Wołanie z głębi bólu
Dzieląc razem z Wami wiele podstawowych ocen dotyczących nieodbytego ingresu, chcę również zasygnalizować oceny, które w moim odczuciu wynikały raczej z poszukiwania alternatywnych działań niż ze znajomości faktów. Tak na przykład na str. 7 znajduje się zarzut, iż „wśród biskupów nie znalazł się ani jeden sprawiedliwy, który wziąłby na siebie trud przeczytania dokumentów”. Zarzut ten może wydawać się racjonalny i uzasadniony. Trzeba jednak wiedzieć, że kiedy w 2005 roku jedna z osób współpracujących z lubelską komisją historyczną zwróciła się do IPN w Warszawie z prośbą o udostępnienie dokumentów ks. Stanisława Wielgusa, które wychodziłyby poza zwykłą notkę o rejestracji, otrzymała wiadomość, że dokumenty takie nie istnieją w zbiorach IPN. Pierwsze komentarze opublikowane później na łamach „Gazety Polskiej” świadczyły, iż ich autorzy nie dysponują także możliwością udostępnienia dokumentów, na które się powoływali. Powstawało pytanie, czy w tej sytuacji należy uznać autorytet współpracowników red. Sakiewicza za taką niekwestionowalną wartość, że nie potrzebuje ona już żadnych innych dowodów. O tym, iż nie wszyscy aprobowali wtedy styl „Gazety Polskiej”, świadczą publikacje z tamtego okresu, w których także środowiska dziennikarskie dawały wyraz oburzeniu na sposób podjęcia problemu, łączący bardzo mocne zarzuty z brakiem uzasadniających te zarzuty dokumentów.
Zmiana nastąpiła, gdy odnalazły się dokumenty przedstawiane wcześniej jako niedostępne. Nie chcę oceniać faktu, iż tak szybko trafiły one na łamy Internetu, mimo iż pełne były łatwych do sprawdzenia dezinformacji, w których nawet nazwisko „Wielgus” widniało jako „Welgus”, natomiast bez podstawowego wyczucia kultury – zupełnie bezcelowo – opublikowano razem z nimi także komentarze otaczane powszechnie dyskrecją, choćby tylko ze względu na intymny charakter ich treści. Kiedy jednak informacje stały się dostępne, Konferencja Episkopatu wyłoniła komisję, której zadaniem była ocena treści dostępnych materiałów. Zamiast więc jednego sprawiedliwego biskupa został wyłoniony zespół historyków, których autorytet wykluczał sugestie, że jedyny sprawiedliwy może zechcieć – według popularnej metafory – zamiatać coś pod dywan. Powstaje pytanie, czy można było wtedy zadziałać sprawniej, bez dramatycznej oprawy, która niosła tyle napięć i niepokoju. Przypuszczam, że było można. Nie znam wszystkich szczegółów organizacyjnych, odnoszę jednak wrażenie, iż sprawa o. Hejmy była mimo wszystko rozwiązywana z dużo większym wyczuciem pragmatyki, dramatu i taktu.
Oprócz podstawowych łączących nas ocen w sprawie abp. Wielgusa pozostaje cały szereg szczegółów, które są nieistotne dla całościowej oceny moralnej, nie mogą być jednak pomijane w imię prawdy historycznej. Dr Andrzej Grajewski opowiadał mi niedawno, jak poczuł się, gdy w oskarżeniach dotyczących jego współpracy z WSI znalazł informację, iż był poddany specjalnemu przeszkoleniu. Nie był nigdy, ale fikcja stanowiła mocną stronę dokumentów generowanych przez służby wyszkolone w PRL. Kiedy przeczytał ten zarzut, pomyślał, iż być może także ks. Wielgus uczestniczył w identycznym jak on szkoleniu agentów; ,,identycznym” to znaczy istniejącym jedynie w fantazji funkcjonariusza, który pisał raporty. W raportach włączonych do dokumentacji Macierewicza Grajewski znalazł także wiadomość, iż za swą współpracę z WSI otrzymał wynagrodzenie w wysokości 15 mln zł. Wiadomość ta jest przy pewnej interpretacji słów prawdziwa, nie wspomina tylko, że chodzi tu o złote sprzed wymiany, to znaczy o 1500 zł. Kwota ta robi znacznie mniejsze wrażenie i odpowiada cenie biletów kolejowych, które trzeba było opłacić, by dotrzeć z Katowic na zebrania w Warszawie.
