Subskrybuj
dziennikarka i publicystka. W latach 1996–2008 była redaktorką „Tygodnika Powszechnego”. Laureatka nagrody dziennikarskiej Grand Press w kategorii wywiad (2007). Wydała m.in. Co zdążysz zrobić, to zostanie. Portret Jerzego Turowicza (Znak 2012) oraz Ludzie Znaku (2015)....

Co się stało z Mają?

Widzom trudno zamknąć oczy, chociaż mają serdecznie dosyć: niewygodnej szkolnej ławki, na której siedzą, inscenizowanej na scenie przemocy, walających się strzykawek, gniecionych puszek...

Świat Jarosława Figury – polonisty, aktora i reżysera z Lublina – ma wiele ścieżek i zakamarków. Wypełniają go obrazy Weissa czy Mehoffera, ale także sztuka o Bracie Albercie. Wystawy przygotowywane dla muzeów oraz spektakle z udziałem zaleczonych alkoholików, wyciągniętych spod mostów i innych nor kryzysu bezdomności. Są adaptacje bajek dla dzieci i teatr nazywany przez Figurę terapeutycznym, dzięki któremu udało mu się spotkać ludzi, których „teatr uleczył”.

– Zrobiłem już ponad 40 spektakli, ale jestem raczej wymyślaczem niż reżyserem – stwierdza dawny aktor Sceny Plastycznej KUL, stworzonej ponad pół wieku temu w Lublinie przez Leszka Mądzika. – Moim zapleczem jest nie tylko warsztat teatralny czy inne umiejętności artystyczne. Zaryzykowałbym nawet twierdzenie, że większość tego, co robię w teatrze, bierze się z serca i z doświadczenia. Wyłapuję znaki: czego inni ode mnie oczekują, co ja mogę dla nich zrobić.

Ze Sceną Plastyczną Mądzika związał się w 1991 r. Napisał pracę magisterską na ten temat, a potem angaż aktorski łączył z obowiązkami dyrektora technicznego. Mądzika intrygowały możliwości plastyki, przestrzeni i światła. Obywał się jednak bez słowa – na jego scenie przez 56 lat (teatr zawiesił działalność po śmierci założyciela w marcu 2025 r.) padło ich niewiele. Nigdy też aktorzy jego spektakli nie wychodzili do braw.

W spektaklach Figury są ukłony, aplauz, a nawet odrobina lekkiego haju czy może uniesienia, kiedy młodzi ludzie poczują, że uczestniczą w wydarzeniu niezwykłym, które ich zmieniło. Być może także odbiorców. Jest reżyseria świateł i oprawa muzyczna. Bez intrygującej zmysły otoczki widzowie być może nie chcieliby słuchać treści niesionych przez słowa, bo te dotyczą uzależnień, odrzucenia i samotności, zawiedzionych nadziei, rozczarowania sobą. Podczas spektaklu widzom ma być źle albo chociaż niewygodnie. Za to później ma być dwa razy lepiej niż wtedy, kiedy dla wygody czy z tchórzostwa ukrywali problemy, z którymi nie mieli odwagi się zmierzyć, np. hejt.

Nitki czyli bluzgi

– Pokaż, jak się denerwujesz, np. przed sprawdzianem – zachęcał Figura. – Obgryzasz paznokcie? Bujasz się w przód i w tył? Nerwowo chodzisz po korytarzu? Teraz wyobraź to sobie i zagraj.

W jednej z podstawówek w Puławach przemoc pojawiła się na forum szkolnego komunikatora. Uczeń zaczął wyzywać i poniżać kolegę. Pozostali, a potem ich rodzice, czytali i się przypatrywali. Do czasu. Potem wzięli udział w rozgrywce, dorzucając kolejne nienawistne słowa. Obrzucanie błotem na Messengerze zakończyła interwencja dyrekcji szkoły, z udziałem pedagoga i psychologa. To był krok pierwszy. Drugi nauczyciele postawili już z Jarosławem Figurą, prosząc go o zorganizowanie spektaklu o tym, jak człowieka niszczą złe słowa. Zrobili to z nadzieją, że teatralne środki wyrazu okażą się bardziej przekonujące od pogadanek, ostrzeżeń na gazetce ściennej, a nawet rozmowy z policjantem.

