Subskrybuj
Publicysta zajmujący się rynkiem pracy i tematyką ekonomiczną. Autor książek: Zawód (2017) oraz O kobiecie pracującej. Dlaczego mniej zarabia, chociaż więcej pracuje (2019)

Nie ma miłości na Tinderze

Wcześniejsze pokolenia rozumiały, że partner nie będzie chodzącym ideałem. Tymczasem architektura aplikacji randkowych zasiewa w nas myśl, że zasługujemy na kandydata spełniającego wszystkie nasze oczekiwania. Dlatego siedzimy, klikamy i czekamy na lepszą opcję za rogiem, która jednak prawie nigdy się nie pojawia

Ze zdjęcia uśmiecha się młoda dziewczyna w okularach w kształcie kocich oczu. Ma na sobie różowy sweter, spod którego wystaje kołnierzyk w takim samym kolorze. W kierunku obiektywu wyciąga rękę z telefonem. Na ekranie widnieje logo Tindera z dodanym symbolem orzełka, poniżej napis „przesuń w prawo”. Nad zdjęciem tytuł: „»Państwowy Tinder« pomógłby walczyć z kryzysem demograficznym? Eksperci: to mogłoby się udać”.

To opis artykułu z portalu Klubu Jagiellońskiego. Wrzutka zrobiła zawrotną karierę w polskich mediach społecznościowych na początku grudnia 2025 r. Najczęściej pojawiającą się reakcją na tekst były ironia i sarkazm. Sam pomysł okazuje się jednak nie aż tak ekscentryczny, jak mogłoby się wydawać. Jest odpowiedzią na kulturowy trend przemeblowania sposobu, w jaki we współczesnym świecie tworzą się relacje okołoromantyczne. A raczej – w jaki się nie tworzą.

Jedną z przyczyn tych zmian stanowią aplikacje randkowe. Nie są one jedynym czynnikiem wpływającym na – jak to nazywa socjolog Tomasz Szlendak w swojej książce Miłość nie istnieje – popsucie się maszyny społecznej, która umożliwiała sprawne dobieranie nas w pary. Ale są jednym z istotniejszych silników tej zmiany. Podszyte drwiną zarzuty wobec „państwowego Tindera” o próby sztucznego sterowania światem relacji męsko-damskich są co najmniej spóźnione. Świat ten już został przeobrażony, inżynieria społeczna już zadziałała. Oczywiście na warunkach graczy rynkowych, których najważniejszą motywacją jest zysk.

Dawno temu, w realu

W ciągu ostatnich kilkunastu lat diametralnie zmieniło się postrzeganie flirtu w internecie. Jeszcze na początku drugiej dekady XXI w. poszukiwanie miłości czy też seksu w sieci traktowano jako przejaw głębokiej desperacji. Być może zresztą tak właśnie było – kilkanaście lat temu z usług platform do parowania (jeszcze niedostępnych na smartfonach, ponieważ i segment smartfonów dopiero raczkował) prawdopodobnie korzystały głównie osoby z trudną lub niemożliwą do zrealizowania potrzebą znalezienia drugiej połówki. Osoby, którym – jak to się kiedyś mówiło – „w realu” nie za dobrze szło.

Tinder, będący najpopularniejszą obecnie aplikacją randkową na świecie, pojawił się w 2012 r. Wiele osób utożsamia randkowanie online właśnie z tą platformą. Wraz z popularyzacją Tindera, z „ufajnianiem” aplikacji przez fakt korzystania z jej usług przez młode osoby z wielkich miast poszukiwanie pary przez internet przestało być społecznym tabu. I stało się nową normą. Dynamika tej rewolucji odbija się w danych mówiących o tym, w jaki sposób tworzą się obecnie związki.

Dane te pochodzą ze Stanów Zjednoczonych. Nic w tym dziwnego, jest to najlepiej owskaźnikowane społeczeństwo na świecie. Nie ma jednak powodu, by sądzić, że trendy nie powielają się w innych rozwiniętych i zindywidualizowanych krajach.