Prawda i metoda
W materiałach powstających na oczach naszego pokolenia powstają dokumenty, których związek z prawdą jest nadzwyczaj luźny. Jedne z nich tworzyli ludzie WSI, drugie – współpracownicy ministra Macierewicza. Jeśli ktoś chciałby potraktować podobne dokumenty z taką śmiertelną powagą, jak czyni to w lutowym „Znaku” prof. Krzysztof Jasiewicz, to mogę wyrazić tylko głębokie współczucie z powodu obojętności zarówno na fakty, jak i na wcześniejsze ustalenia środowisk znanych z odpowiedzialności za słowo. Wspomnę tylko opinię prof. Wiesława Chrzanowskiego. Wyrażał ją jako ktoś, kto płacił swym życiem cenę udokumentowanego fałszu, gdy w powojennej Polsce dwukrotnie był więziony, a po upadku PRL trafił na listę Macierewicza. Podsumowując sprawozdawczość kwitnącą w PRL, prof. Chrzanowski napisał w swym wywiadzie-rzece: „Były okresy nacisku na funkcjonariuszy, by wykazywali się pozyskiwaniem współpracowników. To wiązało się z awansami, z nagrodami. Na tzw. pracę operacyjną dostawali sumy w istocie nierozliczane” .
O tym, jakie wzorce funkcjonowały przy pisaniu o wrogach ludu, przypomina Jerzy Sosnowski w swym głębokim artykule w lutowej „Więzi”, przywołując cytaty ze sprawozdania o procesie bp. Kaczmarka. Jeden z bardziej utalentowanych twórców napisał wtedy o oskarżonym: „Szpiclował odbudowane fabryki, podglądał szkoły, namawiał chłopów, aby produkowali mniej chleba. Jego donosy bez skrupułów odnosili do placówki FBI ludzie w czarnych sutannach…” .
Etyka branżowa?Prof. Jasiewicz przyjmuje radykalnie różną ocenę dokumentów SB i zapewnia, iż na pewno nie preparowano na wielką skalę fałszywek, bo „taki pogląd nas, ludzi z branży, wręcz rozśmiesza” . Niezależnie od dalszych precyzacji okoliczności rozśmieszania, autor argumentuje tak, jak gdyby w ogóle nie znał dokumentów, w których kierownictwo IV Wydziału planowało na szczeblu wojewódzkim, ilu nowych współpracowników należy zwerbować w kolejnym roku sprawozdawczym, czy wyrażało ubolewanie z powodu zbyt małej liczby werbunków w poprzednim roku. Dzięki dokumentom znalezionym w archiwach IPN znane są dziś zarówno fikcyjne sprawozdania z rzekomych spotkań z TW, jak i upomnienia funkcjonariuszy, którzy praktykowali kreatywną sprawozdawczość już w epoce późnego Gierka. Szczegółowe fakty były tyle razy przytaczane, że nie muszę ich powtarzać. Niepokoi mnie natomiast określenie: „nas, ludzi z branży”. O jaką branżę tu chodzi? Branżę ignorującą znane fakty? Branżę rezerwującą dla siebie własną wersję etyki i odmienną wizję godności człowieka? W niektórych sformułowaniach pobrzmiewa duma, iż ludzie z branży stoją znacznie wyżej niż na przykład prawnicy, którzy nie tylko zbyt łatwo uniewinniają podejrzanych (przypis 1, s. 31), ale w dodatku muszą korzystać z pomocy biegłego historyka. Nie wiem, czy ma to być argumentem o wyższości historyków nad prawnikami; nie wiem też, gdzie w tej hierarchii…