Jedną z zadziwiających konsekwencji ogłoszonego przez Francisa Fukuyamę w ostatnim dziesięcioleciu XX w. „końca historii” stała się atrofia przyszłości. Nie przyszłości jako ciągu zdarzeń, ale przyszłości jako wizji zmiany, oczekiwania na coś nowego, nadziei na lepszy świat. Jak bowiem można było marzyć o czymś lepszym, sprawiedliwszym, szczęśliwszym, gdy z naukową precyzją i ogromną siłą argumentacji udowodniono nam, że teraźniejszość będzie trwała już zawsze w tej formie, którą znamy, że czas przyszły jest niezmiennie dokonany, że każdy dzień będzie powtórzeniem wszystkich dotychczasowych dni? I nic tu nie zmienia fakt, że Fukuyamie chodziło o koniec sporu ideologicznego na temat formy organizacji politycznej ludzkich społeczeństw, a nie o to, że już nic nie miało się zdarzyć. Według niego demokracja liberalna oparta na wolnym rynku udowodniła swoją wyższość nad wszystkimi innymi projektami politycznymi, a w szczególności nad projektem komunistycznym. Promienne idee Róży Luksemburg, nadzieje pokoleń XIX-wiecznych rewolucjonistów utonęły w morzu krwi wylanej przez Stalina i Mao.
Problem w tym, że ten pomysł oznaczał nie tylko wyższość demokracji liberalnej nad istniejącą alternatywą ideową. Oznaczał w istocie to, że tak już będzie zawsze, że nigdy nie pojawi się nic, co może zmienić świat. Życie zamknie się w kołowrocie – coraz intensywniejszej pracy, korków w drodze do niej i w trakcie powrotów, czasu wolnego, który trzeba jakoś wypełnić, np. kupowaniem niezbędnych i zbędnych rzeczy… Przy czym opis ten dotyczy pewnego tylko odłamu ludzkich społeczeństw, globalnej klasy średniej. To do niej stosować się mogą przenikliwe zdania Hannah Arendt, zanotowane, by pokazać kondycję psychiczną europejskiego mieszczaństwa w przededniu I wojny światowej. Pisała o „czarnym duchu nudy”, który przenikał świat mieszczańskich salonów, wypierając z nich nadzieję towarzyszącą czasom po Wiośnie Ludów. Na przełomie XX i XXI w. czarny duch nudy zatruwał codzienność galerii handlowych, grodzonych osiedli i dróg szybkiego ruchu, na których mieszkańcy przedmieść stali w korkach, próbując wyjechać na weekend.
Jednak dla ogromnych mas innych ludzi żyjących poza Zachodem koniec historii oznaczał nędzę, przemoc, często wojnę i przejmujący brak nadziei. Powtórzmy: brak nadziei.
W szczególny sposób ta druga strona medalu dotyczyła przegranych globalizacji w obszarze ówczesnego Zachodu. A było ich bardzo wielu, albowiem globalizacja oznaczała przeniesienie pracy produkcyjnej w inne rejony świata i wypchnięcie ogromnie ważnego do tego momentu odłamu zachodnich społeczeństw – wielkoprzemysłowej klasy robotniczej, poza status ludzi potrzebnych. W postindustrialnym społeczeństwie mniej więcej jedna trzecia populacji – dawniej ludzie produkujący – stała się zbędna. Utrzymywana za pomocą niezliczonych zasiłków, zabawiana na stadionach – tych nowożytnych arenach – coraz bardziej przypominała ludność schyłkowego Rzymu. Ci, którzy jeszcze pracowali, utracili godność proletariatu, stali się żyjącym z dnia na dzień prekariatem. Wszyscy zaś zostali pozbawieni nie tylko nadziei, zostali pozbawieni także godności.
Zwróceni ku przeszłości
Na szczęście ten schyłek się skończył. Użycie określenia „na szczęście” jest dwuznaczne, bo sam rozpad tamtego świata przyniósł kolejną falę nieszczęść. Jednak poza nieszczęściami przyniósł też myślowy chaos, z którego mogłyby wykluć się nowe idee. Czyli nadzieję, trudną, ale jednak nadzieję.
