Subskrybuj
Z wykształcenia filozof i teolog. W latach 1961–1983 była redaktorem i sekretarzem redakcji miesięcznika „Znak”. W latach 70. współtworzyła ruch hospicyjny w Polsce i pierwsze polskie hospicjum w Nowej Hucie. Przez pięć lat pomagała terminalnie chorym jako wolontariuszka. W latach...

Zwierzenia na tematy szkolne

Szkoła z wychowawczą funkcją twórczą zakłada, że nauczyciel nie jest w niej wyłącznie przekaźnikiem, lecz prawdziwym nadawcą, współautorem komunikatu, współdecydentem.

Niosę w sobie doświadczenie wydarzeń i odczuć roku 1968. Ten rok – istotnie wyjątkowy, zwrotny – był taki i dla mnie osobiście. Przeżywałam tragedię antysemickiej wznowy w Polsce (znów ten sam nowotwór) i braku odporności na tę truciznę. Widziałam rozpaczliwą słabość otwartego publicznego sprzeciwu wobec tego, co usiłowano rozpętać. Zwłaszcza słabość odpowiedzi Kościoła. Trudno się było dosłuchać pobudki dla sumień.

W tymże roku uczestniczyłam w dwóch wielkich zgromadzeniach ekumenicznych o skali światowej: w Uppsali (Światowa Rada Kościołów), potem w Finlandii (Światowa Chrześcijańska Federacja Studentów). Wróciłam do Krakowa i do swego radioodbiornika w sama porę, by śledzić gaszenie czeskiej próby urzeczywistniania socjalizmu z ludzką twarzą. Gaszenie nadziei blisko spokrewnionej z nadzieją ekumeniczną i z tym, o co chodziło studentom wywracającym cały z góry powzięty, racjonalny, realistyczny, a zarazem nagle nieaktualny porządek swojej konferencji.

Byłam wtedy cały czas obserwatorem, ale z tych pracowicie uczestniczących.

Rok 1968 był pieczęcią na całym moim wcześniejszym doświadczeniu wychowawczym – doświadczeniu instruktorki harcerskiej, potem studentki Instytutu Kultury Chrześcijańskiej (gdzie prowadzono studium metody czynnej i pracy zespołowej) i wreszcie katechetki – instruktorki parafialnej, animatorki religijnego samokształcenia dorosłych (później doszły inne podobne inicjatywy).
Ta notatka ma posłużyć za wstęp, poniekąd biograficzny (co w moim wieku zrozumiałe) wstęp do tego, co chcę przypomnieć dzisiaj, teraz, jako świadectwo w konfrontacji z tzw. trendami. Są przecież trendy nie tylko w kwestii długości spódnic, lecz także w sprawach najważniejszych relacji międzyludzkich.

Wychowanie jest wszystkim

Jestem osobą wychowaną i wychowującą.

Wychowano mnie dawno, może z pięćdziesiąt lat temu. Trudno powiedzieć, kiedy człowiek jest już gotowy, odchowany. Zapewne wtedy, gdy osiąga pewną samodzielność psychiczną, a to następuje stopniowo. Wychowanie ma kontynuację w postaci obróbki przez środowisko (a ta zaczyna się już wtedy, gdy dziecko jeszcze odchowane nie jest).

Jestem osobą wychowującą. Uczestniczę w obróbkach środowiskowych, we wzajemnym kształtowaniu się ludzi. Ale mam też wciąż do czynienia z ludźmi bardzo młodymi. To mi narzuca rolę podobną do rodzicielskiej. Nie jest to sytuacja wyjątkowa. Wszystkim się to trafia, oby często trafiało się tym, co zasadniczo mają taką misję. Na przykład tym, co tworzą i utrzymują w działaniu szkoły, zwłaszcza te finalizujące odchowanie, przede wszystkim gimnazja. Jako osoba wychowana i wychowująca jestem ogniwem tradycji. Przekazuję otrzymane. Ale to obraz za prosty. W tym procesie ja też się zmieniam. Biorę w siebie to nowe, uczestniczę w jego tworzeniu.

###banner###

Urzeka mnie refren znanej pieśni Dylana: “Te czasy teraz się zmieniają”. Powtarzam to sobie od lat sześćdziesiątych. Nie, wiedziałam to już wcześniej, nim pieśń powstała.

Nikt nie może pozbawić mnie udziału w wychowywaniu. To jest moja funkcja publiczna i zarazem organiczna.

