlamentarzystów SLD.
Natomiast z punktu widzenia demokratycznych wartości całkowicie haniebne było wykorzystywanie w kampanii argumentu mówiącego o tym, że władzom lokalnym pochodzącym z tego samego ugrupowania co premier, łatwiej będzie pozyskiwać fundusze europejskie. Jak dotąd takie argumenty wykorzystywane były tylko w 2002 roku przez niektórych kandydatów SLD. Przejęcie tego wzorca przez część działaczy PiS jest bardzo złym sygnałem dla idei IV RP. Nawet jeśli popieranie okręgów zdominowanych przez własnych zwolenników jest tajemnicą poliszynela we wszystkich demokracjach świata, to jednak porzucenie w tej sprawie hamulców hipokryzji jest niezwykle niebezpieczne. Hipokryzja to wszak hołd składany przez występek cnocie. Jednoznaczne zwycięstwo partykularnych występków i odrzucenie bożka cnotliwej troski o dobro całego kraju było wszak jednym z koronnych zarzutów wobec postkomunistycznych elit.
Przewagi rządzących
Instrumentalizacja wyborów przez ogólnopolskie partie natrafiła jednak na poważną przeszkodę. Okazała się nią pozycja, jaką dają urzędującym prezydentom i burmistrzom miast bezpośrednie wybory. Próby skaperowania ich do poszczególnych partii spaliły na panewce – jednoznacznej identyfikacji odmówili wszyscy ci, którzy takiej deklaracji nie złożyli już wcześniej – czy to kojarzony z PO Rafał Dutkiewicz we Wrocławiu, czy najbliższy PiS Piotr Uszok w Katowicach, czy wywodzący się z lewicy Jacek Majchrowski w Krakowie. Partie nie miały im po prostu nic do zaoferowania. Widać było, że ogólnopolskie kampanie partyjne nic nie znaczą dla lokalnych kandydatów z wyrobioną pozycją. Nie było też na takich kandydatów „bata” – wystawienie przeciw nim partyjnych kandydatów prowadziłoby do kompromitacji. PO mogła się o tym przekonać w Poznaniu, gdzie urzędujący prezydent, nie uzyskawszy poparcia partii, której wcześniej zapewniał swój sukces, i tak gładko pokonał jej kandydatkę.
Nawet tam, gdzie niezależny kandydat zdecydował się na łaskawe przyjęcie partyjnego patronatu, jak miało to miejsce np. w Łodzi, podejmowane przez niego działania na ogólnopolskiej scenie politycznej uznane byłyby za herezję. Czy możemy sobie wyobrazić Zytę Gilowską zabiegającą o uznanie Marka Belki? Partie, które musiały się pogodzić z takimi samodzielnymi kandydatami i jednostronnie ich poparły, w imię darowanego udziału w zwycięstwie musiały znosić spore upokorzenia. Rafał Dutkiewicz zgodził się na wykorzystanie swojego zdjęcia w kampanii PO tylko pod warunkiem, że takie samo zdjęcie dostanie do wykorzystania PiS. Jacek Majchrowski odmówił zblokowania listy swojego komitetu z listami LiD.
Przynależność partyjna nie była dla urzędujących atutem, ale nie musiała też być obciążeniem. Gdyby przykładać do polityki lokalnej ogólnopolskie miary, to stolicą polskiego liberalizmu powinny zostać Dobczyce. W tym galicyjskim miasteczku urzędujący burmistrz Marcin Pawlak – do niedawna członek regionalnych władz PO – pokonał swojego jedynego kontrkandydata, wystawionego przez UPR, stosunkiem poparcia 75% do 25%.
Wyłanianie przywództwa
Optymistyczny obraz autonomii lokalnej polityki zaciemniany jest jednak przez niepokojące zjawisko. Jeśli na lokalnej scenie nie pojawił się już wcześniej jakiś niekwestionowany lider, ogólnopolskie partie mają poważne kłopoty z wyłonieniem kandydata do przywództwa. Najbardziej szokującym przykładem jest tu oczywiście Kraków, gdzie wewnętrzne rozgrywki zarówno w PO, jak i w PiS, uniemożliwiły którejkolwiek z nich znalezienie kandydata, który mógłby pokonać krytykowanego od lat prezydenta. Pomimo to, że siły stojące za tym prezydentem nie były w…