Według badania How Couples Meet and Stay Together w 2000 r. 28% par poznało się przez znajomych. Kolejne 16% – w pracy, 13% natrafiło na swoją połówkę w barze, 11% sparowało się dzięki pośrednictwu rodziny. 8% dostrzegło się w szkole, tyle samo na studiach. Niecałe 7% par nawiązało relację w sąsiedztwie. Najmniej popularnymi miejscami do zapoznania się były kościół (5%) oraz internet (4%).

A jak wyglądała sytuacja w roku 2024? Otóż 61% par poznało się w sieci (choć nie tylko przez aplikacje randkowe). Na kolejnych miejscach plasują się przyjaciele. Dzięki nim powstało 14% par. Praca, bar, rodzina, kościół, szkoła czy sąsiedztwo – tu przypada zaledwie po kilka procent. A niecały 1% poznał się na studiach.

Jak do każdych statystyk, również do tych można (a nawet należy) podchodzić z pewnym dystansem. Dane z Polski zebrane przez CBOS w 2025 r. nie są tak jednoznaczne – w pokoleniu milenialsów i zetek wciąż 24% par poznało się na prywatnej imprezie bądź u znajomych, 17% w szkole i na studiach. Internet i aplikacje liczone razem to też 17%, dalej zaś znajdują się: miejsce pracy oraz dyskoteki, kluby oraz puby i restauracje. Przy czym autorzy raportu zauważają, że w najmłodszej grupie przypadki par poznających się w klubach i pubach praktycznie nie występują. Wśród zetek internet odpowiada już za 23% związków (przy 15% wśród millenialsów). Jasna jest zatem trajektoria zmian – jeśli chodzi o dobieranie się w pary, na znaczeniu ogromnie zyskała sieć, a straciły tradycyjne sposoby zapoczątkowane przez interakcje twarzą w twarz. Nie powinno to zresztą dziwić w świecie, gdzie nową realnością jest ta, która kiedyś była nazywana „światem wirtualnym” (proszę młodsze pokolenia o wybaczenie takiego anachronizmu). Proces ten może być zresztą wzmacniany przez powolne wypieranie staromodnych form podrywu. Dzisiaj mężczyzna (tak, to zazwyczaj był i wciąż bywa mężczyzna) podchodzący do dziewczyny na ulicy, obsypujący ją komplementami, robiący niezdarne awanse czy po prostu proszący o numer telefonu jest traktowany jako creep, jako natręt o niejasnych lub wprost złych intencjach. Wiele osób może zapytać: „Co jest złego w tej zmianie?”. Z perspektywy nowej normy kulturowej nie ma w niej nic złego. Z perspektywy starej normy nie było nic złego w podejściu do dziewczyny i poproszeniu jej o numer telefonu.

Proszę mnie bynajmniej nie podejrzewać o bycie beneficjentem starego porządku – nie przypominam sobie, żebym w swoim 40-letnim życiu podszedł do kogokolwiek na ulicy z zasygnalizowanym zamiarem. Zauważam jedynie, że dokonała się zmiana kulturowa. Niektórzy mogą powiedzieć, że to w zasadzie nie ma znaczenia, ponieważ ludzie i tak masowo nie zagadywali do siebie na ulicy. Tak, to prawda. Ale mam intuicję (choć nie mam danych), że norma ta rozlała się również na bary, kluby i restauracje. Ten rodzaj sterylizacji interakcji twarzą w twarz spycha flirt coraz silniej do specjalnych, wydzielonych przestrzeni, którymi są właśnie aplikacje randkowe.

Król Tinder

Właściciel Tindera twierdzi, że apka została pobrana niemal 650 mln razy. Miesięcznie z usług platformy korzysta ponad 50 mln ludzi w 190 krajach świata. Z artykułu grupy badaczy pod przewodnictwem Mariny F. Thomas opublikowanym w czasopiśmie „Telematics and Informatics” dowiadujemy się, że przeciętny użytkownik Tindera loguje się do aplikacji 11 razy dziennie i pozostaje w niej do 8 min. To przekłada się na łączną półtoragodzinną obecność na platformie w ciągu doby.