*
Wychowanie jest czymś więcej – nie sprowadza się do jednej z wielu funkcji społecznych. To właściwa konkretna substancja całego życia – gdyby przestało się wychowywać, społeczność po prostu by nie istniała. Mielibyśmy do czynienia z pozoracją jej istnienia, z planowym udawaniem, że trwa to, co znikło.

W szkole pełno jest pozoracji. Używam tu słowa, które pierwszy raz usłyszałam od kolegów-studentów komentujących swoją służbę wojskową. Gdzieś w tle usychała trawa pomalowana na zielono.

W szkołach pełno jest pozoracji, jak dziś zgodnie donoszą uczniowie i nauczyciele. Dlaczego to źle?

Pomijam naturalny odruch wstrętu do tego procederu. Istotne jest to, że pozoracja nie pozwala widzieć i rozpatrywać, co się rzeczywiście dzieje, i tym samym przeszkadza działać realnie, przyczynowo, działać teraz bez odkładania na kiedyś. Obecny sposób zarządzania, całe postępowanie aktualnej czołówki MEN sprzyja uciekaniu się do pozoracji. W ten sposób tracimy czas. Bezpowrotnie, bo dzieci i młodzież potrzebują rzeczywistej pomocy właśnie dziś. Dzień po dniu przestają istnieć możliwości wychowawcze, które na razie jeszcze są. Rośnie populacja pokrzywdzonych, zablokowanych przez przesyt pozoracją.

*

Szkodliwość wszelkiej pozoracji, a zwłaszcza tej praktykowanej w edukacji wiąże się z tym, że koniecznym (a może nawet prawie wystarczającym?) warunkiem kontaktu wychowawczego jest zaufanie.

Pozoracja, która prędzej czy później okazuje się czymś oszukańczym, daje w efekcie poczucie, że poruszamy się po topniejącym, pękającym lodzie. Każdy krok i każde słowo jest ryzykiem. To wchodzi w nawyk i mało kto jest w stanie komukolwiek zaufać, to znaczy powierzyć ważną sprawę, dać udział w decyzji, poważnie brać pod uwagę wskazówki czy ostrzeżenia. Znika domniemanie życzliwości. Podejrzliwość uznaje się za najlepszy dowód rozsądku. Podejrzliwość, którą coraz trudniej wyłączyć czy choćby zawiesić, przeszkadza w budowaniu trwałych relacji i w akceptowaniu siebie samego z jakąś dozą spokoju.

W szkołach trudno bronić swojej gotowości do zaufania. Mało kto mi wierzy, że lepiej zaufać i ostatecznie nawet zostać niekiedy oszukanym, zawiedzionym, niż nie ufać od początku, z góry, na wszelki prawdopodobny wypadek.

*

Pozoracja ma jeszcze tę wadę, że obcowanie z nią – zwłaszcza już rozpoznaną – jest rozpaczliwie nudne. Mamy tak mało fantazji – usycha nam z braku ufnego kontaktu – więc ostrożnie wymyślamy nudne wzory do malowania na parawanach zagradzających drogę do poznawczej przygody. Przyczyną wielu smutnych, niepokojących zjawisk w świecie szkolnym jest nuda; tępa powtarzalność sytuacji, upomnień, pseudouzasadnień. Napięcie towarzyszące schematycznym sprawdzianom też jest nużące.

Ponadto do szkoły wdziera się też szum otaczającego świata, szkolna pozoracja przegrywa z nieco bardziej urozmaiconym marketingiem lub brutalnością rozgrywek – choćby i tych sportowych (także często pozorowanych, choć wielu nie chce o tym pamiętać).

Powtórzę, co już pisałam i mówiłam: agresja w szkole (i agresja młodych tam, gdzie się zbierają) jest efektem braku zaufania i nudy.

Dobrze, jeśli ktoś ma przynajmniej dom w miarę ciekawy i budzący zaufanie. Jeśli ktoś ma rodziców, z którymi dzieli myśli, radości i zmartwienia bez obawy, że będzie wyśmiany, to się mu zazdrości. Bardziej niż temu, komu “ONI” wszystko kupią. Nieraz słyszę takie komentarze. Biorę je poważnie. I poważnie też przeżywam współczucie dla wyśmiewanych w szkole. Najczęściej te same osoby bywają wyśmiewane przez kolegów i nauczycieli-gorszycieli, posługujących się bronią kpiny. Wyśmiewanie jest prowokacją do nienawiści. Może jednym z najważniejszych zadań wychowawczych jest uodpornienie dziecka na ciosy w jego godność. One nie powinny padać. Ale warto tak usytuować w sobie własną i wspólną godność,…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Szkoła przymusu czy szkoła dialogu?