Figura przyjechał do Puław z zarysem pomysłu na Hejtoklę: jest w klasie dziewczynka, która nie ma tam ani jednej bratniej duszy, nie ma też mamy i nie ma pieniędzy. Lubi się uczyć, więc kiedy zbliża się sprawdzian z informatyki, ona siedzi nad zadaniami, a klasa na Fejsie. Dziewczyna dostaje szóstkę, reszta klasy oceny daleko odbiegające od oczekiwań. I wtedy się zaczyna: „Ściągałaś, flądro”, „Ty sieroto jedna, weź się umyj, bo śmierdzisz”, „Łachmaniaro z ciucholandu”…

– Ciąg dalszy nastąpi w „społecznościówce”. – Reżyser objaśniał scenariusz grupce uczniów, którzy zdecydowali się przeznaczyć kilka wolnych dni na próby do spektaklu. – Na konto dziewczyny zaczynają spływać bluzgi, które pod postacią czerwonych nitek uczniowie będą przyczepiać do jej ubrania, laptopa, krzesła. Powstanie purpurowa pajęczyna nienawiści…

Figura ciągnął opowieść o pomyśle, który chciał przekazać widzom: mowa nienawiści osacza ofiarę tak ściśle jak pajęczy kokon. Albo jak klatka. Reżyser lubi wieloznaczne wyrazy i symbole, więc także tytuł spektaklu musi prowadzić myśli odbiorców w różne strony. Może „hejtokla” to hejtoklasa – wyraz wymyślony specjalnie dla nazwania szkoły, w której rządzi mowa nienawiści? A może to hejtoklatka, o której opowiadał przed momentem? A może przezwisko nadane nieszczęsnej ofierze przez klasowych oprawców? Niech widzowie myślą, przykładając do tego, co widzą, własne doświadczenia.

Uczniowie też myśleli: o tym, że będą odgrywać to, co jest ich udziałem w szkole i poza nią. Przecież im też się zdarzało obrywać albo to oni zadawali ciosy.

– O to chodzi: żeby zaczęli przyglądać się światu, w którym żyją – stwierdzi Figura ponad rok po premierze Hejtokli, którą poza społecznością puławskiej podstawówki obejrzało jeszcze kilkaset osób z innych placówek. – Dzięki temu pokazali wtedy jakąś prawdę, a to zawsze jest oczyszczające. Dla obu stron: dla widzów i dla aktorów.

Puste ręce

– Wiele lat temu popełniła samobójstwo koleżanka z pracy. Czasami zostawiałem pod jej opieką moje małe wówczas dzieci, gdy wpadałem do biura teatru, by załatwić pilne sprawy. Ania była życzliwa, uczynna, uśmiechnięta. I nagle pojawiła się jej śmierć. Stałem wśród żałobników, zastanawiając się, dlaczego niczego nie zauważyłem. Czemu nawet do głowy mi nie przyszło, że Anię mogą gnębić zmartwienia, z powodu których odechce jej się żyć?

Do czasu znalezienia nowego pracownika przejąłem jej obowiązki i jednym z pierwszych było przekazanie rzeczy dziewczyny rodzinie. Pamiętam, że wziąłem do ręki oryginalną koszulkę drużyny piłkarskiej z Liverpoolu, której Ania kibicowała, wkładając ją w dniach rozgrywania meczu przez ukochaną drużynę. W tym momencie w drugiej ręce zadzwoniła moja komórka. Prawa strona jej wyświetlacza była rozpikselowana. Zdębiałem, bo dokładnie taki sam defekt dotknął monitor biurowego komputera Ani, co dostrzegłem minutę wcześniej.

„Takie rzeczy nie mają prawa zdarzyć się w telefonie” – usłyszałem od Agnieszki, mojej żony, która pracowała wtedy w firmie telekomunikacyjnej. Problem rozwiązało zresetowanie komórki, ale we mnie pozostały wątpliwości. Pakowałem osobiste rzeczy Ani, patrząc w uszkodzoną połówkę jej stacjonarnego monitora i zastanawiając się, jak jest możliwy taki zbieg okoliczności. A może to się zdarzyło po to, żebym nie zapomniał o tym, co się stało? Że umarł człowiek. Nagle, nie wiadomo dlaczego. Rodzina i znajomi zostali z poczuciem, że powinni byli coś zrobić, żeby temu zapobiec. Niczego jednak nie zauważyli. Ani przygnębienia, ani strachu, ani żalu. Jak postępować, by tego nie przeoczyć? Dla mnie te techniczne awarie to był znak: że Ania jest gdzieś Tam, a jej śmierć, nikomu niepotrzebna, paradoksalnie może coś dać tym, którzy zostali po jej odejściu niczym z pustymi rękami.

Anioł chodzi po stole

Był 2016 r., zbliżały się ferie zimowe. Za kilka miesięcy ministra edukacji z rządu Zjednoczonej Prawicy zdecyduje o reorganizacji struktury polskiego szkolnictwa i zlikwiduje gimnazja. Jednym z powodów decyzji było przeciwdziałanie przemocy rówieśniczej, której miała sprzyjać trójstopniowa struktura polskiej szkoły, zbierająca dojrzewającą młodzież w osobnej placówce. W Janowcu nad Wisłą nie rozmawiano jednak o kolejnej zmianie w szkolnictwie nazywanej reformą edukacji, ale o uzależnieniach. Uczniowie siedzieli z nosami w komputerach (smartfony dopiero zaczną zdobywać użytkowników). A jeśli akurat byli offline, niektórzy z założenia trzymali się na uboczu. Problemem były narkotyki rozdawane przez dilerów, dla pozyskania w przyszłości nowych klientów, za darmo.