Według portalu DatingZest.com globalnie znaczna większość użytkowników platformy to mężczyźni – ponad 75%. Proporcje różnią się w zależności od kraju. Nie jest to zresztą sytuacja specyficzna dla Tindera. Genderowa dysproporcja w większości apek randkowych wygląda podobnie – panów ich używających jest więcej niż pań. Jednoznacznych i precyzyjnych informacji zazwyczaj jednak brak. Firmy strzegą ich, ponieważ dane te stanowią ważną część ich modelu biznesowego. A otwarte przyznanie, że nierówności istnieją, mogłoby zniechęcić część potencjalnych klientów.

Kiedy szukam informacji na temat tego, ile osób w Polsce korzysta z usług tego typu platform, trafiam na niepotwierdzone dane (problem z nieprecyzyjnymi informacjami wydaje się domeną całego świata relacji romantycznych) o jednej trzeciej wszystkich dorosłych oraz 70% w generacji Z. Wydaje się więc, że dobrym przybliżeniem sprawy w naszych rozważaniach będzie ogólne zarysowanie krajobrazu – z apek randkowych korzysta sporo Polaków i Polek. Im młodsze osoby, tym chętniej to robią.

Nieco bardziej precyzyjnymi informacjami dysponuje Media Panel, który w styczniu 2024 r. przebadał polski online’owy rynek randkowania. „Aplikacje z kategorii »Randki« odwiedziło łącznie ponad 5,5 mln internautów, przy czym średnio dziennie wartość ta wynosiła 658,6 tys. Na przestrzeni całego miesiąca wygenerowali oni 263,8 mln odsłon

i spędzali na nich średnio dziennie 15 min i 39 s” – czytamy w informacji prasowej. Odwiedzający to w zdecydowanej większości mężczyźni (63% vs. 37%). Panowie również spędzali na stronach randkowych więcej czasu niż kobiety.

Aplikacje wydają się mieć również swój aspekt klasowy i geograficzny. W tych obszarach w zasadzie w ogóle nie ma analiz dla Polski. Mówiąc „nie ma”, mam na myśli, że nie są one dostępne publicznie. Same aplikacje z całą pewnością posiadają zagregowane dane o swoich użytkownikach pocięte przez kategorie wieku, płci, geograficznie, dochodowo, klasowo, temperamentalnie, perspektywicznie z punktu widzenia możliwości subskrypcji i co tam jeszcze da się wymyślić w ramach optymalizacji biznesowej. Posługuję się więc pewnymi intuicjami i socjologicznym nosem.

Nieproporcjonalnie wiele osób korzysta z aplikacji w dużych miastach. W średnich i mniejszych ośrodkach całego Tindera można „przejść” w góra kilkanaście minut. Efekt jest jeszcze bardziej widoczny w nieco bardziej niszowej (choć wciąż jednej z popularniejszych) aplikacji, jaką jest Bumble. Jej użytkownicy mieszkają prawie wyłącznie w największych metropoliach. Wydaje się, że jeśli ktoś pojawia się na prowincji, to przejazdem z wielkiego miasta (być może odwiedzając rodzinne strony). Skąd ta intuicja? Cóż, zdjęcia, które umieszczamy na platformach, zdradzają wiele o naszym klasowym i aspiracyjnym backgroundzie.