Rozpad zaczął się – przyjmijmy – wraz z kryzysem finansowym 2007/2008 r. Mechanizm globalizacji się zaciął, co oznaczało nie tyle to, że globalizacja, jak chce wielu, została unieważniona, ile raczej to, że zaczęła toczyć się po innych szlakach. Jakby wjechała na zwrotnicę i zaczęła poruszać się po innym torze. I znowu, tak jak w ostatnim trzydziestoleciu XIX w., kiedy mniej lub bardziej wolnorynkowy kapitalizm zamienił się w formację zwaną imperializmem, w którym potężne kręgi przemysłowe europejskich mocarstw zrosły się praktycznie w jedno z politycznymi i wojskowymi elitami swoich krajów, tak dziś kontynentalne imperia, rządzone przez technologiczno-polityczny establishment, zaczynają szczerzyć na siebie kły. W tamtej epoce efektem procesu było narastanie nacjonalizmów, podobnie jest dzisiaj. Z tym że dzisiaj na nacjonalizm stać tak naprawdę organizmy polityczne o skali kontynentalnej: USA, Chiny, Indie i schyłkową Rosję… Dla innych nacjonalizm jest zabawą na kredyt. Za który przyjdzie drogo zapłacić.
Dlaczego odpowiedzią na kryzys globalizacji stał się nacjonalizm? Jedną z przyczyn jest brak przyszłości. Brak wizji, która by łączyła ludzi w imię wspólnej nadziei.
Brak projektu, planu, myśli o nowym, lepszym świecie, w którym silniejszy czy silniejsi nie będą musieli deptać słabszych.
Gdy nie ma wizji lepszej przyszłości, tego, co kiedyś nazywano utopią, pragnienia wielkich grup ludzkich zwracają się ku przeszłości. To w niej zaczyna się upatrywać wizji lepszego świata. Ten gest Zygmunt Bauman nazwał poszukiwaniem retrotopii. Retrotopia ma coś wspólnego z utopią; nie jest historyczną prawdą realnej przeszłości. Jest wyidealizowanym obrazem „starych, dobrych czasów”, w których ludziom jakoby żyło się całkiem nieźle. A przeszłość większości ludzi określona była przez narodowe tożsamości i imaginaria. Najczęstszą więc formą retrotopii jest marzenie, żeby wrócić do epoki państw narodowych, homogenicznych kultur, jednolitego reżimu moralnego – narzuconego przez religię panującą – i niekwestionowanej dominacji większościowej grupy etnicznej. W USA to marzenie napędza ruch MAGA, kusząc wizją Ameryki z lat 40. i 50., uprzemysłowionej, dominującej w świecie, z kobietami jak laleczki z serialu Mad Men i mężczyznami także stamtąd. Bez czarnych (bo znają swoje miejsce), bez latynosów (bo jeszcze nie przyjechali), bez muzułmanów (jacy muzułmanie?), ze światem etyki protestanckiej określającym codzienne zachowania… W Polsce – to konserwatywna wizja Polski białej, katolickiej, bez Żydów, elgiebetów, lewaków i migrantów, z kobietami dbającymi, by „zupa nie była za słona” (bo jak nie, to…), i bez przerwy, chcą czy nie chcą, rodzącymi dzieci dla tej mlekiem i miodem płynącej krainy. Dodam, że nie mam nic przeciw dzieciom. W europejskich krajach z „rdzeniowej” części kontynentu jest to najczęściej marzenie o czasach wielkości: potędze Francji, imperium brytyjskiego czy Wielkich Niemiec. Itd., itp.
Trzeba jednak zauważyć, że nie jest to jedyna retrotopia rządząca wyobraźnią mieszkańców Globalnej Północy, a w szczególności Europejczyków. Gwoli sprawiedliwości dodać należy, że ogromny odłam współczesnego mieszczaństwa, wielkomiejska klasa średnia – która ukształtowała się na dawnym Zachodzie w latach 70. i 80., a w Europie Środkowej w okresie transformacji lat 90. i początku 2000. – ma również swoje „retrotopijne”, fantazmatyczne marzenie. Obsługując ówczesną globalizację, uwierzyła w obietnicę Fukuyamy; uznała, że koniec historii już nastąpił i że zawsze będzie mniej więcej tak jak wtedy. Kulturowo określona przez młodzieżową rewoltę końca lat 60., z jej indywidualizmem, permisywnym stosunkiem do życia „bez zobowiązań”, ale pozbawiona już iluzji, zapisanych w czerwonej książeczce Mao, umościła się w wiecznym „teraz”. Wiecznie będzie się sączyło latte na miejscowym „zbawixie”, kupowało mnóstwo mniej lub bardziej niepotrzebnych rzeczy, martwiło się o szkołę dla dziecka, a jedynym prawdziwym ciężarem będzie to, że trzeba na to wszystko zarobić, uczestnicząc w wyścigu szczurów. Każdego, kto mówi, że to się skończyło, traktuje owa klasa jak wroga, na zagrożenie wojną – mniej lub bardziej realne – odpowiada, że w razie czego ucieknie do Hiszpanii, zaś troski Ostatniego Pokolenia kwituje wzruszeniem ramion.
