Potrzebujemy go, ponieważ nie możemy myśleć o wszystkim naraz i nie możemy we wszystko jednocześnie wątpić. Musimy uznać jakiś zespół podstawowych rozstrzygnięć i określeń za – przynajmniej tymczasowo – trafny, aby nasze myślenie miało jakiś kierunek, przedmiot i cel. Musimy tak czynić, nawet jeśli przypuszczamy, że część tych paradygmatycznych twierdzeń jest błędna, albo przynajmniej nie całkiem prawdziwa.
To poszukiwanie nowego paradygmatu może się podobać tym bardziej, że dokonuje się w duchu filozofowania Jacka Filka, to znaczy nie w postawie aroganckiego Besserwisserstwa, ale w pokornej świadomości, że każdy nowy paradygmat jest (i musi) być budowany na fundamencie poprzednich, zawiera w sobie ich elementy, co więcej, bez nich w ogóle nie byłby możliwy. Rozwój kolejnych form myślenia nie polega na tym, że po wyczerpaniu się jednego modelu zostaje on po prostu odrzucony. Przeciwnie, myślenie, rozwijając nowy paradygmat, niejako absorbuje wcześniejsze formy – „esencja” myślenia starożytnego jest obecna zarówno w myśleniu nowożytnym, jak i współczesnym, rodzący się paradygmat współczesny będzie zapewne jakąś wypadkową wcześniejszej historii myślenia (s. 331). Do projektu tego nowego paradygmatu Aleksander Bobko prowadzi nas poprzez analizę dziejów i treści dominującego dotychczas paradygmatu podmiotowego. Przytacza i analizuje poglądy Kartezjusza, Hegla, Schopenhauera, Nietschego, Heideggera, Kierkegaarda, sięga do korzeni, do św. Augustyna, ale najwięcej uwagi poświęca jednak Kantowi i Józefowi Tischnerowi. Pierwszego można uznać (zgodnie z jego własnym określeniem) za przełomowego filozofa nowożytności, za „Kopernika filozofii”. Dzięki ukazaniu aktywnej roli zmysłowości i rozumu w procesie poznania (nie tylko umysł dostosowuje się do rzeczy, ale i rzecz dostosowywana jest do umysłu) filozof z Królewca niejako „wstrzymał podmiot i ruszył przedmiot”. Ksiądz Tischnera natomiast tę wyróżnioną pozycję otrzymuje jako czcigodny Mistrz Autora, ale też jako – w pewnym sensie, do pewnego stopnia – „Kopernik polskiej filozofii”, który poprzez odważną i umiejętną transpozycję osiągnięć myśli Zachodu na grunt rodzimy wiele w polskim myśleniu zmienił, wiele w nim poruszył i wiele wstrzymał. Ograniczenia obecnie dominującego paradygmatu Bobko dostrzega nie tyle w wielości koncepcji podmiotu, ale w trudnościach związanych z rozumieniem i rozwiązaniem problemu zła – zarówno we wnętrzu podmiotu, sumieniu, jak w obszarze społecznym, politycznym. Nawet tak genialny filozof jak Kant musiał przyznać, że natura i źródło zła pozostają dla nas niewytłumaczalne. Tym bardziej, gdy jest ono dziełem tak rozumnej istoty jak człowiek. Podobnie Józef Tischner, przy całym swoim szacunku dla kultury i filozofii nowożytnej, czuł się zmuszony stwierdzić: „Oświecenie nie przezwyciężyło zła historii, lecz w miejsce zbrodni przesądnych wprowadziło zbrodnie oświeconych” (s. 185). Oświęcim i Kołyma, wraz z innymi obozami koncentracyjnymi, są miejscami – ilościowo i jakościowo – największych zbrodni wszechczasów. A stworzyli je ludzie, którzy byli przekonani – podobnie jak koryfeusze Oświecenia – iż realizują nakazy Rozumu, i to realizują najlepiej, bo to właśnie oni osiągają najpełniejsze, najbardziej adekwatne rozumienie świata, człowieka i społeczeństwa, jakie jest możliwe na danym etapie dziejów. Podobnie przytłaczająca większość z nich miała posiadać najlepsze rozumienie nieistnienia Boga, najlepiej potrafiła wyjaśnić Jego egzystencję jako projektowe, życzeniowe, fikcyjne spełnienie w sferze niebiańskiej mocnych ludzkich pragnień, które pozostawały niespełnione lub (w pewnych okolicznościach) w ogóle niespełnialne w sferze ziemskiej. Przy całej wrogości śmiertelnych konkurentów dwa totalitaryzmy miały ze sobą wiele wspólnego, między innymi radykalną i morderczą negację wiary w imię rozumu. To ich dziełem