Algorytmy i plemiona

Jeżeli ktoś ma fotkę na tle domowych kwiatków i firanki, a do tego strój w stylu „raczej uroczysty, na rodzinny obiad”, to prawdopodobnie jest z klasy średniej niższej lub ludowej. Jeżeli natomiast ktoś wrzuca zdjęcie cechujące się wystudiowaną niedbałością, częściowo rozmazane, w anturażu estetyczno-inteligenckiego dekorum (w doniczce monstera, na ścianach obrazy z polskiej szkoły plakatu, ewentualnie zdjęcia z muzeów sztuki współczesnej), to mamy do czynienia z osobą z klasy średniej lub średnio-wyższej, z wysokim kapitałem kulturowym. Osoby z pierwszej grupy w przypadku małych i średnich miejscowości to raczej autochtoni, osoby z drugiej – wielkomiejska klasa kognitywna. To oczywiście niejedyne zaszeregowania, których można dokonać na aplikacjach randkowych. Można się zżymać na cynizm tego opisu, na niesprawiedliwe uogólnienia. Nie zmienia to jednak faktu, że dla większości osób korzystających z apek oznaki przynależności do danej grupy są dość czytelne (choć czasem pozostają poniżej progu świadomości). Częściej maczujemy się (ang. match – tak potocznie nazywa się dopasowanie w aplikacji) w ramach klas społecznych, a nie między nimi.

Dla osoby ze zdjęciem z firanką w tle fotka dziewczyny z wystawionym językiem i wywróconymi oczami jest niezrozumiała i odpychająca. Dla tej drugiej z kolei obraz człowieka na tle telewizora to cringe. Chyba że jest to ironiczne zdjęcie na tle telewizora. Tak, takie niuanse też grają rolę w maczowaniu się. W – za przeproszeniem – inteligenckim gronie kolejne poziomy ironii są czytelnym znakiem przynależności do tej samej grupy społecznej w imię zasady „kto ma wiedzieć, ten wie”. Algorytm dość szybko zresztą rozpoznaje nasze preferencje. Osobom, które partnerów ze zdjęciem firankowym słajpują w prawo (ang. swipe right – przesunięcie w prawo w aplikacji to gest aprobaty), mechanizm będzie podsuwał coraz więcej podobnych profili. Przynajmniej na początku. Dziewczynie z fotką z wywróconymi oczami pokaże osoby pstryknięte na niezależnych festiwalach, chodzące po muzeach lub ironicznie pijące piwo przy ognisku. Kto ma wiedzieć, ten wie.

Dzięki temu na samym początku korzystania z aplikacji te oferują nam (przynajmniej części z nas, o czym za chwilę) dopaminowy haj. Algorytmy uczą się naszego gustu oraz podsuwają nasz profil osobom o zbliżonych preferencjach. Ten czas pozytywnego warunkowania skłania nas do intensyfikacji korzystania z apek. Któż by nie chciał mieć mnóstwa maczów?

Wiele osób zresztą nigdy nie wychodzi poza etap zbierania ich niczym pokemonów. Po co więc cała ta gra? Ponieważ maczowanie jest najzwyczajniej na świecie przyjemne: daje dreszcz emocji, tworzy gabinet luster, w którym odbija się nasza atrakcyjność. Pozwala myśleć, że skoro podobamy się tak sporej liczbie nienagannie wyglądających ludzi, to nie jest chyba z nami tak źle.

Mało tego, wiele osób, będąc w związkach, również słajpuje, przeszukując profile. Według badania Digital Care21% osób stwierdziło, że zdarzało im się korzystać z aplikacji randkowych, mając partnera lub partnerkę. Po co to robią? Pierwsza i nasuwająca się odpowiedź (zdrada) nie musi być wystarczająca. Część osób może praktykować jakiś rodzaj coraz popularniejszej etycznej niemonogamii (pozostawanie w związku romantycznym z kilkoma osobami naraz lub pozwalanie sobie na kontakty seksualne, o których wie i na które się zgadza partner / partnerka). Część robi to w celu wyżej wspomnianego „kolekcjonowania pokemonów” lub aby stworzyć sobie „opcje zapasowe”. Wróćmy jednak do kwestii mechanizmów działania samych aplikacji. Po wstępnym etapie haju z reguły następuje przerzedzenie maczów. Te trafiają się coraz rzadziej, ponieważ nasz profil, o ile nie cieszy się superpopularnością, zostaje przez algorytmy zepchnięty z listy najczęściej wyświetlanych. Dotyczy to zwłaszcza mężczyzn. Tymczasem to oni są bardziej zainteresowani randkowaniem. Dowodzi tego zarówno dysproporcja między liczbą użytkowniczek…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Chcę mieć serce spokojne