Subskrybuj

To nie jest dobre miejsce do życia, ale dobre do nauki

Proszę dziewczynkę o pokazanie mi pokoju, w którym śpi. Wychodzimy ze stołówki i idziemy do dwupiętrowego budynku, gdzie mieszczą się pokoje dla dziewcząt. Na ścianie klatki schodowej wymalowano płaczące dziecko, które głaszcze po głowie ręka wystająca z rękawa w kolorach flagi afgańskiej.

W ciemnej, odrapanej stołówce w sierocińcu Allahudin w Kabulu grupka 20 dzieci w wieku od dziesięciu do piętnastu lat, siedząc na zniszczonych ławkach, rysuje flamastrami na kawałkach papieru swoje marzenia. Kim chciałyby być w przyszłości? To temat dla nich bardzo zajmujący. Na rysunkach obok postaci są szczegółowe opisy zawodu, jaki dzieci chciałyby wykonywać, kiedy dorosną. Potem każde z nich staje pod ścianą i, prezentując rysunek, opowiada, jakie będzie jego dorosłe życie. Najad (10 lat) chce być biznesmenem, będzie miał firmę budowlaną i będzie bardzo bogaty, przedstawił siebie w eleganckim, europejskim garniturze. Nurbibi (10 lat) chce być pielęgniarką, narysowała siebie ze strzykawką, zajmie się dziećmi i zamierza tak robić zastrzyki, żeby nie płakały. Nangiolaj (11 lat) chce być policjantem, ale takim „od ruchu drogowego”, Azaratulla (12 lat) chce być szoferem autobusu i wozić ludzi daleko – przy okazji zobaczy świat poza sierocińcem. Zainab przedstawiła swoje marzenia po angielsku, dziś ma 13 lat, a w przyszłości będzie nauczycielką od komputerów, mówi o tym z całkowitą pewnością. Będzie dobrze zarabiać i uczyć innych czegoś pożytecznego.

One chcą więcej

Zajęcia z wielokulturowości, jak również inne kursy pozaszkolne dla dzieci z sierocińców kabulskich, to pomysł i pasja Ani Boniewicz, szefowej misji PAH Afganistanie. Ania bardzo szybko nauczyła się języka dari, co pozwoliło jej nawiązać kontakt z dziewczynkami z sierocińca, a nawet zdobyć ich zaufanie. Poznała ich pragnienia i wiedziała, czego najbardziej potrzebują. Nie wymalowania ponurych sypialni, nie remontu brudnych toalet i niekoniecznie uruchomienia nieczynnych od miesięcy pryszniców, które pokryły się kurzem. Lepiej dać możliwość uczenia się i poznawania fascynującego świata, do którego wcześniej nie miały dostępu. Zajęcia z wielokulturowości z założenia nie są kursem zawodowym i trudno jest jednoznacznie określić jego wymierne rezultaty. Spotkania są prowadzone w formie warsztatów, dzieci uczestniczą w różnych grach i zabawach interaktywnych, przedstawiają dramy, rysują, dyskutują, czyli robią to, czego w normalnej szkole brak. Często punkt wyjścia do dyskusji stanowią afgańskie przysłowia, baśnie lub wydarzenia historyczne. Ponadto dzieci uczą się o dziedzictwie kulturowym i historycznym Afganistanu, o zabytkach, tradycjach i obyczajach różnych grup etnicznych. Zdobywając wiadomości o różnych kulturach i językach w Afganistanie, o zróżnicowaniu geograficznym, strojach czy biżuterii, dzieci uczą się tolerancji, więcej – szacunku dla innych dzieci, bez względu na to, z jakiej grupy etnicznej pochodzą, jaki jest ich rodzimy język, czy są to dzieci niepełnosprawne, chłopcy czy dziewczynki.

