Subskrybuj
Z wykształcenia filozof i teolog. W latach 1961–1983 była redaktorem i sekretarzem redakcji miesięcznika „Znak”. W latach 70. współtworzyła ruch hospicyjny w Polsce i pierwsze polskie hospicjum w Nowej Hucie. Przez pięć lat pomagała terminalnie chorym jako wolontariuszka. W latach...

***

Raz po raz zgłaszam różnym kolegom zastrzeżenie, że nie chcę być nazywana „publicystką katolicką”. Piszę o tym w swoim blogu. Ale chyba i tutaj, w domu, w „Znaku”, warto to powtórzyć. Tu jest też miejsce na pogłębienie uzasadnienia. Najpierw był to odruch: skoro zasadność określenia „katolicka” w odniesieniu do mnie jest kwestionowana – to nie będę go używać. Potem przyszła refleksja: publicystka „katolicka” to jak demokracja „ludowa”.

Demokracja z przymiotnikiem nie jest po prostu demokracją, lecz jakimś jej prawdopodobnie poślednim gatunkiem. Ów przymiotnik to ostrzeżenie: nie spodziewajcie się akceptacji standardów demokratycznych, jakie znacie. W tej „demokracji” na przykład „socjalistycznej” standardy kształtuje to, na co wskazuje przymiotnik. Podobnie – moim zdaniem – z publicystyką. Uprawianie jej to uprawianie pewnej specyficznej sztuki. Moim zdaniem nie warto ani ubiegać się, ani godzić na przymiotnik predefiniujący i ograniczający sposób praktykowania tej sztuki czy zakres tematyczny.

Moje sumienie jest aktywne, gdy referuję, opisuję, komentuję, pytam czy wręcz coś doradzam, albo stwierdzam „co to, to nie”. Sumienie jest autonomiczne. Nie toleruje obcych wtrętów. Uczy się, wbudowuje w siebie wartości, które działają, gdy są tak wcielone.

Nie chcę być nazywana publicystką katolicką ostatecznie dlatego, że chcę myśleć i pisać, nie angażując w to żadnego zewnętrznego autorytetu. Zajmuję takie, a nie inne stanowisko nie dlatego, że Kościół tak uczy, i nie po to, by tę naukę przekazywać. Nauka Kościoła ma dla mnie znaczenie, liczy się. Widzę w niej często wielki skarb, ale jestem wyłącznie świadkiem swojego oglądu tego skarbu. Nikt za mnie nie ręczy, o porękę nie proszę.

Zresztą określenia „publicystka” może się też wyrzeknę, chyba powinnam. Bo jaka tam ze mnie „publicystka”. Kiedyś – „Znak” świadkiem – pisywałam tam artykuły. Teraz „o różnych godzinach” zapisuję kartki myślami, słownymi obrazami czegoś dostrzeżonego, wspominanego… albo czegoś, co się przyśniło. To nadal potrafię. Wyargumentowanie czegoś zgodnie z publicystycznym kanonem to przedsięwzięcie ponad siły. Jaka tam publicystka z osoby, która niewiele zdąży przeczytać, bo nie tak się słucha czytanego tekstu, jak można go szybko przebadać wzrokiem.

 

Średnia

Przypominam, bo pamiętam. W pierwszych miesiącach i latach po odzyskaniu samostanowienia, a nawet jeszcze przed 1989 w kręgach opozycji była w Polsce debata o funkcji ocen szkolnych. Pierwszy ruch był w stronę ich indywidualizacji, zastąpienia rankingu analizą możliwości i osiągnięć. „Ocena” miała się zbliżyć do „samooceny” z elementem partnerstwa wychowawcy-nauczyciela i ucznia-wychowanka. Uczestniczyłam w tej debacie jako członek zespołu, który planował utworzenie pierwszego liceum społecznego (później „Bednarska”). Takiego myślenia o ocenach nauczyła mnie Krystyna Starczewska, animatorka tej grupy nauczycieli. Było to zbieżne z moją formacją pedagogiczną i katechetyczną wywodzącą się z Instytutu Katolickiego we Wrocławiu, potem w Gietrzwałdzie.

W tym kontekście stawiałam swoje nie-pierwsze kroki w zakresie pracy instruktorsko-wychowawczej, jako katechetka w kościele i salkach parafialnych. „Nie-pierwsze”, bo przedtem było harcerstwo i ruch zuchowy. W sumie to sporo lat doświadczenia, a później – po 1989 – można do tego doliczyć pracę z dziećmi i młodzieżą w postaci animowania warsztatów dziennikarskich, „redakcję edukacyjną”  POLIS, pisma o sztuce życia publicznego (http://polis.youthpress.org).