Jarosław Figura w Janowcu schudł w kilka dni prawie cztery kilo. Dziesiątki razy wchodził na drugie piętro szkoły: z kablami, głośnikami, aparaturą świetlną, potem z pryzmami papieru i belami czarnej materii. Przypomniał sobie, że kiedy w 1988 r. rozpoczynał na UMCS w Lublinie studia polonistyczne, chciał po dyplomie zostać dziennikarzem sportowym, bo lubił ruch i zmęczenie po fizycznym wysiłku. W tworzonym przez niego teatrze, zwłaszcza jeśli przygotowywał spektakl własnymi siłami, zaczynało być podobnie: był ustawiczny ruch i zmęczenie.

Brał na ręce belę czarnej materii, wchodził na drabinę. W prawej ręce trzymał młotek, w zębach gwoździe. Czarnym suknem obijał ściany 100-metrowego korytarza szkolnego, czytając zasłaniane materią gazetki ścienne, na których ostrzegano przed zgubnym wpływem narkotyków i dopalaczy. Ile osób je przeczytało? Ilu przejęło się ryzykiem uzależnienia? Dyrekcja obawiała się, że niewielu, dlatego zaproponowała Figurze zrobienie spektaklu z udziałem uczniów. Teraz przekształcał korytarz z licznymi drzwiami w przestrzeń teatralną, w której możliwa byłaby gra światłem. Myślał o spektaklu, który widzowie powinni byli odebrać tak, jakby osobiście „każdemu z nich patrzył w oczy, trzymając dłonią za mordkę”.

W pokoju nauczycielskim, gdzie spotkał się z grupką uczniów chętnych do podjęcia prób, patrzyło jednak na niego kilkanaście par oczu, niepewnych swojego udziału i możliwości. W powietrzu złowił spojrzenie ładnej dziewczyny, która robiła wrażenie, jakby nie miała ochoty z nikim rozmawiać.

„Foch? – zaczął się szybko zastanawiać. – Ale ten ból w twarzy…”

Nie było czasu na dłuższe zastanawianie się, bo w ułamku sekundy zdecydował, że wskakuje na stół. Momentalnie się obudzili.

– Teraz wy – rzucił Figura. – Pokażcie, co potraficie zrobić w tym świętym pokoju nauczycielskim…

Chwilę trwało, nim dotarło do nich, jaką szansę właśnie dał im los. Wreszcie ktoś przyznał, że nie znosi matematyki, więc Figura sięgnął po klucze do sali nr 15, gdzie odbywały się lekcje tego przedmiotu, otworzył drzwi i rzucił klucze daleko w korytarz. Jeszcze nie ucichł wyzwalający rechot, kiedy jedna z dziewczyn stanęła na dzienniku swojej klasy, który wcześniej cisnęła na podłogę. Próby do spektaklu były dopiero przed nimi, tymczasem spontanicznie rozpoczęty performance uwidaczniał na kolejnych osobach oczyszczającą moc.

Z wysokości stołu przebiegał szybko wzrokiem po twarzach rozbawionych młodych ludzi, oceniając, kto jaką rolę mógłby zagrać.

– Będziesz aniołem – zdecydował, wskazując na dziewczynę, która bawiła się najlepiej.

Widać, że lubiła być w centrum uwagi. Komu więc bardziej pasowałby jego złoty płaszcz? Chodząc władczo po stole, będzie w prologu spektaklu pociągać za sznurki, łączące użytkowników z ich osobistymi komputerami. Chłopak, na którym performance nie zrobił wrażenia i podczas spotkania wypowiedział nie więcej niż trzy słowa, usiądzie z kolei przed ogromnym monitorem ustawionym tuż przed nosem widowni. Nie zmieniając wyrazu twarzy, spędzi przed nim godzinę wpatrzony w ziejący poświatą komputerowy ekran. Z kolei ładna dziewczyna z „bólem w twarzy”, o smutnych oczach otrzyma rolę nieszczęśliwie zakochanej, która nie potrafi odejść od poniżającego ją chłopaka.

Spektakl Wejście – wyjście zrobili w kilka dni i zagrali kilkanaście razy, choć miał być zaledwie jednorazowym wydarzeniem.

Chiński po japońskim

– W liceum dawano mi odczuć,…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Ile nas dzieli od szczęścia