W tym roku do programu zostały włączone zajęcia z praw dziecka. Dzieci, które miały i wciąż mają trudne życie, dzięki tym zajęciom uświadamiają sobie swoją wartość i swoje prawa, na przykład prawo do nauki albo prawo do nie podejmowania pracy zarobkowej w dzieciństwie. Przy okazji uczą się, że każde z nich ma własną tożsamość, własne marzenia i że trzeba szanować inne dzieci i ich marzenia. Udział w tych zajęciach ma też znaczenie terapeutyczne, biorąc pod uwagę to, w jakich warunkach się wychowują i że niejedno z nich wiele w życiu przeszło. Wzrasta ich samoocena, poczucie własnej wartości, wiara w lepszą przyszłość, dzieci stają się otwarte, łatwiej przychodzi im akceptować osoby z otoczenia – te mówiące z innym akcentem, pochodzące z różnych obszarów Afganistanu, odmiennie się zachowujące.
Po zajęciach rozmawiam z Zainab. Marzy o tym, by dostać się na studia, dlatego bardzo ciężko pracuje i uczy się pilnie, nie ma czasu na zabawy, każdą chwilę wolną od obowiązków w sierocińcu (sprzątanie, opieka nad młodszymi) poświęca na naukę. Zainab jest bardzo poważna jak na swój wiek, nie uśmiecha się, podczas naszej rozmowy powtarza wielokrotnie, że tutaj czuje się dobrze i nie chce wracać do swojego wujka, który jest dla niej niedobry. Rodzice i brat Zainab zginęli pięć lat temu w Mazar-i Sharif pod bombami, ją i młodszą siostrę zabrał wujek, który posłał ją do Pakistanu, gdzie pracowała na budowie. Potem wróciła do Kabulu, wujek ją bił, nie dawał jeść, zmuszał do pracy. Nie chciała już dalej tak żyć, poszła do pobliskiej szkoły. Tam spotkała nauczycielkę, która, wysłuchawszy jej historię, przyprowadziła ją do sierocińca. Jest tutaj od dwóch lat razem z jedenastoletnią siostrą. Kiedy wujek przychodzi po nią czasami, ukrywa się, nie chce iść. Zainab zaprogramowała sobie przyszłość bardzo dokładnie: właśnie studia, a potem będzie uczyła innych obsługi komputerów, to teraz dobry zawód. Na naszych kursach komputerowych nauczyła się już obsługi Worda, Exela i przygotowywania prezentacji w Power Point. Uwielbia nauczycielkę od komputerów, drobną Lailuma Shaiq Jamal, która studiowała w Pakistanie. Patrzę na smutną i zaciętą twarz Zainab i wierzę, że jej się uda, choć zastanawiam się, czy będzie miała środki na to, żeby studiować.

Proszę dziewczynkę o pokazanie mi pokoju, w którym śpi. Wychodzimy ze stołówki i idziemy do dwupiętrowego budynku, gdzie mieszczą się pokoje dla dziewcząt. Na ścianie klatki schodowej wymalowano płaczące dziecko, które głaszcze po głowie ręka wystająca z rękawa w kolorach flagi afgańskiej. Wszystko dookoła jest w sinoburych kolorach, dość przygnębiające. W holu przed telewizorem siedzą dziewczynki, z uwielbieniem oglądają wideoklipy z indyjskimi piosenkarzami. W nich świat jest kolorowy, pełen miłości, zieleni…. W pokoju Zainab jest osiem łóżek, zasłanych burymi powłokami, ustawionych jedno przy drugim pod ścianami. Na podłodze leży wytarta wykładzina, w rogu pokoju stoją metalowe szafki, w których dzieci trzymają swoje prywatne rzeczy. W pokoju nie ma niczego, co nadawałoby znamiona jakiejś indywidualności – żadnej maskotki czy książki… Wszystko jest przeraźliwie zunifikowane. Pytam Zainab, czy ma coś własnego, osobistego, ale ona wstydzi się pokazać mi swoją szafkę.

Do pokoju wchodzą kolejne zaciekawione dziewczynki. Prawie każda z nich mówi po angielsku, to uczestniczki naszych kursów językowych. Po dwunastu miesiącach nauki mogą już swobodnie rozmawiać (trzeba pamiętać, jak wielkim wysiłkiem było dla nich samo nauczenie się innego alfabetu). Kursy dla grupy zaawansowanej odbywają się codziennie o 6.00 rano. Jest to jedyna pora, kiedy zarówno dziewczęta, jak i wynajęta przez nas nauczycielka, mają czas. Ale dziewczynkom nie przeszkadza wczesne wstawanie, za nic nie opuszczą żadnej lekcji. Wszystkie pochodzą z bardzo ubogich środowisk, umiejętność komunikowania się po angielsku jest dla nich szansą na lepsze życie. Każda z nich ma świadomość, że to jedyna taka okazja i nie chcą jej przegapić. Otoczyły mnie teraz, pytając, czy PAH będzie kontynuować kursy angielskiego i kursy komputerowe. Ania im powiedziała, że przyjedzie szefowa, która obejrzy sierociniec, a jeśli znajdzie pieniądze, PAH będzie mógł dalej płacić za ich naukę. Nie mogę im odmówić, zapewniam je, że kursy będą, i postanawiam sobie, że wydobędę te pieniądze choćby spod ziemi. Naprawdę warto, przekonuję się o tym na własne oczy, a właściwie – uszy. Szkoła w sierocińcu jest na bardzo niskim poziomie, lekcje trwają nie dłużej niż cztery godziny, ot tyle, żeby się czegokolwiek nauczyły. A one chcą więcej.