było też najbardziej krwawe prześladowanie religii, w tym szczególnie chrześcijaństwa . To one zrodziły zło wielokrotnie przerastające krwawe żniwo wojen religijnych i to po kilku wiekach tak szybkiego, dynamicznego rozwoju europejskiej kultury. Oświecony rozum nie zdołał temu zapobiec, przeciwnie, nieraz wszystkie jego siły zostały oddane na służbę najpotworniej zbrodniczych planów. Zwłaszcza we współczesnym kontekście znacząco brzmi przypomnienie, iż ksiądz Tischner chętnie podejmował intuicję Dantego, który wskazywał na złość i zdradę jako przyczynę najgorszych przewinień, a dla największych zdrajców rezerwował ostatni krąg piekła. Tischner nieraz wspominał słowa swojego seminaryjnego kolegi, byłego partyzanta, który jako jeden z motywów wstąpienia do seminarium podawał przekonanie: „bo w Kościele ludzie się nie zdradzają…” Zdrada ma charakter zła pierwotnego, bo zdradzając bliźniego i Boga, zdradzamy samych siebie, zdradzamy dobro, któremu wierność jest naszym fundamentalnym powołaniem. Podobnie Kant wskazuje, że zło polega w istocie na zdradzie zasady, każdy nasz czyn powinien być wierny zasadzie najbardziej ogólnej – imperatywowi kategorycznemu oraz dziesiątkom innych, bardziej szczegółowych zasad. Tak często jednak nie jest. Czynem zdradzamy zasady i to jest właśnie zło radykalne, korzeń i początek zła wielorakiego. Dlaczego tak się dzieje? Kant wskazuje na ludzką słabość, może na niedostateczne rozumienie, brak właściwej uwagi. Tischner idzie dalej – wskazuje zło struktur społecznych i kulturowych określających i warunkujących człowieka, w które jest nieraz nieodwołalnie uwikłany. To one mogą tak „zaprojektować” jego życie, że może on czynić mnóstwo zła, nie wiedząc nawet o tym albo nie mając dostatecznej mocy, by mu się w sobie przeciwstawić. Oświecenie żywiło jednak przekonanie, że człowiek może wyzwolić się ze zła o własnych siłach, siłach rozumu przede wszystkim. Nam, po wszystkich holokaustach XX wieku, trudno jest podtrzymywać tę wiarę. Teoretyczne podstawy tego zwątpienia można znaleźć u Kanta, dla którego pozostaje w końcu niepojęte, dlaczego niewierność tego, co miało być najwierniejsze – wolności wobec rozumu tak często staje się nie tyle wyjątkiem co regułą – jakby obowiązywał imperatyw kategoryczny na opak. Niemniej zachęca on nas do walki ze złem, uważa ją za konieczną, nawet jeśli nie znamy jego ostatecznych przyczyn. Dostrzega jednak, że największe zło powstaje nie w relacjach do natury, ale w relacjach między ludźmi. Ci, którzy w samotności mogliby się wydawać (prawie) doskonali, w zetknięciu innymi tak łatwo wyzwalają w sobie przedziwne pokłady zła i wzajemnie nakręcającej się spirali deprawacji. Jak odwrócić ten bieg rzeczy? Odpowiedzi obu myślicieli są tu zaskakująco podobne, Kant mówi: „etyka prowadzi nieuchronnie do religii”, Tischner: „człowiek jest istotą, która ponad wszystko potrzebuje łaski i jest zdolna do jej przyjęcia” (s. 256). Aby zrealizować wymagania etyczne, dla Kanta potrzeba Boga, który gwarantując ostateczną sensowność moralności, „domyka” jej argumentację, Kant podkreśla też, że dla etyczności człowieka potrzeba odpowiedniego siedliska społecznego, potrzeba religii rozumu, potrzeba niewidzialnego, czystego Kościoła ludzi moralnych i odpowiedzialnych, którzy swoje obowiązki traktują (także) jako przykazanie Boże. Dla Tischnera potrzeba ostatecznie łaski, bez której, wbrew Kantowi, nie można się obejść, która jako jedyna jest w stanie uleczyć „niewydolność” woli. To dostrzeżenie centralnej roli łaski zgodne jest z tradycją chrześcijańską, ale też z kierunkiem pracy największych teologów współczesnych, których myśl ksiądz Tischner także studiował (Balthasar, Rahner, Lonergan). Wokół niej rozwija się „religijne myślenie”, które ma przekroczyć ograniczenia racjonalizmu projektu kantowskiego. Zadaniem tego myślenie nie jest budowanie…