Myślę więc, że zasługuję na wysłuchanie w kwestii ocen z religii. Będzie to mała synteza tego, co dotąd udało mi się tu i ówdzie powiedzieć czy napisać, wzbogacona o wnioski z tego, co usłyszałam od słuchaczy.

Mam nieodparte wrażenie, że walka o miejsce religii w obliczaniu „średniej” i na świadectwach maturalnych jest motywowana pragnieniem prestiżu dla przedmiotu „religia” i jego nauczycieli. Wysoki prestiż ułatwia utrzymanie frekwencji i karności, pośrednio sprzyja bardziej skutecznemu przekazywaniu  pewnej sumy informacji. Posiadaniem tej informacji można się wykazać, zdobyć punkty, wyższą ocenę, która się przyda z uwagi na liczenie się w magicznej „średniej”. O średnią trzeba dbać, myślą rodzice, a później też uczniowie, bo średnia to klucz do dalszego wykształcenia, trzeba ją osiągać, by potem otrzymywać edukację w lepszym gatunku, ewentualnie w przyjemniejszych warunkach „lepszej” szkoły. Kult „średniej”, sam w sobie godny zakwestionowania, przyczynia się do zafascynowania hierarchów udziałem ocen z religii w obliczaniu średniej.

Dorzucę jeszcze, że domyślam się, iż – jak dawniej – wielu katechetów ma trudności w utrzymaniu elementarnej karności – spokoju i porządku podczas lekcji, rzadko udaje im się skupić uwagę uczniów, wzbudzić zainteresowanie. W szkole nieradzącej sobie z dziećmi, zanudzającej je przez tyle godzin w tygodniu, tolerującej wygłupy na wielu lekcjach i przerwach nawet świetny katecheta może poczuć się bezradny. W salce kościelnej mógłby zrobić więcej. W kiepskiej szkole prestiż średniej to proteza, której używanie szybko się zdezawuuje.

Głęboki wpływ kultu średniej to brak ćwiczenia w podejmowaniu wysiłku dla realnego pożytku (zamiast radości z wiedzy czy sprawności – miejsce w rankingu). Realny pożytek to np. „umieć to zrobić”, „zrozumieć, jak to działa”, „usamodzielnić się”, „wyrazić swój wybór, możliwości czy wręcz sympatię dla mistrza, którym jest dany nauczyciel”. Wszystkie te motywy mogą i powinny działać także w obrębie katechezy. Są one nieporównanie czystsze, zdrowsze i bardziej wzniosłe od walki o wyższy szczebelek na drabinie przedwczesnej kariery.

Obrońcy udziału ocen z religii w „średniej” – a także perspektywy matury z religii – wyrażają przekonanie, że jest ona „przedmiotem jak inne”, a oceny programowo mają dotyczyć wiedzy (informacji), a nie postawy czy praktyk religijnych. Wątpię, czy tak się rzeczy mają w praktyce. Kartezjańska jasność w kwestii, o co chodzi i z czego się ocenia, to może ideał, ale raczej nieosiągalny dla uczniów i dla większości nauczycieli. Dotyczy to wielu różnych przedmiotów, jeszcze nie zamienionych w kursy przygotowania do zaliczania testów.

„Średnią ocen” w ogóle uzyskuje się przez sumowanie punktów uzyskiwanych za „osiągnięcia” niewspółmierne ze sobą. Co można przewidywać, liczyć na jakieś osiągnięcia na podstawie „średniej”? Może na przyszły sukces znów w postaci dość wysokiej „średniej”, ale to z zastrzeżeniem, że sposób pozyskiwania punktów się nie zmieni. A już w liceum będzie musiał być nieco inny, bo wzmocni się wymóg specjalizacji w zakresie pewnych przedmiotów. To się może nie udać osobom bez ukształtowanych zainteresowań.

 

*W tym rozważaniu pominęłam ważną sprawę zróżnicowania wyznaniowego i światopoglądowego uczniów i ich rodzin. Wybrałam taką kolejność prezentacji ze względu na to, że moim zdaniem problem składników „średniej” istniałby także w szkole wręcz z definicji katolickiej lub obsługującej w praktyce wyłącznie wierzących katolików (w istnienie takich szkół jednak wątpię). Ale poważny problem równości praw uczniów oczywiście istnieje. Oburza mnie lekceważenie go z racji, iż „tych innych” jest mało! Im jest ich gdzieś mniej, tym bardziej potrzebują ochrony praw swego sumienia. Także katecheta powinien się o tę ochronę bardzo troszczyć i zwykle ma takie możliwości. Trzeba o tym pisać, mówić i tworzyć wzorce. Podczas audycji w I Programie PR usłyszałam relację słuchaczki o tym, jak szkoła jej dzieci zapewnia „bezpieczeństwo” dzieci nieuczęszczających na religię. Otóż te…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Stare herezje w dzisiejszym Kościele