Czternastoletnia Zerifa jest bardzo bezpośrednia, nie tak nieśmiała i cicha jak Zainab. To ona mówi w imieniu innych dziewcząt o szkole i kursach. Ojciec Zerify zginął na wojnie sześć lat temu, dziewczynka ma jeszcze dwie młodsze siostry i brata, ale brat jest w innym sierocińcu. Jej mama jest pod opieką wujka i raz w miesiącu Zerifa z siostrami mogą ją odwiedzać. Zerifa chce być lekarzem, teraz Afganistan bardzo potrzebuje lekarzy (na każdego przypada ok. 6700 osób), a ona lubi pomagać innym. Na moje pytanie, czy jest im tu dobrze i czy dostają dobre jedzenie, odpowiadają jednocześnie: jedne mówią – tak, inne – nie, potem szturchają się ramionami i porozumiewają w dari, ustalając odpowiedź. Wtedy podchodzi Freszta i oświadcza odważnie: To nie jest dobre miejsce do życia, ale dobre do nauki. Freszta jest tu od 7 lat, od czasu gdy jej rodzice zginęli od miny na ulicy w jednej z miejscowości w prowincji Paktika. Dwie jej siostry także mieszkają tutaj, dwie w innym sierocińcu poza Kabulem, a brat u wujka. Freszta chce być sędzią. Przez moment wydaje mi się, że pomyliła słowa „judge” i „lawyer”, ale nie. Freszta chce być pierwszą kobietą sędzią w Afganistanie. Dlaczego? Żeby była sprawiedliwość. Każda z rozmawiających ze mną dziewcząt ma ambitne plany, pragną być nauczycielkami, dziennikarzami, inżynierami, tłumaczami i lekarzami. Przede wszystkim chcą się nauczyć jak najwięcej, a w przyszłości dobrze zarabiać i mieć lepsze życie.

Dla dziewcząt nie dostanie się na studia oznacza często powrót do rodziny, ciężką pracę lub wczesne zamążpójście. Jedyna szansa dla nich to kursy pozaszkolne. W sierocińcu Allahudin oprócz kursów komputerowych i angielskiego są jeszcze zajęcia muzyczne, plastyczne, fryzjerskie i z wielokulturowości.