Obie retrotopie określają podstawowy podział społeczeństw Globalnej Północy. Z jednej strony polityczni przedstawiciele wielkomiejskiej klasy średniej głęboko związanej z globalizacją, tęskniący do obietnic Fukuyamy i spoglądający na dawny Zachód, z drugiej – dziwny sojusz krajowych oligarchii, prowincjonalnego mieszczaństwa i prekariatu, broniący narodowego folwarku i w Polsce – wzorem odwiecznych wyborów endecji – stawiający na Rosję.
Jak wykorzystamy chlaśnięcia?
Te zmiany unaoczniają jednocześnie coś nieoczywistego. Otóż wielkie ruchy struktur społecznych mogą mieć głęboko ambiwalentne skutki, tworzą możliwości dla pozytywnej przebudowy porządków w kierunku bardziej sprawiedliwych i ludzkich, ale też stanowią okazję dla różnego rodzaju drapieżników, którzy gotowi są je wykorzystać, by zwiększać swój zysk i swoją władzę. Żeby opisać tę tendencję, Naomi Klein wprowadziła pojęcie slaps, chlaśnięć, czyli kryzysów społecznych, wykorzystywanych przez międzynarodowy kapitał i wielkie korporacje do powiększania obszaru swoich wpływów.
Chcę jednak przechwycić to pojęcie. Slaps, chlaśnięcia, takie jak pandemia czy kryzys finansowy, są szansą dla społeczeństw, by wyrwać się z myślowych kleszczy retrotopii i zacząć poważnie myśleć o przyszłości. Jednym bowiem z największych problemów, utrudniających powrót przyszłości jako ważnej kategorii, jest ludzka tendencja do zaprzeczania rzeczywistości, a wręcz przekłamywania jej.
Polega ona na tym, że nawet jeśli widzimy fakty, szukamy takiej opowieści, która pozwoli powiedzieć o nich: no tak, ale przecież na dłuższa metę nic się nie zmieni… I przestać myśleć.
A jednak jest o czym myśleć.
Poza kryzysem globalizacji odzwierciedlającym ogromne ruchy tektoniczne całego porządku światowego, w którym dawny Zachód traci dominującą pozycję, dzieje się coś, czego skutki są właściwie nie do wyobrażenia. Kryzys klimatyczny przyniesie zmiany warunków bytowania miliardów ludzi. Tylko w przybliżeniu wiemy, co się zdarzy. Pewne jest jednak, że koszty owej katastrofy ponosi w o wiele większym stopniu Globalne Południe, a to oznacza, że ludzie stamtąd będą dążyć na północ. Konflikty wokół migracji staną się na Globalnej Północy pożywką dla społecznej skłonności do dyktatury, bo dyktatura obiecuje bezwzględne i skuteczne rozprawienie się z obcymi. USA są bardzo dobrym przykładem tej ewolucji. Poza takim konkretnym politycznym efektem podgrzewania planety trzeba się liczyć z tym, co wydaje się trudne do wyobrażenia: że pewnego dnia w Europie może zabraknąć wody w kranach, prądu w gniazdkach, a za chleb będzie się płaciło więcej niż kiedykolwiek. Może własną wolnością, a może – ciałem. Dlatego określenie nadchodzącej epoki przez Janisa Warufakisa jako technofeudalizmu nie jest całkiem pozbawione sensu.
Oczywiście nie wiemy na pewno, czy to wszystko się zdarzy. Ale ogromne zmiany struktury społeczeństw, w których żyjemy, są pewne.
Na to nakładają się i przyspieszają wstrząsy społeczne rewolucja technologiczna…