Subskrybuj

Czy we Francji nastała era Sarkozy’ego?

Ogólną sympatię budzi jego pochodzenie – Sarkozy jest synem emigranta z Węgier. Mieszkający we Francji Polacy przypuszczają, że geograficzna bliskość ojczyzny jego przodków i Polski sprawi, iż będzie miał więcej wyczucia dla polskich problemów.

Tegoroczne wybory prezydenckie we Francji odbywały się w dość szczególnej atmosferze. Przede wszystkim doszło tu do wyjątkowego osłabienia partii politycznych tradycyjnie zajmujących miejsce pierwszoplanowe. Partia Socjalistyczna – od dramatycznej daty 2002, kiedy to nie weszła do II tury wyborów wypchnięta przez Front Narodowy (fakt dla Francuzów niebywały i bez precedensu) – jest w rozsypce. Socjaliści cierpią dziś na brak przywództwa, brak obdarzonej jakimś charyzmatem osobowości, która potrafiłaby narzucić swoją wolę partyjnym bonzom. A jest ich wielu i wszyscy łakomi na władzę, w tym kandydatka, której się nie powiodło: Ségolène Royal.

Oprócz braku szefa godnego tej funkcji, socjaliści nie posiadają także żadnego spójnego projektu, który by mogli zaproponować społeczeństwu. Nie jest jasne ich stanowisko wobec Europy. Są bowiem wśród nich zwolennicy i przeciwnicy Traktatu Konstytucyjnego, zdecydowani zwolennicy wolnego rynku i tacy, którzy nazywają siebie antyliberałami i antyglobalistami. Najgorszym obciążeniem jest jednak wykazana przez lata rządów niezdolność do niezbędnych reform: w dziedzinie emerytur i ubezpieczenia społecznego. Na dodatek socjaliści urządzają publiczności nieustający spektakl konfliktów osobistych, taktyki podchodów – czyli niemocy, by odnaleźć wspólną płaszczyznę i podjąć konkretną pracę.

Partia Zielonych od lat brnie w spory o przywództwo, rozszczepia się na nowe podpartie o coraz nowych odcieniach programowych, obficie obrzucające się oskarżeniami i wyzwiskami. Zdecydowanie schyłek przeżywa Front Narodowy. Jego lider starzeje się i nie potrafi odnawiać swych, bardzo wątpliwych, metod działania. Ostatnie wybory prezydenckie (a są znaki, że tak będzie i podczas przyszłych wyborów parlamentarnych) odebrały mu dotychczasową funkcję polegającą na krystalizacji pewnych społecznych postaw. Mówi się, że wygrywający kandydat faktycznie przeniósł Front w stan politycznego niebytu, podejmując pewne wątki jego programu w umiarkowanej formie. Sporo ,,froncistów” mogło się więc pod jego programem podpisać. Komuniści zresztą też ponieśli porażkę – postrzega się ich jako formację całkiem archaiczną.

Skrajne skrzydła zostały więc przycięte. Ale też nie bardzo udało się skonstruować liczące się centrum. Próbował tego François Bayrou, zrywając z tradycją niedużej partii demokratów, która dotąd ustawiała się po stronie prawicy jako sojusznik UMP, partii odchodzącego prezydenta Chiraca – i nadchodzącego, Sarkozy’ego. Bayrou nieoczekiwanie poczuł się niezależny i ogłosił, że prezentuje alternatywę i wobec prawicy, i wobec lewicy. Przez moment w sondażach przedwyborczych prześcignął socjalistkę i zanosiło się, że w II turze stanie do pojedynku z kandydatem prawicy. Nie doszło do tego, ale i tak uzyskał duży procent głosów (18,7), co mogłoby go ustawić jako trzecią siłę – czynnik równowagi. Mogłoby, gdyby nie fakt, że jego partyjni koledzy bez skrupułów odeszli na stanowiska zaproponowane im przez nowego prezydenta.

Francja wyraźnie nie lubi centrum pośredniczącego między krańcami i rozpoznaje się bardziej w konfrontacji przeciwieństw. Podobnie jest z ruchem związkowym, który woli strajki od negocjacji. Czyżby tradycja rewolucji francuskiej?…

Zwycięstwo przedstawiciela klasycznej prawicy, Nicolasa Sarkozy’ego, nie wydawało się więc trudne. Z dużą zręcznością posłużył się podczas kampanii szeregiem chwytów, które – jak się okazało – skutecznie sparaliżowały konkurentów. Wspomniałam już, że odebrał sporo klienteli Frontowi Narodowemu, obezwładnił centrum Bayrou, zakasował Ségolène Royal propozycjami bardziej sensownymi, ukazując dziwaczność jej pomysłów i gołosłowny humanitaryzm. To prawda, że Sarkozy miał w dużej części po swojej stronie media. Tak się bowiem składa, iż właściciele ważniejszych gazet (wielcy przedsiębiorcy, finansiści) wyraźnie mu sprzyjają i posunęli się do wywierania nacisku na zespoły redakcyjne… Jednak pełny obraz sytuacji uzyskamy dopiero po czerwcowych wyborach do parlamentu. Stawka jest duża: albo nowy rząd utworzony przez świeżo upieczonego prezydenta zdobędzie większość, albo nie, a wtedy przeprowadzenie reform stanie się niemożliwe. Pojawi się widmo kohabitacji – prezydent i rząd będą z przeciwstawnych obozów. Z kohabitacją mieliśmy do czynienia w ostatnich dziesięcioleciach (za prezydentury Mitterranda i Chiraca) i, co ciekawe, Francuzi jakby się rozsmakowali w tej akrobatycznej i blokującej zmiany konfiguracji. To jeszcze jeden dowód na osławiony już konserwatyzm francuskiego społeczeństwa. Wie ono, że jest niedobrze i że będzie jeszcze gorzej. Ale w decydujących chwilach wyrywa się krzyk: nie ruszać niczego, nie zmieniać! Lepiej wyjść na ulice i protestować… Sondaże raczej przekonują nas o tym, że prezydent będzie miał w parlamencie od czerwca swoją większość. Rozpościera się teraz przed nim ogromny plac budowy: w wielu miejscach zapuszczony, pełen chaotycznych konstrukcji… Lista zadań jest ogromna: obok rzeczy najbardziej naglących – systemu emerytalnego i świadczeń społecznych – podatki, równowaga bilansu płatniczego państwa, pomoc średnim i małym przedsiębiorstwom, szkolnictwo, nakłady na poszukiwania naukowe, imigracja. I przede wszystkim to podstawowe przekleństwo współczesnego rynku pracy: bezrobocie. Prawdziwa broń w zmaganiach między partiami. Nadzieja około dwu i pół miliona (licząc tylko zarejestrowanych)…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Literatura i moralność. Czy powieści uczą, jak żyć?