Chłopcy szukają możliwościW sierocińcu Allahudin, który funkcjonuje od 25 lat, mieszka 450 dzieci – około 120 dziewczynek wieku 4-18 lat i chłopcy do dwunastego roku życia (potem przenosi się ich do Tahyie Maskan, gdzie przebywają do ukończenia 18 lat). Te dzieci straciły rodziców albo mają tylko matkę, która po śmierci męża nie może mieszkać sama i wychowywać potomstwa. Obowiązkowo musi się znaleźć pod opieką jakiegoś mężczyzny z rodziny, najczęściej swego brata lub brata ojca męża?, którzy nie zawsze są zainteresowani wzięciem jej z dziećmi, a wtedy dzieci trafiają do sierocińca. Matki niektórych dziewczynek i chłopców wyszły po raz drugi za mąż, a ich mężowie nie chcą utrzymywać potomków z poprzedniego małżeństwa. Według pani Soraya Hakim, prezydent Departamentu Sierot przy afgańskim Ministerstwie Pracy i Spraw Socjalnych, w Afganistanie jest mniej więcej 20 % dzieci (a więc około 2 mln), które nie mają obojga rodziców. W całym Afganistanie jest teraz 27 sierocińców, przebywa w nich nieco ponad 10 tys. dzieci. W drugim sierocińcu w Kabulu, Tahyie Maskan, mieszka 713 chłopców. Do czasu opuszczenia sierocińca, czyli do 18 roku życia, muszą albo nauczyć się zawodu, żeby móc pracować, albo zdobyć wystarczającą wiedzę, która pozwoliłaby im kontynuować naukę. Niektórych z nich już znam, brali udział w koncercie i pokazie rysunków, jakie w sierocińcu Allahudin urządzono z okazji mojej wizyty. Od razu rozpoznałam Kamaledina, który bardzo pięknie śpiewał o wiośnie. Ma 15 lat, w sierocińcu spędził już 10. Jego matka mieszka w domu ciotki, w ubogiej dzielnicy Kabulu. Kamaledin nie wie dokładnie, co się stało z ojcem, był wtedy małym chłopcem. Ma starszego brata, też mieszka w sierocińcu. Chłopiec stwierdza, że przyszłości chciałby być lekarzem, chociaż po środowym koncercie, kiedy chwaliłam go za piękny śpiew, mówił mi, że marzy o tym, by być muzykiem. No to jak, pytam, Kamaledin, chcesz być doktorem czy muzykiem? Jak się okazuje, jego ideał, Farhod Darya, jest doktorem i jednocześnie bardzo popularnym muzykiem. Pochodzi z Kunduz, ale mieszka w Europie, a dwa lata temu dał wielki koncert tu w Kabulu, z którego dochód przekazał na pomoc sierocińcom. W sierocińcu nie wykłada się przedmiotów, które są potrzebne do zdania egzaminu na medycynę. Dlatego robi wszystko, żeby uczestniczyć w kursach chemii, biologii i fizyki, studiuje też sam. Pokazuje mi podręczniki i lekcje, które ostatnio przerabiał. Chodzi też na kursy angielskiego poza sierocińcem, ma przyjaciela, który go uczy. Tutaj nauczyciele są mało aktywni, mało wiedzą, nie przykładają się do zajęć. Lekcje w szkole trwają krótko, potem, o ile nie uda się wyjść na jakiś kurs, dzieci nie mają co ze sobą zrobić. Na kursy pozalekcyjne trzeba zarobić. Kurs jednego przedmiotu kosztuje od 100 do 200 afg (afghani) miesięcznie, angielski – 300 afg. Za kurs przygotowawczy na uniwersytet, który trwa rok, trzeba płacić 200 afg miesięcznie. Jest też kurs szybki, trzymiesięczny, jego cena – 1500 afg (1USD = 50 afg). Żeby zdobyć pieniądze na opłacenie takich kursów, Kamaledin i jego koledzy uciekają z sierocińca i pracują gdzie się da: na bazarze, sprzątają, roznoszą wodę, wykonują prace ziemne. Kamaledin zarabia, właśnie roznosząc towary na bazarze. Ponieważ kolega pożycza mu taczki, może zarobić więcej. Ale chodzenie na kursy, nawet jak już ma się pieniądze, nie jest proste. Kierownictwo sierocińca dwa miesiące temu oficjalnie zabroniło uczęszczania na kursy poza sierocińcem, stwierdzając, że skoro dzieci mogą zarobić na kursy, mogą się też utrzymywać. Kamaledin nie jest w stanie opłacić sobie wszystkich zajęć, a co dopiero utrzymać się. By pracować i douczać się, musi się więc wymykać nielegalnie, a jednocześnie z tego powodu może również być usunięty z sierocińca. Często on i koledzy muszą używać podstępu, czasami udaje im się przejść przez bramę, ale wtedy gonią ich strażnicy. Chłopiec prosi, by wstawić się za nimi u dyrektora. Pytam Kamaledina, co się z nim stanie, gdy skończy 18 lat i będzie musiał opuścić sierociniec. Odpowiada, że to wie tylko Bóg. Prawda, mówię, Bóg wie wszystko, ale ty też masz swoje pragnienia. O czym marzy? Chciałby mieć lepsze życie. A co to znaczy lepsze życie ? Móc dobrze służyć swojemu krajowi i ludziom. U ciotki nie jest źle, ale gdy u niej mieszkał, nie mógł chodzić do szkoły, bo musiał pomagać w zarabianiu na życie. Tutaj może się uczyć i jest z tego powodu szczęśliwy. To, co się z nim stanie w przyszłości, nie zależy od niego. Choćby był najlepszym uczniem, jeśli straci miejsce w sierocińcu, straci też szansę na lepszą przyszłość. Inni chłopcy też chcą mówić o sobie. Jestem być może pierwszą osoba, która interesują ich losy. Rozmawiam z 15-letnim Abdelhą Hassmanem, który imponuje wszystkim chłopcom…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Porzuceni mistrzowie